Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komunizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komunizm. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2020

O życiu w PRL-u i Nowej Hucie opowiada Edyta Świętek

W oczekiwaniu na kompletne wydanie kolejnej serii Joanny Jax (Prawda zapisana w popiołach), odczuwając tęsknotę do dobrej, obyczajowej sagi rodzinnej umiejscowionej w niedawnej historii Polski, zacząłem szukać czegoś podobnego. Znalazłem do tej pory nieznaną mi pisarkę - Edytę Świętek, która w ofercie ma dokładnie to, czego potrzebuję: saga rodzinna, która rozpoczyna się tuż po drugiej wojnie światowej, a kończy wraz z upadkiem komunizmu w naszym kraju.

Spacer Aleją Róż to opowieść rozgrywająca się w Krakowie, a konkretnie w Nowej Hucie. Obserwujemy rodzinę Szymczaków, którzy po odebraniu im ziemi przez władzę ludową stopniowo wędrują w kierunku Krakowa właśnie ze względu na tamtejsze zapotrzebowanie na robotników. Nowa Huta staje się miejscem, do którego ściągają ludzie z całej Polski, którzy po wojnie pragną zbudować swoje życie od nowa w tym zupełnie nowym dla nich świecie.

Historii nie brakuje dramatyzmu, jest i dużo uczuć, zarówno emocji negatywnych, jak i miłości i szacunku. Autorka z każdym kolejnym tomem staje się coraz lepsza w tym, co robi, i przyznaję, że choć tom pierwszy zdawał mi się zbudowany ze schematów i nie zaskakiwał niczym, tak potem było już tylko lepiej. Spacer Aleją Róż jest trochę jak serial Dom, tylko nie aż tak dobry. Jednak pragnienie kontynuowania lektury jest tak duże, że całość można połknąć w kilka dni, a na wieść że powstaje ciąg dalszy, o pokoleniu które będzie musiało się zmierzyć z dzikim kapitalizmem lat 90. czytelnik się tylko cieszy.

Oczywiście, że saga zbudowana jest ze schematów i próżno tu szukać zadziwiających zwrotów akcji. Nie doświadczymy także specjalnie głębokich przemyśleń, świat przedstawiony w Spacerze Aleją Róż jest raczej czarno-biały - a życie w PRL-u przecież dwukolorowe nie było. Mimo to uważam, że dla fanów tego typu historii, dla wielbicieli rozłożonych na dziesiątki lat rodzinnych sag Spacer Aleją Róż okaże się lekturą zdecydowanie przyjemną.

Cień burzowych chmur
Łąki kwitnące purpurą
Drzewa szumiące nadzieją
Szarość miejskich mgieł
Powiew ciepłego wiatru
Wydawnictwo Replika

niedziela, 3 marca 2019

Okrutny wiek XX na ziemiach polskich, czyli sześć tomów „Zemsty i przebaczenia” (Joanna Jax)

Po pierwszym tomie cyklu “Zemsta i przebaczenie” byłem bardzo zadowolony i oczywiście sięgnąłem po kolejne. I choć całość serii okazała się być czymś innym, niż przypuszczałem, a może nawet liczyłem, i tak trudno mi książek Joanny Jax nie polecić.

Otóż liczyłem na historię być może w stylu serialu “Dom”, gdzie na przykładzie kilku postaci będziemy mogli obserwować zmiany w Polsce od czasów przedwojennych do powojennych. Po prawdzie “Zemsta i przebaczenie” dokładnie tym jest, ale czas, o którym mówi jest znacznie bardziej ograniczony, niż mi się marzyło. O ile akcja zaczyna się wystarczająco długo przed II wojną światową, tak prawie wszystkie tomy opowiadają o czasie wojny, a przemian po niej dotyczy tom ostatni, i historia kończy się na długo nawet przed pierwszymi zrywami Polaków przeciwko władzy komunistycznej, a co dopiero marzyć o dotarciu z opowieścią do lat 90.

