Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MAG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MAG. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 lutego 2025

Dennis E. Taylor - „Nasze imię Legion, nasze imię Bob”

Ta książka jest niczym spełnienie marzeń - jeśli ktoś marzy o zamienieniu siebie samego w kopię przechowywaną cyfrowo. Mnie od niepamiętnych czasów taka digitalizacja świadomości kręci, przyznaję się od razu, stąd pomysł Autora trafił prosto w dziesiątkę.

Weźmy taki Skynet. Jest sobie sztuczna inteligencja, która uznała, że ludzkość jest zagrożeniem. Mnie zawsze ciekawiło co by było gdyby na miejscu sztucznej inteligencji był właśnie człowiek, ale pozbawiony słabego, podatnego na choroby ciała - samo jego najgłębsze jestestwo, dla jednych będzie to dusza, dla innych mózg, zapisana w nim świadomość, tak unikalna i fascynująca.

Autor właśnie ten motyw wziął na warsztat. Bohater staje się cyfrowym zapisem, który początkowo musi wypełniać polecenia, czy też po prostu współpracować ze swoimi kreatorami, czyli ludzkością. A ludzkość owa poszła w najróżniejszych kierunkach - kreacja nieodległej przyszłości jest mroczna, ale smutnie realistyczna. I nasz Robert, a właściwie Bob, jest jak ten Skynet - nie ma ciała, nie ma powłoki zewnętrznej, ale niewątpliwie istnieje, a co najważniejsze doskonale rozumie mechanizmy funkcjonowania nowoczesnych technologii komputerowych. Ot, siła nerda nad mięśniakiem znowu udowodniona.

Autor zabiera nas na wyprawę będącą niczym najlepsze wakacje. Jest inteligencja, wcale nie taka sztuczna, skoro „ludzka”, i jest kosmos. Pragnienie przeniesienia życia dalej, kolonizacji, fascynacja gwiazdami, planetami, galaktykami. Jest ludzkość, która robi to, co zawsze wychodziło jej najlepiej, czyli głównie sobie sama szkodzi, ale są pewne jednostki, które widzą szerzej, spoglądają głębiej. Nasz Bob zaczyna brać aktywny udział w realizowaniu wizji o przyszłości ludzkości, a przy tym, skoro jesteśmy w kosmosie, ziści się niejedno marzenie miłośnika science fiction. Wyobraźmy sobie jak potężną okazała by się taka „sztuczna” inteligencja, zapisana cyfrowo, wielokrotnie skopiowana i zabezpieczona, praktycznie nieśmiertelna, z możliwościami rozwoju takimi, jakie oferuje technika, niezwiązana z czasem znanym ludzkości (głębokie procesy wszak komputer załatwia w ciągu milisekund, a nie tygodni rozważań), ciągle rozwijająca się, no i jednak nie „sztuczna”, bo ludzka. Wyobraźmy sobie na jakie przeszkody mógłby natrafić człowiek, który nie istnieje, jest jedynie ciągiem już nawet nie zer i jedynek, bo to wszystko w postaci kwantowej zostało opisane. Jego psychika, jaźń. Autor poszedł tu z rozmachem, być może nawet zbyt dużym, ale to się okaże po lekturze całego cyklu. Tom pierwszy jednak jest powiewem świeżości w gatunku, przedstawia wizję wprost cudowną, a przy tym napisany jest lekko niczym jakieś romansidło czy inne czytadło. Oto jak powinna wyglądać przyjemność płynąca z lektury fantastyki naukowej. Zdecydowanie polecam.

czwartek, 28 lutego 2019

Akta Dresdena, czyli moje kolejne podejście do urban fantasy

Naczytałem się pozytywnych opinii o cyklu Jima Butchera, nie tylko na blogach, ale i portalach szeroko zajmujących się kulturą – w miejscach, które odwiedzam od lat i które mają dla mnie znaczenie, którym ufam. Recenzje kolejnych tomów przygód Harry’ego Dresdena i ogólna przychylność dla tego twórcy spowodowały, że sięgnąłem po “Front burzowy”, mimo że ostatnie moje przygody z urban fantasy zakończyły się nieszczególnie dobrze.

