Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 lutego 2019

Prawie jak „Autostrada do nieba”, czyli o powieści totalnie familijnej

Będąc pod wrażeniem jakości “Złodziejki książek” naturalnie sięgnąłem po inne powieści Markusa Zusaka. Najłatwiej dostępną (cudowne Legimi!) jest “Posłaniec”, oryginalnie wydany przed wielkim bestsellerem, u nas dostępny po sukcesie “Złodziejki…”.

Od samego początku zabawy miałem dwa podstawowe skojarzenia. Po pierwsze – sposób narracji, swada, z jaką pisze Zusak, znowu przedstawiając historię z perspektywy pierwszej osoby – jak dla mnie facet ma talent niczym Stephen King. Fakt, że całość rozgrywa się w niedużym miasteczku, w dodatku w jego nieco biedniejszej dzielnicy, też ma znaczenie. Ed Kennedy od pierwszych słów wypowiedzianych w powieści oddaje ducha najlepszych bohaterów samego Mistrza, ironicznie, dowcipnie wrzucając dygresje, w dialogach widać także ogromną inspirację stylem, jakim posługuje się King.

Drugie skojarzenie bezpośrednio związane jest z pomysłem na fabułę. Ed otrzymuje od kogoś tajemniczego zadania do wykonania. Na kartce zapisano nazwisko, czasem nawet adres i godzinę – Ed udaje się we wskazane miejsce i dostrzega różne odcienie ludzkiego życia, dramaty, ale nie tylko. Musi coś z tym zrobić, jest uświadomiony, że nie ma wyboru. I jest to motyw znany nam wszystkim, który oglądaliśmy szczególnie w przeróżnych serialach, np. Zagubiony w czasie, Dotyk anioła, Zdarzyło się jutro, czy klasyczna już Autostrada do nieba. I choć nie brzmi to specjalnie zachęcająco – bo rzecz wydaje się słodka do zemdlenia, z zawartością cukru w cukrze przekraczającą sto procent – dzięki pierwszoosobowej narracji Eda i jego specyficznej postawie życiowej słodycz zostaje zrównoważona ironią, i faktycznie książka okazuje się bardzo wciągająca, choć totalnie przewidywalna.

Nie przepadam za takimi “familijnymi” klimatami, wolę trudne dramaty, rzeczy bardziej brutalne, rzeczywiste. Ale przyznam, że choć nie potrafię nazwać tej powieści wybitną, rewelacyjną czy genialną, jest to dobra rzecz. Wydaje się przygotowana dla innego rodzaju czytelnika i – niestety – wydaje się przygotowana z myślą o kasowym sukcesie w kinie. Ale choć fabularnie zawodzi przez swoją przewidywalność, nie sposób nie docenić narracji i pewnego temperamentu autora/narratora. Także fanom dynamicznej, wręcz pełnej wigoru narracji rzecz zdecydowanie polecam.

Nasza Księgarnia 2014

Stara historia opowiedziana na nowo, czyli Markus Zusak i „Złodziejka książek”

Zasiadając do lektury zupełnie nie wiedziałem o czym książka będzie. Udało mi się skutecznie obronić przed nachalnym promowaniem tej pozycji sprzed jakiegoś czasu, nawet mimo istnienia filmu na jej podstawie. I myślę sobie, że to dobrze, bo jest to powieść tak wyjątkowa, że zakwalifikowanie jej jako kolejnej martyrologicznej pozycji o holokauście, Żydach czy niemieckim nazizmie jest zwyczajnie zbyt proste.

Najpierw zachwyca forma. Jest to historia przedstawiona w pierwszej osobie, ale przez narratora, jakiego trudno sobie wyobrazić. Narrator ten opisując życie małej Liesel Meminger wraz z jej przybranymi rodzicami stale “psuje” nam zabawę, często wybiegając myślą wprzód i zdradzając to, co zdarzy się w kolejnych latach. Powoduje to powstanie specyficznego, wyjątkowego klimatu, w którym bardzo szybko czytelnik potrafi się zacząć poruszać swobodnie, stajemy się częścią tego świata z narratorem równie osobliwym jak rzeczywistość lat trzydziestych w Trzeciej Rzeszy.

