Nie spodziewałem się wiele po “Alei koszmarów”. Nie powiem, że dobre powieści związane z grami to jakaś super rzadkość (chociażby świat Forgotten Realms oferuje kilka niezłych), jednak z reguły jakość jest niespecjalnie wysoka. Od każdej jednak reguły są wyjątki, i do takich należy powieść Raymonda Bensona umieszczona w świecie Dying Light. Pisarza, który znany jest ze współpracy z filmowcami i twórcami gier. Pisał powieści na podstawie scenariuszy do produkcji z Jamesem Bondem, napisał książki na podstawie jednej z ważniejszych serii gier naszych czasów – Metal Gear Solid, przenosił na papier przygody Agenta 47, sam wreszcie tworzy scenariusze do gier.
Niby jest to kolejna historia o zombie. A jednak autorowi udało się wycisnąć z niej nieco więcej, niż początkowo się wydaje. Po prologu opisującym historię człowieka, który przewiduje nadejście katastrofy, przechodzimy do lektury, gdzie bohaterką jest młoda dziewczyna. I mimo tego, że całość spokojnie można sklasyfikować jako produkt young-adult, rzecz da się z przyjemnością czytać.
Akcja dzieje się w fikcyjnym mieście-państwie Harran, umieszczonym gdzieś w okolicach Gruzji i Armenii, w tych rejonach, gdzie trudno wskazać, czy wciąż jesteśmy Europejczykami, czy już Azjatami. W Harranie odbyć się miały lekkoatletyczne igrzyska, dla zdolnych nastolatków, z bardzo ciekawymi konkurencjami – w tym parkour, którego – jak w grze – zabraknąć nie mogło. Bohaterkę o imieniu Mel poznajemy w momencie, gdy masakra na stadionie się już odbyła, jej rodzice nie żyją, jej brat gdzieś zaginął, a ona sama została ugryziona i przemieszczając się po mieście przeżywa coraz gwałtowniejsze ataki. Wie, że ostatni z nich skończy się przemianą.
Siłą tytułu jest odrobinę inne przedstawienie zombie. W Dying Light z jednej strony mamy do czynienia z po prostu nieumarłymi, których ciała gniją, i którymi rządzi jeden cel: pożywienie. Z drugiej strony istnieje tu kilka różnic względem kanonicznego sposobu przedstawiania żywych trupów. Są one niegłupie, w jakiś czas po przemianie potrafią wciąż nawet używać pojedynczych słów, potrafią współdziałać z innymi, całkiem szybko się przemieszczają i najważniejsze: nocą zyskują o wiele większą siłę, także robią się mądrzejsze.
Kolejne rozdziały pokazują następujące po sobie godziny, które dla Mel mogą być ostatnimi godzinami życia. Jest jednak nadzieja – antyzyna, którą siły specjalne zrzucają na spadochronach nad miastem, zatem jeszcze wszystko może się zdarzyć. Bohaterka często powraca do spraw z przeszłości, dzięki czemu czytelnik ma szansę naprawdę nieźle Mel poznać, polubić, i identyfikować się z nią. Całość jest jednocześnie dynamiczna i pełna akcji, ale i ciekawa z powodu postaci i z powodu istnienia szansy na ocalenie. Mel zostaje postawiona w różnych sytuacjach, i dowiemy się, że nie ma pewnych spraw, nie ma jasnych kwestii, że rzeczy zdawałoby się, że oczywiste, wcale takimi nie są. Że w zależności od sytuacji ludzie mogą się zachowywać naprawdę różnie.
Nie kupiłem dotychczas Dying Light, będąc lekko znudzonym oglądaniem zombie na ekranie telewizora. Teraz jednak na pewno kupię, tak dobrą zachętą do dalszej zabawy jest “Aleja koszmarów”. Jest to książka udana, nie półprodukt wypuszczony na fali sukcesu, i zostawia po sobie świetne wrażenie, nie tylko dzięki sprawnie pokazanej historii, ale także końcówce, która mnie zupełnie zaskoczyła, a potem zachwyciła. Polecam, a sam idę kupować grę.
