Dopiero co narzekałem, że “Uniesienie” wygląda trochę smutno, a trochę żenująco wydane jako samotna książka, cieniutka i chuda. Znacznie lepiej wyglądałaby w towarzystwie, na przykład takiego “Pudełka z guzikami Gwendy”, równie krótkiej opowiastki, w której akcja także toczy się w Castle Rock, z tym, że chyba jednak lepszej od losów Scotta Careya.
Obok Stephena Kinga podpisał się pod dziełem Richard Chizmar. Opowiadanie jednak brzmi bardzo jak typowa rzecz pochodząca spod pióra Mistrza, tu zaskoczeń nie będzie.
Poznajemy dziewczynkę, Gwendy, która od tajemniczej postaci otrzymuje równie tajemnicze pudełko. Jak na Kinga (i Castle Rock) przystało, pudełko nie jest jedynie ozdobą, a od guzików, które można w nim nacisnąć zależy bardzo, bardzo wiele. Powiedzieć coś więcej trudno bez niszczenia przyjemności lektury, ograniczę się zatem do stwierdzenia, że King naprawdę potrafi opisać codzienny żywot zwykłego człowieka, także nastolatki. Choć całościowo rzecz jest o wiele skromniejsza, bez kłopotu znajdziemy tu niepokój znany z “Cujo”, “Christine” czy “Sklepiku z marzeniami”, a pudełko staje się jedynie powodem do przedstawienia faktycznie ciekawych scen z życia młodej, dorastającej dziewczyny.
Tak, jak “Uniesienie” jest historią o godzeniu się z odejściem, tak “Pudełko…” bawi nauką odpowiedzialności za czyny, dorastaniem jako istota przygotowana do walki z życiem i unikaniu tak łatwej drogi tuż obok linii najmniejszego oporu. Aż dziwne, że motyw został wykorzystany do zaledwie miniatury literackiej (jak na Kinga miniatury), bo znając autora z Maine nie zdziwiłbym się, gdyby na pomyśle walnął kilkaset stron.
Zdecydowanie polecam, jednocześnie zwracając uwagę, że jako czytelnicy nie pozostajemy ślepi i widzimy jak wydawcy chcą spieniężyć powstanie serialu Castle Rock. I choć zarówno “Uniesienie”, jak i “Pudełko…” są bardzo ok, to wydawanie takich krótkich form jako osobnych pozycji jest jak książki z ogromną czcionką i gigantycznymi marginesami – nie do końca fair.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Castle Rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Castle Rock. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 3 marca 2019
Krótko i raczej bez większego polotu, czyli spieniężanie serialu Castle Rock („Uniesienie”)
Skoro akcja dzieje się w Castle Rock, czytelnik spodziewa się grozy. Skoro Stephen King – spodziewa się raczej grubej książki. W obu przypadkach niestety czeka nas rozczarowanie.
To niewielka książeczka, dłuższe opowiadanie, nie powieść, które z trzema podobnymi mu długością nieźle wyglądałoby w jakimś zbiorku. Całość można bez nadwyrężenia kalendarza zaliczyć przy jednym posiedzeniu.
Bohaterem jest człowiek, który choć nie chudnie, to staje się coraz lżejszy. Jego przypadłość w przedziwny sposób wpływa też na przedmioty z najbliższego otoczenia. Coś, co mogłoby być początkiem horroru jednak okazuje się powodem do przedstawienia zupełnie innych klimatów. “Uniesienie” to miniatura pokazująca człowieka, który musi pogodzić się z odejściem. Rozważa w związku z tym wartość życia, przydatność swojej osoby innym, to, co po nim zostanie.
Przyjemna rzecz, z nóg niestety nie zwala. I wygląda jakoś tak samotnie, jestem zdania, że tak krótkie formy lepiej jest drukować w większej paczce. No, ale jeśli ktoś liczy namiętnie książki przeczytane w tygodniu/miesiącu/roku, łatwo sobie “Uniesieniem” podniesie statystykę.
To niewielka książeczka, dłuższe opowiadanie, nie powieść, które z trzema podobnymi mu długością nieźle wyglądałoby w jakimś zbiorku. Całość można bez nadwyrężenia kalendarza zaliczyć przy jednym posiedzeniu.