No ok, zatem cykl okazał się być czym innym, niż sobie marzyłem, ale przecież to nie znaczy, że jest kiepski. Wręcz przeciwnie!

Autorka ukazując nam wykreowanych przez siebie bohaterów zadbała o to, czego dziś tak bardzo brakuje: o umiar w opisie nie tylko postaci, ale i czasów, w których przyszło im żyć oraz o odseparowanie prozy od politycznych konotacji omawianej sytuacji. Także jeśli ktoś liczy na patriotyczną opowieść o dzielnych żołnierzach wyklętych, bohaterskim ruchu oporu, bardzo złych Niemcach i okrutnych Rosjanach, ten może iść szukać gdzie indziej. Bowiem o ile oczywistym jest, że okrucieństwa i wojennego, i po prostu ludzkiego tu nie brakuje, i bywa naprawdę strasznie, autorka gra na emocjach bardzo często, tak jednocześnie Joanna Jax odważnie pisze o tych, którzy ze wszystkich sił próbowali pozostać ludźmi. Zatem trafiamy na porządnych Rosjan, podobnych im Niemców, a wśród Polaków poznamy zarówno szmalcowników, kolaborantów, folksdojczów, jak i tych, z których rozkazu doszło do okrutnej masakry, jaką było Powstanie Warszawskie. Joanna Jax przedstawia sytuację z punktu widzenia jej bohaterów, a że do głównych należy trójka przyjaciół: Polak, Niemiec i Rosjanin, tak po prostu nie można się spodziewać czarno-białego przedstawienia świata. I to mi się podoba, bo życie jest o wiele bardziej skomplikowane niż historia, którą piszą zwycięzcy. A potem następni zwycięzcy. I kolejni.

Rewelacyjny cykl, i mimo tego, że część ostatnią uważam za trochę słabszą i jednak może zbyt optymistyczną, serdecznie wszystkim polecam. A teraz marzy mi się to samo, ale od lat pięćdziesiątych do przełomu tysiącleci. Ktoś z takim talentem jak pani Jax z pewnością pokazałby ostatnie siedemdziesiąt lat lepiej niż próbują nam je pokazać politycy i posłuszni im artyści z ekranu telewizora.

Zemsta i przebaczenie: 
1. Narodziny gniewu
2. Otchłań nienawiści 
3. Rzeka tęsknoty
4. Morze kłamstwa
5. Bezkres nadziei
6. Dolina spokoju

wtorek, 26 lutego 2019

Faszyzm i druga wojna światowa na sucho, czyli Ken Follett w „Zimie świata”

Od momentu, gdy skończyłem lekturę “Upadku gigantów” minęło całkiem sporo czasu, akurat tyle, bym kompletnie zapomniał imiona i nazwiska bohaterów. Pamiętam natomiast żal, jaki czułem, gdy dotarłem do ostatnich stron – żal osoby, która wie, że nic nie wyjdzie postaciom z ich planów, że nie zaznają szczęścia, wszak “wojna, która miała położyć kres wszystkim wojnom” okazała się czymś wprost przeciwnym – genezą kolejnego, jeszcze gorszego konfliktu.

Akcja “Zimy świata” rozpoczyna się w roku 1933, gdy w Niemczech do władzy dochodzą naziści. Ale oczywiście Niemcy nie są jedynym miejscem akcji, autor bowiem luźno kontynuuje wątki swoich bohaterów, teraz przedstawiając nam ich potomstwo. Co ciekawe, robi to bez żalu – kreacje ludzi, nad którymi musiał długo pracować, z którymi pewnie się zżył, teraz są mu jakby obce, a uwaga przechodzi totalnie na kolejne pokolenie. Fakt ten powoduje, że “Zimę…” można swobodnie czytać bez znajomości tomu poprzedniego… ale i tak mnie tak drastyczne ograniczenie roli poprzednich głównych bohaterów zadziwiło. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że trylogia Stulecie – jak sama nazwa wskazuje – opowiada o wieku dwudziestym przede wszystkim, a dopiero potem o Peszkowach, Williamsach, Fitzherbertach, Dewarach i innych.

Ken Follett przedstawia nam wydarzenia, które poprzedzały najbardziej okrutną wojnę w historii. Podobnie jak w tomie poprzednim rozbija na czynniki pierwsze elementy, które doprowadziły do konfliktu; pokazuje to, o czym często się zapomina. Na przykład Niemców, którzy próbują walczyć z nazistami, jednak przegrywają – i pierwsze obozy koncentracyjne wypełniane są na równi Żydami i Niemcami właśnie. Pokazuje nam ZSRR, w którym władzę dzierżą rewolucjoniści sprzed dwudziestu lat – i niektórzy z nich widzą, że komunizm, jak pięknie by nie wyglądał na papierze, faktycznie jest ustrojem totalitarnym, w którym pojedyncze jednostki nie mają absolutnie żadnych praw. Co gorsza nie oczekują żadnych, nawet nie są świadomi, że jakieś prawa można mieć.

Z drugiej strony zaprezentowana jest Ameryka pełna snobów; państwo tak wspaniale mówiące o wolności, jednak ciągle segregujące rasy; państwo, w którym nieuczciwy człowiek z pieniędzmi zawsze będzie lepszy i ważniejszy, niż uczciwy obywatel z nizin społecznych. Państwo mówiące o pokoju i konwencjach, o zasadach i moralności, które zabija tysiące niewinnych bombami atomowymi. Jest wreszcie także Wielka Brytania, która również walczyła z faszyzmem – ale wygrała! A jeśli Wielka Brytania, to także Churchill, w podręcznikach jednoznacznie przedstawiany jako mąż stanu, bohater, faktycznie natomiast polityk, który choć żył w czasach, gdy granice między klasami się zatracały, nigdy tych granic nie przestał dostrzegać, i którego retoryka potrafiła być równie prymitywna, jak ta, którą znamy z naszego własnego podwórka i słownych wyczynów polskiej “klasy politycznej”.

Oczywiście my w Polsce szczególnie zainteresowani jesteśmy nazizmem niemieckim, i trzeba przyznać, że jego funkcjonowanie zostało przedstawione bardzo dobrze. Nie na tyle dobrze jednak, by dać ludziom do myślenia; wątpię, by ktoś, kto ma nacjonalistyczne poglądy po lekturze “Zimy świata” zaczął rozważać ich istotę, trochę szkoda. Follett jednak z całych sił trzyma się z daleka od osądzania, a także od oceniania tego, co się wydarzyło. Choć jest to powieść, w której wszelkie wydarzenia pokazane są na przykładzie ludzi w nich uczestniczących, brakuje tu jakichś większych emocji. Lektura bardzo często, choć dobra, jest bardzo… sucha. Zupełnie jak w przypadku tomu pierwszego, także i tu często chciałoby się więcej polotu w narracji, może nawet odrobinę grafomanii, byle tylko móc bardziej wczuć się w rolę bohaterów, móc bardziej się z nimi identyfikować. Jednak nie, Ken Follett do samego końca trwa przy takiej właśnie oszczędnej opowieści, w której mimo ponad tysiąca stron z wydania papierowego nie da się znaleźć zbędnych fragmentów, dłuższych opisów, momentów, gdy pisarz dał się ponieść wenie. Otóż nie dał się, i czasem aż zgrzytałem zębami gdy potrafił w jednym dwuzdaniowym akapicie podsumować upojną kolację między dwojgiem zakochanych ludzi zakończoną pełną miłosnych uniesień nocą. Bohaterowie – wszyscy, bez wyjątku – do samego końca byli mi obcy.