Dying Light: Nightmare Row
Zysk i s-ka 2015
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gore. Pokaż wszystkie posty
środa, 27 lutego 2019
piątek, 5 kwietnia 2013
Antologia - "Gorefikacje"
Jeśli chodzi o szeroko rozumianą grozę, to w świecie ebooków mieliśmy już dwie antologie spod znaku Halloween, powstała także elektroniczna wersja zbiorku poświęconego twórczości bizarro, teraz przyszedł czas na antologię skupiającą się na kolejnym, niezwykle ciekawym aspekcie prozy “straszącej”: gore. Czyli krew, flaki i domieszka porno.
Pewnie wyjdę na ignoranta, jednak wydawało mi się, że gore powinien oferować coś więcej. Krew, ok, flaki, jasna sprawa, porno - jak najbardziej, dla mnie dwa razy - ale może jeszcze na koniec tekstu puenta? Fajnie by było. Jednak w prezentowanych tu tekstach można odnaleźć każdy, dowolny wedle pragnień rodzaj zboczenia i dewiacji, niestety jednak puent jako takich, podsumowujących tekst znajdziemy tylko kilka. Nie zawodzi Dawid Kain, pewną przyjemność wykraczającą poza same opisy gore oferuje także Łukasz Radecki (szczególnie spodoba się fanom death metalu, miodzio), ciekawie zaprezentował się Marcin Rojek, z kolei bardzo klasycznie, w dobrym stylu pokazał się Paweł Waśkiewicz, natomiast z Karolem Mitką można się będzie trochę pośmiać. Reszta tekstów, choć z pewnością w 100% gore, to jednak według mnie kładzie nacisk przede wszystkim na “soczystość” opisu, nie oferując jednak dobrego, ciekawego pomysłu, a puenta nawet jak jest, to jest po prostu oczywista.
Ortodoksyjnym fanom gore polecam szczerze, fanom grozy i opowiadań jako takich także, lecz z uwagą, że tu wartością największą jest właśnie krew, brutalność, wylewające się wnętrzności i dosadność opisu, lecz dobrych pomysłów i ciekawych puent jest jak na lekarstwo.
Gorefikacje
wydaje.pl 2013
sobota, 30 marca 2013
Edward Lee - "Ludzie z bagien"
Bohaterem “Ludzi z bagien” jest Phil, który jeszcze chwilę temu był dobrze zapowiadającym się policjantem, szykowanym do ważnego awansu. Znaleźli się jednak tacy, którym nie w smak było wspinanie się po szczeblach kariery i coraz wyższe stanowiska dla takiego młodzika. Phil miał pecha, w dodatku pecha doskonale przez swoich wrogów zaplanowanego. Nie tylko nie otrzymał awansu, wręcz przeciwnie: został zmuszony do odejścia z policji. Droga do kariery została przed nim zamknięta. Phil jednak jest urodzonym gliniarzem, dlatego gdy tylko się dowiedział, że w jego rodzinnej miejscowości, na totalnym zadupiu jest potrzebny stróż prawa, nie wahał się ani chwili.
“Ludzie z bagien” to horror oparty przede wszystkim na elementach typu gore. Samego klimatu, od którego ciarki przechodzą po plecach nie znajdziemy tu wiele, natomiast jak w niebie poczują się ci wszyscy, którzy lubią dosadne opisy przeróżnych dewiacji uprawianych przez kompletnych zwyrodnialców. Jednak należy wyraźnie podkreślić, że Edward Lee nie skupia się tylko na wywołaniu jak największego obrzydzenia; nie jest jego celem jedynie wzbudzenie u czytelnika odruchu wymiotnego. Autor ze sporym talentem przedstawia różne postawy, różne postaci, które dopuszczają się czynów okropnych. Pokazuje, że wcale nie musi być prawdą twierdzenie, jakoby każdy socjopata był takim z jakiegoś powodu (źli rodzice, molestowanie w dzieciństwie itp.). Edward Lee twierdzi, a mi się owo twierdzenie podoba i się z nim zgadzam, że człowiek wcale nie musi mieć powodu, by być skończonym idiotą czy pozbawionym empatii zboczeńcem, którego jedynym pragnieniem jest zrobić to, co akurat mu przyszło do pozbawionej resztek rozumu głowy. W przypadku niektórych ludzi po prostu nie da się wytłumaczyć skąd wzięło się ich okrucieństwo - po prostu takimi są.
Drugim elementem, który z historii typu gore robi coś jednak większego, jest otwarte przedstawianie czytelnikowi różnych dewiacji i perwersji, do jakich człowiek jest zdolny. Wielu z nas udaje nieświadomych, jak straszne są pragnienia niektórych ludzi, jak chore marzenia, że to już raczej jest zwierzę, nie człowiek. W głębi duszy jednak dobrze wiemy, że takie rzeczy dzieją się, często nawet całkiem niedaleko. Edward Lee nie ma zahamowań, nie oszczędza psychiki czytelnika, mówi, jak jest. A przy tym do samego końca udało się mu utrzymać lekturę na pewnym poziomie, nie oderwał się całkowicie od rzeczywistości, i jego potworna historia typu gore mimo groteskowych elementów wcale groteską nie jest, co często się przytrafia w tego typu horrorach. Łatwo stracić umiar, ale autor potrafił go zachować. Prawie do samego końca... no, ale to horror, więc końcówka po prostu musi być przegięta ;-) Polecam ludziom z mocnym żołądkiem.
Creekers
Replika 2012
wtorek, 26 marca 2013
Robert Kirkman, Jay Bonansinga - "Żywe trupy. Droga do Woodbury"
Sytuacja przedstawia się identycznie, jak w przypadku książki “Żywe trupy. Narodziny Gubernatora”. Otóż powieść jest przeznaczona nie tyle dla fanów zombie, ale konkretnie fanów zombie reprezentowanych przez komiks i serial “The Walking Dead”. Odbiór drugiej książki powinien być nawet lepszy, niż pierwszej, bowiem teraz wszyscy, nie tylko ci, którzy znają komiks wiedzą, kim ten tajemniczy Gubernator jest.
Zanim jednak powrócimy do Woodbury, w którym Philip Blake rozpoczyna urzędowanie, trzeba będzie przebrnąć przez zajmującą nieco ponad jedną trzecią objętości historię Lilly, teoretycznej bohaterki powieści, której Gubernator jednak całkowicie ukradł show. Historia jakich wiele, na tym etapie znajomości ze światem “The Walking Dead” nikogo już nie poruszy, nikogo z nóg nie zwali, nawet trudno się wczuć w dramat młodej dziewczyny. Całe szczęście, że akurat w momencie, gdy ziewanie stawało się coraz częściej występującym zjawiskiem, Lilly trafiła do Woodbury.
A tam czeka na nas jazda oparta na wzbudzaniu możliwie największego obrzydzenia, czyli Gubernator Philip Blake w całej swojej potwornej okazałości. Lektura wymarzona dla jego fanów i wielbicieli, którzy - mimo iż od jego piętnastu minut sławy w komiksie minęły lata - wciąż o nim właśnie myślą mając na myśli jakość scenariusza i talent Roberta Kirkmana, który według mnie właśnie przy tej postaci wspiął się na wyżyny swoich możliwości.
The Walking Dead. The Road to Woodbury
Sine Qua Non 2013
czwartek, 22 marca 2012
"Bizarro dla początkujących" - zbiór opowiadań zwany czasem chyba także antologią
Powiem krótko i szczerze - teksty Kazimierza Kyrcza i Dawida Kaina zdecydowanie lubię, zarówno konsumowane jako osobne produkty, jak i te, które powstały w duecie. Jednak tak słabego zbiorku, zawierającego także Ich twórczość, nigdy bym się nie spodziewał.
Bizarro jakie jest, każdy widzi - tu nie ma miejsca na reguły i wszystko jest dozwolone. No, chyba, że coś pomyliłem. Także właściwie ta opinia jest nic nie warta i każdy powinien sam sprawdzić zjadliwość produktu, zwłaszcza, że ebook kosztuje niecałe 3 PLN (niestety dostępny tylko w formie pdf, leniwe bestie z wydawców). Ja tam go nie polecam.
No, oprócz opowiadania Adriana Miśtaka. To polecam. Świetna rzecz dla tych, którzy nie potrafią się obejść bez podjadania wieczorami. Sorry dżizas, ale apetyt straciłem na dobre półtora kwadransa po czytaniu. Mniam.
Bizarro dla początkujących, Self Publishing 2011, wersja pdf: 170 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl
Bizarro jakie jest, każdy widzi - tu nie ma miejsca na reguły i wszystko jest dozwolone. No, chyba, że coś pomyliłem. Także właściwie ta opinia jest nic nie warta i każdy powinien sam sprawdzić zjadliwość produktu, zwłaszcza, że ebook kosztuje niecałe 3 PLN (niestety dostępny tylko w formie pdf, leniwe bestie z wydawców). Ja tam go nie polecam.
