Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Steinbeck. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Steinbeck. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 maja 2021

Historia Kaliforni historią kapitalizmu, czyli jak Kristin Hannah przypomina kim są ludzie ("Gdzie poniesie wiatr")

Po lekturze “Zdarzyło się nad jeziorem Mystic” nigdy, ale to nigdy nie spodziewałbym się po Kristin Hannah czegoś więcej niż tylko czytadła, typowego odpoczynku przy lekkiej lekturze stosowanego pomiędzy ciekawszymi pozycjami, oferującymi większe wyzwania dla czytelnika. Choć ściągnąłem na swój czytnik już ze dwie kolejne książki na zapas, zupełnym przypadkiem rozpocząłem lekturę od pozycji najnowszej: “Gdzie poniesie wiatr”. 

I zostałem kompletnie zwalony z nóg. 

Nie, nie jakością pisarstwa autorki. Nie ma powodów do specjalnej ekscytacji, czyta się nieźle, raczej szybko niż z zachwytem nad budową kolejnych zdań. Ani bohaterami, którzy są poprawni, ale tylko poprawni. Z nóg zwalił mnie motyw, który bardzo pragnę nazwać “Gronami gniewu” Steinbecka w wersji dostosowanej do możliwości poznawczych czytelnika z roku 2021. 

Kto z jakiegoś powodu powieści Steinbecka nie zna, ten teraz już nie ma żadnego wytłumaczenia - Kristin Hannah opowiada dokładnie o tym samym, co słynna powieść z 1939 roku. I każdy może się przekonać czym jest kapitalizm, i że nie trzeba wojny i żołnierzy maszerujących przez wioski i miasta, by zgotować piekło innym ludziom. Nie przedstawicielom mniejszości lub innym grupom, które władza aktualnie obwinia o panujący stan rzeczy, ale rodakom. Książka jest przejmująca, smutna, depresyjna. Przedstawia prawdę, całą prawdę i tylko prawdę o tym jak wyglądał kryzys w Stanach Zjednoczonych i komu rząd federalny postanowił pomóc, czym jest wyzysk i do czego tak naprawdę została powołana policja. No genialna rzecz, szacunek za odwagę i wykorzystanie swoich pięciu minut sławy nie na odcinanie kuponów od popularności i spoglądanie na zwiększający się stan konta, ale na uderzenie czytelników czymś, czym ludzi trzeba uderzać - bo inaczej nic nigdy się nie zmieni.

The Four Winds, Świat Książki 2021

niedziela, 3 marca 2019

Zjednoczmy wszystkie siły, kapitalisto miły, czyli wreszcie skończyłem czytać „Grona gniewu” J. Steinbecka

Nie da się ukryć, że Grona gniewu są powieścią o wiele trudniejszą w odbiorze od klasyków takich jak Myszy i ludzie czy Na wschód od Edenu tego samego autora. Zarówno pod względem poruszanej tematyki, jak i pióra pisarza, tu swobodnie wędrującego po opowiadanej historii, pozornie chaotycznie. Te rozdziały, które na chwilę zostawiają rodzinę Joadów, by móc skupić się na przemyśleniach dotyczących życia w Oklahomie, albo wcielić się w rolę sprzedawcy samochodów, który zbija fortunę na tysiącach wędrujących na zachód rodzin – te rozdziały znacząco utrudniają zapoznanie się z postaciami, a jednocześnie są chyba najlepszym momentem książki. Pozorny chaos w lekturze towarzyszy czytelnikowi do dosłownie ostatniej sceny – rzeczy tak mocnej, że po prawdzie nie wiadomo, co o niej od razu pomyśleć, jak to przyjąć. I dopiero po chwili, pamiętając o całej rodzinie tu przedstawionej, o powolnym jej upadku, jako grupy społecznej, jej degradacji, kolejnych umykających w bok członkach, dopiero wtedy ostatnia scena jest jak wisienka na torcie. Albo jak ostatni gwóźdź do trumny, bo jednak wydźwięk powieści jest jednoznaczny i w przeciwieństwie do nakręconego filmu nie oferuje żadnej złudnej nadziei.