Lekturę rozpocząłem na fali owych pochlebnych zdań, pozytywnie nakręcony błyskawicznie dotarłem do końca powieści. Choć nie jest to ani pierwsza, ani dziesiąta książka o detektywie żyjącym w naszym świecie, a jednak magicznym, i Harry nie wyróżnia się absolutnie niczym od wielu mu podobnych, jedno trzeba Butcherowi przyznać: wie jak prowadzić fabułę, by wywołać w czytelniku “syndrom jeszcze jednego rozdziału”. A umiejętność niespecjalnego przeginania, zdrowy stosunek do scen romantycznych i w miarę tajemnicza, interesująca przeszłość bohatera powodują, że faktycznie można po ukończeniu lektury pomyśleć o sięgnięciu po tom kolejny. Ponieważ czytało się to tak szybko, i ponieważ byłem ciekaw, czy “Pełnia księżyca” będzie czymś większym, niż tylko następną przygodą, drugi tom zaliczyłem równie błyskawicznie. Niestety póki co większej opowieści nie widać, brakuje rozmachu, i o wyciągnięciu ręki po tom trzeci nie było mowy.

Marzy mi się książka w tym gatunku, ale znacznie bardziej pełna grozy. Albo prezentująca ciekawszy, w jakiś sposób nowy świat. Aby odejść od typowego hokus-pokus i korzystając z urban fantasy zaprezentować czytelnikom jakiś konkretny dramat, gdzie nie ma happy endu, coś mocnego. Czy jest ktoś, oprócz Siergieja Łukjanienki, kto potrafi właśnie tak napisać książkę w tym rodzaju?

Storm Front, Full Moon
MAG 2011, 2012

środa, 27 lutego 2019

„Patrole” po raz szósty, czyli pan Łukjanienko znowu w formie

Zaskakująco szybko powstała kolejna część cyklu “Patrole”. Wpierw kilka lat ciszy, a potem nagle aż dwa nowe epizody? Tom piąty niespecjalnie mnie zachwycił, więc do “Szóstego Patrolu” podchodziłem z lekką obawą. Jak się okazało zupełnie niepotrzebną, bo książka jest powrotem do formy.

Co ciekawe, wciąż mógłbym tu wymienić wszystkie zarzuty, jakie miałem do “Nowego Patrolu” – dalej mamy sytuację patową, gdzie autor tak mocno wyniósł postaci w ich umiejętnościach, że już tylko pozostają mu konflikty globalne, z ratowaniem świata i ludzkości na czele. A jednak tym razem całość książki jest o wiele bardziej zwarta, a akcja biegnie tak szybko, że czytelnik z niepokojem spogląda na ilość stron pozostałej mu lektury, w obawie czy aby pan Łukjanienko skończy przygodę, czy nie będzie czasem znienawidzonego cliffhangera? “Szósty Patrol” jednocześnie powraca do wydarzeń już znanych, lecz robi to w sposób o wiele bardziej umiejętny, niż w tomie poprzednim. Anton Gorodecki wraz z żoną i córką staną kolejny raz na przeciwko bardzo poważnego zagrożenia, dodatkowo powrócimy do kilku postaci znanych już z dawniejszych czasów, i wraz z nimi nastąpi także powrót do jakości sprzed lat. “Patrole” od zawsze były obrazem ludzkości, odzwierciedleniem zaniepokojenia pisarza sytuacją na świecie. Teraz, gdy Rosja toczy wojnę z Ukrainą, pisarz znany z nieprzyjemnie niemądrych słów o Ukrainie, i niewątpliwie rosyjski patriota sięga po środki ostateczne, by wyrazić swoje obawy o przyszłość. Powoduje to, że lektura jest ciekawa podwójnie. Po pierwsze – bo Łukjanienko jest geniuszem narracji i kreatorem wybitnych, zwyczajnych, ale nadzwyczajnych sytuacji oraz prawdziwym mistrzem dialogów. Po drugie – bo jest Rosjaninem nie stroniącym od krytyki nie tylko świata Zachodu, ale także swojego ukochanego państwa.