No, oprócz opowiadania Adriana Miśtaka. To polecam. Świetna rzecz dla tych, którzy nie potrafią się obejść bez podjadania wieczorami. Sorry dżizas, ale apetyt straciłem na dobre półtora kwadransa po czytaniu. Mniam.
Bizarro dla początkujących, Self Publishing 2011, wersja pdf: 170 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl
środa, 28 grudnia 2011
Robert Kirkman, Jay Bonansinga "Żywe Trupy. Narodziny Gubernatora"
Kim jest Philip Blake wie każdy, kto nie ograniczył swojego zainteresowania Żywymi Trupami do samego serialu telewizyjnego. Facet był - nie bójmy się mocnych słów - komiksowym objawieniem, arcyłotrem, Czarnym Charakterem Doskonałym. Dzięki jego obecności komiks “The Walking Dead” nabrał nowego kształtu, socjologiczny eksperyment prowadzony przez Roberta Kirkmana otarł się o sztukę, a po ostatecznym rozwiązaniu kwestii Gubernatora Blake’a poziom opowieści zaczął delikatnie opadać. Postać Gubernatora została nagrodzona najważniejszymi komiksowymi nagrodami, a fani serialu, którzy znali komiks wcześniej, lub dzięki telewizji po niego sięgnęli modlą się do swoich bogów, by producenci nie dali ciała przy przenosinach jego postaci na srebrny ekran, co niewątpliwie musi nastąpić.
Na początku obawiałem się, że książka jest tylko skokiem na kasę. Serial, choć w drugim sezonie podniósł poziom, jednak oryginałowi nie dorównuje. Ale autorzy zarabiają :-) I podczas lektury przez całkiem spory czas to uczucie miało swoje potwierdzenie. Książka jest bardzo ok, ale nie nazwałbym ją porywającą - plasuje się idealnie swoim poziomem do serialu telewizyjnego, odstając jednak wyraźnie od komiksu. Aż do czasu.
“Narodziny Gubernatora” opowiadają w zasadzie tę samą historię co komiks i serial, zmieniają się jedynie postaci. Mamy tu dwójkę braci - twardego i miękkiego, twardy dodatkowo opiekuje się córką, ponadto towarzyszy im przyjaciel. Akcja jest dokładnie taka, jaką znamy od dawna - wpierw oszołomienie i podjęcie próby przeżycia w swoim własnym środowisku, następnie wyprawa do Atlanty, gdzie ponoć istnieje jakieś centrum dowodzenia, w końcu rozpacz, gniew, wreszcie zrozumienie.
“Żywe Trupy” nigdy nie były opowieścią o krwi i flakach, nawet w tych momentach, w których mówiły o flakach i krwi. “The Walking Dead” to przede wszystkim socjologiczny eksperyment, w którym zombie to jedynie tło dla ukazania prawd o nas samych, o ludziach, jak zachowujemy się w sytuacji, gdy zabrakło kontroli, prawa i porządku. “Narodziny Gubernatora” doskonale wpisują się w taki schemat, nawet lekko zmieniając role bohaterów - w trakcie dość krótkiej historii znajdzie się miejsce i na pokazanie nowych twarzy, często brutalnych, wręcz szalonych, ale jest też czas na pokazanie zmian zachodzących w bohaterach, idących w podobnym kierunku.
Całość jest napisana dobrze i sprawnie, a czepiać się można jedynie tłumaczenia, ewentualnie redakcji czy korekty, wszystko jedno. W każdym razie trafiłem na sporo “kwiatków”, gdzie zdania były pozbawione sensu, gdy zdawało się, że bohater np. strzela do samego siebie (pomyłki z imionami postaci) i tym podobne. Trochę psuje to zabawę, wiadomo.