Potem zachwyca przedstawienie bohaterów, postaci, które jednocześnie doskonale wpisują się w dziwny klimat opowieści, a przy tym są ludźmi z krwi i kości, jakich często możemy spotkać, prawdziwymi. A na sam koniec zachwyca istota książki, czyli zrozumienie tematu, tego, o czym ona w ogóle jest, mimo holokaustu, mimo tragedii Żydów i innych ludzi, których zmieliła machina Hitlera i mimo ukazania świata faszystowskiego, gdzie cała ideologia narodu oparta została o jedną zasadę: my lepsi, inni gorsi. Czytelnik stopniowo zaczyna odsłaniać początkowo ukrytą prawdę, i patrząc na rodzącą się u Liesel miłość do książek wpierw kibicuje dziewczynce, a potem czeka, aż i ona zrozumie.

Rewelacyjna książka, nie tyle samą ukazaną tu historią – bo to już było nie raz, nie dwa – co wykonaniem całości przez autora. To pomysł na kształt ułożenia kolejnych zdań tu robi największe wrażenie, na styl powieści, na jej dynamiczne, niedługie fragmenty rozdzielone wieloma specjalnie wyróżnionymi zdaniami. Sama forma jest także odzwierciedleniem prawdy, jaka zostanie objawiona Liesel, i dodając do tego niewątpliwy talent Zusaka do utrzymywania uwagi czytelnika otrzymujemy powieść, która faktycznie zasługuje na uwagę tłumów i którą się gorąco chce polecać, jako coś innego, coś nowego, co pokazuje, że nawet dziś utalentowany twórca znajdzie sposób na stworzenie czegoś swojego, odrębnego od stale powielanych schematów. A że pod koniec robi się momentami zbyt patetycznie? Gdy opowiadamy o holokauście nie sposób uniknąć patosu, zresztą ostatnie strony książki pokazują, że nawet patos można ukazać trochę inaczej, niż zwykle.

Nasza Księgarnia 2014

wtorek, 26 lutego 2019

Jeszcze więcej tego samego, czyli dobra zabawa z Ksinem trwa

Drugi tom wznowionych przygód Ksina to “sequel idealny”, wszystko, co było dobre w “Początku” jest w “Drapieżcy” w większych ilościach, z kolei niedoróbki zostały zminimalizowane. Już nie miałem wrażenia, że całość jest szyta z większej ilości drobnych tekstów, i choć książka przedstawia dwie wyraźnie oddzielone opowieści, to jednak jest w stanie połączyć je umiejętnie, nawet mimo czasu, który upłynął między wydarzeniami.

Znowu oglądamy cały zestaw udanych bohaterów fantasy. Prócz kotołaka Ksina i jego żony Hanti świetnie czyta się o niezwykle konkretnym magu Rodminie oraz, co już jest wybitnie interesujące, kacie Jakubie, kompletnie zmieniającym wyobrażenie czytelnika o zawodzie utrwalonym w literaturze fantasy jako podłym. Pojedyncze, mniejsze przygody są obecne tylko i wyłącznie na tle bardzo poważnych wydarzeń, a Autor dba o czytelników oddając sporo miejsca w książce na opisy przedstawiające świat. Jakby tego było mało, tak, jak ostatnio mieliśmy bonusowo bestiariusz, tak teraz obdarowani zostaliśmy całą historią świata zaprezentowaną po lekturze właściwej.

Książkę czyta się bardzo szybko i dość lekko. Jedynym małym zgrzytem w opowieści jest rozdzielenie wydarzeń między częścią pierwszą i drugą czymś, co dopiero poznamy. Przypis wyraźnie wskazuje, że tajemnicze, i wydaje się, że bardzo interesujące zdarzenia poznamy w kolejnym tomie cyklu, co jest co najmniej dziwne, ale wierzę, że to nie kaprys, a metoda z góry zaplanowana i mająca sens.