Oczywiście “Szósty Patrol” pozostaje przede wszystkim powieścią fantasy, powieścią pełną akcji, dramatycznych wydarzeń, pojedynków, walk i politycznych rozgrywek. Cała otoczka filozoficzna tradycyjnie dla Łukjanienki pozostaje w tle – można, ale wcale nie trzeba się angażować. Kto chce, ten spokojnie może skupić się na przygodach i będzie równie zadowolony. Tym bardziej, że i pod względem samej zabawy autor oferuje poziom wyższy, niż poprzednio. Oj, oberwie się popkulturze, oberwie się nie tylko twórcom romansów o wampirach, ale także poważniejszym pozycjom, jak dzieła Anne Rice. Zabawnie wyglądają próby (według mnie skuteczne) przywrócenia wampira na jego miejsce, jako kreatury nie dość, że obrzydliwej, to przecież także martwej, z gruntu złej.

Najmocniej uderza jednak końcówka, która nie tylko powoduje natychmiastową chęć sięgnięcia po kolejną przygodę – bo to jest u pana Łukjanienki rzecz zwykła, ale uderza przede wszystkim pomysłem na rozwiązanie więcej niż jednego problemu. Wrażenie jest niesamowite, czytelnik przeżyje prawdziwy szok. Ciekaw jestem co będzie dalej nie tylko w sensie fabularnym, ale także zamysłu twórcy, bo po takim rozwiązaniu, jakie zaoferował, bardzo łatwo będzie wykreować coś zupełnie nowego, ale równie prosto będzie pomysł zmarnować.

A może to koniec? Wątpię, ale w sumie na koniec całego cyklu także “Szósty Patrol” się nadaje, koniec niespecjalnie radosny, ale takie lubię najbardziej. Cóż, czas pokaże.

Шестой Дозор, MAG 2015

piątek, 22 lutego 2019

Siergiej Łukjanienko – „Nowy Patrol”

Seria “Nocny Patrol” wzbogaciła się o piąty tom, zatytułowany “Nowy Patrol”. Na jego przykładzie coraz bardziej widać, że autor im starszy – tym bardziej zaniepokojony tym, co widzi dookoła siebie. Każdy odcinek cyklu oferując interesujących bohaterów i trudne wybory tak naprawdę opowiadał o ludziach – nie Innych, ale ludziach, będących jedynym powodem, dla którego powstały zarówno Patrol Nocny, jak i Dzienny.

Do tej pory jednak autorowi udawało się przedstawiać swoje pytania o ludzkość w sposób umiejętny, na pierwszym planie bowiem wyraźnie umieszczał akcję, Antona Gorodeckiego, Nesera, Siemiona, Zawulona i całą resztę naszych ulubionych postaci z cyklu. Jeżeli czytelnik niespecjalnie był w nastroju na rozważania na temat przyszłości ludzi, mógł wszystkie te rozterki Antona potraktować jako prywatną sprawę bohatera i po prostu przejść dalej, do opowieści. Teraz będzie trochę trudniej, bowiem rozważania są właściwie istotą tej książki.

“Nowy Patrol” wyraźnie odstaje od poprzedników. Widać tu wyraźnie, że pisarz znalazł się w czymś na kształt ślepej uliczki, gdzie jedynym wyjściem z sytuacji jest się cofnąć. Stopniowo zwiększał moc Antona i kreował swoją postać na coraz potężniejszego maga – i wreszcie zablokował się kompletnie. Bo jeśli zarówno Anton, jak i jego małżonka są już Wyższymi Magami, a ich córka to w ogóle chodząca potęga, to co pozostaje? Ano, pozostaje tylko jedno – ratowanie świata, niestety, takie zawierające wiele elementów mesjańskich. A tych nie jestem w stanie strawić.

Pytania, jakie stawia Anton to także nic nowego. Wręcz przeciwnie – bohater, wraz z autorem zastanawiając się nad ludzkością wyraźnie cofa się, coraz częściej przypominając te wydarzenia i kwestie filozoficzne, które poznaliśmy w poprzednich odcinkach. Nazwa powieści – “Nowy Patrol” – to chyba żart, bowiem książka nie oferuje zupełnie nic nowego, nic, jeśli chodzi o tak lubiane przeze mnie drugie dno. Bo na pierwszym planie nowości nie brakuje, akcja wciąga niesamowicie, oderwać się od lektury po prostu nie można – no, ale wiecie, tak właśnie pisze Łukjanienko, tak ma być, to nie jest zaskoczenie. :)

Jednak, choć szczerze przyznaję, że to najsłabszy odcinek cyklu, i tak bawiłem się bardzo dobrze. I rzecz jasna już teraz się zastanawiam, czy (a raczej: kiedy) będzie kolejna część cyklu, i czy znowu oczekiwanie będzie trwało tak wiele lat?

