Pokazywanie postów oznaczonych etykietą taktyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą taktyczna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 sierpnia 2019

Nie Mario, nie Zelda, ale Fire Emblem jest grą, dla której warto kupić konsolę Nintendo! (Fire Emblem: Three Houses)

Jestem fanem serii Fire Emblem. Od czasów dwóch gier wydanych na GameBoy Advance przed wielu laty zwracam uwagę na kolejne części cyklu, czasem nawet kupuję konsolkę z myślą o tych produkcjach właśnie (New Nintendo 2DS XL, ach, te nazwy!). Połączenie jRPG z taktyczną rozgrywką sprawia mi ogromną radość, dlatego też na wieść o wydaniu pierwszej “dużej” odsłony od wielu lat na Nintendo Switch… kupiłem Switcha.

Chociaż dziwnie mówić tu o “dużej” odsłonie; wszak Switch jest tak samo “dużą” konsolą, jak i kieszonsolką, choć kieszenie faktycznie trzeba mieć duże.

Na początku wypada powiedzieć: ależ tu czuć piniądz! Seria Fire Emblem ostatnio stała się o wiele bardziej rozpoznawalna, niż przed paru laty, pewnie za sprawą mobilnego wyciskacza pieniędzy Fire Emblem Heroes oraz siekaniny Fire Emblem Warriors. Żadna z tych produkcji nie jest dla mnie, ale dla cyklu widać zrobiły wiele, bowiem Nintendo wpakowało w Three Houses sporo kasy, i to widać.

niedziela, 3 marca 2019

Pablos gracz: O Fire Emblem: Shadows of Valentia na tle części sprzed piętnastu lat

Jedyną, jak dotąd, odsłoną serii Fire Emblem, którą udało mi się ukończyć, była bodajże druga część spośród tych wydanych na konsolę GameBoy Advance, o podtytule The Sacred Stones. Przygody rodzeństwa bardzo mnie wciągnęły, tak bardzo, że faktycznie dotarłem do napisów końcowych, co mocno mnie zaskoczyło; w tamtych latach byłem raczej niecierpliwym graczem, a system rozgrywki w cyklu ma jedną zasadę: trup pozostaje trupem. W tych grach strategiczno-taktycznych zbieramy z czasem coraz większą drużynę, jednak jeśli ktokolwiek z naszych podczas bitwy straci wszystkie punkty życia – umiera, a gracz traci dostęp do danej postaci. To boli.

Wydawałoby się, że nic prostszego, chłopie, graj po prostu tak, by nikt nie umarł. Ale o to chodzi z cyklem Fire Emblem: taka gra jest bardzo trudna. Kolejne tytuły zbudowane są tak, by dokonywanie trudnych wyborów było koniecznością. Kto grał, ten wie, że są w grach takie momenty, gdy poświęcenie członków drużyny wydaje się być koniecznością. Pewnie, że nie jest, ale jedynie najwytrwalsi i najbardziej cierpliwi stratedzy będą w stanie dotrwać do końca w pełnym składzie.

Po wielu latach od czasów gdy ogrywałem dwie odsłony cyklu na GameBoy Advance, zatęskniłem za tego typu zabawą. Wyposażyłem się więc na święta (w coś trzeba grać, gdy tyle wolnego) w remake pierwszej odsłony serii, wydanej jeszcze w latach osiemdziesiątych, i chyba tylko w Japonii. Remake ten został zatytułowany Fire Emblem Echoes: Shadows of Valentia. Co ciekawe, podobnie jak wspomniane już Sacred Stones i tu mamy dwójkę bohaterów, zatem i dwie drużyny, pomiędzy którymi fabuła gry nas przerzuca.