Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofia. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 lipca 2019

Kingsajz dla każdego! ...czyli o Detroit: Become Human słów kilka

Byłem pewien, że zagram w tę grę. Raczej miło wspominam Heavy Rain, na dodatek należę do tej nielicznej grupy graczy, którzy lubią Beyond: Two Souls. Co za tym idzie kibicuję Davidowi Cage’owi w jego pracach nad stworzeniem interaktywnej opowieści, i tego, że ogram Detroit: Become Human byłem pewien. Nie spodziewałem się jednak, że nastąpi to tak szybko. Oto bowiem w lipcu 2019 roku SONY niespodziewanie w ostatniej chwili zmieniło layout „darmowych” gier w abonamencie PlayStation Plus, wymieniając PES 2019 (też bym rzucił okiem…) na Detroit właśnie. I tak po dwóch dniach przygoda jest za mną i muszę powiedzieć, że jestem zachwycony!

Zachwyt oczywiście dotyczy pomysłu na fabułę. Nie ukrywam, że opowieści o walce z podziałami zawsze znajdują u mnie pozytywne uczucia, i jako fan cyberpunku doprawdy nie uważam, by sztuczna inteligencja była w jakimkolwiek stopniu gorsza od ludzkiej. Albo obcej. Inteligencja, a konkretnie: świadomość własnego istnienia wystarcza mi zupełnie do uznania równości. I o tym dokładnie opowiada Detroit: Become Human - o świadomości własnej egzystencji, a co za tym idzie dokonywaniu wyborów moralnych bez stosowania zasad wpojonych przez programistów, ale na zasadzie głosu serca.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Philip K. Dick - "Człowiek z Wysokiego Zamku"

Napisany pięćdziesiąt lat temu “Człowiek z Wysokiego Zamku” przedstawia historię alternatywną; taką, w której Niemcy razem z Japonią zwyciężyły w drugiej wojnie światowej. Philip K. Dick dzięki swoim doskonale wykreowanym bohaterom rewelacyjnie pokazuje ten nasz, ale inny świat, gdzie Stany przegrały, bowiem Roosevelt został zamordowany, Erwin Rommel spokojnie pokonał Anglię, która lekkomyślnie od władzy odsunęła Churchilla, kanclerzem Niemiec jest Bormann, Goering udaje rzymskiego patrycjusza od orgii, Goebbels wciąż pisze swoje propagandowe przemówienia, a Baldur von Schirach jest wymarzonym kolejnym kanclerzem dla wszystkich nieco bardziej umiarkowanych w poglądach.

USA zostały podzielone na kilka krajów. Wschód jest naturalnie opanowany przez Niemcy, świetnie prosperuje pod ich rządami, gospodarka kwitnie, a za znikającymi z ulic Żydami i przedstawicielami innych “niearyjskich” mniejszości mało kto tęskni. Środek Stanów to prawie wolne państwo, mające jednak nieco wspólnego z Zachodem, gdzie istnieje kolejny kraj, tym razem zależny od zwycięskiej, cesarskiej Japonii. Tam też rozgrywa się ogromna większość akcji, w dawnej Kalifornii, czyli miejscu zamieszkania Philipa K. Dicka.

Jest kilkoro bohaterów, a każdy z nich świetnie wpisuje się w świat przedstawiony, każdy jest postacią niezbędną, by móc jak najlepiej ogarnąć całość. Przede wszystkim poznajemy zwykłych mieszkańców tego dziwnego państwa, opanowanego całkowicie przez zwyczaje z Dalekiego Wschodu; zwyczaje, dodajmy, wcale nie do końca japońskie, ale przez Japończyków zagarnięte i wprowadzone do ich nietypowego sposobu na życie. Wszędzie obecne jest to dziwne, specyficzne poczucie honoru, tak niezrozumiałe dla “białego człowieka”; panuje także zamiłowanie do kolekcjonowania, a sprytni Amerykanie próbują się wpasować w ten świat, gdzie są obywatelami gorszej kategorii. Znajdziemy tu zarówno oportunistów, jak właściciel sklepu z antykami, próbujący uznać wyższość Japończyków, ale i ludzi nieco sprytniejszych, jak rzemieślnicy tworzący firmę mającą na celu wciskanie Japończykom-kolekcjonerom dobrego, tak przez nich upragnionego kitu, wreszcie samych przedstawicieli “klasy panującej”.

Każda z postaci, czy to Amerykanin, czy Japończyk, czy Niemiec, obcuje przez pewien czas z krążącą w drugim obiegu powieścią, która w Niemieckiej części świata jest zakazana, a w pozostałych także niemile widziana, przynajmniej z oficjalnego punktu widzenia. Powieść przedstawia fikcyjny świat, w którym to jednak nie Niemcy i Japonia okazali się zwycięzcami, a Anglia i Stany Zjednoczone. Powieść jest bardzo realistyczna, i napisana w taki sposób, że zbiera coraz więcej fanów. W końcu i czytelnik jest w stanie się zapoznać z jej fragmentami, a znając naszą wersję przebiegu drugiej wojny światowej z miejsca można poczuć moc fikcyjnej książki.

“Człowiek z Wysokiego Zamku” poza wspaniałą historią oczywiście ma także i drugie dno, zajmuje się różnymi problemami. Najciekawszym z nich wydaje się być różnica między światem, gdzie rządzi faszyzm, a nieco bardziej demokratycznym - i nie chodzi w zasadzie nawet o nasz świat, co ten pokazany w zachodniej i środkowej części dawnych Stanów Zjednoczonych. Autor bez najmniejszej sympatii dla faszystów i nazistów pokazuje, że jednak pewne sprawy w takim właśnie ustroju można przeprowadzić łatwiej; a wychodząc z tego założenia zaczyna wraz z bohaterami bawić się w snucie wizji na temat ustroju lepszego zarówno od tego znanego z Niemiec z lat trzydziestych, jak i tego, który zwiemy demokracją.

Nie mogło zabraknąć także elementów, z jakich Philip K. Dick jest znany najlepiej, czyli swego rodzaju poszukiwania odpowiedzi na pytanie: kto jest kim, co jest czym, gdzie jest świat realny, a gdzie fikcyjny? I wielbiciele tej strony autora także będą zadowoleni, bowiem bardzo sprytnie i w ogóle nie nachalnie Dick w niektórych miejscach zaczyna bawić się światami, miesza ten, który znają bohaterowie z tym, jaki pokazuje im zakazana książka oraz tym, jaki znamy my - efekt jest zachwycający, książki w żaden sposób nie można po prostu skończyć, zamknąć i zapomnieć - po przeczytaniu ostatniego rozdziału zaczyna się jej drugie życie, teraz już bezpośrednio w głowie czytelnika. I to w prozie Dicka jest najlepsze: mamy o czym pomyśleć, jest się nad czym zastanawiać, a przy tym sama historia wcale nie była trudna i skomplikowana, wręcz przeciwnie: pełna ciekawych zwrotów akcji i świetnych dialogów. Momentami oferowała dramat, gdzie indziej można było boki zrywać ze śmiechu.

Naprawdę nie rozumiem dlaczego tego autora prawie zawsze przedstawia się jako znanego głównie z rzekomej choroby psychicznej. Zaczynam wierzyć, że to efekt jakiegoś spisku, wywołanego przez zawistnych, pełnych zazdrości konkurentów. Facet był geniuszem, nie szaleńcem.