Новый Дозор
MAG 2014

piątek, 8 lutego 2019

Siergiej Łukjanienko – „Ostatni Patrol”

Cykl rozpoczęty powieścią “Nocny Patrol” bez wątpienia jest dziś swego rodzaju wizytówką pisarza. Choć w kontekście szeroko rozumianej fantastyki seria Głębia (“Labirynt odbić”, “Fałszywe lustra”) jest ambitniejsza, a kilka pojedynczych książek jest lepszych “technicznie” (“Brudnopis”, być może “Jesienne wizyty”), to właśnie cykl o patrolach dziś jest tym, co pcha kolejnych czytelników w kierunku prozy rosyjskiego twórcy.

Standardowo mamy tu trzy mikropowieści, które sprawnie układają się w całość. Tym razem Anton Gorodecki – teraz już Jasny mag poza kategoriami, tak zwany Wyższy – nawet opuści ojczystą ziemię, trafiając do Szkocji, poznając tamtejszych magów, następnie odwiedzi Uzbekistan, wyraźnie wybrany jako kontra do poukładanej Europy.

Tak, jak w przypadku “Patrolu Zmroku” i ten tom posiada dwie płaszczyzny zrozumienia. Na pierwszej mamy mnóstwo akcji, doskonałych dialogów i barwnych postaci, które stają naprzeciw istotnych wyzwań, biorąc udział w odwiecznej walce dobra ze złem – niegdyś walce dosłownej, dziś znacznie bardziej opartej o politykę i intrygi. Pod tym jednak kryje się warstwa druga, bardzo dosłowna, która na przykładzie magów opowiada tak naprawdę o zwykłych ludziach, o nas.

Z jednej zatem strony mamy czarodziejki, magów, wampiry, magiczne artefakty i tego typu bajkowe rzeczy, a z drugiej trudne pytania pozostające często bez odpowiedzi. To jest taka sprytna zagrywka pisarza, który bardzo szanuje swojego czytelnika. Nie ma go za idiotę, któremu należy pod nos położyć rozwiązanie, najczęściej jedyne i słuszne, wybrane przez pisarza, teraz już ślepego na liczne owego rozwiązania wady. Na odwrót – autor jakby czekał, aż ktoś wreszcie na jego pytania odpowie. Dlaczego zdobywamy władzę chcąc pomóc innym, a zawsze pomagamy samemu sobie? Jak szybko osiągając sukces przestajemy w tłumie ludzi widzieć pojedynczego człowieka, uznając wszystkich za taką samą, bezmyślną masę? Dlaczego dobre wybory zawsze są tymi trudnymi, a wybory prostsze, szybsze, skuteczniejsze w gruncie rzeczy okazują się złymi? Jak to jest, że uczciwość się kompletnie nie opłaca?

To jednak już było. Zatem by nie powielać schematów Łukjanienko w „Ostatnim Patrolu” odjeżdża jeszcze dalej. Rusza tematy dla wielu nie do ruszenia. Czy trzeba bać się śmierci? Czy śmierć musi być straszna? Jak w ogóle mierzyć się z myślą o odejściu w inne miejsce, a może o całkowitym „nieistnieniu”? Lub moje ulubione: czy z miłości można zabić? Na przykład kogoś, kto cierpi, a kogo kochamy? Doprawdy, pod warstwą akcji tkwi wiele interesujących kwestii, ale Łukjanienko nie pozuje na myśliciela, twórcę filozofa, który ze swego zbudowanego z nagród piedestału bawi się w Pisarza. Wciąż akcja pozostaje najważniejsza, i wydaje mi się, że tak poważne tematy dostrzegłem teraz, przy drugim czytaniu. Kilka lat temu przeszedłem obok nich jakoś obojętnie, nie utkwiły mi w pamięci. Dlatego też powtórzę to, od czego zacząłem opinię na temat „Nocnego Patrolu”: jeśli kogoś czytać wielokrotnie, to czytać Łukjanienkę.

Последний дозор
MAG 2007

Siergiej Łukjanienko – „Patrol Zmroku”

Akcja “Patrolu Zmroku” rozgrywa się kilka lat po wydarzeniach z dwóch pierwszych tomów. Bohaterem wciąż pozostaje Anton Gorodecki, teraz już żonaty i dzieciaty, a całość ponownie przedstawiona została pod postacią trzech mikropowieści sprytnie układających się w jedną, dużą historię.

