Nie pamiętam ile mogłem mieć lat, gdy pierwszy raz natknąłem się na powieści Grahama Mastertona. Niewiele, było to gdy odszedł PRL, przyszła RP i wraz z nią setki kolorowych książek z atrakcyjnymi, wyzywającymi wręcz okładkami. Książki te, jak wszystkie w domu moich rodziców, leżały sobie na wierzchu, czytane, także przeze mnie. A przynajmniej ich początki.
Na zawsze zapamiętam przerażenie, jakie ogarnęło mnie już w trakcie kilku pierwszych stron książek takich jak Manitouczy Kostnica. Wówczas nie doczytałem ich do końca, lecz mimo to strach pozostał ze mną na długo; nawet dziś wydaje mi się, że mogę sobie przypomnieć jak wówczas ogarniała mnie najczystsza groza, przekonanie, że to wszystko prawda. Banalne pomysły Grahama Mastertona trafiały na podatny grunt, siejąc niechęć do powieści z dreszczem (i grozy samej w sobie), która pozostała ze mną długie lata.
Dziś mam wrażenie, że to wówczas byłem idealnym czytelnikiem tego typu literatury. Oczywiście nie jako dziecko ośmioletnie, ale, powiedzmy, gdybym miał lat z piętnaście? To mogłoby się udać. Byłem jednak za mały i zbyt strachliwy, z podziwem patrząc na starszego kuzyna, który najstraszniejsze horrory czytał tylko nocami przy świetle księżyca, w samotności. Do dziś ma mój respekt.
Niestety teraz nie pozostało wiele ze strachu, jaki onegdaj wywołały we mnie pierwsze publikowane w naszym kraju powieści Grahama Mastertona. Z dzisiejszej perspektywy trzeba uczciwie przyznać, że takie chociażby Manitou to pokaz dwóch stron nie tylko samego twórcy, ale niestety także horroru jako gatunku popkultury. Strona pierwsza to niewątpliwy talent do snucia historii nieskalanej zbędnym opisem, do przedstawiania faktów takimi, jakie narrator je widzi oraz umiejętności nawiązywania błyskawicznego kontaktu na linii bohater-czytelnik. To Masterton ma opanowane w sposób chyba wręcz mistrzowski. Jest niestety też druga strona, czyli rozwinięcie historii, czyli totalny stek bzdur niezdatnych do przyjęcia dla dorosłego człowieka. Fabuła, która od połowy powieści wygląda jak sklecana na bieżąco na kolanie, nie czytana ani razu przed publikacją, pełna zdarzeń, które wystraszyć mogą faktycznie jedynie małe dziecko. I jak tu ocenić klasykę grozy? W 1991 roku wrażenie strachu kazało by mi wystawić dychę. Dziś? Chyba wolałbym nie oceniać, bo przecież konflikt bohatera z szamanem to nie groza, a groteska.
Bo chyba jest tak, że pewne dzieła po prostu trzeba poznawać w pewnym wieku, inaczej zwyczajnie szkoda na nie czasu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Graham Masterton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Graham Masterton. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 3 marca 2019
piątek, 22 lutego 2019
Graham Masterton – „Dwa tygodnie strachu”
Czternaście opowiadań Grahama Mastertona to porządna dawka bardzo klasycznego horroru. Są to historie niespecjalnie udziwnione, widać, że powstawały dość dawno, w czasach, gdy nie rozpoczął się jeszcze wyścig na najbardziej obrzydliwe, chore teksty, w których istotą jest szokowanie czytelnika, a nie przedstawianie pełnej grozy opowieści.
Lubię tego pisarza, dlatego zdecydowanie jestem „na tak”, lecz obiektywnie muszę przyznać, że ogromna większość tekstów tu zaprezentowanych jest co najwyżej średnia. Rzadko mamy do czynienia z niespodziankami; teksty potrafią się obronić, jednak nie jest to w żadnym wypadku zbiór opowiadań wybitnych. Są w większości dobre, do bólu klasyczne, pisane zgodnie z zasadami sztuki.