The Man in the High Castle
Rebis 2006

niedziela, 7 kwietnia 2013

Wojciech Szyda - "Stroiciel ciszy"

Kupując “Stroiciela ciszy” byłem przekonany, że kupuję powieść, w której autor będzie podejmował tematykę związaną z religią, konkretnie tą nam najbliższą, chrześcijańską. A tu niespodzianka - książka zawiera opowiadania, nie powieść. Natomiast tematyka się zgadza, raczej przez ogromną większość czasu mamy do czynienia z religią, pojmowaną na różny sposób, wedle zasady: im dalej od Jezusa i znanej nam wszystkim nomenklatury, tym lepsze opowiadanie.

Szybko bowiem okazało się, że pierwsze teksty, bazujące na dokładnie znanych wszystkim motywach: Zbawiciel, Szatan, Lucyfer, Dobry i Zły Łotr czy też święty Graal są tekstami najsłabszymi, bo oczywistymi. A na domiar złego nie dość, że nie zaskakują, to jeszcze autor pozwala sobie na mało dyskretne nauczanie, pokazywanie co jest, co być powinno, co jest lepsze a co gorsze. To niestety przeszkadza. 

Potem jednak jest znacznie lepiej. A chwilami nawet bardzo dobrze; można czasem wręcz odlecieć, zapomnieć o bożym świecie, że tak powiem. “Wieczne oblężenie” jest po prostu świetne, tak krótkie, a tak treściwe, z ciekawym pomysłem, interesującym wykonaniem i tą rewelacyjną chwilą zadumy, jaka przytrafia się tylko po naprawdę dobrym tekście. Podobnie jest w przypadku “Planów na przyszłość”, choć tu według mnie końcówka trochę się gubi, za dużo gmatwaniny, jednak sam pomysł na opowiadanie oraz owego pomysłu przedstawienie - bomba.

I tak ostatecznie mogę z zadowoleniem powiedzieć, że “Stroiciel ciszy” był zbiorem dobrym. Słabych tekstów jest równie niewiele, co wspaniałych, a większość oferuje przyzwoity poziom. Można się zabawić, czasem zastanowić, momentami uśmiechnąć, a raz czy dwa nawet postukać w czoło. Jest to w każdym razie coś innego, niż spotykamy na co dzień; Autor gdzieś dąży, próbuje coś powiedzieć, przeważnie nawet z dobrym skutkiem, można Go zrozumieć. I pominąwszy zbyteczną dydaktykę można odczuwać sporą przyjemność czytając te opowiadania, zatem polecam.

Stroiciel ciszy
Zysk i S-ka 2011

niedziela, 24 lutego 2013

Jacek Inglot - "Quietus"

Jak na serię Zwrotnice Czasu przystało, wznowiony jako wydanie rozszerzone “Quietus” pokazuje nam alternatywną wersję historii. W tym przypadku rozdział między tym, co przytrafiło się nam, a tym, co opowiada Jacek Inglot nastąpił w IV wieku n.e., za czasów cesarza Juliana zwanego Apostatą. Choć Cesarstwo Rzymskie zdawało się przechodzić na chrześcijaństwo, Apostata postanowił powrócić do wierzeń bardziej dla starożytnego Rzymu klasycznych, przy tym jednak okazał się człowiekiem niebywale zawziętym. Stąd też na miecz wydobyty z pochwy przez chrześcijan odpowiedział mieczem, skutecznie eliminując tą religię, a co za tym idzie unikając okropnego następstwa opanowania Cesarstwa przez nową wiarę - średniowiecza.

I samemu chrześcijaństwu poświęcony jest “Quietus”, jako zjawisku nietypowemu. Jest bowiem ta wiara fenomenem dotychczas filozofom nieznanym - opiewa bowiem jako sens i istotę życia miłość, jednak nie znaną starożytnym miłość fizyczną, zmysłową, ale miłość wyrażoną w uczuciach do drugiego człowieka, a nawet do wszystkich ludzi. Rzecz jasna Autorowi starczyło świadomości i wyobraźni, by dostrzec także drugą stronę chrześcijaństwa - kompletną nielogiczność zapisanych ewangelii, wzajemne wykluczanie się pokazanych tam praw i prawd, czego efektem prędzej czy później musi być konfilkt i opanowanie religii przez ludzi małych, nienawistnych, pozbawionych wyobraźni, okrutnych, zwyczajnie głupich. Ten aspekt chrześcijaństwa doskonale sprawdził się (i stale się sprawdza) w naszej wersji historii, i jest on także pokazany w “Quietusie”.

Proces poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania dotyczące podstaw, na których rozwinęła się filozofia głoszona przez Jezusa pokazany jest z perspektywy kilku bohaterów. Żeby było ciekawiej, każdy z nich jest Wenedą, czyli kimś na kształt pra-Polaka. Akcja, choć realnie dzieje się na całym znanym wówczas świecie, w rzeczywistości stale powraca na nasze ziemie, które z woli Autora staną się miejscem wielkich zmian. I tu warto wspomnieć o doskonale wpiętych w historię legendach i postaciach drugoplanowych: mówi się wiele o Dago, w naszej wersji historii pierwszym, a tu ostatnim władcy księstwa na ziemiach w okolicach Vistuli. Znajdzie się miejsce dla Cyryla i Metodego, istotnych dla religii chrześcijańskiej postaciach. Podobnie sprytnie i sympatycznie Autor prezentuje świat, w którym bez średniowiecza nauka rozwija się znacznie szybciej (jest maszyna parowa), opisuje miasta zarówno te europejskie, jak i te na Dalekim Wschodzie, tworzy bardzo przyjemny klimat, na tle którego przedstawiona, dramatyczna historia staje się jeszcze bardziej angażująca, a oderwanie się od książki (np. po to, by choć trochę nocy przespać) jest jeszcze trudniejsze.

Przyznam się, że to pierwsza książka Jacka Inglota, jaką mam okazję czytać. I choć konkluzja tu zawarta średnio do mnie trafiła, to jednak powieść jako całość podobała mi się bardzo, a styl Autora zrobił na mnie duże wrażenie. Z całą pewnością sięgnę po więcej prozy tego wrocławskiego twórcy.

Quietus
Narodowe Centrum Kultury 2011

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl


niedziela, 16 września 2012

Robert Silverberg - "Księga Czaszek"


Tytułowa Księga Czaszek to tajemniczy manuskrypt, odnaleziony przez studenta w zakamarkach biblioteki. Mówi on o ukrytej gdzieś w Arizonie pustelni, której członkowie posiedli władzę nad śmiercią, lub też patrząc z drugiej strony nad życiem wiecznym. Jednak by móc samemu stanąć do próby dającej nieśmiertelność należy spełnić określone warunki: odnaleźć samotnię, a na miejsce przybyć w towarzystwie trojga innych mężczyzn. Dwóch z nich przejdzie próbę tylko pod warunkiem, że dwóch kolejnych zginie. Jeden musi popełnić samobójstwo, drugiego pozostała dwójka musi zgładzić sama.