Książka nie jest tak doskonała, jak “Dzienny Patrol” – zdecydowanie moja ulubiona część. Ale wciąż mamy tu sporą dawkę interesujących przemyśleń dotyczących człowieka jako istoty nie tylko rozumnej, ale i społecznej, jako indywidualności ale też jako masy, tłumu. Coraz bardziej widać, że pan Łukjanienko piecze dwie kury na jednym ogniu. Po pierwsze jest główna warstwa, czyli żywot Innych – Jasnych, Ciemnych oraz trzeciej siły – Inkwizycji. To jest ta warstwa rozrywkowa, jak Harry Potter dla starszych czytelników. Z tym, że tak jak bardzo cykl o młodym czarodzieju lubię, tak seria Łukjanienki jest zwyczajnie lepsza. Pod każdym względem.

Drugą warstwą jest natomiast zajmowanie się właśnie ludźmi, zastanawianie się jak to jest, że głupcy rządzą światem i dlaczego zawsze to oni będą u władzy. Dlaczego uczciwość nie nagradza, dlaczego zbrodnia się opłaca, czemu brak reguł daje władzę a reguł przestrzeganie powoduje ograniczenia i problemy? Rosja jest jak Polska, tym lepiej się książki pana Łukjanienki czyta – na wschód od Bugu istnieje identyczny kraj do naszego, kraj, w którym nie ma szans na zmiany globalne, kraj pozbawiony nadziei na uczciwość, kraj, gdzie każdy musi sam zdecydować jak żyć, a pokusa by przez życie iść na skróty jest ogromna. Spostrzeżenia autora na temat człowieczeństwa są interesujące, a najlepsze jest to, że są to tylko spostrzeżenia. Recept na uleczenie świata brak, tym samym Łukjanienko pokazał prawdziwą klasę, sygnalizując problemy i pozostawiając rozważania czytelnikowi. Uczciwie postawił sprawę – nie wiem, jak to naprawić, ale wszystko mnie drażni. U nas jest na odwrót – co drugi pisarz strzela pomysłami na zbawienie, a jeden jest durniejszy od drugiego. Znaczy się pomysł. Stąd takie rozwiązanie mi się podoba.

Oczywiście wszystkie te problemy społeczno-polityczno-egzystencjalne są głębiej, a na planie pierwszym jest akcja. Powracamy do znanych bohaterów, ale jest i kilku nowych. Łukjanienko znowu zaskakuje pomysłami na kreowanie problemów zarówno dla Nocnego, jak i Dziennego Patrolu, całość czyta się jednym tchem, wśród licznych dramatów jest i sporo dobrego humoru, nie sposób od lektury się oderwać i zaraz po jej ukończeniu czytelnika ogarnia pragnienie sięgnięcia po kolejny – niestety póki co ostatni tom, zatytułowany “Ostatni Patrol”.

Сумеречный Дозор
MAG 2007

Siergiej Łukjanienko, Władimir Wasiliew – „Dzienny Patrol”

Nocny Patrol to urząd zajmujący się pilnowaniem postanowień Traktatu ze strony przedstawicieli Światła. Czyli ci dobrzy. Ich przeciwnikami w odwiecznej walce dobra i zła – dawniej walce dosłownej, teraz walce politycznej, opartej przede wszystkim na intrygach i knowaniach (często niecnych) – jest Dzienny Patrol, czyli magowie opowiadający się po stronie Ciemności. Drugi tom jednego z najciekawszych cykli fantasy choć kontynuuje wątki tomu pierwszego, sprytnie pokazuje sprawy jeszcze szerzej, niż poprzednio, bowiem przeważnie z perspektywy przeciwników postaci nam już znanych, ale z drugiej strony barykady.