Oto książka o tym, czym naprawdę jest człowiek i tym, co nim kieruje. Grona gniewu to wspaniałe podsumowanie kapitalizmu jako ustroju, który jak lodowiec zbiera wszystkich po drodze i nikomu nie pozwala stanąć obok. Można tylko iść z nurtem albo przegrać. Serce boli podczas lektury, gdy do czytelnika dociera o co tak naprawdę chodzi, skąd tyle cierpienia i w imię czego.

Tak książka nie opowiada o holokauście, nie mówi o wojnie i ludobójstwie, o genocydzie, zagładzie, wielkim głodzie czy rzezi wybranej grupy etnicznej. A mimo to czytałem Grona gniewu jak rzecz wyżej wymienionym tematom równą bo i tutaj ludzie ludziom zgotowali ten los.

czwartek, 28 lutego 2019

O Adamie, Kainie i Ablu, tylko trochę inaczej, opowiada J. Steinbeck

Nie ma sensu się rozwodzić – to świetna książka. I bardzo prosta w odbiorze, jeśli ktoś się boi różnego rodzaju klasyki, może przestać – sama się czyta. Myślę, że jest tak łatwa i przyjemna w odbiorze, że w ogóle można by zacząć czytanie książek od niej (no dobra, od “Mysz i ludzi” a potem od niej). Steinbeck opowiada dość uniwersalną historię o prostych, zwykłych ludziach, a najlepszy jest jego styl – prosty właśnie. Sam siebie autor umieszcza w powieści, jako członka rodziny, która w pewien sposób była związana z bohaterem – Adamem Traskiem i jego synami. Dodaje to uroku opowieści, większej głębi, czytelnik zaczyna szukać na mapie miejscowości, o których tu mowa, i próbuje się zorientować w pokazanych czasach jak najlepiej – by móc wyciągnąć jeszcze więcej przyjemności z lektury. Steinbeck skłania do poznawania świata, Stanów Zjednoczonych konkretnie, do nie tylko poznania historii bohaterów, ale także zrozumienia skąd i w jaki sposób akurat takie historie mogły się zdarzyć.

Siłą książki są jej bohaterowie, autor pokazuje kilka typów ludzi, od idealnie dobrych, pogodzonych z życiem i jego niezrozumiałą niesprawiedliwością, przez prostych i podatnych na wpływy aż do prawdziwych potworów, twierdząc, że tacy się czasem po prostu rodzą. Nie stają, a rodzą, i nic nie można z tym zrobić. Historia związku Adama z Cathy oraz późniejsze ojcostwo Adama naznaczone tym, jak sam był wychowany to opowieść rewelacyjna. Dziś ani odkrywcza, ani pokazująca coś nowego; w prosty sposób przedstawiająca zdarzenia, których czytelnik doskonale się domyśla, a jednak go dziwią, wywołują skrajne emocje. Czytając “Na wschód od Edenu” miałem wrażenie, jakby Steinbeck opowiedział tu tę samą historię, którą życie opowiada od zarania dziejów, z tym, że akurat talent tego twórcy pozwala się nią cieszyć mimo braku zaskakujących zwrotów akcji i łatwego przewidywania kolejnych dramatów.

Interesujące wrażenie pozostawia po sobie właśnie bardzo udana kreacja różnych typów postaci, bez podjęcia prób wytłumaczenia ich cech, sposobu bycia, mentalności. Spodziewam się, że niejeden czujący gwałtowną potrzebę czytelnik mógł dokonywać coraz to bardziej karkołomnych interpretacji poznanych tu wydarzeń; boję się, że niektóre prawdziwe (wiecie, nie z bloga:)) recenzje także kreują “Na wschód od Edenu” jako coś ogromnego, oszałamiającego, odkrywczego – no i przez to książka może budzić strach. A w rzeczywistości to dość rozbudowana, ale nieskomplikowana opowieść, przedstawiona tak, że oderwać się od lektury nie można, i w zasadzie ukazująca jedną, podstawową prawdę o życiu – tę najważniejszą.

East of Eden
Prószyński i S-ka 2011