Najciekawszym motywem w książce jest sama podróż, droga samochodem z Nowego Jorku do Arizony. Czwórka przyjaciół to tak naprawdę przypadkowa grupa znajomych z uczelni. Są ze sobą tylko dlatego, że każdy ma w tym swój cel. Przyjaźni jako takiej zabrakło, jest tylko wygoda wynikająca z doboru specyficznego towarzystwa. Timothy to potomek amerykańskiej arystokracji, chłopak z dobrego domu, który nigdy nie musiał się troszczyć o pieniądze - po prostu zawsze były, choć ich źródło okrywa mrok historii, ani jego ojciec, ani dziadek ich nie zdobyli, są po prostu w rodzinie od zawsze. Oliver z kolei jest kimś na kształt wieśniaka (nie mylić z prostakiem), pochodzi z miejsca, gdzie diabeł mówi dobranoc, a jedynym zajęciem mężczyzny jest praca od świtu do zmierzchu, kłótnie z małżonką, troska o brak pieniędzy i okazyjne, weekendowe pijaństwo. Ned natomiast to mały spryciarz, nie kryjący swego homoseksualizmu. Wręcz przeciwnie: ze swej orientacji seksualnej uczynił oręż, a spoglądanie na strach pomieszany z ciekawością u innych ludzi sprawia mu perwersyjną przyjemność. Ostatni, Eli, ten, który odkrył manuskrypt, to ciężki przypadek Żyda - jego narodowość w pełni go identyfikuje, jest absolutnym niewolnikiem stereotypów i nie potrafi, nawet nie chce - choć czuje, że powinien - od bagażu doświadczeń amerykańskich Żydów się odciąć.

Pokonywanie kolejnych setek kilometrów to moment, w którym wszystkich można dobrze poznać. Tym lepiej, że kolejne rozdziały pisane są zawsze w pierwszej osobie, przez wszystkich członków wyprawy po kolei. Dzięki temu bohaterowie wzajemnie się uzupełniają w przedstawianiu czytelnikowi postępów w podróży i pokazują odmienne punkty widzenia na różne zdarzenia, jakie napotykają.

Obserwacja ich zachowań, poznawanie ich przemyśleń, historii, a także rozważań dotyczących tajemnicy Księgi Czaszek sprawia całkiem niezłą przyjemność. Niestety dla mnie zabawa się praktycznie skończyła, gdy dotarli na miejsce. Mnisi, tajemnice i zwyczaje rodem z Shangri-La to zdecydowanie nie moje klimaty. Ale nawet pominąwszy ten fakt muszę stwierdzić, że końcówka okazała się sporym rozczarowaniem, wydarzenia były zbyt proste do przewidzenia. Niby rozumiem, co autor miał na myśli, jednak oczekiwałem zdecydowanie czegoś więcej, po tak smakowicie nakreślonym początku i tak dobrze skonstruowanych postaciach. Zwolennicy medytacji, poszukiwań głębszych prawd i szeroko rozumianego mistycyzmu pewnie jednak będą się bawić dobrze do samego końca :-)

The Book of Skulls
Robert Silverberg
Prószyński i S-ka 2005
216 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

niedziela, 9 września 2012

Charles Yu - "Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie"


Charles Yu bohaterem książki zrobił siebie samego. Jej tytuł należy rozumieć dosłownie: jest to książka z pewnymi dobrymi radami dla serwisantów podróżujących w czasie, zawierająca nie tylko swego rodzaju reguły rządzące tym konkretnym wszechświatem, w którym Yu się znajduje, ale także krótkie opisy poszczególnych zjawisk, na jakie podróżnik może natrafić wraz z wytłumaczeniem czym owe zjawiska są względem prawdy o wszechświecie. To brzmi strasznie skomplikowanie, lecz będzie jeszcze gorzej (lepiej) - Yu pisze podręcznik i dziennik w jednym, jednocześnie go czytając, odziedziczywszy książkę po sobie samym. Fajne?

Jasne, że fajne. Początek książki to pokaz całej gamy bardzo ciekawych pomysłów, wytłumaczonych w tak przystępny i jasny sposób, że nie ma strachu, nikt bólu głowy podczas lektury nie poczuje. Mamy tu prócz Charlesa także inne postaci, często nierealne, sztuczne. Jest pies Ed, który nie istnieje, jest Phil, który myśli, że jest żonatym człowiekiem, mającym dzieci... a naprawdę to program komputerowy, sztucznie ożeniony z arkuszem kalkulacyjnym pod postacią kobiety, jednak mądrzejszym od Phila, bowiem świadomym swego sztucznego istnienia. Jest TAMMY, czyli pesymistycznie nastawiony do świata, przekonany o własnej niskiej wartości komputer, płaczący częściej niż dający dobre rady, chwilami wręcz można się obawiać, że dojdzie do software’owego samobójstwa... Przy czym wszystko tu opisane w pierwszej części książki jest przyjemnie ironiczne, idealnie zrozumiałe, czasem nawet lekko cyniczne, zatem też miło dowcipne.

Jest to także historia z zupełnie innego wymiaru, znacznie nam bliższego. Charles szuka prawdy na temat swojego ojca, któremu właściwie książka jest poświęcona w całości. Krok za krokiem analizuje siebie samego sprzed lat, kolejne wydarzenia z przeszłości, dochodząc - jak doszedłby każdy z nas - do mało przyjemnych wniosków, marząc, by móc przeżyć wiele sytuacji inaczej, bo ze zrozumieniem, które przyszło z czasem.

Na okładce książki można zobaczyć zapowiedź pewnej akcji - że niby Charles spotyka siebie samego i co potem z tego wynika. Jednak nie należy tego rozumieć dosłownie, nie jest to książka gdzie mamy początek, rozwinięcie i zakończenie, gdzie akcja rzeczywiście się układa, gdzie kolejno następują wydarzenia. Wszystko jest dostosowane do specyficznego pojmowania świata opanowanego przez przedziwne zwyczaje i wielkie korporacje, gdzie początek może być zarówno końcem, jak i środkiem, a wszystko może trwać w wywołanej sztucznie, a często i na życzenie samego podmiotu pętli, zakrzywiającej czas do pewnego określonego wydarzenia z przeszłości, liczonego w dość drogich minutach. I tak samo czyta się też książkę, zdecydowanie bardziej dla ciekawej narracji, przyjemnych i prosto wytłumaczonych pomysłów, niż dla rzeczywiście jakiejś akcji czy też przedstawienia pewnej zamkniętej historii.

I ta właśnie zaleta “Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie” jest też książki najpotężniejszą wadą. Chwilami lektura staje się jednak nużąca. Nie kiepska, nie słaba, nie pozbawiona sensu, ale zwyczajnie dobrze jest od niej na moment odpocząć, by potem powrócić z nowymi siłami na poznawanie w najdrobniejszych szczegółach wnętrza Charlesa, wytrwale badającego swoją przeszłość i siebie samego, jako człowieka z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, zatem godnego zainteresowania.

How to Live Safely in a Science Fictional Universe
Charles Yu
Prószyński i S-ka 2011
280 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

sobota, 8 września 2012

Thomas M. Disch - "Obóz koncentracji"


Jak dla mnie trochę za bardzo chaotyczna jest ta książka. Początek jest jak najbardziej ok - poznajemy bohatera, poetę i pisarza, który spędza czas w więzieniu. Trafił tam z powodu swoich antymilitarystycznych poglądów, wolał więzienie niż mundur i front. Szybko jednak z więzienia znika i trafia do tytułowego obozu koncentracji, obozu Archimedes. A tam okazuje się, że jego zadaniem będzie obserwacja i interpretacja wszystkiego, co na miejscu zobaczy. Głównie ludzi, poddanych swego rodzaju eksperymentom (mówiąc w dużym uproszczeniu).