Bohaterem jest człowiek, który choć nie chudnie, to staje się coraz lżejszy. Jego przypadłość w przedziwny sposób wpływa też na przedmioty z najbliższego otoczenia. Coś, co mogłoby być początkiem horroru jednak okazuje się powodem do przedstawienia zupełnie innych klimatów. “Uniesienie” to miniatura pokazująca człowieka, który musi pogodzić się z odejściem. Rozważa w związku z tym wartość życia, przydatność swojej osoby innym, to, co po nim zostanie.
Przyjemna rzecz, z nóg niestety nie zwala. I wygląda jakoś tak samotnie, jestem zdania, że tak krótkie formy lepiej jest drukować w większej paczce. No, ale jeśli ktoś liczy namiętnie książki przeczytane w tygodniu/miesiącu/roku, łatwo sobie “Uniesieniem” podniesie statystykę.
niedziela, 30 października 2011
Stephen King "Sklepik z marzeniami"
W niewielkiej miejscowości gdzieś w Maine, znanej fanom Kinga już z powieści “Cujo”, pewnego dnia pojawia się nowy człowiek: Leland Gaunt. Okazuje się być sprzedawcą, a właściwie bardziej handlarzem. Na głównej ulicy otwiera tytułowy sklepik z marzeniami. Dziwnym trafem w swoim asortymencie posiada coś dla każdego z mieszkańców miasteczka, jakąś rzecz, która jest dla danej osoby czymś niezwykłym, wspaniałym, bazującym na sentymencie, zbieractwie lub wiedzy - słowem: każdy, kto wejdzie do sklepiku z marzeniami znajdzie coś, czego szukał od dawna, może nawet całe życie, czasem nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Pewnym problemem okazuje się jednak kwestia płatności - produkty w sklepiku nie posiadają cen, o każdy należy się targować. Gaunt zgadza się na zaskakująco niskie kwoty wyrażone w dolarach, jednak oczekuje czegoś ponadto...
Zanim czytelnik wejdzie głęboko w świat pełen manipulacji, wzajemnych oskarżeń i coraz większego szaleństwa ogarniającego spokojne zazwyczaj Castle Rock, autor zabiera go na wyprawę po regulaminie rządzącym życiem w małych miejscowościach. W typowy dla siebie sposób King prezentuje nam pokaźną gamę postaci, o każdej mówiąc na tyle dużo, by móc sobie ją wsadzić do odpowiedniej szufladki (np. z napisem: “maniak”, “psychopata”, “dziwka”, “fanatyk”, “zboczeniec”, rzadziej: “przyzwoity człowiek” - pełna opcja społeczna), ale jednocześnie na tyle mało, by w miarę postępów akcji móc zaskoczyć pewnymi zmianami w charakterze wielu z bohaterów. Poznajemy cały ogromny proces otwierania sklepu, czy też po prostu interesu przez kogoś Spoza Miasta (co należy wymawiać wyraźnie wielkimi literami). Dzięki tym regułom, jakimi zadupia są poddane, wiemy doskonale kto jest kim - na bazie pewnych standardowych dla wszystkich wiosek, gdzie psy szczekają tylną częścią, zachowań, wiemy dlaczego pierwszym nieoficjalnym klientem był mały chłopiec, a pierwszym oficjalnym akurat ta kobieta. Całość procesu opisana tak, jak tylko King pisać potrafi - z użyciem mnóstwa słów, choć żadne nie jest zbędne, nie w tej części książki.
Książka jest pełna napięcia, które dodatkowo potęguje system podrozdziałów, często przeraźliwie krótkich, ukazujących czasem nawet nie scenę realną, a jedynie taką, która rozgrywa się w wyobraźni któregoś z licznych bohaterów. Ktoś pije kawę, ktoś zamartwia się zobowiązaniami wobec Lelanda Gaunta, a ktoś inny próbuje je spłacić. W tej samej chwili wiele osób robi co innego, a czytelnik widząc dokąd zmierza akcja czuje wręcz fizyczny ból wywołany napięciem.