„Dzienny Patrol” to dwa ważne spostrzeżenia. Pierwszym z nich jest fakt, że autorów było dwóch. Gdzieś czytałem, że inicjatorem powstania książki był pan Wasiliew. Podobno był gotów sam poprowadzić przygodę. Pan Łukjanienko jednak obawiał się, że kolega uśmierci jego bohaterów – a tego pan Łukjanienko podobno bardzo nie lubi – stąd powieść (a właściwie ponownie trzy mikropowieści zamknięte w jednej książce) powstała w systemie wespół w zespół. I całe szczęście, bowiem patrząc na smutno leżącą obok mnie książkę „Oblicze Czarnej Palmiry” właśnie pana Wasiliewa, także rozgrywającą się w świecie Patroli nie spodziewałbym się lektury nawet znośnej…

…i to jest to drugie spostrzeżenie. Mimo że współautorem był wspomniany wyżej pan W., który panu Ł. nie dorównuje pod żadnym względem (literacko rzecz ujmując ma się rozumieć), już od pierwszych chwil spędzonych z „Dziennym Patrolem” widać, że… jest to książka jeszcze lepsza, niż „Nocny Patrol”. Poważnie. Autentycznie. Daję słowo.

Jasne, że by ją nie tylko w pełni docenić, ale także dokładnie zrozumieć trzeba znać część pierwszą. Pewnie, że to właśnie „Nocny Patrol” położył fundamenty pod nie tylko sprawnie narysowany świat, ale także te wspaniałe, pełne dramatu, wzruszające wydarzenia, z jakimi spotkamy się w „Dziennym Patrolu”. Nie zmienia to jednak faktu, że subiektywnie rzecz ujmując (ale obiektywnie w sumie także) to, co wydarzyło się w drugim tomie sagi kompletnie deklasuje wydarzenia z tomu pierwszego.

Jest bowiem oczywistym, że Ciemna strona odwiecznego konfliktu jest o wiele bardziej interesująca. Jest naturalnym, że magów Światła można podziwiać, można im kibicować – ale to magiem Ciemności pragnie się zostać. Wolnym, swobodnym, niezależnym – sobiepanem. Tak, jak w wielokrotnie wspominanej w książce piosence duetu Kipelov/Mavrin. Kto nie zna, niech skorzysta z filmiku poniżej – przepiękna pieśń, na zachodzie już dawno takich nie nagrywają. O takiej wolności się marzy, takiej wolności się pragnie, dla takiej wolności można dokonać rzeczy nadzwyczajnych.

O ile ta wolność to nie tylko piękny sen, jeden z tych, którzy możni tego (i tamtego) świata wspominają i obiecują, a który nie potrafi nadejść. No, ale żeby się o tym przekonać trzeba przeczytać „Dzienny Patrol” – tak, powieść z gatunku fantasy. I tak – powieść przepiękną, o takiej miłości, jaką każdy chciałby choć raz przeżyć. Coś wspaniałego po prostu, no nawet przy drugim czytaniu tej książki wciąż nie wierzę, że podpisał się na niej także pan W., no w głowie mi się nie mieści… :-) Cudo.

Дневной дозор
MAG 2008

Siergiej Łukjanienko – „Nocny Patrol”

Dawniej czytałem wiele razy te same książki. Bo nie było funduszy na nowe, a lokalne biblioteki zaopatrzone były przede wszystkim w kilkanaście wersji lektur szkolnych, a nie interesujące nastolatka powieści przygodowe. Dziś sytuacja wygląda kompletnie na odwrót – naprawdę chciałym wiedzieć, czy kiedyś przeczytam wszystko, co zakupiłem w różnego rodzaju promocjach – lista jest coraz dłuższa i ilekroć uda mi się z niej zdjąć kilka pozycji, błyskawicznie zostają one zastąpione nowymi, przeważnie w większej ilości.

Wspominam o tym dlatego, że właśnie skończyłem czytać „Nocny Patrol” Siergieja Łukjanienki. Książkę, którą przeczytałem już przed laty, którą wraz z kontynuacjami posiadam w wersji tradycyjnej i które na moim regale prawdopodobnie zostaną jeszcze bardzo długo. A mimo to przeczytałem ją kolejny raz, i w ten długi weekend oraz kolejny, za tydzień, zaliczę całą tetralogię. Gdyby mnie ktoś pytał o autorów, którzy piszą tak, że ich dzieła chce się czytać wiele razy, to właśnie Łukjanienkę wymieniłbym na pierwszym miejscu. Przynajmniej jeśli chodzi o lekturę łatwą i przyjemną. Ten człowiek ma niezwykły talent do opowiadania, i chodzi tu nawet nie o same super fabuły – bo obiektywnie są one dość przeciętne – co o styl kreowania dialogów i wchodzenie w rolę bohatera. Jak otwieram powieść pana Siergieja i widzę, że jest pisana w pierwszej osobie to już wiem, że zabawa będzie co najmniej dobra.