Niestety wizje wpierw innych, a później już także samego bohatera nie są porywające, a przynajmniej nie porwały mnie. Całość jest utrzymana w formie dziennika, lecz tylko początkowe fragmenty rejestracji wydarzeń w obozie są ciekawe. Autor ma świadomość, że pisze tylko po to, by liczne kopie jego słów trafiały na różne biurka różnych ważniaków. Chwilami potrafi to wykorzystać i lektura robi się na moment zajmująca, lecz im dalej, tym więcej siły woli trzeba wytężyć, by trwać wraz z Louisem w obozie Archimedes i ogarnąć całość tego, co jest tu przedstawione.

A przedstawionych pomysłów i idei jest wiele. Ot, chociażby standardowe pytania o istnienie Boga, potrzebę Jego posiadania, bądź też zupełnie zbyteczne Jego istnienie. Lub nieistnienie. Dalej mamy sens życia, o co chodzi, po co to wszystko, dlaczego tyle cierpimy, gdzie jest jakikolwiek, chociażby najgłupszy cel? Problemem jednak dla mnie zdecydowanie jest forma pytań i odpowiedzi - nie są to porywające dialogi między coraz mądrzejszymi (przez eksperyment) ludźmi, ogarniającymi coraz więcej z otaczającego ich świata. Nie, to pomieszanie z poplątaniem, gdzie własne myśli bohatera poprzestawiane są słowami napotkanych tu postaci, a jakiegoś głównego ośrodka, na którym dla relaksu i odprężenia (choćby chwilowego) można by skupić oko i myśli po prostu brakuje. Ciężka lektura, autor miał wiele na myśli i niewątpliwie nie jest to jakiś tam gniot. Ale jak dla mnie książka jest przynajmniej “delikatnie”, “odrobinę” przechwalona.

Camp Concentration
Thomas M. Disch
SOLARIS 2008
193 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

sobota, 16 czerwca 2012

Philip K. Dick - "Ubik"


Tak się utarło, że Philipa K. Dicka kojarzy się głównie za sprawą jego skłonności do narkotyzowania się oraz domniemanej choroby psychicznej - schizofrenii paranoidalnej. Stąd też opinie o powieściach i opowiadaniach tego autora są często zdominowane przez poszukiwania związku między jego chorobą, uzależnieniami i twórczością. No, ale dopóki zażywanie narkotyków i znaczące odstawanie od reszty społeczeństwa pod jakimkolwiek względem będzie uznawane za tematy dobre dla prasy brukowej i plotkarek spod kościoła, sytuacja ta będzie trwała.

W “Blade Runner” można było dostrzec jak Philip Kindred Dick zastanawia się czym jest życie i cóż tak naprawdę oznacza stwierdzenie: jestem człowiekiem. W “Ubiku” natomiast autor podejmuje inne wyzwanie - stara się pokazać świat, w którym nic nie jest pewne, a przedstawiona tu fabuła mogłaby być opisana jako kolejne pytania: co jest rzeczywiste i cóż to jest rzeczywistość oraz czy istnienie w ogóle istnieje?

W “Ubiku” poznajemy świat roku 1992, w którym toczy się trwająca już od dawna rozgrywka pomiędzy tak zwanymi psionikami i antypsionikami. Pierwsi to osoby obdarzone zdolnościami, które najprościej można by nazwać “parapsychicznymi”, na przykład różne media i jasnowidzowie. Druga grupa to jednostki, które posiadają dar podobnego typu, lecz w odwrotny sposób: mogą na przykład blokować czyjeś jasnowidzenie. Nie jest jednak “Ubik” kolejną powieścią w stylu amerykańskiego komiksu z tego typu superbohaterami jak w Avengers czy X-Men, choć trzeba przyznać, że temat jest potraktowany w dość prosty, komiksowy sposób. Jednak już po chwili, gdy tylko czytelnik otrzyma od Dicka podstawowe informacje na temat istnienia tego typu ludzi oraz walki korporacji pomiędzy nimi, przechodzimy do głównego tematu “Ubika”.

Okazuje się bowiem, że psionicy i ich oponenci to i owszem, wielkie halo, ale czeka na nas jeszcze większe. Otóż Dick przygotował taki świat, w którym po śmierci wcale tak od razu się nie umiera. Istnieje instytucja tak zwanych moratoriów, gdzie ciało zostaje w pewien sposób utrzymywane przy “półżyciu”, i osoby zmarłe wciąż mogą pozostawać w kontakcie ze światem żywych. I to właśnie tutaj mamy to, co “Ubik” pokazuje: grupę ludzi, którzy wplątali się w pełną niewyjaśnionych elementów przygodę, i dokonując kolejnych wyborów, próbują nie tylko się z niej wykaraskać, ale przede wszystkim odkryć i zrozumieć co tak naprawdę się stało i o co chodzi z rzeczywistością dookoła nich.

Bardzo podobało mi się podejście autora do przedstawiania czytelnikowi świata z “Ubika”. Pierwsze strony książki, gdy jeszcze znacznie więcej mamy faktów, niż tylko rozważań i dywagacji, są napisane bardzo lekkim językiem, właśnie komiksowym, a większość tekstu i dialogów to tak genialne fragmenty, że aż chciałoby się je zacytować - lecz wówczas należałoby wkleić tu tak ze dwa całe rozdziały :-) Świat roku 1992 okazuje się być wcale nie tak skomplikowanym, jak mogłoby się to wydawać - rzeczywistość jutra to nowe i inne życie, ale wciąż stare problemy, głównie z kobietami i z kasą, stara śpiewka. Życie jest podobnie durne, jak bywa i u nas, lecz w zupełnie inny sposób - tu nawet by wyjść z własnego apartamentu trzeba wrzucić parędziesiąt centów drzwiom, bo inaczej się nie otworzą.

Z kolei potem, gdy dochodzimy do sedna, a słowo “Ubik” pojawia się już częściej, niż tylko stale przywoływane w hasłach reklamowych na początku każdego z rozdziałów, język, podobnie jak i akcja, nieco się zmienia - mamy znacznie więcej powagi, bo i pytania Dick stawia jak najbardziej poważne.

“Ubik” to bardzo przyjemna i wcale nie trudna lektura, pod warunkiem, że zechce się czytelnikowi snuć gdzieś na boku samemu rozważania na tematy rzucone przez autora. I zdecydowanie nie trzeba zachęcać do lektury opowiadając o paranoi Dicka czy jego zamiłowaniu do LSD. Książka to bardzo przyjemne połączenie science-fiction ze stawianiem pytań filozoficznych, a przy tym napisana jest tak, że ani przez chwilę nie można zapomnieć, że opowiada przecież o ciekawych bohaterach uwikłanych w jeszcze ciekawszą historię.

I pamiętajcie: Ubik jest zupełnie nieszkodliwy, jeśli używać go zgodnie z instrukcją.

Ubik
Philip K. Dick
Wydawnictwo Rebis 2012
wydanie elektroniczne: 238 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

poniedziałek, 31 października 2011

Sebastian Uznański "Herrenvolk"

“Herrenvolk” od razu zaczyna się od mocnego uderzenia. Stosunkowo młody człowiek, Polak, Artur Sosnowski nagle znajduje się w zupełnie sobie nieznanym miejscu. Okazuje się, że to Kraków w roku 1940, pełen nazistowskich Niemców. Oszołomiony mówi prawdę i zostaje wzięty za wariata, po czym skierowany do szpitala psychiatrycznego. Strzępy informacji z historii każą Arturowi bronić się rękami i nogami przed takim rozwiązaniem, pamięta co niemieccy naziści robili z chorymi psychicznie - i udaje mu się. Trafia na inteligentnego członka SS, który zdaje się mu wierzyć.Tak rozpoczyna się powieść polskiego autora, która po raz pierwszy od dawna, bodaj od czasów wydania “Sternberg” Szczepana Twardocha mnie delikatnie mówiąc zmasakrowała. Nie jest to w żadnym wypadku “po prostu kolejna historia alternatywna”, gdzie Artur posiadając informacje ze świata przyszłości będzie w stanie pokierować losami wojny inaczej, niż miało to miejsce. Nie, żeby nie próbował - jednakże autor zadbał o to, by nie przedstawić nam kolejnej opowiastki o tym “co by było gdyby Polacy wiedzieli jak potoczy się historia”. Sebastian Uznański podjął o wiele większy wysiłek i stworzył powieść posiadającą kilka warstw, i traktującą o czymś znacznie więcej, niż tylko dywagacjach na temat ewentualnej zmiany biegu czasu.

Szybko się okazuje, że wśród wielu hitlerowców wcale nie znajdują się sami głupcy. Że nawet w tak mocno zniszczonym psychicznie narodzie, jakimi są nazistowskie Niemcy można znaleźć ludzi mądrzejszych, takich, którym nie do końca pasuje propaganda ich własnego rządu. Sam Artur też nie jest nadczłowiekiem, nie jest przypadkiem miłośnikiem historii i znawcą czasów drugiej wojny światowej. Jest po prostu studentem germanistyki, co składa się o tyle dobrze, że bez problemu potrafi porozumieć się z najeźdźcą. Jednakże pytany o przyszłość i kolejne akcje, jakie zamierza podjąć niemiecka armia często sam nie potrafi odnaleźć właściwej odpowiedzi. Ponadto nie jest człowiekiem ze stali, który ku chwale ojczyzny rzuci się pod koła pociągu, na bombę czy chociażby weźmie cyjanek byle tylko nie zdradzić swojej skąpej wiedzy. Jest Polakiem dzisiejszych czasów, ulepionym z zupełnie innej gliny, znacznie bardziej miękkiej, co zawdzięczamy wszyscy brakiem poważnych trosk w naszym życiu. Na jego miejscu bez trudu można wyobrazić sobie samego siebie, co jest wielkim atutem książki.

Jak rzekłem, Niemcy nie są głupi. Wbrew temu, co Sosnowski przypuszcza, wcale nie biorą jego przewidywań za dobrą monetę, nie dają się złapać na haczyk, są o wiele mądrzejsi od bohatera. Potrafią wykorzystać każde jego słowo, nawet wypowiedziane nieopatrznie i dotyczące spraw kompletnie nie związanych z wojną i światem przyszłości. Dzięki temu po kilku chwilach obserwujemy zupełnie odmienny świat, w którym historia z jednej strony toczy się bardzo podobnie do tej, którą znamy, ale z drugiej strony, mimo tego faktu wydarzenia wywoływane są przez zupełnie inne siły, wspaniałe wynalazki znacznie wyprzedzające swój czas.

Książka prócz opisu akcji, której jest tu mnóstwo, skupia się przede wszystkim na rozważaniach dotyczących spraw, jakie w nazistowskich Niemczech były podejmowane przez ludzi u władzy. Przede wszystkim na eugenice oraz teorii, jakoby ludzi można było podzielić na odmienne od siebie gatunki. Całość pisana jest bez typowego dla tego typu literatury podziału na złych i dobrych, bez patosu, który zazwyczaj przyświeca opowieściom o historii alternatywnej. Nie, wcale nie jest tak, że każdy Polak będzie walczył do krwi ostatniej kropli z żył, tak samo jak nie każdy Niemiec, nawet będąc nazistą i należąc do SS okaże się wpatrzonym w Hitlera jak w obrazek fanatykiem. Autor stroni od tego typu klasyfikacji, nie próbuje edukować, tym bardziej rozliczać, co według mnie jest sztuką, gdy dialogi mówią o bardzo poważnych sprawach - kwestiach narodowych, rasowych, historycznych i politycznych. Rozmowy bywają bardzo inteligentne, a przy tym wcale nie patetyczne, nawet gdy biorą w nich udział doskonale nam znane postaci, od Goeringa począwszy, przez Haydricha i Himmlera, samego Hitlera nawet, na Bormannie, Hessie i Mengele skończywszy.

Lektura wciąga do samego końca, a choć akcja pędzi przed siebie z potworną prędkością znalazło się sporo miejsca na chwilowe zastanowienie się nad całością. Niemiecki świat tu przedstawiony, ze stylem życia opartym na eugenice, planowaniu wszystkiego pod kątem przydatności dla narodu i Wodza jest przerażający, jednak przy tym dość ludzki i prosty w zrozumieniu. “Herrenvolk” to książka w każdym calu przemyślana, gdzie autor zadbał, by jego pisarstwo nigdy nie stało się przedstawieniem swoich własnych poglądów, co ostatnio wśród polskich twórców jest tak samo modne, jak obrażające inteligencję czytelnika. Książka dzięki temu jest bardzo lekko strawna, a w trakcie lektury ukaże czytelnikowi sporo przemyśleń i nie jednego zadziwi i skłoni do rozważań, ale przede wszystkim zapewni świetną zabawę, w której bardzo łatwo jest się identyfikować z bohaterem, a jego kolejne losy zaplanowane zostały w taki sposób, że o znudzeniu nie może być mowy. Według mnie Sebastianowi Uznańskiemu wyszedł prawdziwy majstersztyk.

Herrenvolk, Fox Publishing 2011, wydanie elektroniczne: 385 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

czwartek, 29 września 2011

Neal Stephenson, cyklu barokowego tom 1. "Żywe srebro, tom 1"

“Żywe srebro” to moje pierwsze spotkanie z twórczością niezwykle wychwalanego, wręcz uwielbianego na zachodzie Neala Stephensona. I po zakończeniu lektury zacząłem się zastanawiać, czy dobrze zrobiłem rozpoczynając akurat tą książką. Może jednak trzeba było zacząć od czegoś pojedynczego, nie tak rozbudowanego...

Jest to pierwsza część pierwszego tomu cyklu “barokowego”. Rzecz rozpoczyna się w drugiej dekadzie osiemnastego wieku, lecz akcja właściwa to wspomnienia i retrospekcje głównego bohatera, Daniela Waterhouse’a, które sięgają połowy wieku siedemnastego. Dzięki postaci Daniela autor prowadzi nas przez najważniejsze odkrycia tego ciekawego okresu, i razem z nim poznamy największych filozofów i myślicieli tamtych czasów: od Isaaca Newtona, przez Johna Wilkinsa, aż do Godfryda Wilhelma Leibniza, którego z lekcji historii czy też j. polskiego nie kojarzyłem, a którego filozofia pozytywnie mnie zaskoczyła.