No dobra, jest jeszcze drugi mały zgrzyt – seks. Opisy są tak samo zwyczajnie śmieszne, jak i dość żenujące, i faktycznie te fragmenty obniżają jakość książki. Ale nie jakoś drastycznie, a i po prawdzie przez akapity skupione na opisie cielesnej miłości można zaledwie przebiec wzrokiem, i potem znowu jest w porządku. Autor zadbał także o to, by końcówka była odpowiednio interesująca, tak, by nawet dość mocno zmęczony ciągłą akcją czytelnik wiedział, że i kolejny tom będzie chciał przeczytać.

Ksin. Drapieżca
Nasza Księgarnia 2015

piątek, 22 lutego 2019

Konrad T. Lewandowski – „Ksin. Początek”

Jest kilku pisarzy w tym kraju, którzy zaczęli karierę mniej więcej w tym samym czasie, i którzy potrafią napisać dobre fantasy. Jest Feliks W. Kres, który zamilkł, a szkoda, bo według mnie jest najlepszy. Jest Sapkowski, jest Piekara… i jest Lewandowski. Jego Ksin narodził się pod koniec lat osiemdziesiątych, a ja zawsze obiecywałem sobie, że w końcu rzucę okiem na tego bohatera, ale jakoś się nie składało. Aż do teraz, gdy autor zebrał swoje dzieła, przeredagował, poprawił i wydał od nowa. Pierwszym tomem jest “Ksin. Początek”.

Muszę przyznać, że spotkanie z kotołakiem wypało o wiele lepiej, niż się spodziewałem. Jest to pozycja bardzo dynamiczna, w której akcja goni akcję, i która oferuje całkiem ciekawy świat do poznania. Jeśli ktoś myśli, że zrobienie bohaterem cyklu kotołaka – połączenie człowieka z kotem – jest dziwne i nietypowe, to krótko powiem, że to dopiero początek. Autor ma gest jeśli chodzi o kreowanie różnego rodzaju postaci obdarzonych najróżniejszymi cechami, szeroko rozumianych monstrów. Lekturę zaś pan Lewandowski prowadzi tak, że niewiele pozostaje kwestii niewyjaśnionych; nie dość, że fragmenty leksykonów dotyczących co ciekawszych postaci są tu wyraźnie cytowane, to dodatkowo na końcu książki znajduje się bestiariusz, dość rozbudowany i wiele wyjaśniający.

W “Początku” jednocześnie poznajemy Ksina jako młodego kotołaka, który opuszcza miejsce, w którym się wychował i rusza w świat oraz Aspaję – córkę bogatego kupca, która swoimi manipulacjami doprowadza do wybuchu wojny. Krok za krokiem poznajemy te dwie opowieści coraz bardziej pozwalając się wciągnąć historii, a z czasem także dostrzegając punkty zbieżne, widzimy na horyzoncie miejsce, w którym obie się zetkną.

Jest to lektura przyjemna, lekka i niespecjalnie skomplikowana, w której mamy mnóstwo akcji, potężną ilość walki ze złem, stosy malowniczo opisanych rozczłonkowanych trupów oraz całkiem sporo seksu, czasem bardzo w stylu fantasy, z dodatkowymi elementami po poznaniu których czytelnik co najwyżej może unieść ze zdziwieniem brwi. :) I choć według mnie widać, że książka jest składana z różnych historii, że “Początek” jest najprawdopodobniej tworem powstałym troszkę na siłę, by zapewnić właściwej sadze odpowiedni prolog, to i tak bawiłem się dobrze i już czekam na kolejny tom. :)

Nasza Księgarnia 2014

Elizabeth Strout – „Olive Kitteridge”