Jako że “Sklepik z marzeniami” należy zaliczyć do gatunku powieści grozy wiadomo, że w pewnym momencie przyjdzie hokus pokus z abrakadabrą i przepiękna analiza socjologiczna życia w małych miejscowościach ustąpi akcji z prawdziwego zdarzenia z elementem nadprzyrodzonym w tle. Im bliżej końca tym gorzej się czyta, z zaznaczeniem, że książka i tak jest bardzo dobra - jej poziom po prostu delikatnie opada. Jedyne wady, jakie można jej zarzucić według mnie są bardzo standardowe dla tego autora: pod koniec jest już mocno przegadana, na opisy czystej akcji zdecydowanie nie powinno się poświęcać tylu liter i wyrazów co na prezentację społeczności i reguł jej zachowania oraz bardzo amerykańska, pełna fajerwerków końcówka, która świetnie by wyglądała na filmie dla nastolatków, ale znacznie gorzej dla reszty świata. Mimo to i tak stawiam “Sklepik z marzeniami” w jednym rzędzie z “Lśnieniem”, “Misery” i “Ręką Mistrza”, póki co moimi ulubionymi powieściami Kinga.
Needful Things, Prószyński i S-ka 2010, wydanie elektroniczne: 949 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Zanim czytelnik wejdzie głęboko w świat pełen manipulacji, wzajemnych oskarżeń i coraz większego szaleństwa ogarniającego spokojne zazwyczaj Castle Rock, autor zabiera go na wyprawę po regulaminie rządzącym życiem w małych miejscowościach. W typowy dla siebie sposób King prezentuje nam pokaźną gamę postaci, o każdej mówiąc na tyle dużo, by móc sobie ją wsadzić do odpowiedniej szufladki (np. z napisem: “maniak”, “psychopata”, “dziwka”, “fanatyk”, “zboczeniec”, rzadziej: “przyzwoity człowiek” - pełna opcja społeczna), ale jednocześnie na tyle mało, by w miarę postępów akcji móc zaskoczyć pewnymi zmianami w charakterze wielu z bohaterów. Poznajemy cały ogromny proces otwierania sklepu, czy też po prostu interesu przez kogoś Spoza Miasta (co należy wymawiać wyraźnie wielkimi literami). Dzięki tym regułom, jakimi zadupia są poddane, wiemy doskonale kto jest kim - na bazie pewnych standardowych dla wszystkich wiosek, gdzie psy szczekają tylną częścią, zachowań, wiemy dlaczego pierwszym nieoficjalnym klientem był mały chłopiec, a pierwszym oficjalnym akurat ta kobieta. Całość procesu opisana tak, jak tylko King pisać potrafi - z użyciem mnóstwa słów, choć żadne nie jest zbędne, nie w tej części książki.
Książka jest pełna napięcia, które dodatkowo potęguje system podrozdziałów, często przeraźliwie krótkich, ukazujących czasem nawet nie scenę realną, a jedynie taką, która rozgrywa się w wyobraźni któregoś z licznych bohaterów. Ktoś pije kawę, ktoś zamartwia się zobowiązaniami wobec Lelanda Gaunta, a ktoś inny próbuje je spłacić. W tej samej chwili wiele osób robi co innego, a czytelnik widząc dokąd zmierza akcja czuje wręcz fizyczny ból wywołany napięciem.
Jako że “Sklepik z marzeniami” należy zaliczyć do gatunku powieści grozy wiadomo, że w pewnym momencie przyjdzie hokus pokus z abrakadabrą i przepiękna analiza socjologiczna życia w małych miejscowościach ustąpi akcji z prawdziwego zdarzenia z elementem nadprzyrodzonym w tle. Im bliżej końca tym gorzej się czyta, z zaznaczeniem, że książka i tak jest bardzo dobra - jej poziom po prostu delikatnie opada. Jedyne wady, jakie można jej zarzucić według mnie są bardzo standardowe dla tego autora: pod koniec jest już mocno przegadana, na opisy czystej akcji zdecydowanie nie powinno się poświęcać tylu liter i wyrazów co na prezentację społeczności i reguł jej zachowania oraz bardzo amerykańska, pełna fajerwerków końcówka, która świetnie by wyglądała na filmie dla nastolatków, ale znacznie gorzej dla reszty świata. Mimo to i tak stawiam “Sklepik z marzeniami” w jednym rzędzie z “Lśnieniem”, “Misery” i “Ręką Mistrza”, póki co moimi ulubionymi powieściami Kinga.
Needful Things, Prószyński i S-ka 2010, wydanie elektroniczne: 949 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)