Ale jest i druga strona tego sposobu przedstawiania wydarzeń i bohaterów. Pisząc w tak… nazwijmy to “stanowczy” sposób Ken Follett uniknął błędów znanych z podobnych, dużych historii wypełnionych licznymi postaciami. Nie znajdziemy tu dobrych SS-manów ratujących żydowskie dzieci, nie znajdziemy czerwonoarmisty, któremu było wstyd za kolegów gwałcących Niemki. Nie znajdziemy żenujących dobrych zakończeń ani kretyńskich rozwiązań godnych iluzjonisty z królikiem w kapeluszu. Lektura jest sucha, jak suche są fakty – i właśnie dlatego jest bardzo realistyczna, bez sztucznej moralności, bez nachalnej edukacji, wręcz bez puenty. Odniosłem wrażenie, że autor widzi najnowszą historię Europy wyraźnie pokazującą, że ludzie niespecjalnie się zmienili od tamtych czasów, wciąż liczy się głównie władza i pieniądz, wciąż korzyści polityczne są ważniejsze od losu całych narodów, wciąż bardzo łatwo jest podzielić ludzi, jakby tylko czekali by pokazać im tych, których mogą zgodnie z prawem nienawidzić. I chyba mu się nie chce psuć dobrej opowieści prymitywnymi próbami wychowawczymi, czy podkreślaniem w łopatologiczny sposób tego, co jest złe, a co jest dobre. Przecież ludzie i tak się nie zmienią… no, chyba że wreszcie ktoś odkryje lekarstwo na głupotę.

Winter of the World
Albatros 2012

wtorek, 30 kwietnia 2013

Adam Johnson - "Syn zarządcy sierocińca"

O Korei Północnej znowu jest głośno, nic więc dziwnego, że książka Adama Johnsona robi taką karierę. Powieść w pewien sposób stara się czytelnikowi przybliżyć świat, w jakim Koreańczycy żyją; jest to zatem pokaz systemu totalitarnego. Nie jest to jednak totalitaryzm w stylu chińskim czy radzieckim, choć tak jak tamte bywa okrutny. Koreańska wersja komunizmu według tej książki jest jeszcze gorsza, bowiem oparta na tylko i wyłącznie samych absurdach. Nikt nawet nie udaje, że jakiekolwiek działanie podjęte przez władzę ma sens inny, niż zaspokojenie zachcianek tejże władzy. Co najgorsze nie jest trudno uwierzyć, że życie na północnej stronie półwyspu rzeczywiście tak wygląda, wystarczy sobie przypomnieć niedawny szaleńczy płacz po śmierci Ukochanego Przywódcy.

Jest rzeczą nie do pomyślenia, że można w swoich pomysłach na działanie kraju i sposobie życia obywateli "odlecieć" aż tak bardzo. Ja wiem, że nawet w naszym, nazywanym swego czasu "najweselszym" obozie za czasów komuny absurd był rzeczą spodziewaną, zwykłą, nawet z czasem naturalną, mimo to obraz kompletnie kontrolowanego społeczeństwa i tak w głowie się nie mieści.

Ja mam z książką problem. Nie będę udawał mądrzejszego, niż jestem, przyznam się od razu: nie trafiła do mnie. Może to dlatego, że nie zdążyłem się polskiemu totalitaryzmowi przypatrzeć, bowiem nim urosłem na tyle, by świadomie dostrzegać otoczenie nasz komunizm upadł. Drugim powodem, przez który powieść mnie irytowała, był kompletny brak nadziei. Jako Polak wiem, jestem pewny, że się da, że można z totalitaryzmem walczyć, nie tylko się do warunków dostosować, by jakoś funkcjonować, ale walczyć o lepsze czasy. Niezależnie od tego, jak żenująco zachowują się dziś ci, którzy Polsce wolność oddali, taką sprawiedliwość należy im oddać: walczyli i wygrali. A tam, na Dalekim Wschodzie jest zupełnie inna mentalność, której nie pojmuję i przez którą książka mnie szybko zaczęła męczyć.

Cel swój jednak Adam Johnson osiągnął: rzeczywiście zacząłem się bać, że tak w Korei naprawdę jest. I skoro ten stan rzeczy trwa już ponad pięćdziesiąt lat, nie widać powodów, by za kolejnych pięćdziesiąt cokolwiek miało się zmienić.

The Orphan Master's Son
Świat Książki 2012