Ma się rozumieć, że najpierw dotarła do mnie informacja o serialu. Pal sześć, że tworzony dla HBO (choć przyznam, że znacznie częściej robią świetne rzeczy, niż crap) – chodziło głównie o Frances McDormand, wcielającą się w rolę główną. Niesamowita aktorka, ale ja nie o tym. Zdążyłem obejrzeć dwa odcinki (z czterech), gdy zrozumiałem, że serial powstał na podstawie książki. I rzecz jasna natychmiast przestałem go oglądać i kupiłem ebooka. :)

„Olive Kitteridge” zostało wcześniej wydane w naszym kraju pod tytułem „Okruchy codzienności”. I przez prawie cały czas trwania lektury miałem wrażenie, że ten tytuł był o wiele lepszy. Ktoś pomyślał, ktoś miał wyobraźnię. Oczywiście, że pod koniec zabawy doskonale widać, że zaprezentowane tu historie łączy (choć czasem naprawdę tylko delikatnie, wzmiankowo) postać Olive, jednak samodzielne dojście do tej konstatacji byłoby pewną nagrodą, byłoby fajne. Jasne, że oryginalny tytuł brzmi też od imienia i nazwiska bohaterki, ale mimo wszystko, może ktoś i tak dałby się zaskoczyć.

Są to opowiadania rozgrywające się w Maine, w niewielkiej mieścinie, gdzie wszyscy o sobie wszystko wiedzą. Napotkani bohaterowie muszą mierzyć się z codziennością pojmowaną dość specyficznie. Wspólnym mianownikiem opowiadań można by nazwać rozczarowanie życiem, bolesną naukę o tym, że nigdy nie będzie tak, jak byśmy chcieli, by było, smutek wywołany czasem, gdy życie właściwie już się kończy, i ma się wrażenie, że było bezproduktywne, bezcelowe, lub że nasze cele nie okazały się celami innych, z którymi je wiązaliśmy… A jednak „Olive Kitteridge” wcale nie jest lekturą depresyjną, nie jest to także typowy dramat – miejscami wręcz przeciwnie, mamy do czynienia z humorem, choć fakt, że raczej czarnym. Mimo emocjonalnego ładunku tu zawartego – ładunku teoretycznie ujemnego – nie da się poznawać kolejnych historii inaczej, jak tylko okazyjnie parskając znad książki (czytnika).

Można by powiedzieć, że Elizabeth Strout pisze o starości, może dałoby się dokonać interpretacji mówiącej o tym, że autorka uświadamia nam, iż choćbyśmy byli nie wiadomo jak mądrzy i inteligentni, i tak nie zrozumiemy starości dopóki nas nie dopadnie. Ale wydaje mi się, że to w żadnym wypadku nie jest istota „Olive Kitteridge”. Podobnie jak sama Olive nie jest jej główną bohaterką. Bohaterami się ludzie, którzy znają swoje miejsce na ziemi. Bo do głowy im nie przyszło, że można żyć inaczej, ewentualnie zbyt się boją, w tym sensie. Jedna Olive jest znacznie mądrzejsza od sąsiadów, jednak jej osobowość jest tak przytłaczająca (jej „oliveność”, jak to zostaje ładnie określone), że nawet sama ze sobą miewa problemy; jest ślepa na pewne swoje wady (jak każdy z nas), wyolbrzymiając wady innych, czasem je wręcz wymyślając (jak my wszyscy). I ona tak samo, jak pozostali bohaterowie, mierzy się z kolejnymi dniami, przeżywając życie tak, jak ono wygląda – żyjąc z dnia na dzień, ale robiąc (czasem tylko w myślach, ale jednak) plany na przyszłość. Zapominając o tym, że nigdy nie wiadomo, co się zdarzy, a przecież zdarzają się rzeczy nie tylko dramatyczne, smutne, ale też okrutne, przygnębiające i niesprawiedliwe. Życie dba o to, by nam wszystkim o tym fakcie raz na jakiś czas przypomnieć. Ale znowu innymi razy jest ono całkiem znośne, nawet sympatyczne, i właściwie chce się żyć. Zatem w sumie plany można robić.