Razem z Waterhousem i Newtonem obserwujemy jak tworzy się filozofia naturalna, czyli sposób myślenia i poznawania świata empirycznie, przez poznanie każdej jednej rzeczy, jej istoty i właściwości oraz mechaniki działania. Przypuszczam, że każdy, kto ma się za fana filozofii momentami od lektury nie będzie mógł się oderwać. Problem jednak polega na tym, że wszyscy pozostali czytelnicy mogą się nudzić... Stephenson bowiem nigdzie się nie spieszy, wyraźnie ma czas na snucie rozbudowanej tekstowo opowieści, w której każdy szczegół tamtych czasów, który zainteresował jego samego jest opisany niczym u Stephena Kinga: długo, szczegółowo, wręcz rozwlekle.

“Żywe srebro” to nie tylko opowieść o nauce, a właściwie jej początkach w dzisiejszym tego słowa znaczeniu, ale także o czasach, w jakich przyszło odkrywcom żyć. Krok po kroku poznajemy życie w Wielkiej Brytanii, przeżywamy z bohaterami silne wciąż wspomnienia po Cromwellu, wojnę z Holandią, spory z pozostałymi krajami. Jesteśmy także świadkami zarazy, która według wielu miała być początkiem apokalipsy roku 1666, na własne oczy zobaczymy także wielki pożar Londynu. Tu z kolei fani historii będą w siódmym niebie.

Niezależnie od tego, czy brak akcji jako takiej będzie się czytelnikowi podobał, czy też znudzony prędzej czy później odłoży książkę, jedno trzeba Stephensonowi przyznać. Ma facet nieziemski talent do używanie samego słowa - jego metafory zrobiły na mnie ogromne wrażenie, ten sposób porównywania do siebie niby odmiennych kwestii. Są bardzo rozbudowane, często autor potrzebuje dwóch, trzech stron tekstu by ukazać nam myśl, którą można by zawrzeć w jednym zdaniu - ale to ma swój klimat. Są takie momenty w książce, w których nawet znudzony czytelnik otrząśnie się z otępienia i senności, bo ukazywanie fascynacji bohaterów dzięki tego typu metaforom pozwala docenić całość lektury, nawet jeśli pod jej koniec czujemy strach, że przed nami jeszcze... siedem książek.

Warto też zauważyć jak Stephenson bawi się tym, co pisze. Akcja, mimo retrospekcji i chwilowych powrotów do czasu obecnego, pisana jest w czasie teraźniejszym (bohater nie wziął tego czy tamtego, ale bierze; nie poszedł tam czy tam, ale idzie). Autor nie konstruuje tradycyjnych zdań, gdzie czytelnik dowiaduje się kolejno o dalszych przygodach i losach postaci. Stephenson często klasyczną formę powieści zmienia na sposób dramatu, i często czytając zwarty tekst, akapit za akapitem, ma się wrażenie uczestnictwa w sztuce.

Do wyjaśnienia pozostaje tu jeszcze jedna kwestia: ile w “Żywym srebrze” jest fantastyki? Bo w książce nie znajdziemy jej tradycyjnych atrybutów. Nie okaże sie nagle, że byli alchemicy, a dzisiejszy filozofowie naturalni to magicy. Nikt nie zacznie czarować, nikt także nie wymyśli nagle super technologii. Jest to znacznie bardziej powieść przypominająca historyczną, w której fikcyjni bohaterowie spotykają się z realnie żyjącymi postaciami, a autor z dziką przyjemnością (w każdym zdaniu książki widać, że Stephenson kocha to, o czym pisze) wszystko razem miesza, korzysta z przeróżnych filozofii i sposobów myślenia oraz tego, co wiemy o naukowcach tamtych czasów i serwuje nam opowieść, którą sam chciałby przeczytać. Nie kłania się żadnej modzie, nie zwraca uwagi na fakt, że większość czytelników będzie miała z książką różne problemy, podobnie nie wydaje się pisać dla tych w mniejszości, którzy “Żywym srebrem” się zachwycą. Świetnie się bawi w swoim własnym świecie.

Z pewnością będę dążył do zapoznania się z resztą “Żywego srebra”, ambitnie planuję przeczytać także tomy kolejne: “Zamęt” i “Ustrój świata”. Lecz najpierw sobie odetchnę przy czymś lżejszym... ;-)

Quicksilver, MAG 2005, 398 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

poniedziałek, 26 września 2011

Peter Watts "Ślepowidzenie"

Naprawdę brzydzę się faktem, że nie znajduję słów na nieco bardziej konkretne wyrażenie swojej opinii o powieści “Ślepowidzenie” Petera Wattsa. Pal sześć, gdybym jeszcze uznał ją za dzieło wybitne - wtedy nieumiejętność wypowiedzenia się w temacie świadczyłaby na plus dla książki. Ale choć doceniam wyobraźnię oraz pomysłowość autora, jednocześnie będę się upierał przy stwierdzeniu, że rzecz mogłaby być napisana... no właśnie, jak? Czy wypada napisać: ciekawiej? No, raczej nie wypada... To może: jaśniej? Kurczę, też nie, bo w sumie AUTENTYCZNIE NAPRAWDĘ BARDZO skomplikowana książka nie jest, da się ją zrozumieć. To może spróbuję w ten sposób: powieść zawiera w sobie mnóstwo pomysłów, przemieszanych razem, z których wyszło coś zdecydowanie godnego uwagi, coś nowego, niespotykanego. Ale - bo musi być ale - mimo wszystko jako czytelnik miałem problemy z utrzymaniem uwagi (co brzmi żałośnie, wiem) i momentami potrafiłem sobie znaleźć inne zajęcia tylko po to, by jeszcze do lektury nie wracać (profanacja, wiem). Coś tu nie pasuje, czegoś brakuje, jakiegoś magicznego elementu, który spajałby wszystkie pomysły, wciśniętą tu bez problemu filozofię i nauki humanistyczne oraz znajdujące się tutaj także nauki ścisłe w jedną, konkretną całość.

Oczywiście, że wizja Kontaktu według Petera Wattsa musi się podobać. To proste - takiej formy spotkania jeszcze nie znałem, a wszystko, co pierwsze, jest najlepsze. To jak z płytami Ozzy’ego Osbourne’a - każda taka sama jak poprzednia, zatem która najlepsza? Rzecz jasna ta, którą poznaliśmy najwcześniej.

Sam nie wiem, co mi się bardziej podobało - i wbrew pozorom nie jest to zaleta, a właśnie wada, ta niemożność zdecydowania się nad najlepszym pomysłem, ona zbyt mocno miesza w głowie ;-) Czy przedstawienie postaci, po operacjach pozbawionych półkul mózgowych, w celu sprawniejszego i zdrowego dorastania? A może wplecenie wampira do załogi, albo Bandy Czworga, czyli czterech osób zamieszkujących jedno ciało? Mogłaby to być też wizja Nieba, sztucznie stworzonego świata wirtualnego, gdzie sami jesteśmy sobie wszystkim. Albo “chiński pokój”, czyli masakrująca umysł teoria, w myśl której możliwe jest porozumiewanie się z innymi, jednocześnie bez zrozumienia siebie nawzajem. Ha! Świetne. Mam wrażenie, że wiele razy tego doświadczyłem, szczególnie w przypadku rozmów z księżmi i nauczycielami ;-)

Żeby przeczytać i “zrozumieć to, co autor miał na myśli” trzeba mieć otwarty umysł. A pod koniec lektury i tak może się okazać, że owej otwartości nie wystarczyło i że teraz, po zabawie ze “Ślepowidzeniem” trzeba będzie sobie kilka spraw przemyśleć i od nowa poukładać, o ile to jeszcze w ogóle możliwe :-)

Blindsight, MAG 2008, 328 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

poniedziałek, 19 września 2011

Jarosław Błotny "Plan wymierania"

Pierwsza książka Jarosława Błotnego, podobnie później wydany, znany szerszej publiczności cykl “Oium ludu rzymskiego”, należy do gatunku fantastyki-historii alternatywnej. O ile jednak losy cesarza Kommodusa może strawić praktycznie każdy fan szeroko rozumianej fantastyki, tak “Plan wymierania” okazuje się być czymś o wiele, wiele bardziej skomplikowanym, rozbudowanym, a przez to też znacznie trudniejszym w odbiorze.