Końcówka książki to jednak taki majstersztyk, że ani wcześniejsza jej zaledwie “poprawność”, ani błędy nie mają znaczenia. Przez cały czas trwania lektury zastanawiałem się, jak też autorzy wybrną z sytuacji, w której ogromna większość czytelników ich książki doskonale wie, czego się spodziewać? Przecież fani komiksu znają Gubernatora Blake’a... i jego dzieło. Już myślałem, że książkę będzie można polecić głównie tym, którzy skupili się na serialu i postaci Philipa nie kojarzą - a tu TAKIE zaskoczenie. Otóż Kirkman stanął (znowu) na wysokości zadania i zaserwował nam na końcu tak piękne pomieszanie z poplątaniem, że książka z dobrej od razu stała się bardzo dobrą, zaskoczenie jest totalne. Autor znowu pokazał, że jego wiedza o ludzkiej psychice jest imponująca, i jedyne, czego pragnie czytelnik po zamknięciu książki, to wrócić do komiksu - i to nie do Ricka Grimesa i jego rzewnej historii, a właśnie do Philipa Blake’a, Gubernatora Blake’a, postaci nie tylko szalonej, ale przede wszystkim tragicznej.
The Walking Dead. Rise of the Governor, Sine Qua Non 2011, 364 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Na początku obawiałem się, że książka jest tylko skokiem na kasę. Serial, choć w drugim sezonie podniósł poziom, jednak oryginałowi nie dorównuje. Ale autorzy zarabiają :-) I podczas lektury przez całkiem spory czas to uczucie miało swoje potwierdzenie. Książka jest bardzo ok, ale nie nazwałbym ją porywającą - plasuje się idealnie swoim poziomem do serialu telewizyjnego, odstając jednak wyraźnie od komiksu. Aż do czasu.
“Narodziny Gubernatora” opowiadają w zasadzie tę samą historię co komiks i serial, zmieniają się jedynie postaci. Mamy tu dwójkę braci - twardego i miękkiego, twardy dodatkowo opiekuje się córką, ponadto towarzyszy im przyjaciel. Akcja jest dokładnie taka, jaką znamy od dawna - wpierw oszołomienie i podjęcie próby przeżycia w swoim własnym środowisku, następnie wyprawa do Atlanty, gdzie ponoć istnieje jakieś centrum dowodzenia, w końcu rozpacz, gniew, wreszcie zrozumienie.
“Żywe Trupy” nigdy nie były opowieścią o krwi i flakach, nawet w tych momentach, w których mówiły o flakach i krwi. “The Walking Dead” to przede wszystkim socjologiczny eksperyment, w którym zombie to jedynie tło dla ukazania prawd o nas samych, o ludziach, jak zachowujemy się w sytuacji, gdy zabrakło kontroli, prawa i porządku. “Narodziny Gubernatora” doskonale wpisują się w taki schemat, nawet lekko zmieniając role bohaterów - w trakcie dość krótkiej historii znajdzie się miejsce i na pokazanie nowych twarzy, często brutalnych, wręcz szalonych, ale jest też czas na pokazanie zmian zachodzących w bohaterach, idących w podobnym kierunku.
Całość jest napisana dobrze i sprawnie, a czepiać się można jedynie tłumaczenia, ewentualnie redakcji czy korekty, wszystko jedno. W każdym razie trafiłem na sporo “kwiatków”, gdzie zdania były pozbawione sensu, gdy zdawało się, że bohater np. strzela do samego siebie (pomyłki z imionami postaci) i tym podobne. Trochę psuje to zabawę, wiadomo.
Końcówka książki to jednak taki majstersztyk, że ani wcześniejsza jej zaledwie “poprawność”, ani błędy nie mają znaczenia. Przez cały czas trwania lektury zastanawiałem się, jak też autorzy wybrną z sytuacji, w której ogromna większość czytelników ich książki doskonale wie, czego się spodziewać? Przecież fani komiksu znają Gubernatora Blake’a... i jego dzieło. Już myślałem, że książkę będzie można polecić głównie tym, którzy skupili się na serialu i postaci Philipa nie kojarzą - a tu TAKIE zaskoczenie. Otóż Kirkman stanął (znowu) na wysokości zadania i zaserwował nam na końcu tak piękne pomieszanie z poplątaniem, że książka z dobrej od razu stała się bardzo dobrą, zaskoczenie jest totalne. Autor znowu pokazał, że jego wiedza o ludzkiej psychice jest imponująca, i jedyne, czego pragnie czytelnik po zamknięciu książki, to wrócić do komiksu - i to nie do Ricka Grimesa i jego rzewnej historii, a właśnie do Philipa Blake’a, Gubernatora Blake’a, postaci nie tylko szalonej, ale przede wszystkim tragicznej.
The Walking Dead. Rise of the Governor, Sine Qua Non 2011, 364 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)