Całość jest świetnie napisana. Mimo, że autorka pokazuje różne postaci, które niewątpliwie mocno się od siebie różnią, pozostaje cały czas w charakterystycznym dla książki klimacie, takiej banalnej oczywistości. Elizabeth Strout tutaj nadała zupełnie nowe znaczenie wyświechtanej frazie: „nie można się oderwać od lektury”. Tu trzeba się zmuszać, by nie przeczytać wszystkiego na raz, słowa tak wciągają. Jestem totalnie zadowolony, te kolejne dwa epizody miniserialu sobie daruję, może kiedyś, za jakiś czas, rzucę okiem, ale w tej chwili odpuszczę nawet Frances McDormand – choćby nie wiem jak scenarzysta, reżyser i ona sama się starali, wizja już bardziej kompletna nie może być. Poza tym, po lekturze postać McDormand fizycznie do Olive mi w ogóle nie pasuje. :) Także polecam książkę! Dopiero potem ewentualnie telewizor!

Olive Kitteridge
Nasza Księgarnia 2014

środa, 13 lutego 2019

Chris Tvedt – „Krąg śmierci”

Kolejna książka Chrisa Tvedta poświęcona Mikaelowi Brenne – adwokatowi z Norwegii – spokojnie może zająć miejsce obok wszystkich poprzednich. Autor ponownie przygotował historię na tym samym, dobrym poziomie, możnaby nawet powiedzieć, że dla tego bohatera historię wręcz klasyczną.

Tym razem Brenne sam staje przed sądem. I to jest jeden jedyny minus, w sensie: chyba jednak zbyt łatwo poszło jego przeciwnikom. Nie chce mi się wierzyć, by tak znany adwokat niemalże od razu, natychmiast po oskarżeniach nie dość, że stracił wszystkie kontakty i znajomości, to jeszcze trafił na ponad dwa miesiące do aresztu! Nie wiem, ale amerykańskie kino z Hollywood uczy nas, że istnieje coś takiego jak zasada domniemania niewinności, ponadto znaczenie ma przeszłość a nawet zawód oskarżonego…

Dobra, ale nie ważne. Jeśli już przyjmiemy, że ok, jest, jak jest, to reszta powieści jest jak najbardziej do zaakceptowania. To taka typowa książka Tvedta, gdzie cały czas widać w tle intrygę szytą na znacznie większą skalę, niż mogłoby się wydawać. Nad tym elementem pisarz mógłby jeszcze popracować, postarać się ominąć zasady rządzące gatunkiem, uśpić nieco bardziej czujność czytelnika, myślę, że go na to stać.

Ale znowu: jeśli lekko zmrużymy oczy na ten cały fajerwerk wybuchający na końcu książki to okaże się, że „Krąg śmierci” stanowi zgrabnie zbudowaną całość, i choć pana Tvedta do czołówki skandynawskich twórców kryminałów nie sposób zaliczyć, to wyraźnie widać, że z pewnością daleko mu także do tych z końca listy. To zasługa głównie bohatera, którego upór a także typowa dla mężczyzn na pewnych stanowiskach tępota powodują, że choć czasem Mikaela Brenne trudno lubić, nie sposób mu nie kibicować.

Z tego, co się orientuję, autor ma w zanadrzu jeszcze jedną, szóstą powieść. Zatem cierpliwie czekam na tłumaczenie :)

Dødens sirkel
Nasza Księgarnia 2014

poniedziałek, 23 września 2013

Chris Tvedt - "Łowca szczurów"

Książki Chrisa Tvedta bardzo kojarzą mi się z powieściami Jamesa Thompsona. Tu Norwegia, tam Finlandia, tu adwokat, tam policjant - a obu panów poznałem tylko dlatego, że na ebooki tak często są promocje. Każdy z pisarzy potrafił przedstawić swojego bohatera tak, by chciało się poznawać dalsze jego losy, zarazem przy każdym z nich miałem się czego czepiać pisząc opinię.