W powieści autor wykreował zupełnie odmienny od naszego świat, w którym praktycznie nic nie potoczyło się tak, jak znamy z historii. Pewnym wspólnym elementem jest Imperium Romy, które można skojarzyć jednoznacznie, ale nawet tam wydarzenia biegły odmiennym torem. Wystarczy wspomnieć Gajusza Juliusza, który zamiast stać się pierwszym Imperatorem przywracał ustrój republiki aż trzy razy, zamordował przybranego syna Oktawiana, a zmarł na zesłaniu, daleko od Romy.

Czasy starożytności nie zmieniły się także w czasy średniowiecza. W “Planie wymierania” tej najbardziej hańbiącej ludzkość epoki jakby w ogóle nie było. Wojny, które Roma toczyła spowodowały gwałtowny wzrost poziomu techniki, i o ile podczas pierwszej mieliśmy do czynienia z konnicą i żelazem, tak ostatnia doprowadziła do kompletnej klęski człowieczeństwa i konieczności... wyobraźcie sobie, że do konieczności opuszczenia planety i zasiedlenia Kosmosu!

Wszystkie te (i wiele innych) wydarzenia poznajemy niejako przypadkiem. Opowieść nie toczy się w tamtych czasach, lecz nieco później. Te fragmenty Ziemi, które są wciąż zamieszkane, zdominowane zostały przez dwa imperia i rozpoczyna się polityczno-socjologiczno-filozoficzna rozgrywka o palmę pierwszeństwa, bacznie obserwowana przez znacznie potężniejsze byty państwowe, w dodatku ogólnoplanetarne. Tu wielki nacisk należy położyć na właśnie socjologię i filozofię, przeróżne przemyślenia zarówno autora, jak i jego bohaterów. Obawiam się poważnie, że książka jest tak trudna, iż za dzieło bardzo dobre uznają ją tylko autentyczni, prawdziwi wielbiciele twardej science fiction. Osoby lubiące “po prostu” fantastykę często będą się gubić w tekście, ilości postaci oraz właśnie przeróżnych teoriach socjologicznych i filozoficznych. Taki styl pisania trzeba lubić, a przede wszystkim rozumieć.

Ponadto mamy sporo nieznanych nam wynalazków oraz zwyczajów i umiejętności, które charakteryzują bohaterów. Całość opowieści oparta jest na przejmowaniu cudzej postaci, kontroli telepatycznej, sterowaniu ludźmi na odległość, twardej polityce nie znającej litości oraz rozgrywkach pomiędzy zdawałoby się że bliskimi współpracownikami przy użyciu wymyślnych metod.

To nie jest “Oium ludu rzymskiego” - to coś nieporównywalnie bardziej skomplikowanego. Świat przedstawiony imponuje, zdecydowanie - ale obraz jest także poważnie zagmatwany. Książka dzięki pomysłom autora i konsekwencji w ich prowadzeniu jest o wiele, wiele lepsza od “Oium...”, lecz także o wiele cięższa w lekturze. Pewnie stąd też jej niebywale niska popularność i równie niewysoka cena. Prawdziwi fani SF docenią i wsiąkną, osoby o mniejszym zacięciu naukowym, którym filozoficzne rozgrywki nie sprawiają takiej radości będą miały z lekturą poważny problem.

Plan wymierania, Wydawnictwo Kurpisz 2006, 344 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

piątek, 12 sierpnia 2011

Orson Scott Card, sagi "Powrót do domu" tom 1. "Pamięć Ziemi"

O tym, że Orson Scott Card należy do Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich wiemy od dawna. Religia owa widoczna była w dokonaniach autora, szczególnie w “Opowieści o Alvinie Stwórcy”. W przypadku cyklu “Powrót do domu” pisarz poszedł jednak jeszcze dalej - postanowił bowiem podstawowe elementy swojej wiary przekształcić tak, by stały się głównym motywem zupełnie nowej, ale przecież starej historii.

Rzecz rozgrywa się na planecie zwanej Harmonia, i już po tej nazwie widać wyraźnie, o czym będzie książka. Dawno, dawno temu (prawie 40 milionów lat wstecz) ludzkość stanęła na krawędzi zagłady. Oczywiście tylko i wyłącznie z powodu własnej głupoty i ograniczeń. Człowiek jest najbardziej niszczycielskim stworzeniem na Ziemi, a przy tym bez wątpienia owej Ziemi panem - efekt może być tylko jeden, pytaniem pozostaje tylko termin ostatecznego krachu. O tym autor także wielokrotnie pisał.

Jest jednak człowiek też istotą pełną sprzeczności - stąd nikogo nie zdziwi fakt, że pewna część ludzi była w stanie przed zagładą wyrwać się z ojczystej planety. Wówczas też zostały podjęte kroki, by taka sytuacja już nigdy się nie wydarzyła. Do życia została powołana nowa istota - superkomputer tkwiący gdzieś na orbicie, zasilany bezpośrednio dzięki promieniom słonecznym, mający wpływ na życie mieszkańców Harmonii, zwany Nadduszą. Sztuczna inteligencja potrafi wpłynąć na umysły poszczególnych ludzi tak, że tematy dotyczące wojny i zbrojeń nie były podejmowane. Część ludzi sobie z tego zdaje sprawę, część Nadduszę uważa za mit, inni jeszcze za swego rodzaju bóstwo. Opowieść Carda rozpoczyna się w momencie, gdy Naddusza powoli traci kontrolę nad ludźmi. Coś się dzieje złego z superkomputerem, i znając ludzi, wykorzystają oni od razu nadarzającą się okazję do osiągnięcia chwały i władzy, oczywiście przez mordowanie innych w obrębie własnego gatunku.

Oczywiście nie wszyscy ludzie myślą w ten sposób. Bohaterami jest rodzina, w której mamy pełno sprzeczności i konfliktów, zaraz obok wzajemnego szacunku i zrozumienia. Ta rodzina podejmie wyprawę, mającą na celu wyjaśnienie wielu kwestii - nie tylko kłopotów Nadduszy, ale także przeszłości, odkrycia tego, co Naddusza ukrywał przed ich umysłem, wywołując w ludziach uczucie zapomnienia.

Motyw jak widać może się podobać. Dla mnie osobiście zapowiadał się rewelacyjnie. Tym większe było rozczarowanie, które rosło z każdą kolejną przewróconą stroną. “Pamięć Ziemi” okazała się lekturą przeraźliwie... nudną. Autorowi udało się tak ciekawy pomysł przedstawić przy pomocy monotonnej lektury kolejnych przemyśleń bohaterów i licznych rozmów zahaczających o filozofię, które jednak rzadko bywają zajmujące. Card skupił się prawie tylko na filozoficznych rozważaniach, zupełnie ignorując inne niezbędne do dobrej zabawy elementy, takie jak na przykład akcja. Książka na zawsze pozostanie w mej pamięci, właśnie przez kształt, jaki autor jej nadał - pomysł, który można było przeprowadzić dynamicznie, z polotem, a przy tym nie ograniczając wcale filozoficznych rozważań (a autor “Gry Endera” przecież tak pisać potrafi) został okrojony i sprowadzony do lektury, która zamiast przynieść czytelnikowi przyjemność i nieco poszerzyć jego horyzonty, stała się wyzwaniem. Wyzwaniem, któremu nie podołałem - po drugi tom raczej nie sięgnę.