„Nocny Patrol” to w zasadzie książka zbudowana z trzech mocno powiązanych ze sobą opowiadań. Przedstawia historię odwiecznego konfliktu Dobra ze Złem, jednak w wersji której czytelnik się raczej nie spodziewa. Poznajemy Antona Gorodeckiego, maga Światła podczas jego codziennych zajęć. Facet dłuższy czas był analitykiem, a teraz jego szef stwierdził, że czas na wypróbowanie Antoszy w polu, jako agenta operacyjnego. Wraz z kolejnymi przygodami dowiadujemy się całej historii – o Innych, czyli ludziach obdarzonych różnego rodzaju mocami – wiedźmach, wilkołakach, wampirach, czarodziejach i tak dalej. Zasada jest prosta – jeśli dochodzi do zauważenia Innego, należy go zainicjować, czyli uświadomić mu kim jest i co ze swoją mocą może zrobić. I to jest właśnie ten element, który zaskakuje najbardziej w cyklu: to nie jest klasyczna historia o walce Dobra ze Złem, gdzie finałem jest walka, bitwa czy innego rodzaju widowiskowy konflikt. Nie, tu chodzi o zachowanie postanowień Traktatu – czyli dokumentu regulującego istnienie obok siebie Innych z zachowaniem ich praw. Na każde wyrządzone zło przypada dobry uczynek, ale na każde dobro należy oddać czyn zły. I tak naprawdę właśnie o konfilktach w głowie bohatera jest książka, Anton stawia pytania o celowość posiadania mocy, gdy nie wolno jej na codzień wykorzystać, po prostu pomagać potrzebującym, gdyż trzeba się liczyć z odpowiedzią zła. Przy czym całe to zło to tacy sami ludzie (Inni) jak nasi bohaterowie. Pomiędzy frakcjami możliwe są nie tylko prowadzone interesy, ale i przyjaźnie, a kto wie, czy także nie miłość.

Poznawanie kolejnych historii, sprawnie układających się w całość to czysta przyjemność. Łukjanienko jak tylko on potrafi pokazuje Rosję i Moskwę – swoje dwie wielkie miłości – w sposób jak najbardziej realny, bez ozdobników, śmieje się ze swojej własnej nacji, śmiejąc się jednak także z zachodu, pożartego przez bezmyślność i konsumpcję. Zarówno Nocny, jak i Dzienny Patrol przepełnione są biurokracją, interpretacje wydarzeń trwają wieki, rozgrywki polityczne to zagrania zawsze z drugim, często także z trzecim i czwartym dnem, a jednak pojedynczy człowiek (lub Inny) ma szansę choć raz na jakiś czas coś zmienić, coś znaczyć. To jest fantasy bardzo nietypowe, mądre, charakterystyczne właśnie dla Łukjanienki, które można czytać bez narzekania na powielanie schematów czy kopiowanie znanych cykli. Takie fantasy, które przeczyta z zadowoleniem każdy, bowiem mimo pełnego magii otoczenia bardzo łatwo identyfikować się z bohaterami. My co prawda czarować nie potrafimy, jednak codzienne wybory, przed jakimi stajemy bardzo często przypominają właśnie te, z jakimi mierzy się Anton i inni bohaterowie. I choć prywatnie wolę „Labirynt odbić”, „Fałszywe lustra” czy nawet „Brudnopis” tego pisarza, to obiektywnie muszę przyznać, że cykl o Patrolach jest chyba najbardziej uniwersalny, i kto wie, czy nie podejmujący największą ilość ciekawych rozważań na temat podejmowania prób pozostania dobrym, przyzwoitym człowiekiem. Polecam, nawet więcej niż raz :-)

Ночной дозор
MAG 2008

poniedziałek, 30 maja 2011

Steven Erikson, Malazańskiej Księgi Poległych tom 1. "Ogrody Księżyca"

Mówią, że cykl “Malazańska Księga Poległych” Eriksona przy odrobinie dobrej woli można stawiać przy “Kronikach Czarnej Kompanii” Cooka i “Pieśni Lodu i Ognia” Martina. O ile “Kompania...” dopiero przede mną, o tyle “Pieśń...” zaliczyłem i wpadłem podczas tego zaliczania w totalny zachwyt. Tym większe było moje rozczarowanie twórczością Stevena Eriksona, która, choć godna uwagi i dla wielu okaże się strzałem w dziesiątkę, do mnie nie trafia.