Kto czytał wcześniejsze książki Tvedta, a szczególnie tom drugi: “Na własną rękę” doskonale wie, że Mikael Brenne nie jest takim typowym adwokatem, który pracuje głównie na sali sądowej. Wręcz przeciwnie, pracuje przede wszystkim poza budynkiem wymiaru sprawiedliwości, a to, co go kręci to samo poszukiwanie prawdy. “Łowca szczurów” zapewni mu zagadkę, która znowu powoduje skojarzenie z Jamesem Thompsonem i jego ‘Bielą Helsinek”. Motywem przewodnim bowiem będzie tu szeroko rozumiany nazizm, z tym, że nie oparty na wydarzeniach dzisiejszych, powrócimy bowiem do przeszłości i rzucimy okiem na czas drugiej wojny światowej w oczach Norwegów - którzy posiadali faszystowski rząd, sporo kolaborantów, i na zawsze z tego powodu mają obowiązek czuć wstyd.

Sama historia nie jest porywająca, zupełnie tak samo, jak poprzednie trzy. Ale choć czasem powieść wciąż wydaje się naiwna, to jednak jest to już naiwność innego rodzaju. Naiwność wynikająca z chęci pokazania dobrych ludzi na tle ludzi złych, lecz już nie prostota samej historii czy kompletnie banalne rozwiązania. A tym, co powoduje, że czyta się bardzo lekko i przyjemnie jest znowu sam bohater, Mikael Brenne, który niby jest człowiekiem inteligentnym, ale jednocześnie - jak większość mężczyzn - małostkowym, obrażalskim i co najważniejsze - nie potrafiącym powstrzymać chuci. Nawet gdy doskonale wie, że zdecydowanie powinien.

“Łowca szczurów” to mimo poważnego tematu jednak bardziej rozrywka, niż rozprawa z przeszłością. Jednak w przeciwieństwie do “Bieli Helsinek” Thompsona po lekturze nie ma się uczucia pustki i niezrozumienia, tu nazizm jest traktowany jako oczywiste zło, którym trzeba pogardzać i które trzeba wyplenić. Książka w sam raz nadająca się na odpoczynek od poważniejszych rzeczy, można z nią dość przyjemnie spędzić popołudnie czy dwa. A losy Brennego znowu poukładały się na tyle interesująco, że po kolejny tom sięgnę z nie mniejszą chęcią.

Rottejegeren
Nasza Księgarnia 2013

niedziela, 14 kwietnia 2013

Chris Tvedt - "W mroku tajemnic"

Dramatyczna końcówka poprzedniej książki, której bohaterem jest Mikael Brenne spowodowała, że prawnik wpadł w głębokie kłopoty. Nikt nie jest na tyle twardy, by nie odczuwać skutków tak wielu strasznych, wykańczających zarówno fizycznie, jak i psychicznie wydarzeń. Mikael się stoczył, dopadła go depresja, stracił miłość swego życia oraz dar, dzięki któremu został tak sławnym adwokatem. Tak bardzo się w tym wszystkim pogubił, że nie dość, iż dopadają go ataki paniki, to jeszcze w przeciwieństwie do czytelnika nie wie o co chodzi. Równo w połowie książki (Kindle pokazywał dokładnie 50%) doskonale wiedziałem jakim torem pójdzie fabuła, a nawet kto jest w sprawę uwikłany i kto jest mordercą. Jedynym wytłumaczeniem dla Autora, który nie dopilnował intrygi jest właśnie chęć pokazania ograniczeń człowieka znajdującego się w rozsypce. Gdyby "W mroku tajemnic" było moim pierwszym spotkaniem z Mikaelem, byłoby także spotkaniem ostatnim. Jednak ponieważ jako czytelnik już to i owo z bohaterem przeszedłem, łatwiej było mi zaakceptować braki w fabule i kompletny brak niespodzianek i elementu zaskoczenia podczas lektury.