Wśród nich jako najciekawsze warto wymienić „Odmieńca”, który jest tekstem bardzo powyżej średniej, bowiem prócz samej grozy oferuje także interesującą, bardzo dobrą puentę. „Odmieniec” jest niby feministyczny, totalnie anty seksistowski i pokazuje pisarza z bardzo dobrej strony. Udane także są „Zawsze, zawsze później”, stworzone jakby specjalnie dla wszystkich mężów (w sensie: żonatych) tego świata oraz „Szósty człowiek”, oferujące historię jeszcze bardziej klasyczną, tym razem stawiającą tylko i wyłącznie na dobry, mroźny klimat. Udana jest także „Kobieta w ścianie”, tekst jakby wyjęty prosto z amerykańskich magazynów pulpowych z lat sześćdziesiątych.
Także fani gore znajdą tu coś dla siebie, choć według mnie zarówno „Danie dla świni” jak i obrzydliwy „Eric Pasztet” są co najwyżej przeciętne. Jest także kilka tekstów słabszych, z pomysłami lekko zmarnowanymi (wg mnie będą to: „Rokoko”, „Stworzenie Belindy” i „Bedford Row 5a”, „Gra bi-dżing”), pozostawiających spory niedosyt, brakuje tu czegoś. Jednak podsumowując zabawę przyznaję z radością, że zbiorek jest dobry, a Masterton ma swój własny, prosty, lecz skuteczny sposób na przyciąganie czytelnika. Jest to pisarz bardzo autentyczny, nie udaje kogoś, kim nie jest, nie stara się na siłę pisać tego, co każe rynek. Tworzy swoje nieskomplikowane, czasem banalne, ale czasem bardzo dobre historie, a jego opowiadania można połykać jedno za drugim.
Lecę rzucić okiem ile chcą za kolejny zbiorek.
Fortnight of fear
Prima 2000
Lubię tego pisarza, dlatego zdecydowanie jestem „na tak”, lecz obiektywnie muszę przyznać, że ogromna większość tekstów tu zaprezentowanych jest co najwyżej średnia. Rzadko mamy do czynienia z niespodziankami; teksty potrafią się obronić, jednak nie jest to w żadnym wypadku zbiór opowiadań wybitnych. Są w większości dobre, do bólu klasyczne, pisane zgodnie z zasadami sztuki.
Wśród nich jako najciekawsze warto wymienić „Odmieńca”, który jest tekstem bardzo powyżej średniej, bowiem prócz samej grozy oferuje także interesującą, bardzo dobrą puentę. „Odmieniec” jest niby feministyczny, totalnie anty seksistowski i pokazuje pisarza z bardzo dobrej strony. Udane także są „Zawsze, zawsze później”, stworzone jakby specjalnie dla wszystkich mężów (w sensie: żonatych) tego świata oraz „Szósty człowiek”, oferujące historię jeszcze bardziej klasyczną, tym razem stawiającą tylko i wyłącznie na dobry, mroźny klimat. Udana jest także „Kobieta w ścianie”, tekst jakby wyjęty prosto z amerykańskich magazynów pulpowych z lat sześćdziesiątych.
Także fani gore znajdą tu coś dla siebie, choć według mnie zarówno „Danie dla świni” jak i obrzydliwy „Eric Pasztet” są co najwyżej przeciętne. Jest także kilka tekstów słabszych, z pomysłami lekko zmarnowanymi (wg mnie będą to: „Rokoko”, „Stworzenie Belindy” i „Bedford Row 5a”, „Gra bi-dżing”), pozostawiających spory niedosyt, brakuje tu czegoś. Jednak podsumowując zabawę przyznaję z radością, że zbiorek jest dobry, a Masterton ma swój własny, prosty, lecz skuteczny sposób na przyciąganie czytelnika. Jest to pisarz bardzo autentyczny, nie udaje kogoś, kim nie jest, nie stara się na siłę pisać tego, co każe rynek. Tworzy swoje nieskomplikowane, czasem banalne, ale czasem bardzo dobre historie, a jego opowiadania można połykać jedno za drugim.
Lecę rzucić okiem ile chcą za kolejny zbiorek.
Fortnight of fear
Prima 2000
Subskrybuj:
Posty (Atom)