Erikson po lekturze pierwszego tomu “Malazańskiej...” wydaje się być niezwykle konkretnym gościem, który doskonale wie, czego chce i dokąd zmierza. Bohaterów powieści poznajemy w samym środku wojny, i pisarz ani razu nie podejmuje próby naświetlenia sytuacji, wyjaśnienia co i jak - wszystko, co zdarzyło się wcześniej i co doprowadziło do aktualnej sytuacji musimy wyławiać spomiędzy wydarzeń aktualnych. To doskonały sposób na wejście do zupełnie nowego świata, zwłaszcza gdy wiadomo, że opowieść jest potwornie długa i rozbudowana, wszak już jest dziewięć tomów cyklu. Powolne odkrywanie świata przedstawionego może dać ogromną przyjemność.

Nie zgadzam się z opiniami, jakie można wyczytać na niektórych forach internetowych, jakoby lektura była trudna. Nic z tych rzeczy, nawet nie trzeba specjalnie wysilać mózgownicy bo rzecz ogarnąć, po prostu trzeba dać się porwać akcji i bohaterom lub się skupić. Niestety tu zaczął się mój problem - bohaterowie według mnie nie są nawet w połowie tak pełnymi istotami, jak postaci Martina, a wydarzenia, przepełnione magią i stałym kontaktem z przeróżnymi bóstwami po prostu mnie nie zainteresowały... osobiście wolę miecz od magii.

Mimo że akcja mnie nie wciągnęła, ani nie polubiłem bohaterów, jestem dla autora pełen uznania. Niesamowite, że fantasy tak przepełnione bóstwami i czarami może być jednocześnie aż tak poważne. Nie ma prostego podziału na dobro i zło, ani - Boże broń! - drużyny i magicznego artefaktu. Jest magia i miecz, ale jest i powaga. Nie ma patosu - nawet jedna z postaci wypowiada słowa, które mnie zachwyciły: “od patosu chce mi się żygać”. No, to tak jak mi. Podsumowując: choć lektura “Ogrodów Ksieżyca” była mi dość obojętną, nie wykluczam, że w oczekiwaniu na kolejną część “Pieśni Lodu i Ognia”, sięgnę dla zaspokojenia głodu fantasy po Eriksona ponownie. Może za drugim razem dam się ponieść akcji?

Gardens Of The Moon, MAG 2000, 604 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

środa, 4 sierpnia 2010

Feliks W. Kres, Księgi Całości tom 3: "Grombelardzka Legenda"

Chodzą słuchy po sieci, że to prawie siedmiuset stronicowe wydawnictwo śmiało może konkurować z nagrodzonym Zajdlem "Królem Bezmiarów". I z pewnością tak jest, pod jednym, konkretnym punktem - książka jest "zlepiona" w podobny sposób z licznych, chronologiczno ułożonych opowiadań, z których wiele było znanych już wcześniej z kart książek "Prawo sępów" i "Serce gór". Dla jasności, to nie zarzut, a pochwała - dzięki temu wszystko, co dotyczy Łowczyni i jej udziale w niezwykle ważnych dla Szereru wydarzeniach mamy razem, w jednym tomie.

Autor prezentuje nam kilku bohaterów, szczególny nacisk położony został jednak na przedstawienie losów kobiety, łuczniczki, z pochodzenia Armektanki, z wyboru przebywającej wśród Gór. W "Grombelardzkiej Legendzie" poznamy dokładnie całą jej historię, od momentu, gdy świat usłyszał jej imię po raz pierwszy, do samego końca.

Twarda, rzemieślnicza robota, dla zdeklarowanego (ortodoksyjnego) miłośnika fantasy książka może być jedną z ulubionych. Jednak pozostałym czytelnikom miejscami może zdawać się nudnawa, lekko przegadana, a same góry Szereru nie potrafią - a przynajmniej mnie nie potrafiły - wciągnąć i zachwycić tak, jak Bezmiary. I tak, jak do "Króla Bezmiarów" na pewno powrócę, to "Legendę" sobie odpuszczę, raz na żywot mi w zupełności wystarczy.

Grombelardzka Legenda, MAG 2000, 680 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl