Pokazywanie postów oznaczonych etykietą militaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą militaria. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 marca 2019

Powrót „Nocarza” bardziej niż udany! (Magdalena Kozak - "Młody")

Na wieść o tym, że Magdalena Kozak w maju zamierza wydać napisaną po dłuższej przerwie kontynuację cyklu Nocarz, nie powiem, byłem bardzo „za”. Jest to jedna z tych serii, którą mam i na półce, i w wersji elektronicznej, i w ogóle całość zaliczyłem więcej niż trzy razy. Bardzo bawi mnie wizja wampirów wyposażonych w najróżniejsze rodzaje broni i zachowujących się jak jednostki specjalne. Stąd parę tygodni temu ponownie skończyłem pierwotną trylogię, a teraz, po przygodzie z Młodym mam ogromną nadzieję, że na tej jednej pozycji się nie skończy. Powrót do świata Vespera, Neksa, Ultora i reszty barwnych postaci jest bowiem czystą przyjemnością.

Przez tych parę lat u mnie się nic nie zmieniło w kwestii militariów, mundurów i broni – wciąż zadowala mnie pozycja obserwatora, w ogóle mnie to nie kręci. Mimo to autorka wciąż potrafi mnie zainteresować – i to jest ten element, którego tak brakowało mi we Fiolecie i Łzach diabła. Od dawna powtarzam, że Magda Kozak potrafi, że jeśli do otoczki militarno-wojennej doda dobrą fabułę i ciekawe postaci, tak doprawdy każdy rodzaj czytelnika będzie się dobrze bawił. A w przypadku cyklu nocarskiego mamy i jedno, i drugie.

Autorka rozpoczyna opowieść dokładnie tam, gdzie ją przerwała w tomie zatytułowanym Nikt. Głupio byłoby tu pisać o wydarzeniach, roli i miejscu Vespera, bowiem to zostało wyjaśnione w oryginalnej trylogii i nie będę nikomu psuł zabawy samodzielnego odkrywania kolejnych wydarzeń. Ograniczę się do stwierdzenia, że Młody w żadnym wypadku nie wygląda na skok na kasę lub odcinanie kuponów od popularności poprzedników. To pełnoprawny tom czwarty, choć ja mam ogromną nadzieję, że jednak tom pierwszy kolejnej trylogii czy innej większej całości. Nasz ulubiony wampir w typowy dla siebie sposób odnajduje się stopniowo w nowej dla siebie rzeczywistości, a Magdalena Kozak zaimponowała mi drobiazgowością w konstruowaniu kolejnych wydarzeń. To nie jest po prostu „jeszcze jedna przygoda w lubianym świecie”, tylko ponowne, totalne zaangażowanie czytelnika; prezentacja nie po prostu znanych i lubianych, ale zupełnie nowych opcji, możliwości i problemów. Przy tym są to problemy, które… cóż, Młody mocno mi się kojarzy z Renegatem, według mnie najlepszym tomem oryginalnej trylogii. Po prezentacji świata w Nocarzu niejeden z czytelników nie zgadzał się z pewnymi zdarzeniami, tradycjami, powinnościami. I nowa powieść oferuje, jak Renegat, podjęcie tematu, próbę przeprowadzenia zmian, ukazanie świata z perspektywy drugiej strony. Może brzmi to zawile, sorry, ale nie chcę niczego psuć, odkrywanie kolejnych wydarzeń jest dużą przyjemnością, tak, jak przyjemnością jest oglądanie Vespera przy pracy.

Fanom i czytelnikom znającym trylogię Młodego polecać nie trzeba. Wszystkim pozostałym polecam komplet powieści, to literatura rozrywkowa na bardzo wysokim poziomie, przedstawionego tu świata i bohaterów nie sposób nie polubić.

„Nocarz”, „Renegat”, „Nikt” – czyli ponowna przygoda w oczekiwaniu na nową powieść w serii (Magdalena Kozak)

Parę dni temu pojawiła się informacja, że w maju ukaże się nowa powieść Magdaleny Kozak, zatytułowana „Młody”. I co? I, proszę ja Was, ma to być powrót do bez wątpienia NAJLEPSZYCH książek tej autorki, czyli cyklu o wampirach. Wampirach-żołnierzach, nie wampirach-bożyszczach nastolatek. Wampirach-wojownikach, podzielonych na frakcje, gdzie część pragnie pokojowej koegzysencji z ludźmi, a dla części ludzie na zawsze pozostaną jedynie pokarmem. Uważam się za fana cyklu, strasznie mnie wieść o powrocie do tego świata ucieszyła, moje „wtyki” u autorki doniosły, że książka jest OK, a oczekiwanie na premierę postanowiłem sobie umilić powrotem do Vespera i jego przygód.

A jak dobre są to przygody! Magdalena Kozak znana z zamiłowania do żołnierki i dyscypliny wojskowej potrafiła tak wspaniale ukazać te właśnie elementy, że nawet tacy jak ja, nie tylko odporni, ale wręcz niechętni zorganizowanym mundurom wszelakim bez problemu potrafią się zaangażować. Wprowadzenie wampirów do służb bezpieczeństwa było strzałem w dziesiątkę przed dekadą, i równie bawi dzisiaj. Historia zaskakuje nie tylko kolejno ukazanymi wydarzeniami, ale także umiejętnym pokazaniem braterstwa między dzielącymi niebezpieczeństwo, przyjaźni między mającymi o siebie dbać kosztem życia a także interesującym poruszeniem tematu winy i kary.

To się czyta jednym tchem, z półki ściągnąłem „Nocarza” w piątek, by już poniedziałkowym rankiem dokończyć „Nikta”. Wspaniale było ponownie przeżyć podejrzliwość względem tomu pierwszego (coś tu przecież nie gra, to widać!), absolutne zaangażowanie w tom drugi (ja też byłbym renegatem, bez dwóch zdań) i niepokój o koniec towarzyszący czytelnikowi do ostatnich stron tomu trzeciego. Czytając historię Vespera znowu miałem wrażenie czynnego uczestnictwa w walce, radośnie przeżywając zwycięstwa, ale i odczuwając niemalże realny ból gdy przyszło ponieść ciężkie straty. Te książki przez ostatnią dekadę nic a nic się nie zestarzały, i obok cyklu o Razumowskim Adama Przechrzty pozostają dla mnie idealnym, podręcznikowym wręcz przykładem na to, jak należy pisać o militariach, wojsku i dyscyplinie, by każdy potrafił zrozumieć, zaangażować się i bawić przy tym doskonale.

Nocarz, Renegat, Nikt
Fabryka Słów 2006, 2007, 2008

czwartek, 7 lutego 2019

Dariusz Spychalski – „Krzyżacki poker”

Od dawna miałem ochotę na poznanie tej książki. Głównie za sprawą dość pozytywnych recenzji, na które trafiałem. Historia alternatywna, w której Polska jest potęgą, wciąż istnieje państwo Zakonu Krzyżackiego, a reszta Europy to kraje opanowane przez Arabów? Brzmi ciekawie.

Od początku rzucają się w oczy dwie podstawowe rzeczy: po pierwsze okropnie przydałaby się mapa, żeby sobie w prostszy sposób uświadomić rozmiar Rzeczypospolitej, rzeczywiste nazwy otaczających jej krain i zasięg kolonii w Afryce. Po drugie książka oferuje bardzo fajne przypisy, które zastępują wprowadzenie w świat. Bohaterowie wspominają historyczne wydarzenia, które w przypisach są opisane w formie krótkiego rysu – tworzy to przyjemny klimat.

Początek książki jest więcej niż interesujący. Zamiast Polaków mamy Rzeplitów, rzecz jasna Krzyżaków, Arabów oraz… Prusów? Ta ostatnia nacja jest największym zaskoczeniem. Rzeczpospolita jest prawdziwą potęgą, stolicą kraju jest Lwów, hymnem Bogurodzica, a całość powstała jako związek nie dwóch, a trzech narodów, z Ukrainą i Litwą. Stąd też wśród stale obecnych, słynnych nazwisk polskiej szlachty i Chmielnickich nie zabrakło. Całość konstrukcji sprawia solidne wrażenie, głównie dlatego, że autor tworząc potężną Rzeczpospolitą starał się wyraźnie, by nie był to twór z papieru. Znajdziemy odniesienia do wstydliwych z historycznego punktu widzenia wydarzeń, w których Rzeplici brali udział, to nie jest państwo zbudowane przez samych rycerzy na miarę Zawiszy Czarnego. I to jest dobre, bo serdecznie mam już dość historii alternatywnych, w których potęga budowana jest honorem, krwią i blizną. Wiadomo, że w polityce liczy się bardziej spryt i okazja.

Etap poznawania realiów jest przyjemny. Całość jest co prawda pokazana w formie dynamicznej, gdzie stale poznajemy nowe postaci z różnych narodów, jednak utrzymanie uwagi nie stanowi żadnego problemu. Do czasu.

Problemy niestety pojawiają się gdzieś w okolicy połowy pierwszego tomu i ze smutkiem przyznam, że trwają już do samego końca. Bowiem ten interesujący świat ma nam do zaoferowania historię jakich wiele, przytłumioną przez wydarzenia boleśnie proste i przewidywalne, niejako psujące otoczenie, nie wykorzystujące go w pełni. Dżihad, walka Prusów o niepodległość lub chociaż autonomię, aspiracje Krzyżaków i polityczne rozgrywki między Rzeplitami – wszystko to jest tylko dobre, akceptowalne, ale niestety jak dla mnie już nie autentycznie interesujące. Nawet wskazanie wad Rzeplitów, tak bardzo przypominających Polaków nie poprawiło mi lektury, a przecież lubię jak zamiast patosu powieści oferują realizm, a nawet sarkazm.

Także problemy z utrzymaniem uwagi, gdy już zaczęły się pojawiać nie chcialy ustąpić. A drugi tom niestety sytuacji nie poprawił. Stąd książkę polecam fanom historii alternatywnej oraz tym czytelnikom, którzy lubują się w opowieściach o Wielkiej Polsce od morza do morza, największej sile Europy, rozjemcy i stróżu światowego prawa. Natomiast tych, którzy bardziej wolą interesującą opowieść o ludziach, ciekawych bohaterach i postawach ostrzegam, że tu “Krzyżacki poker” wypada bardzo przeciętnie.

Krzyżacki poker
Fabryka Słów 2005

Adam Przechrzta – „Wilczy Legion”

“Wilczy Legion” to zbiór opowiadań, jednak są to teksty układające się w całość, jak dobra powieść. Bohaterem jest Johannes Krohne, żołnierz, a rzecz dzieje się w przededniu drugiej wojny światowej. Świat przedstawiony jednak różni się od tego, który znamy z historii, od początku do końca jest to alternatywna wersja tego, co znamy, a powodem odmienności zdarzeń jest ciekawy element fantastyczny.

Oczywiście esencją książki jest akcja. Tak samo dynamiczna, jak w innych powieściach Adama Przechrzty, jednak o tyle ciekawsza, że zaprezentowana tu fantastyka jest stosunkowo lepiej przygotowana, bardziej interesująca, niż dajmy na to w cyklu o Chorągwi Michała Archanioła. Gdyby lekko zmrużyć oczy i odrobinę zagiąć rzeczywistość, całość można by nazwać swego rodzaju odpowiedzią pisarza na niezwykle ostatnio popularny gatunek zwany steam punkiem.

Widać wyraźnie, że lata 20. i 30. XX wieku stanowią dla autora inspirację. Dzięki temu całe tło polityczne tu pokazane sprawia wrażenie o wiele bardziej pełnego, rzeczywistego, niż w innych książkach tego twórcy. Będzie można poznać kilka ciekawych faktów, dodatkowo na końcu książki znajdują się całkiem spore objaśnienia dotyczące każdego z tekstów, tylko potwierdzające związek z historią.

“Wilczy Legion” to kolejna dobra pozycja Adama Przechrzty, wypełniona akcją, dynamicznie napisana, przedstawiająca braterstwo, honor, ale i śmierć, zdrady, a przede wszystkim liczne emocje. Przy czym całość rewelacyjnie broni się na tle innych tego typu historii totalną obojętnością dla różnego rodzaju idei, które inni pisarze tak często zawierają w swoich utworach, a które tak mocno obrażają inteligencję czytelnika, że często nie pozostaje nam nic innego, jak pozycję odłożyć z obrzydzeniem. Tu zamiast marnej indoktrynacji mamy po prostu interesujących bohaterów, ciekawe czasy oraz sprytnie postawione pytanie: o co w tym wszystkim chodzi? Usycham z ciekawości czy będzie ciąg dalszy? Bo ja bym chętnie tom drugi przygarnął… :-)

Wilczy Legion
Fabryka Słów 2009

Adam Przechrzta – Depozytariusz Chorągwi Archanioła, tom 3. „Demony Leningradu”

W drugim tomie cyklu nazywanego “Depozytariuszem Chorągwi Archanioła” (OMG), “Białych nocach”, przewijało się często nazwisko niejakiego Aleksandra Razumowskiego, żołnierza, oficera GRU prowadzącego swe akcje w czasie drugiej wojny światowej. I choć “Demony Leningradu” noszą numer trzeci w serii, opowiadają nie o znanych nam bohaterach, ale właśnie o Razumowskim. Cofamy się zatem do roku 1942 i trafiamy do ZSRR.

Książka jest dokładnie taka, jak poprzednie tego Pisarza – to jedna, wielka akcja, podzielona na kilkanaście akcji mniejszych. Tu stale coś się dzieje, wątek goni wątek, przy czym kolejne rozdziały często mogłyby być osobnymi opowiadaniami o grupie majora Razumowskiego, są tak kompletne.

Jak na powieść akcji przystało próżno tu szukać jakichś specjalnie ciekawych fragmentów, które dotyczyłyby czasów w jakich bohaterowie żyją. Komunizm jest jedynie tłem, miano Stalina wspomina się jedynie w celu postraszenia odpowiednich postaci, Beria jest tylko ważniakiem, którego co prawda należy się bać, ale z którym da się współpracować. Także owym ZSRR proszę się nie sugerować, książka równie dobrze mogłaby się toczyć w dowolnych innych czasach w miarę nowoczesnych, gdy miecze i szable zamieniono na pistolety, karabiny i granaty.

Powtórzę to, co pisałem przy opinii na temat tomu pierwszego: świetna akcja, czysta rozrywka, książki pana Przechrzty można położyć na tej samej półce co książki pani Kozak – to ten sam styl, żołnierska piosenka o braterstwie, honorze, krwi – o wojnie. Ale bez prawdziwego patosu, przez co i ktoś taki jak ja bawi się doskonale. Podobno niedawno wyszły “Demony wojny”, ciąg dalszy. Niech no tylko spojrzę gdzie dziś ebooka można dostać najtaniej…

Demony Leningradu
Fabryka Słów 2011

środa, 1 maja 2013

Orson Scott Card & Aaron Johnston - "W przededniu"

“Saga Endera” to bardzo mocno eksploatowane uniwersum. Po genialnej, absolutnie wspaniałej, wybitnej “Grze Endera” Orson Scott Card napisał około mnóstwa kolejnych części, mniej lub bardziej powiązanych z samym Enderem. Filozoficzne dalsze dzieje bohatera, następnie pokaz towarzyszy Endera, którzy pozostali na Ziemi w “Sadze Cienia”, a jakby tego było mało doszły opowiadania oraz “Ender na wygnaniu”, swego rodzaju łącznik między “kosmicznymi” losami Endera i “ziemskimi” działaniami Groszka i reszty ferajny.

Mimo to ktoś uznał, że świata przedstawionego przez Carda wciąż jest za mało. Podobno wszystko zaczęło się od komiksowej wersji “Gry Endera”. Że niby zachwyt czytelników doprowadził do powstania następnego “spin-offu”, tym razem pokazującego tego, co działo się przed nadejściem Endera. Czyli do pierwszego spotkania ludzi z Formidami.

Problem zaczyna się już przed rozpoczęciem lektury. Wszyscy, którzy znają “Grę Endera” doskonale wiedzą, że Formidzi jako rasa obcych nie byli istotnym elementem tej wspaniałej książki. Byli tłem, obowiązkowym wypełniaczem, powodem, dla którego Orson Scott Card mógł przedstawić w tak ciekawy sposób historię chłopca, od którego zależą losy świata. Zwani przez ludzi Robalami nie tylko z powodu pogardy dla przeciwnika, ale także ze względu na swoją odmienność, brak samodzielnego myślenia, “owadzi” sposób funkcjonowania. Dopiero w kontynuacjach rozpoczętych słynnym “Mówcą Umarłych” Card zaczął się z Formidami bawić, próbował przedstawić ich dokładniej, konkretniej.

A teraz mamy powieść o pierwszym spotkaniu ludzi z Robalami. Czego się tu można spodziewać? Zwłaszcza, że doskonale wiemy, iż ludzkość przeciwnika odeprze i dopiero po wielu latach walki przystąpi do swoistego “ostatecznego rozwiązania”, w którym kluczem będzie Ender Wiggin. Autorzy musieliby wysilić się podwójnie, by uwagę czytelnika po pierwsze w ogóle uzyskać, a po drugie utrzymać. I z przykrością stwierdzam, że niestety im się to nie udało.

Za dużo tu kombinowania w stylu: “zróbmy to tak, aby nie wydać jednej książki. Wydajmy przynajmniej trzy, trzy się lepiej sprzedadzą, niż jedna”. Dla mnie tak właśnie wygląda “W przededniu”. Książka jest rozpisana zbyt szczegółowo tam, gdzie to zbędne i zbyt powierzchownie tam, gdzie bywa interesująco.

Mamy tu trzy główne wątki. Życie wolnych górników miewa swoje momenty, nie brakuje trudnych spraw i sytuacji, Card nie byłby sobą, gdyby nie dorzucił typowo ludzkich problemów. W tym wypadku mowa jest o egzogamii, czyli konieczności wybierania partnera życiowego spoza grupy, by nie dopuścić do związków ludzi o tych samych genach. Jest to ciekawe, nie da się ukryć. Jednak Card to mormon, i to zazwyczaj w jego książkach widać, nie każdemu spodoba się tego rodzaju podporządkowanie, posłuszeństwo, jakim cechują się bohaterowie.

Pozostałe wątki także miewają swoje momenty. Szef korporacji o swojsko brzmiącym imieniu Lem to postać niejednoznaczna, zatem interesująca. Daleko mu jednak do Hyruma Graffa czy Hegemona, i od pewnego momentu dalsze działania Lema są dość proste do przewidzenia. Z kolei najbardziej rozczarowujący jest wątek trzeci, toczący się na Ziemi. W pierwszej chwili mamy do czynienia w wielkim “WOW!”, bowiem rzecz zdaje się dotyczyć Mazera Rackhama, postaci doskonale czytelnikowi znanej. Jednak szybko okazuje się, że ta bardziej militarystyczna strona książki błyskawicznie gubi się w kwestiach zdecydowanie zbyt szeroko opisywanych. Widać, że książka jest nadmuchiwana na siłę z myślą o kolejnych tomach, które z całą pewnością zamierzam przeczytać... ale nie powiem, bym jakoś specjalnie na nie czekał. 

Obiektywnie jest to stosunkowo ciekawa, raczej dobra książka science fiction. Jednak jej wartość jest mocno zaniżona przez gigantyczne oczekiwanie, jakie mają fani "Sagi Endera" i "Sagi Cienia". Zdecydowanie chciałem więcej i lepiej; opowieści z polotem, porywającej, od której nie można się oderwać. A “W przededniu” taką historią nie jest, na tle swoich sławnych i obsypanych nagrodami poprzedników wypada bardzo blado, i czuję się jednak rozczarowany.

Earth Unaware
Prószyński i S-ka 2013

wtorek, 23 kwietnia 2013

Lois McMaster Bujold - "Strzępy honoru"

Kiedyś w promocji kupiłem sobie powieść “Klątwa nad Chalionem” Lois McMaster Bujold. Było to całkiem fajne fantasy, może nie jakoś szczególnie zwalające z nóg, lecz z pewnością lepsze od setek powielanych niczym na ksero historii jakie w tym gatunku ukazały się na naszym rynku. Stąd wreszcie zdecydowałem się sięgnąć po chyba najsłynniejszą serię książek tej autorki, tym razem rozgrywającą się w scenerii science fiction z dodatkiem szeroko rozumianych militariów. Powiedziałem sobie twardo: to ostatnia próba; jeśli militarna SF nawet w wykonaniu tej pani do mnie nie trafi, to sobie ten gatunek wreszcie odpuszczę, daruję kolejne próby wejścia w specyficzny świat space opery.

Z początku było bardzo ciekawie. “Strzępy honoru” rozpoczynają się jak u Hitchcocka, co prawda nie od trzęsienia ziemi, ale od ostrego konfliktu, akcji podczas której pada nawet kilka trupów. Niejaki Vorkosigan w pierwszej chwili uważany jest za tego złego, agresora, z kolei główna bohaterka, Cordelia, musi sobie radzić samotnie, na obcej ziemi, będąc teoretycznie więźniem swego Barrayarskiego towarzysza.

Szybko jednak okazało się, że rzecz wcale nie jest tak oczywista. Cordelia z Vorkosiganem dogadała się błyskawicznie, natychmiast zaczęło się pojawiać uczucie - co mi bardzo odpowiada, a czego brakowało mi w pierwszym tomie słynnej sagi “Honor Harrington”, z którą także onegdaj próbowałem się zmierzyć.

Niestety zanim zdążyłem się zacząć zachwycać i wczuwać w klimat powieści, wszystko zaczęło się rozmywać w typowym dla space opery pomieszaniu z poplątaniem, gdzie trzeba nadążać za gmatwaniną polityczno-społeczną z dodatkiem stałej akcji. Problemem jest, że owa gmatwanina jakoś nieszczególnie mnie interesowała, w przeciwieństwie do dalszych losów bohaterów. Ostatecznie ze wstydem przyznaję, że tak naprawdę to do końca nie wiem co się w powieści działo, tyle razy straciłem wątek. Nie dlatego, że książka jest kiepsko napisana - Boże broń! - ale że widać naprawdę do militarnej science fiction się jednak nie nadaję. Mój pech. Jednak fanom literatury typu “Honor Harrington” na pewno cykl Barrayarski się spodoba.

Shards of Honor
Prószyński i S-ka 1996

niedziela, 4 listopada 2012

David Weber - "Honor Harrington II. Honor Królowej"

Mam spory problem z panem Davidem Weberem. Polega on na tym, że jego militarna science fiction jest dla mnie w takiej samej mierze wciągająca, jak śmiertelnie nudna. W przypadku “Honoru Królowej” wrażenia mam bardzo podobne jak przy lekturze “Placówki Basilisk”. Z jednej strony strasznie spodobała mi się bohaterka oraz inteligentny sposób prowadzenia fabuły, tak odmiennej od taniego dramatu, z którym militarna science fiction mi się kojarzy... ale z drugiej strony zwyczajnie nie potrafię się skupić na lekturze, przeraźliwie długich dialogach, które bardziej przypominają monologi, niż rozmowy oraz opisach, które choć dla wielu z pewnością są ciekawe, mnie po prostu usypiają.

To dość niefajne uczucie, bowiem obiektywnie “Honor Królowej” wydaje mi się być nawet lepszą od tomu pierwszego. Nasza bohaterka, teraz już dość znana w pewnych kręgach, znowu zostaje wplątana w specyficzną, nietypową historię - tym razem ma pomóc w lokalnym konflikcie sąsiadów swojego Królestwa. Problemem jest jednak religia i zwyczaje ludzi, z którymi przyjdzie się jej kontaktować - w ogóle nie uznają kobiet gdzie indziej, jak w domu, rodząc dzieci i siedząc cicho. Widok Honor Harrington jako dowódcy okrętu państwa, którym także rządzi kobieta, to prawdziwy szok.

Wszystko to powoduje, że mamy do czynienia z kilkoma świetnie rozwiązanymi przez autora kwestiami, jest nieco filozofii, nie brakuje rozterek wewnętrznych licznych bohaterów, podobnie jak znajdziemy też sporo elementów dla militarnej science fiction obowiązkowych - walk w kosmosie, że tak oględnie to nazwę :) I wszystko byłoby doskonale, gdyby nie to, że każde odłożenie książki wywołane było gigantyczną sennością, a do powrotu musiałem się zmuszać. Zamiast czytać ją parę godzin, najwyżej dni - brnąłem z Honor Harrington przez kosmos tygodniami.

Krótko mówiąc: książka bardzo dobra, to ja się po prostu do militarnej SF nie nadaję, co za pech.

The Honor of the Queen
David Weber
REBIS 2000
500 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

czwartek, 11 października 2012

David Weber - "Honor Harrington I. Placówka Basilisk"


Raz czy dwa już próbowałem zmierzyć się z literaturą militarną i niestety były to próby średnio udane. Albo nudziło mnie zbyt wiele opisów technicznych zależności między przeróżnymi rodzajami okrętów, albo fabuła okazywała się przewidywalna jak konferencja prasowa prezesa PiS. Seria Webera jest jednak wychwalana przez tak wiele osób, że wypada spojrzeć, zgodnie ze starym chińskim przysłowiem: tak wielu fanów nie może się mylić, prawda?

Poznajemy bohaterkę serii, niejaką Honor Harrington, która właśnie obejmuje dowództwo okrętu Fearless. Od początku widać, że część powieści będzie poświęcona na klasyczne morskie opowieści jak to się kapitan z załogą brata, z kolei druga część to potężna dawka polityki, pisana z ogromną niechęcią o tym paskudnym zjawisku. Honor biorąc udział w manewrach dowodzi swoich umiejętności, w nagrodę (zupełnie jak w RP) zostaje zesłana na daleką placówkę, której nikt nie chce. Ona jednak wbrew wszystkiemu postanawia wypełnić założenia misji w stu procentach, co okazuje się być otwarciem prawdziwej puszki Pandory.

To, co w “Placówke Basilisk” jest najlepsze, to ściśle przestrzegana przez autora reguła unikania taniego dramatu. To jest jak najbardziej opowieść zbudowana na znanych schematach, jednakże bez przesady, bez przegięć. Nie znajdziemy tu typowo hollywoodzkich rozwiązań, które obrażać będą nie tylko inteligencję czytelnika, ale przede wszystkim samą Honor. Autor mimo wykorzystania wielu założeń, które literatura zna nie od dziś sprawnie kreuje z nich niezłą historię, która co prawda z nóg mnie nie zwaliła, jednakże czytała się zdecydowanie znośnie.

Brakuje książce natomiast odrobiny... romansu. Ja wiem, to jest militarna science fiction, jednakże według mnie wcale by jej nie zaszkodziło nieco więcej osobistego udziału Honor jako kobiety, nie tylko jako kapitana. Nie żebym uważał, że jak kobieta, to zaraz musi być romans :-) Po prostu tak fajna babka aż się prosi o uwikłanie w jakieś sercowe historyjki.

Kolejną próbę zmierzenia się z militarną science fiction uznaję za obiecującą. Fakt, że ziewałem przy lekturze zbyt często, by nazwać ją bardzo dobrą. Z drugiej jednak strony mimo wszystko natychmiast sprawdziłem co też dziać się będzie w tomie drugim, a to o czymś świadczy. Ostatecznie więc “Placówkę Basilisk” polecam do samodzielnego sprawdzenia, ja Autorowi daję szansę, jak kolejny tom mnie nie ruszy, to dopiero wtedy się poddam.

On Basilisk Station
David Weber
Rebis 2000
472 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

środa, 14 grudnia 2011

Marcin Ciszewski "www.1939.com.pl"

Całkiem sporo polskich autorów zabawiało się z historią alternatywną Polski, ze szczególnym uwzględnieniem czasów drugiej wojny światowej. O ile jednak Andrzej Pilipiuk wybrał formę opowiadania, a Sebastian Uznański poszedł w kierunku powieści z większą dawką filozofii, a mniejszą akcji, tak Marcin Ciszewski wybrał akcję właśnie. Autor wydaje się być wielkim fanem wojskowości czy też militariów, bowiem z każdej strony książki widać jego pasję.

Bohaterem jest 36-letni podpułkownik Wojska Polskiego, który ostatnimi czasy średnio się czuje w swoim otoczeniu. Nim jednak podejmie decyzję o opuszczeniu wojska, trafia mu się propozycja, której nie był w stanie odrzucić. Ma nią być wyprawa do Afganistanu, lecz jego zgoda nie wynika wcale z chęci walki, a z zupełnie innego powodu...

W wyniku spisku oraz działania niebywałej wręcz technologii cały batalion przenosi się do 1939 roku. Jest akurat pierwszy września. Wszyscy wiemy, co to oznacza. Akcja książki opisuje podejmowane działania podpułkownika w celu walki z nazistami, zajmuje się także próbami wyjaśnienia podróży w czasie i odnalezienia sposobu powrotu do roku 2007.

Ciekawe jest, że nim cofniemy się w czasie mija całkiem spora część lektury. Poznajemy bohaterów, stworzonych niczym ze “Złota dla zuchwałych”, grupę dobrych przyjaciół, specjalistów w swoim fachu, zgraną paczkę. Niektóre jednak wydarzenia, które im się przytrafiają są dość... dziwne. Mimo usilnych prób nie potrafiłem sobie wyobrazić sceny walki z gangsterami-przemytnikami, którą zakończyła regularna bitwa z użyciem broni palnej. Jakoś mi to nie pasuje w naszym kraju. Podobnie pojawiające się w tle love story - uczucia między bohaterem i jego towarzyszką są może i przepiękne, jak to z miłością bywa, ale wykonanie wywołało u mnie wielkie zdziwienie, zaskoczenie. Wydarzenia przeczą wszystkim antyszowinistycznym wyobrażeniom o kobietach w armii, jakich można nabrać oglądając dokumenty z wojska, gdzie kobiety są równorzędnymi partnerami dla mężczyzn. Bezradność kobiety-żołnierza jest chwilami wręcz krępująca.

Nie brakuje jednak także momentów, gdzie autor świetnie się bawi, a czytelnik razem z nim. Dialogi bywają naprawdę dobre (szczególnie w momencie czystej akcji), wspólnota braci broni jest ukazana w całej okazałości, także ludzka podłość i prymitywizm odmalowane są zgodnie z rzeczywistością. Na szacunek zasługuje według mnie też wybrnięcie z kwestii podróży w czasie - autor jakby doskonale zdając sobie sprawę, że to już było ze sto razy, nie stara się odkrywać Ameryki, całą sprawę wyjaśnia prosto, wręcz: prostacko, za to z zaangażowaniem skupia się na efekcie przeniesienia się z doborowym i konkretnie wyposażonym batalionem ponad sześćdziesiąt lat wstecz.

Nie ma sensu ukrywać, że cała historia pokazana w “www.1939.com.pl” jest tylko pretekstem do zabawy w wojnę, która wielu mężczyznom (a i niektórym kobietom) nigdy się nie znudzi. Autor z pasją opisuje liczne działania wojenne, prowadzi bitwy, zastanawia się nad taktykami, kombinuje posiłkując się wiadomościami zebranymi z historii. Dla maniaków wojska i akcji tego typu pozycja idealna, dla fanów rozrywki już nieco słabsza (jednak sprawa z kobietą z przeszłości mocno psuje zabawę), tak czy siak jednak warta polecenia, zaangażowanie Marcina Ciszewskiego robi wrażenie.

www.1939.com.pl, Fabryka Słów 2008, 334 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

sobota, 19 listopada 2011

Adam Przechrzta - Depozytariusz Chorągwi Archanioła, tom 2. "Białe noce"

“Białe noce” to powieść utrzymana w dokładnie tym samym tonie i klimacie, co "Chorągiew Michała Archanioła". Od samego początku do końca mamy do czynienia z powieścią, z której akcja wylewa się niczym woda z przepełnionej umywalki. Autor nie daje ani chwili na oddech, każąc swojemu bohaterowi oraz jego najbliższym wykonywać kolejne zadania: biegać, walczyć, strzelać, główkować, kombinować, myśleć, toczyć pełne zuchwałego spoufalania się dialogi oraz jeszcze raz biegać, walczyć, strzelać... A, no i oczywiście spożywać pewne ilości alkoholu, najczęściej wódki o specyficznym składzie, pitej ze szklanki, po co brudzić kieliszki? Krótko mówiąc jest to doskonałe czytadło, oferujące postaci, które można polubić oraz opisujące wydarzenia, które tak samo często będą czytelnika bawić, jak i wywoływać u niego może rzadziej smutek czy żal, ale znacznie częściej wściekłość i chęć osobistego, własnoręcznego wymierzenia co poniektórym czarnym charakterom sprawiedliwości. Najlepiej przy pomocy młotka i gwoździ.

Janusza Korpackiego zastajemy w bliżej nieokreślonym czasie od wydarzeń z poprzedniego tomu, ale raczej niedługim. Ot, tyle co zdążył się hajtnąć. Jednak już od pierwszych słów pierwszego rozdziału widać, że coś tu jest nie tak, że ktoś bawi się z naszym akademikiem w niebezpieczną grę. A potem to już leci z górki. Fabuła opowiada o poszukiwaniach zaginionej, przypuszczalnie porwanej córki jednego z największych rosyjskich oligarchów, ale jest to tylko powód do wplecenia w akcję całego mnóstwa dodatkowych smaczków i przygód, czekających na bohatera niemal na każdym kroku.

Powieść jest tylko odrobinę słabsza od “Chorągwi...”, ale to raczej norma w przypadku kontynuacji. Autor nie zaskoczył niczym nowym, za to z zadania utrzymania poziomu lektury oraz klimatu, który tak mi się podobał ostatnim razem wywiązał się doskonale. Zarówno “Chorągiew...”, jak i “Białe noce” można spokojnie położyć obok trylogii “Nocarz” Magdaleny Kozak. Wampirów co prawda nie ma, ale reszta, całe to męskie, żołnierskie życie jak najbardziej jest, i warto poświęcić wieczór czy dwa na zrelaksowanie się przy tej lekkiej, wypełnionej akcją powieści.

Białe noce, Fabryka Słów 2010, wydanie elektroniczne: 288 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

środa, 21 września 2011

Adam Przechrzta - Depozytariusz Chorągwi Archanioła, tom 1. "Chorągiew Michała Archanioła"

Jakiś czas temu w Nowej Fantastyce przeczytałem opowiadanie Adama Przechrzty, po którym miałem tylko jedną refleksję: trzeba przeczytać jak najszybciej wszystko, co autor napisał - opowiadanie było tak ciekawe i świetnie napisane :-)

Na pierwszy ogień poszła “Chorągiew Michała Archanioła”, czyli rzecz o służbach specjalnych, twardzielach w kominiarkach, a jednocześnie o naukowcach i... alchemikach. Zdecydowanie powieść akcji, która z miejsca przypadnie do gustu wszystkim fanom literatury w stylu Magdy Kozak (wampirów co prawda nie ma, ale to tylko lepiej). Braterstwo, zaufanie, ponadnarodowe sympatie i zobowiązania, współpraca między służbami bez wiedzy, a czasem wręcz wbrew rządowi i tym podobne elementy.

Bohaterem jednak nie jest typowy, wyszkolony zabijaka. Owszem, ma całkiem sporo do powiedzenia w temacie szeroko rozumianej walki i przetrwania, ale na co dzień zarabia na życie pracując jako wykładowca na uczelni. Pewnego dnia otrzymuje propozycję, której ze względów grzecznościowych nie może odrzucić: syn znanego bankowca popełnił samobójstwo, rzucając się pod pociąg. Dziwne, że syn badał sprawy dotyczące znanej w przeszłości postaci Alchemika, z którego mikstur korzystał polski wywiad w okresie międzywojennym. Wystarczy dodać dwa do dwóch by zrozumieć, że samobójstwo to na pewno nie było.

Od tego momentu zaczyna się prująca przed siebie dziko akcja, w której w błyskawicznym tempie poznajemy kolejne postaci, nowych znajomych bohatera, jego rodzinę dalszą i bliższą, konkurentów i sympatyków na uczelni... I mówiąc szybka akcja mam na myśli taki system pisania, w którym autor w jednym, kilkuzdaniowym akapicie jest w stanie zmieścić scenę walki, jej przebieg, efekty dla walczących stron i nawet samopoczucie, jakie będzie miał bohater dnia kolejnego. Zero pitu-pitu i zbędnego gadania.

Na szczęście prócz akcji jest też w książce miejsce na nieco humoru, dialogi potrafią rozbawić. Poza tym znalazło się miejsce i na romans, czego zabraknąć nigdy nie powinno i na dramat, mocno uderzający czytelnika między oczy, dzięki czemu w książkę jest jeszcze łatwiej się wczuć.

“Chorągiew Michała Archanioła” to bardzo dobra książka, która fabularnie co prawda z nóg nikogo nie zwali, ale ogromnej większości czytelników zapewni potężną dawkę doskonałej rozrywki na wysokim poziomie. Autor zdaje się doskonale wiedzieć, o czym mówi, zajmując się tematem służb i wojskowości, podobnie gdy wspomina o wydarzeniach historycznych, jednocześnie ograniczając tego rodzaju wstawki i opisy do niezbędnego minimum, do wytłumaczenia pewnych spraw lub uśpienia czujności czytelnika, by następnie nagle akcję ponownie rozkręcić. Już się cieszę na myśl, że prędzej czy później w moje ręce trafi ciąg dalszy - “Białe noce”.

Chorągiew Michała Archanioła, Fabryka Słów 2009, 400 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

niedziela, 6 lutego 2011

Robert A. Heinlein "Kawaleria kosmosu"

Kolejny klasyk Heinleina, który mimo upływu lat wcale się nie zestarzał. “Kawaleria kosmosu” to powieść, która w znacznym stopniu przyczyniła się do powstania nowej gałęzi fantastyki naukowej, zwanej militarną science fiction, z której wyrosły potem takie tytuły jak chociażby “Wieczna wojna” Haldemana. Po lekturze wrażenie jest podobne, jak po przygodzie z “Władcami marionetek” - widać, jak ogromną podstawą stała się książka dla kolejnych dziesiątek tytułów w literaturze, filmie i komiksie.

Powieść opisuje żywot młodego Juana Rico, zwanego Jonniem. Po ukończeniu szkoły, niejako przez przypadek dostaje się do armii, pragnąc odsłużyć dwa lata i dzięki temu wrócić jako inna kategoria obywatela, posiadając prawo do głosowania. Bowiem w rzeczywistości wykreowanej przez Heinleina nie każdy może głosować, czyli wpływać na wydarzenia - tylko ci, którzy dowiedli swojej odpowiedzialności. Wspaniały pomysł, nieprawdaż? Niemożliwy do zrealizowania, kłania się fantastyka socjologiczna, ale mimo wszystko wspaniały.

Pechem bohatera i jego przyjaciół jest atak na Federację Ziemską ze strony Pluskwo-Pajęczaków, przedziwnej rasy obcych. Perspektywa odlotu na Ziemię po dwóch latach służby oddala się, a liczne ćwiczenia, bardzo typowe, z mnóstwem krzyku, udawanej pogardy i obowiązku zamieniają się w realną walkę. Rico musi podejmować coraz trudniejsze decyzje i odpowiedzieć sobie na pytanie czy w ogóle jest do czego wracać, czy może nie lepiej pozostać i robić to, w czym jest się dobrym? Książka tak wciągająca, że nie wierzę, iż znajdzie się ktoś, kto będzie ją męczył dłużej niż jedno popołudnie.

Starship Troopers, Amber 1994, 208 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

piątek, 15 października 2010

Joe Haldeman "Wieczna wojna"

„Wieczna wojna” to jedna z najważniejszych powieści science fiction, której tytuł należy rozumieć dosłownie. Akcja rozpoczyna się pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku, a jej głównym bohaterem jest William Mandella, urodzony w latach siedemdziesiątych. Trwa wojna z obcymi, owadopodobnymi Tauranami. Mandella odbywa szkolenie, następnie bierze czynny udział w ważnych dla wojny bitwach, będąc jednym z tych żołnierzy, którzy oglądają wojnę od samego jej początku. Z czasem awansuje, w końcu, po odsłużeniu swojego, postanawia powrócić na Ziemię.

Siłą powieści jest nie tylko sama wojna, która z pewnością zapewni wiele przyjemności fanom militarnej science fiction. Przez zastosowanie zasady efektu relatywistycznego (dylatacji czasu) oglądamy oczami Mandelli nie tylko kolejne stulecia walki z obcymi, ale i zmiany, jakim poddawana jest Ziemia i ludzkość jako społeczeństwo. Wyobraźnia autora stworzyła przerażający obraz naszej planety oraz zasad, jakie nią rządzą.

Autor bazował na swoich doświadczeniach z wojny w Wietnamie, dlatego pierwszoosobowa narracja Mandelli idealnie oddaje strach żołnierza, którego fach – jak sam bohater twierdzi pod koniec książki – polega głównie na odczuwaniu albo nudy, albo przerażenia. Haldeman opisuje ciekawe dodatki, wymyślone w celu zwiększenia poziomu wojska, takie jak pigułki wspomagające naturalną agresję czy terapeutyczne właściwości seksu. „Wieczna wojna” to lektura specyficzna również dlatego, iż wbrew zasadom, jakie rządzą na Ziemi, wojsko u Haldemana zostało stworzone ze specjalnie wybranych jednostek, których inteligencja znacznie przekracza średnią. Ten pomysł otwiera zupełnie nowe perspektywy, z których pisarz skrupulatnie korzysta opisując i wojnę, i chaos panujący na Ziemi.

Mimo że nie jestem fanem militaryzmu, przebrnąłem przez opisy bitew, by zostać sowicie nagrodzonym w momentach prezentujących Ziemię i ludzkość przyszłości. Teraz pozostaje jeszcze tylko przeczytać słynny komiks na podstawie powieści i poczekać na wersję filmową Ridleya Scotta...

The Forever War, Solaris 2009, 318 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

czwartek, 7 października 2010

Orson Scott Card, sagi Endera tom 5: "Ender na wygnaniu"

Gdy dowiedziałem się, że Card wydał kolejny tom Sagi Endera, umiejscowiony pomiędzy tymi, które już istnieją, konkretnie się wystraszyłem. Wszak lepsze jest wrogiem dobrego, a autorowi zdarza się niestety swoje opowieści rozciągać w nadmierny sposób (jak w przypadku „Opowieści o Alvinie Stwórcy”).

Akcja „Endera na wygnaniu” toczy się w trakcie „Gry Endera” - pomiędzy ostatnimi rozdziałami, konkretnie po wyeliminowaniu zagrożenia ze strony formidów. Obserwujemy samotnego bohatera, otoczonego przez całą masę ludzi z ich własnymi interesami. Dowiemy się konkretnie jak wyglądał proces, który doprowadził do sytuacji w której Ender nigdy na Ziemię nie powrócił. Opisana została podróż na planetę, której gubernatorem został młody Wiggin, przybywanie na planecie, odkrywanie pozostałości po cywilizacji Robali...

Tym, co najbardziej zaskakuje w opowieści jest fakt bardzo mocnego połączenia Sagi Endera z Sagą Cienia, równolegle prowadzoną przez Carda opowieścią o pozostałych bohaterach znanych z „Gry...”, szczególnie Groszku, Petrze, Virlomi i... Achillesie. Lektura „Endera na wygnaniu” jest wręcz niemożliwa bez znajomości czterech tomów rozgrywających się na Ziemi, z filozoficznymi rozważaniami „Mówcy Umarłych”, „Ksenocydu” i „Dzieci Umysłu” nie mających nic wspólnego. Zostaje zakończonych kilka wątków, w tym nawet ten najbardziej tajemniczy, mówiący o zaginionym potomstwie Groszka i Petry. Automatycznie rodzi się pytanie: o czym w takim razie będzie traktowała kolejna, ostatnia (jasne...) książka, będąca w przygotowaniu „Shadows in Flight”? Umieram z ciekawości...

Mimo ogromnych obaw, mimo faktu, iż pewne rzeczy się autentycznie zmieniły (autor naprawdę przestawił kilka mniej istotnych szczegółów względem oryginalnej „Gry...”) „Ender na wygnaniu” okazał się być lekturą zajmującą i przyjemną. Książka jest bardzo zmyślnie zrealizowanym łącznikiem obu cykli, lecz bez znajomości wszystkich poprzednich nie ma sensu po nią sięgać.

Ender in Exile, Prószyński i s-ka 2010, 400 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

wtorek, 27 lipca 2010

Orson Scott Card, Sagi Cienia tom 4: "Cień Olbrzyma"

„Cień Olbrzyma” to ostatnia, jak na razie, powieść opisująca dalsze losy wszystkich bohaterów, którzy po wojnie z Formidami (robalami) pozostali na Ziemi. Dawne dzieci ze szkoły bojowej już znacznie podrosły, zbliżając się do pełnoletności, dojrzewając wewnętrznie. W wyniku wszystkich działań podejmowanych przez niejakiego Achillesa w poprzednich tomach świat został podzielony na kilka potęg, pomiędzy którymi wieczny pokój jest niemożliwy. Co gorsza, władzę coraz częściej przejmują Endermani, nasi bohaterowie, geniusze wojskowi. Już nie doradzają swoim władcom, prezydentom i premierom, ale sami stają na czele mas.

Podobnie jak w Teatrze Cieni, książka podzielona została na dwa główne wątki, które jednak mocno są ze sobą związane. Pierwszy dotyczy Groszka, najbardziej uzdolnionego i inteligentnego stratega na Ziemi i jego poszukiwań skradzionych embrionów, dzieci, które będą równie inteligentne, ale i chore na tę samą przypadłość, która sprawia, iż Groszek liczy dni do swej śmierci.

Drugim wątkiem, o wiele ciekawszym, jest tworzenie Wolnych Ludów Ziemi przez Hegemona, Petera Wiggina. Dzięki sprawnie przeprowadzonym operacjom politycznym, w sposób bezkrwawy do WLZ przyłącza się coraz większa liczba państw. Zjednoczeniu całego globu przeszkadzają tylko Chiny, dowodzone przez cesarza Han Tzu, Indie, dowodzone przez Virloni, uważającej się za boginię oraz zjednoczony świat islamu, prowadzony ku chwale przez kalifa Alai. Cała trójka to młodzi absolwenci Szkoły Bojowej. Gigantyczna, wyniszczająca wojna staje się niemal pewna, gdyż każdy z przywódców (nie wyłączając samego Hegemona) to mistrz planowania i strategii.

Książka w doskonały sposób prezentuje czytelnikom fragmenty odpowiadające za objęcie władzy przez każdego z nich. Objęcie i utrzymanie, a to drugie zazwyczaj bywa znacznie trudniejsze. Orson Scott Card udowadnia na każdej stronie powieści, jak wielkim jest twórcą, i jak ogromną wiedzą z zakresu taktyki i strategii dysponuje. To zupełnie inny pisarz, niż ten pamiętany z „Opowieści o Alvinie Stwórcy”, czy nawet z dalszego ciągu „Gry Endera”, czyli książek głęboko filozoficznych.

Kolejny tom jest w przygotowaniu („Shadows in Flight”). Wiele wątków zostało już zamkniętych, ale kilka furtek pozostaje uchylonych tak, by na lekturę kolejnej części chciało się czekać. „Cień Olbrzyma” to według mnie najlepsza część sagi, obok tomu pierwszego, Cienia Endera.

Shadow of the Giant, Prószyński i S-ka 2007, 382 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

niedziela, 25 lipca 2010

Orson Scott Card, Sagi Cienia tom 3: "Teatr Cieni"

Ukończywszy lekturę "Cienia Hegemona" wiadomym było, że szybko musi powstać ciąg dalszy, bowiem wiele wątków zostało rozpoczętych, a nie wszystkie zakończone. Groszek odzyskał Petrę, uwolnił ją z rąk odwiecznego wroga, ale co dalej?

W „Teatrze Cieni” autor skupił się głównie na opisywaniu geniuszu młodych strategów, absolwentów Szkoły Bojowej, teraz już nie dzieci, ale nastolatków. Przypisani do swoich ojczyzn robią co w ich mocy, by dobrze służyć swoim narodom. Nieraz jednak oznacza to poddanie się głupocie dorosłych, przekonanych o własnej nieomylności (Rosja, Chiny), innymi znowu razy ten system kończy się wzięciem na barki trosk całego świata (porozumienie narodów muzułmańskich).

Mimo że pierwszy plan ponownie przedstawia Groszka i Petrę, to w „Teatrze Cieni” mamy też równolegle prowadzony wątek Hegemona, Petera Wiggina, który – jak pamiętamy doskonale – również wciąż pozostaje bardziej dzieckiem, niż dorosłym (fizycznie oczywiście, bowiem umysłowo z całą pewnością znajduje się w pierwszej piątce najinteligentniejszych postaci na Ziemi). Autor wreszcie prezentuje czytelnikom skomplikowany umysł Petera, który po przeczytaniu właściwej Sagi Endera jawi się jako władca absolutny, idący po trupach do celu, doskonały manipulator, ale i organizator i zarządca. Card niejednokrotnie doprowadzi czytelnika do śmiechu opisując wnętrze Hegemona i tok jego rozumowania. Co więcej, książka mocno skupia się także na jego rodzicach, Janie Pawle i Theresie Wiggin, których doskonale znamy z opowiadań „Chłopiec z Polski” i „Zmora nauczyciela”. Już w poprzednim tomie lekko wyszli z cienia, lecz tym razem grają pierwsze skrzypce i bez ich pomocy Hegemon długo by na stanowisku się nie utrzymał.

Orson Scott Card prowadzi wojny oparte na niezwykle ciekawych założeniach i spostrzeżeniach. Nie można się oprzeć wrażeniu, że gdyby taki konflikt, jaki opisuje, rzeczywiście wybuchł, to wydarzenia rozgrywały by się w niezwykle podobny sposób. Doskonale zna historię, mentalność, wady i zalety poszczególnych nacji, dzięki czemu ogromna wojna, można nawet rzec, iż światowa, która tu ma miejsce wygląda niezwykle realistycznie. A ponieważ spory fragment dotyczy krajów muzułmańskich, autor przedstawił niezwykle ciekawy sposób zjednoczenia świata islamu i uzyskania statutu narodów równych zachodowi. Koniec z terroryzmem, fundamentalizmem, ponowne oświecenie i delikatna reformacja. Oczywiście mało kto uwierzy, iż zaproponowany tu system ma jakiekolwiek szanse na realizację w naszym świecie, ale miło jest chociaż poczytać o takim porządku i odnalezieniu siebie w dzisiejszym świecie przez ludzi od zawsze trzymanych mocno w karbach fundamentalizmu i fanatycznej wiary.

Nie uważam, by powieść była tzw. „odcinaniem kuponów” od popularności Sagi Endera. Jest to zupełnie inna rzecz, a ja, jako czytelnik, podczas lektury właściwej Sagi zawsze zastanawiałem się co się stało z żołnierzami Endera na Ziemi, gdy jego zabrakło. Jak tworzył się mit Hegemona, jak nieobliczalny brat Endera zdołał zjednoczyć całą Ziemię, jaka była jego droga. I Saga Cienia doskonale na te pytania odpowiada. Serdecznie polecam wszystkim fanom nie tylko science fiction, ale i miłośnikom strategii, bowiem planowań, zasadzek, wojen błyskawicznych i ruchu oporu w tej powieści jest mnóstwo.

Shadow Puppets, Prószyński i S-ka 2003, 304 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na Lubimyczytac.pl

czwartek, 22 lipca 2010

Orson Scott Card, Sagi Cienia tom 2: "Cień Hegemona"

"Cień Hegemona" to kolejny powrót do świata Endera Wiggina, z zaznaczeniem, iż jest to druga saga, której bohaterem jest najlepszy podkomendny Ksenobójcy, Groszek. Wojna Ligi się skończyła. Wszyscy dowodzący flotą - oprócz Endera - powrócili na Ziemię, do swoich ojczystych krajów. Jednakże każdy, kto przypuszczał, że od teraz życie będzie się toczyło nieco bardziej normalnym trybem, jest w błędzie. Co bowiem można uczynić z tak inteligentnymi dziećmi, przecież nie da się ich odesłać do szkoły, do rówieśników tych, którzy chwilę temu dowodzili wojskami, które ocaliły świat...

Groszek, nie cieszył się długo towarzystwem odnalezionej rodziny. Dochodzi do serii zamachów i porwań wszystkich ze Szkoły Bojowej, którzy należeli do grupy Endera. Groszek, jako jedyny, który nie pozwolił się porwać, musi odnaleźć sprawcę, w tym celu postanawia zawrzeć sojusz z niezwykle ambitnym, chorobliwie zarozumiałym, ale i bardzo przenikliwym Peterem Wigginem, starszym bratem Endera.

W "Cieniu Hegemona" wreszcie dowiadujemy się czegoś więcej o słynnym Peterze, postaci niebywale oddziałującej na wyobraźnię czytelników, jeszcze z czasów głównych powieści dotyczących samego Endera. Człowiek, który od lat dziecięcych występuje na forach internetowych, publicznie, na całym świecie znany jako Locke, teraz musi odbyć najtrudniejszy sprawdzian w życiu. I nie jest nim zostanie Hegemonem, nie jest nim także udział w licznych konfliktach, które zapanują na Dalekim Wschodzie. Najtrudniejszym zadaniem będzie dopuszczenie do siebie myśli, że ktoś inny może być równie utalentowany i inteligentny... Starcie Groszka z Peterem to jeden z tych kawałków literatury, od których nie można się oderwać.

Kolejnym motywem, który zachwyca fana poprzednich książek tego uniwersum jest fakt, iż wreszcie dowiemy się też więcej o rodzicach Petera, Valentine i Endera. Zostanie udzielona odpowiedź na podstawowe pytania dotyczące dwóch niezwykle charakterystycznych postaci, których miłość, ale i otoczenie i społeczeństwo, którym musieli się w pewien sposób poddać, doprowadziły do wykształcenia się właśnie takich postaw, jakie znamy u ich dzieci.

"Cień Hegemona" jest również powieścią pełną strategii i wojskowych przemyśleń, logistyki i planowania. Wszyscy stratedzy z pewnością zachwycą się szachowymi niemalże rozgrywkami pomiędzy Groszekiem, jego przyjaciółmi i oponentami. Z tym, że szachownicą w tym wypadku jest Daleki Wschód, a pionkami ludność najliczniejszych państw na Ziemi: Chin i Indii.

Jedyną wadą tytułu jest dość nagłe zakończenie, przynajmniej mi się takie wydało. Niby cały czas czekamy na konfrontację, ale gdy wydaje się że już, że wreszcie, że teraz... nic z tego. Autor poszedł drogą, z której niestety go również znamy nie od dziś, i wyszedł z założenia, że to nie będzie koniec, że dopiero w kolejnym tomie. Cóż, oby był przynajmniej tak dobry, jak "Cień Hegemona", a jeszcze lepiej, by dorównywał Cieniowi Endera.

Shadow of the Hegemon, Prószyński i S-ka 2002, 339 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na Lubimyczytac.pl

wtorek, 20 lipca 2010

Orson Scott Card, Sagi Cienia tom 1: "Cień Endera"

Niektórzy twierdzą, że Orson Scott Card zbyt rozbudowuje swoje światy, stale dodając kolejne tomy do, zdawałoby się, już zakończonych opowieści. Sam zresztą miałem liczne wątpliwości co do celowości rozciągania "Opowieści o Alvinie Stwórcy", gdzie mimo rewelacyjnego pomysłu każdy kolejny tom był znacznie słabszy.

Jeśli chodzi o "Sagę Cienia", wątpliwości nie mam, przynajmniej nie teraz, po przeczytaniu tomu pierwszego. "Cień Endera" to powieść, w której Card powraca do pierwszego tomu swojej najsłynniejszej sagi, czyli "Gry Endera". Tutaj jednak bohaterem jest nie Ender, ale jeden z jego dowódców, niezwykle ciekawa postać o jeszcze ciekawszym imieniu: Groszek.

Poznajemy wczesne dzieciństwo Groszka, jego życie na ulicach Rotterdamu, brutalną rzeczywistość bezdomnych dzieci. Card, jak zawsze w przypadku opowiadania o inteligentnych dzieciach, prezentuje opowieść, od której nie można się oderwać. Opis powstawania tzw. "rodziny", manipulacja dorosłymi, a następnie stopniowe poznawanie prawdy o innych bohaterach to wspaniała przygoda, oczywiście jeśli czytelnik nie będzie miał problemu z aż taką inteligencją u małych dzieci. Bo chwilami jednak trudno uwierzyć, by kilkulatki potrafiły tak planować. Card zresztą chyba zdał sobie z tego sprawę, gdyż dalsze dzieje wprowadzają nieco światła w przeszłość Groszka i jego pochodzenie, dzięki czemu łatwiej z jego mądrością się pogodzić.

Książka napisana jest tak, by wiele zdarzeń, które doskonale pamiętamy z "Gry Endera" nabrało nowego znaczenia, a Groszek urasta do rangi istoty od przywódcy jeszcze mądrzejszej, rozumiejącej jeszcze więcej tego, co dzieje się dookoła. Tym bardziej oczywistym staje się, iż tomów o jego przygodach i losach będzie więcej. Wszak wiemy, iż Ender odszedł z Ziemi, szukając szczęścia wśród kolonizatorów. A Groszek tu pozostał, i przypuszczam, że dowiemy się o nim jeszcze niejednej ciekawostki, szczególnie w procesie zdobywania władzy przez brata Endera, Petera, który, jak doskonale pamiętamy, stał się najpotężniejszym Hegemonem jaki rządził naszą planetą.

Ender's Shadow, Prószyński i S-ka 2002, 472 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na Lubimyczytac.pl

niedziela, 18 lipca 2010

Orson Scott Card, Saga Endera, "Pierwsze spotkania w świecie Endera"

Książka zawiera cztery opowiadania, których treść idealnie obrazuje tytuł. W pierwszym z nich (pierwszym w kolejności, chronologia powstawania utworów jest inna), „Chłopiec z Polski” poznajemy Jana Pawła Wieczorka, chłopaka pięcioletniego, żyjącego w tzw. „niesubordynowanej rodzinie” na terenie środkowej Europy. Niesubordynacja oznacza sprzeczne postępowanie względem Hegemonii, organizacji skupiającej kraje świata, powołanej do walki z robalami, najeźdźcami z kosmosu. Jak na katolicką rodzinę przystało, nie jest przestrzegana zasada posiadania jedynie dwojga dzieci. Card kreśli dość przykrą wizję Polski, choć trzeba mu przyznać, że jest to wizja niezwykle realna i pasująca do naszego narodu. Pierwsze spotkanie dotyczy także Graffa, będącego wówczas tylko młodym kapitanem, lecz już niezwykle inteligentnym „właściwym człowiekiem na właściwym miejscu”. Jan Paweł okazuje się być dzieckiem niebywale inteligentnym, a obserwacja jego konfrontacji z ludźmi Hegemonii (każde dziecko płci męskiej przechodzi w dzieciństwie test sprawdzający, czy nadaje się do Szkoły Bojowej) to czysta radość. To opowiadanie zostało także włożone do ostatnich wydań Gry Endera.

Drugi tekst, zatytułowany „Zmora nauczyciela” kontynuuje wątek Jana Pawła, teraz już jednak zwanego nie Wieczorkiem, ale Johnem Paulem Wigginem. Wątek ponadprzeciętnej inteligencji jest kontynuowany a pierwsze spotkanie dotyczy rodziców późniejszego Hegemona, filozofa Demostenesa i Ksenobójcy, czyli Petera, Valentine i Andrew (Endera) Wigginów.

Trzecim tekstem w zbiorku jest słynna „Gra Endera”, czyli opowiadanie, które dało sławę Cardowi i wyrosło do powieści. Oczywiście wszyscy, którzy znają już powieść nie będą aż tak przeżywali rozgrywających się tu wydarzeń, trzeba lekko zakrzywić rzeczywistość i wczuć się w rolę czytelnika z końca lat 70., i wówczas czytelnik zostanie zwalony z nóg ogromem wizji Carda. Przypominam, że w tamtych czasach informatyka, jaką znamy dziś, komputery i sieci była w powijakach, dopiero powstawały tego typu urządzenia.

Ostatni tekst to „Doradca inwestycyjny”, lekko nie pasujące do poprzednich klimatem, jest bowiem wypełnione humorem, można nawet rzec, iż jest to komedia. Ender właśnie skończył (relatywnie) dwadzieścia lat i musi zacząć płacić podatki. Jednakże nie potrafi znaleźć odpowiedniego doradcy, w dodatku urzędnik skarbowy zdecydowanie próbuje go wykorzystać i położyć łapę na gigantycznej fortunie bohatera. Gdy on podróżuje, mijają dziesiątki lat, a zgromadzony fundusz rośnie. Pierwszym spotkaniem tu przedstawionym jest wyjaśnienie jak Ender poznał komputerowy byt Jane, czyli jedną z najważniejszych postaci sagi.

Ten zbiór warto mieć na półce nawet jeśli nie jest się fanem Sagi Endera, gdyż opowiadania „Gra Endera” i „Chłopiec z Polski” to tego typu literatura, która zrobi wrażenie na każdym czytelniku i nieraz będziemy do nich wracać.

First Meetings in the Enderverse, Prószyński i S-ka 2005, 144 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na Lubimyczytac.pl