Tym razem sprawa wyglądać miała skomplikowanie. Nie dość, że Mikael z asystentką Synne zajmują się młodocianymi przestępcami, chłopakami z rodzin kompletnie wykolejonych, to jeszcze samobójstwo popełnia dawny kolega adwokata. Tematy przewodnie książki mamy dwa: potworne zjawisko pedofilii oraz składanie "do kupy" życia człowieka po przejściach. Nie jest to jednak scenariusz hollywoodzkiego filmu, zatem oba zjawiska zostały pokazane w prosty i pozbawiony fajerwerków - czyli doskonały, realistyczny, rzeczywisty sposób. I gdyby Autor trochę lepiej zaplanował wydarzenia, gdyby nie grał z czytelnikiem w aż tak otwarte karty, od pokazanej tu historii nie można by się oderwać.

Polecam prozę Chrisa Tvedta, jednak zachęcam, by o Brennem czytać w kolejności chronologicznej. Wówczas tom trzeci będzie lekturą znośną, bowiem dalsze losy bohatera, którego już znamy są zajmujące. Mimo niedosytu, mimo faktu, że "W mroku tajemnic" jest powieścią od poprzednich słabszą na pewno sięgnę po powieści kolejne.

Skjellig grunn til mistanke
Nasza Księgarnia 2013

niedziela, 23 września 2012

Chris Tvedt - "Na własną rękę"


"Na własną rękę" rozpoczyna się mniej więcej rok po wydarzeniach z "Uzasadnionej wątpliwości". Mikael Brenne stał się znanym i rozpoznawalnym adwokatem, jego kariera przeżywa swój najlepszy okres. Jest wspólnikiem w poważanej kancelarii, pieniędzy nie brakuje, a u boku ma kobietę, którą kocha. Jednak nie oznacza to, że zaniechał spraw, od których zaczynał. Gdy trafia mu się klient, który jest oskarżony o gwałt i morderstwo dokonane na czternastoletniej dziewczynce, mimo przekonania, że facet jest winny, bierze jego sprawę.

Od tego zaczyna się dramatyczna historia opętanego żądzą zemsty ojca, niefrasobliwej, wręcz pokazowo tępej policji, widocznego braku zaangażowania w faktyczne wyjaśnienie sprawy przez prokuraturę i coraz większej ilości wątpliwości, jakie nachodzą Mikaela. Nie jest to jednak historia w stylu Grishama, gdzie rzeczywiście dramat jest pokazany w fascynująco szczegółowy i dokładny sposób. Nie, podobnie jak w poprzedniej książce i tę praktycznie w całości wypełnia akcja, gdy Mikael Brenne widząc że jest zdany tylko na siebie rzeczywiście zaczyna działać na własną rękę.

Powieść wciąż bywa naiwna, a pewne rozwiązania, na które zdecydował się Autor są lekkim pójściem na łatwiznę, w takim mało mądrym, hollywoodzkim stylu. Mimo to, zupełnie jak w przypadku tomu pierwszego, czyta się jednym tchem i owe dyskretne braki można przeboleć. Można nawet uznać "Na własną rękę" za pozycję lepszą od i tak udanego debiutu.

Fare for gjentakelse
Chris Tvedt
Nasza Księgarnia 2012
wydanie elektroniczne: 303 strony

Strona książki na LubimyCzytać.pl

Chris Tvedt - "Uzasadniona wątpliwość"


Bohaterem książki jest adwokat specjalizujący się w wyciąganiu z aresztu drobnych rzezimieszków; narkomanów, paserów, prostytutek i tym podobnych postaci, znajdujących się z dala od prawdziwej, zorganizowanej przestępczości. Ma swoją firmę, zatrudnia sekretarkę, jest w stanie się utrzymać. Jednak nie jest człowiekiem spełnionym, daleko mu do tego. Ma mnóstwo problemów ze samym sobą, pije stanowczo za często i zbyt duże ilości, kobiety łatwo poznaje, lecz związki na dłuższą chwilę bardzo łatwo psuje, w dodatku jego stosunek do życia i pracy jest coraz bardziej płynny. Nie ma problemów typu moralnego z delikatnym naginaniem prawdy, jeśli tylko pozwoli to obronić jego klienta. Krótko mówiąc: stacza się.