The Memory of Earth, Prószyński i s-ka 2011, 296 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

niedziela, 6 lutego 2011

Szczepan Twardoch "Wieczny Grunwald"

Wieczny Grunwald, wydany przez Narodowe Centrum Kultury, jest trzecią powieścią cyklu Zwrotnice Czasu - historie alternatywne. Punktem wyjścia jest bitwa pod Grunwaldem oraz jej sześćsetna rocznica. Ale Wieczny Grunwald okazuje się być zupełnie czymś innym od tradycyjnie pojmowanej fantastyki opisującej znane nam wydarzenia, które potoczyły się inną drogą.

Książka opisuje żywoty niejakiego Paszka, przypadkowo spłodzonego syna króla Kazimierza, któremu młoda, czternastoletnia dziewczyna wpadła w oko. Zaszła w ciążę, co kompletnie zniszczyło jej życie, do samego jego końca jedyne, co zarobiła, zarobiła oddając się mężczyznom. Z kolei król zmarł, nie zapewniając Paszkowi tego, co zapewnił swoim pozostałym, licznym bękartom. Poznajemy dzieciństwo, młodość, w końcu śmierć bohatera, ale poznajemy je w bardzo szczególny, wyjątkowy sposób.

Okazuje się bowiem, że Paszko ma tego pecha, którego onegdaj doznał Joachim von Egern, znany z opowiadań Szczepana Twardocha. Paszko nie może umrzeć, odejść z tego świata w święty spokój, nieistnienie. Przeżywa liczne żywoty, będące odgałęziami jego podstawowego żywota, a na domiar złego wędruje przez historię, zarówno tę znaną nam, jak i tę, która w naszej wersji wszechświata się nie wydarzyła, i tę, która może się dopiero wydarzyć.

Liczne żywoty Paszka nie są jednakże czymś klasycznie pojmowanym, co pisał chociażby Robert E. Howard, czyli: urodziłem się, żyłem, umarłem, odrodziłem w kolejnym wcieleniu. Nic z tych rzeczy - wszystkie żywoty Paszka stają się jednym, tym samym Wszechżywotem, a jego kolejne etapy płynnie przemieszczają się wraz z kolejnymi stuleciami. Nieraz Paszko nie potrafi opisać dokładnie tego, co przeżył w podstawowej wersji swojego istnienia i sięga po odmienne, rozgrywające się gdzie indziej i kiedy indziej, a jednocześnie takie same.

Autor stworzył zupełnie wyjątkowe dzieło, jedną z tych książek, które zapewniają czytelnikom zupełnie nową jakość. Część napisana jest językiem, który dziś już trudno zrozumieć, stale wtrąca niemieckie zdania, jak na syna Niemki i Polaka przystało. Niemcom i Polakom zdrowo się zresztą w powieści obrywa, w wyobraźni autora, zasilanej przeróżnymi stereotypami dotyczącymi obu narodów powstały potworne wersje przyszłości, oparte na chorych wyobrażeniach powstałych w XX wieku, ale i przeszłość wcale nie jest kolorowa.

Od lektury nie można się oderwać. Zwłaszcza, że książka jest napisana ciągiem, bez podziału na kolejne wątki, rozdziały kompletnie ignorując. A mimo że napisana ciągiem, mimo że nieraz jedynie przecinek oddziela całe stulecia opisywanych wydarzeń, powieść zza końca czasów wcale nie męczy, wręcz przeciwnie, czyta się jednym tchem.

Wieczny Grunwald, Narodowe Centrum Kultury 2010, 210 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

piątek, 10 września 2010

Joseph Conrad "Jądro ciemności"

„Jądro ciemności” to jedna z tych książek, do przeczytania których młody człowiek zostaje zmuszony w szkole średniej. I jak to bywa w przypadku tego rodzaju pozycji, nie czyta jej, ukazując wszystkim swój bunt i niezależność :)

O czym jest „Jądro ciemności”? Jest opowieścią o dzikim lądzie, w głębi Afryki. Jest także opowieścią o zbrodniach, jakich dopuszczają się biali ludzie tylko dlatego, iż tubylców mają za nic. Jest sporo powiedziane na temat kompleksów przeróżnych lokalnych „dyrektorów”, które ja osobiście odebrałem jako wskazanie głupoty ludzi, którzy spodziewają się trwać na jakimś stanowisku całe życie przez „zasiedzenie”, o histerii, jaką w nich wzbudza myśl o postępie i progresie, rozwijaniu się oraz zmianach w otaczającym ich dzikim świecie. Jest w końcu „Jądro ciemności” historią o człowieku, który osiągnął wśród tubylców taką władzę, iż stał się niemalże bogiem w ich, a także swoich oczach. Z tym fragmentem książka jest szczególnie kojarzona, i podczas lektury zaskoczył mnie fakt, iż w stu stronicowej książeczce autor zmieścił wiele więcej, niż tylko opis szaleństwa Kurtza. W zasadzie ponad połowę książki czekamy aż wreszcie Kurtz się pojawi na scenie osobiście, nie jedynie we wspomnieniach innych, a gdy już się pojawia okazuje się, iż zaraz będzie koniec lektury.

Często po latach okazuje się, iż niektóre lektury były jednak warte przeczytania, że zawierały w sobie niesamowite ładunki emocjonalne, może bardzo przydatną naukę na przyszłość, czasem zaś tylko (albo aż) pokazywały jak niektórzy pisarze potrafili wspaniale operować słowem. W przypadku „Jądra ciemności” sprawa przedstawia się jednak dość specyficznie. Otóż powieść zdecydowanie mówi o kwestiach niezwykle ważnych, przekazując czytelnikowi sporo brutalnej prawdy. Nie da się ukryć, iż dobrze jest się z utworem zapoznać i przemyśleć samemu to, co autor mówi.

Jest także druga strona. Niestety książka jest potwornie... nudna. Aby skupić swoją uwagę w stopniu pozwalającym na zrozumienie, trzeba dokonać ogromnego wysiłku, bowiem słowa składające się na powieść robią wszystko, by tylko czytelnika uśpić i zniechęcić. Sytuacji nie poprawia podwójna narracja (jeden człowiek opisuje jak drugi siedzi obok i opowiada całą tę historię) oraz monotonia ukazywanej rzeczywistości. Czytelnik zdaje sobie sprawę, iż być to mógł zabieg celowy – jak inaczej opisać męczarnię, wielomiesięczny rejs po rzece gdzie każdy dzień wygląda identycznie? Świadomość tego faktu jednak w ogóle nie pomaga w skupieniu się na opowieści... Na szczęście wszystko zamyka się we wspomnianych stu stronach, więc walka z nudą w celu poznania niezwykle odważnej, mówiącej o ludziach samej prawdy historii, nie będzie trwała dłużej niż jeden wieczór.

Heart of Darkness, Virtualo 2010, 103 strony

Strona książki na LubimyCzytac.pl