Ten fakt wykorzystuje dwóch Serbów, którzy powoli przejmują miejski półświatek. Mikael godzi się na reprezentowanie ich, zaczyna pracować za duże pieniądze, a umowa z nowymi klientami jest jasna: chce wiedzieć jak najmniej, najlepiej nic na temat ich interesów. Co oczywiście jest niemożliwe, a z czasem Mikael wsiąka coraz głebiej i uświadamia sobie, że ma poważny problem.

Jak widać, fabuła jest nieco naiwna. I ta naiwność jest widoczna do samego zakończenia, które aż poraża beztroską Autora. Zostawia On bowiem kilka spraw w takim stanie, że trudno się powstrzymać przed grymasem niezadowolenia. Tym bardziej, że poza ową delikatną, lecz obecną stale naiwnością książka jest naprawdę dobra, a Chris Tvedt okazuje się sprawnym narratorem, który wymyślił naprawdę ciekawego bohatera. Jednocześnie wykształconego, nawet dość utalentowanego prawnika, samodzielnego, mającego swoją reputację, a z drugiej strony typowego faceta, który bardzo często myśli przyrodzeniem zamiast głową, jest zależny od własnej słabej woli i który nawet gdy rozumie, że robi źle, nie potrafi się powstrzymać.

Książka jest wciagająca, trudno się od niej oderwać, już po pierwszych paru stronach widać, że Autor ma talent i że zabawa będzie niezła. Bez zastanowienia kupiłem kolejną pozycję Tvedta, a "Uzasadnioną wątpliwość" polecam wszystkim, którzy chcą odsapnąć od skandynawskich policjantów i dziennikarzy atakujących w coraz większych ilościach polskie księgarnie, ale chętnie poznają skandynawskiego prawnika :-) Przez odczuwalną naiwność co prawda zabawa trochę cierpi, mogło być lepiej, ale jak na debiut wyszło Tvedtowi świetnie.

Rimelig tvil
Chris Tvedt
Nasza Księgarnia 2012
wydanie elektroniczne: 330 stron

Strona książki na LubimyCzytać.pl

czwartek, 5 sierpnia 2010

Janusz A. Zajdel "Lalande 21185"

O ile się nie mylę, "Lalande 21185" to pierwsza powieść naszego prywatnego, rodzimego mistrza fantastyki socjologicznej, jaka ukazała się w druku. I oczywiście nie należy do tegoż gatunku, jest to po prostu bardzo klasyczna tak w formie, jak i treści książka science fiction.

Bohaterami jest grupa astronautów, udających się do tytułowej gwiazdy Lalande 21185. Wśród nich znajdziemy znacznie młodszych członków załogi, wręcz dzieci jeszcze, urodzone w astrolocie. Wyprawa jest typowo badawcza.

Fabuła nie zachwyca. Nie jest oczywiście zła, nic z tych rzeczy. Po prostu historia jest dość przeciętna, a wszelkie ciekawe myśli autor niestety podaje w sposób lekko łopatologiczny, każąc swoim bohaterom wygłaszać gigantycznej długości monologi (zwłaszcza na końcu książki). Mimo to książka jest warta przeczytania nie tylko dlatego, że jej autorem jest twórca "Paradyzji" i "Limes Inferior". Znajdziemy tu nieco typowego, zajdlowskiego poczucia humoru, które doskonale znamy z jego rewelacyjnych opowiadań. Niektórym czytelnikom, zwłaszcza tym, dla których science fiction to absolutnie najważniejszy gatunek literacki spodoba się także bijąca z każdej niemalże strony prawda, którą Zajdel głosił otwarcie wszem i wobec: nauki humanistyczne są ważne, lecz to przedmioty ścisłe są tym, co popycha nas do przodu i to one są najważniejsze.

Lalande 21185, Nasza Księgarnia 1966, 228 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl