Dałem się wciągnąć w historię rodziny Winnych, płynnie od trylogii przeszedłem do opowiadań. I choć początkowo byłem sceptyczny (naprawdę nie wiem po co powstało opowiadanie pierwsze), tak z czasem zrozumiałem o co chodzi.
Bowiem o ile trzy pierwsze teksty są luźno (jeśli w ogóle czymś poza miejscem akcji) powiązane z trylogią, tak potem na scenę wkraczają postaci doskonale nam znane. I ma to wiele sensu, bowiem opowiadania dotyczą spraw nam doskonale znanych, ale ciekawych. Jak wyglądały pierwsze dni w nowej rodzinie Ewy, przygarniętej przez Annę Żydówki? Co się działo z bohaterami, gdy ginęli nam z oczu; jak to faktycznie wyglądało? Na te pytania odpowiada książka, która w miarę czytania wydaje się być bardziej czwartym tomem cyklu niż luźno powiązanymi tekstami. Autorka faktycznie rozbudowała historię o dodatkowe szczegóły, które są świetnym uzupełnieniem całości.
Krótko mówiąc: nie ma sensu tego czytać nie znając trylogii. A znając trylogię przeczytać w zasadzie trzeba. Dobra rzecz.
Wydawnictwo Zwierciadło 2018
poniedziałek, 29 kwietnia 2019
niedziela, 28 kwietnia 2019
Sto lat w Brwinowie (Ałbena Grabowska - "Stulecie Winnych")
Stulecie Winnych, to stulecie rodziny noszącej takie nazwisko - Winni. Co już brzmi lepiej niż stulecie winnych, w sensie: w wieku XX trudno znaleźć innych, niż winni. Rodzinę poznajemy w 1914 roku, podczas narodzin bliźniaczek. To nie arystokracja, wręcz przeciwnie. Ale jest początek XX wieku, więc prości ludzie pod Warszawą (Brwinowo) nie są ani analfebetami ani kompletnie bez wykształcenia.
Narodziny dziewczynek a zarazem śmierć ich matki rozpoczyna nowy rozdział w życiu bohaterów, mocno mieszając dotychczasowy stan rzeczy. Parę chwil później rozpoczyna się wojna, przychodzą Niemcy, odchodzą Niemcy i przychodzą Rosjanie, rozpoczynają się wywozy, dramaty… Totalnie mój rodzaj literatury.
Pierwszy tom niestety nie zachwyca. Miałem całą masę krytycznych uwag o jakości powieści, o braku szerszych opisów, o skali mikro, gdzie mimo tragicznych zdarzeń brakuje większego obrazu całości otoczenia, kraju, którego nie było, a który na chwilę powstanie. Sytuacji nie poprawił fakt, że jedna z bliźniaczek ma “dar” i jest w stanie widzieć to, czego racjonalny umysł nie pojmuje. “Ci, którzy przeżyli” wydawało mi się lekturą czasem po prostu niepoważną, zbyt szybko zmieniał się klimat, nie było czasu na uderzenie; jakby autorka zaniedbała ważną część pisarstwa - wrażenie, jakie powinno w czytelniku pozostać.
Narodziny dziewczynek a zarazem śmierć ich matki rozpoczyna nowy rozdział w życiu bohaterów, mocno mieszając dotychczasowy stan rzeczy. Parę chwil później rozpoczyna się wojna, przychodzą Niemcy, odchodzą Niemcy i przychodzą Rosjanie, rozpoczynają się wywozy, dramaty… Totalnie mój rodzaj literatury.
Pierwszy tom niestety nie zachwyca. Miałem całą masę krytycznych uwag o jakości powieści, o braku szerszych opisów, o skali mikro, gdzie mimo tragicznych zdarzeń brakuje większego obrazu całości otoczenia, kraju, którego nie było, a który na chwilę powstanie. Sytuacji nie poprawił fakt, że jedna z bliźniaczek ma “dar” i jest w stanie widzieć to, czego racjonalny umysł nie pojmuje. “Ci, którzy przeżyli” wydawało mi się lekturą czasem po prostu niepoważną, zbyt szybko zmieniał się klimat, nie było czasu na uderzenie; jakby autorka zaniedbała ważną część pisarstwa - wrażenie, jakie powinno w czytelniku pozostać.
Mimo to sięgnąłem po tomy kolejne, które, jak się okazało, oferują już inną jakość. Nie dość, że autorka porzuciła bzdury o specjalnym talencie Ani, to jeszcze doczekałem się konkretniejszych opisów tego, co pani Grabowska zamierza przedstawić. Nie jest to jeszcze poziom, jaki oferują rodzinne sagi pani Joanny Jax, ale odległość się wyraźnie zmniejszyła. Z całą pewnością można się zaangażować nie tylko dlatego, że już lubimy postaci, ale również dlatego, że wydarzenia przestają być takie oczywiste, autorka wreszcie zaskakuje czytelnika. A co najważniejsze udało się pani Grabowskiej wykreować postaci bardzo ludzkie, prawdziwe, które mają swoje zdanie - a nie zdanie autorki.
Książki czyta się trochę tak, jak oglądało się serial “Dom”. Pierwsza wojna światowa, XX-lecie, kolejna wojna, nazizm, Żydzi, holocaust, ratowanie ludzkiego życia i szmalcownicy. Jednak wszystko jest w znacznie mniejszej skali, niż u Joanny Jax. To jest saga rodzinna, nie opowieść o czasach, w których przyszło bohaterom żyć. Ten element jest na dalszym planie, a my oglądamy przede wszystkim postaci, które muszą mierzyć się z PRL-em, rokiem 1968, walką z totalitaryzmem, wreszcie kapitalizmem i ostatecznym upadkiem jakichkolwiek wartości. A że Brwinowo niedaleko Pruszkowa, to i inne znane z najnowszej historii Polski tematy zostaną poruszone.
Książki czyta się trochę tak, jak oglądało się serial “Dom”. Pierwsza wojna światowa, XX-lecie, kolejna wojna, nazizm, Żydzi, holocaust, ratowanie ludzkiego życia i szmalcownicy. Jednak wszystko jest w znacznie mniejszej skali, niż u Joanny Jax. To jest saga rodzinna, nie opowieść o czasach, w których przyszło bohaterom żyć. Ten element jest na dalszym planie, a my oglądamy przede wszystkim postaci, które muszą mierzyć się z PRL-em, rokiem 1968, walką z totalitaryzmem, wreszcie kapitalizmem i ostatecznym upadkiem jakichkolwiek wartości. A że Brwinowo niedaleko Pruszkowa, to i inne znane z najnowszej historii Polski tematy zostaną poruszone.
Wrażenie po lekturze całości pozostaje bardzo przyjemne, choć pamięć o słabszym tomie pierwszym także przetrwała. Myślę, że książek pani Grabowskiej przeczytam więcej, zaczynając od tomu opowiadań należących do świata przedstawionego w tej trylogii. Polecam wszystkim fanom tego typu sag rodzinnych: pewnie, że są lepsze pozycje, ale “Stulecie Winnych” też daje sporo emocji.
Wydawnictwo Zwierciadło 2014, 2015
Wydawnictwo Zwierciadło 2014, 2015
niedziela, 21 kwietnia 2019
Nie oceniaj książki po okładce, czyli "Zanim nadejdzie jutro" Joanny Jax
Zupełnie jak w przypadku cyklu “Zemsta i przebaczenie” - jestem naturalnym odbiorcą tego typu literatury, i nie jest ważne, czy jest to według niektórych literatura kobieca, romans czy coś jeszcze innego. Dla mnie Joanna Jax pisze powieści historyczne, umiejscowione w okolicach II wojny światowej, a że bohaterkami często są kobiety i przytrafiają się romanse - samo życie, jeśli to jest literatura kobieca, to jestem kobietą.
Uwielbiam się zaangażować na chwilę dłużej (byle nie zbyt długo, jedenasty tom przygód Uhtreda z Bebbanburga już w sprzedaży). W przypadku nowego cyklu Joanny Jax zatytułowanego “Zanim nadejdzie jutro” do czynienia mamy z trzema tomami, co jest według mnie rozmiarem idealnym. Specjalnie czekałem do terminu wydania, by móc całość połknąć na raz, i od razu informuję, że cykl o Kresowiakach jest jeszcze lepszy niż poprzedni, obejmujący głównie wydarzenia z zachodu, i Polski i Europy.
Jeszcze lepszy, bowiem przeciętny wychowanek polskich szkół ma ciągle zbyt mało informacji. O tym się zdecydowanie zbyt często zapomina, statystycznemu Polakowi wojna kojarzy się z Niemcem, Hitlerem, obozami koncentracyjnymi i holocaustem. Tymczasem na wschodzie ludność miała do czynienia z zupełnie innego rodzaju złem. O ile wszyscy Polacy w 1945 roku zostali wykorzystani i porzuceni przez tzw. sojuszników, tak mieszkańcy kresów mieli jeszcze gorzej, bowiem nawet PRL-u im nie dano, a jedynie możliwość wyjazdu na ziemie wyzyskane. Ojczyzna tak wielu Polaków została zabrana, przesunięcie granic Polski na zachód, zwykły czyn rysowania kresek po mapie faktycznie odebrał dom milionom tych, którzy przeżyli zło, jakie wyrządzili tam sowieci.
Obserwujemy Polaków mieszkających w Wilnie. Z różnych środowisk, z różnych klas społecznych. Joanna Jax pokazuje nam kresy w okresie dwudziestolecia międzywojennego w taki sposób, że można się poczuć, jak mieszkaniec miasta w owym czasie żyjący. Patriotyzm odmieniany przez całą deklinację, od prawdziwego do tego z gazet i radia; powszechne uczucie pogardy dla mniejszości płynące z góry i sąsiedzkie, dobre stosunki z Litwinami i Żydami. No i oczywiście miłość, bo czyż nie miłość jest właśnie najlepszym sposobem ukazania upływającego czasu? Uczucia miłości pierwszej, kolejnej, namiętność przy której dni uciekają jak godziny, a godziny jak minuty. W tle tymczasem zbliżająca się wojna - nim jednak jeszcze Niemiec dotrze do kresów zza wschodniej granicy wkracza Armia Czerwona w celu “ochrony mniejszości na terenach Polski”. I zaczyna się: chaos i niepewność kolejnych nawet nie dni, co chwil.
Joanna Jax robi to, co wychodzi jej najlepiej - pisze zarówno o oficerach wziętych do niewoli jak i cywilach, którzy pewnego dnia zostali wpakowani do pociągu i wywiezieni gdzieś do Kazachstanu, tak, jak stali, bez słowa wyjaśnienia, bez jakiejkolwiek organizacji. Ci, którzy podróż przeżyli wyszli na obcej, niegościnnej ziemi, zdani na własną zaradność i ewentualną łaskę tubylców. Jednak Joanna Jax nie pisze egzaltując się cierpieniem; przeciwnie - wbrew trendom płynącym z telewizora i radia pokazuje nie tylko wysiedleńców z Polski, ale ludzi z różnych stron i nacji, wśród których znajdziemy i złych Polaków i dobrych Rosjan. Bez łopatologii, sama opowieść, zadedykowana zresztą “rodakom z Kazachstanu”. Szanuję. I znowu na przykładzie miłości Joanna Jax studiuje czym jest człowiek, który nawet w najgorszych chwilach potrafi kochać. A że z nagłego rozdzielenia rodzin i często celowej dezinformacji niejeden dramat powstanie - cóż, na to właśnie czekamy my, czytelnicy, obgryzający paznokcie z emocji nad tym, co ludzie zgotowali ludziom.
Wspaniała opowieść. Wiadomo, że nie jestem obiektywny, bo to mój rodzaj literatury, krytyki dla tego typu książek mam o wiele mniej. A teraz chciałbym połączenie historii z “Zemsty i przebaczenia” i “Nim nadejdzie jutro” i ciąg dalszy losów bohaterów w czasach zimnej wojny. To by było coś!
Tylko te okładki… no, ale wiadomo co mówi przysłowie, zresztą słusznie :-)
Podróż do krainy umarłych
Ziemia ludzi zapomnianych
Druga strona nocy
Videograf II
2018, 2019
Uwielbiam się zaangażować na chwilę dłużej (byle nie zbyt długo, jedenasty tom przygód Uhtreda z Bebbanburga już w sprzedaży). W przypadku nowego cyklu Joanny Jax zatytułowanego “Zanim nadejdzie jutro” do czynienia mamy z trzema tomami, co jest według mnie rozmiarem idealnym. Specjalnie czekałem do terminu wydania, by móc całość połknąć na raz, i od razu informuję, że cykl o Kresowiakach jest jeszcze lepszy niż poprzedni, obejmujący głównie wydarzenia z zachodu, i Polski i Europy.
Jeszcze lepszy, bowiem przeciętny wychowanek polskich szkół ma ciągle zbyt mało informacji. O tym się zdecydowanie zbyt często zapomina, statystycznemu Polakowi wojna kojarzy się z Niemcem, Hitlerem, obozami koncentracyjnymi i holocaustem. Tymczasem na wschodzie ludność miała do czynienia z zupełnie innego rodzaju złem. O ile wszyscy Polacy w 1945 roku zostali wykorzystani i porzuceni przez tzw. sojuszników, tak mieszkańcy kresów mieli jeszcze gorzej, bowiem nawet PRL-u im nie dano, a jedynie możliwość wyjazdu na ziemie wyzyskane. Ojczyzna tak wielu Polaków została zabrana, przesunięcie granic Polski na zachód, zwykły czyn rysowania kresek po mapie faktycznie odebrał dom milionom tych, którzy przeżyli zło, jakie wyrządzili tam sowieci.
Obserwujemy Polaków mieszkających w Wilnie. Z różnych środowisk, z różnych klas społecznych. Joanna Jax pokazuje nam kresy w okresie dwudziestolecia międzywojennego w taki sposób, że można się poczuć, jak mieszkaniec miasta w owym czasie żyjący. Patriotyzm odmieniany przez całą deklinację, od prawdziwego do tego z gazet i radia; powszechne uczucie pogardy dla mniejszości płynące z góry i sąsiedzkie, dobre stosunki z Litwinami i Żydami. No i oczywiście miłość, bo czyż nie miłość jest właśnie najlepszym sposobem ukazania upływającego czasu? Uczucia miłości pierwszej, kolejnej, namiętność przy której dni uciekają jak godziny, a godziny jak minuty. W tle tymczasem zbliżająca się wojna - nim jednak jeszcze Niemiec dotrze do kresów zza wschodniej granicy wkracza Armia Czerwona w celu “ochrony mniejszości na terenach Polski”. I zaczyna się: chaos i niepewność kolejnych nawet nie dni, co chwil.
Joanna Jax robi to, co wychodzi jej najlepiej - pisze zarówno o oficerach wziętych do niewoli jak i cywilach, którzy pewnego dnia zostali wpakowani do pociągu i wywiezieni gdzieś do Kazachstanu, tak, jak stali, bez słowa wyjaśnienia, bez jakiejkolwiek organizacji. Ci, którzy podróż przeżyli wyszli na obcej, niegościnnej ziemi, zdani na własną zaradność i ewentualną łaskę tubylców. Jednak Joanna Jax nie pisze egzaltując się cierpieniem; przeciwnie - wbrew trendom płynącym z telewizora i radia pokazuje nie tylko wysiedleńców z Polski, ale ludzi z różnych stron i nacji, wśród których znajdziemy i złych Polaków i dobrych Rosjan. Bez łopatologii, sama opowieść, zadedykowana zresztą “rodakom z Kazachstanu”. Szanuję. I znowu na przykładzie miłości Joanna Jax studiuje czym jest człowiek, który nawet w najgorszych chwilach potrafi kochać. A że z nagłego rozdzielenia rodzin i często celowej dezinformacji niejeden dramat powstanie - cóż, na to właśnie czekamy my, czytelnicy, obgryzający paznokcie z emocji nad tym, co ludzie zgotowali ludziom.
Wspaniała opowieść. Wiadomo, że nie jestem obiektywny, bo to mój rodzaj literatury, krytyki dla tego typu książek mam o wiele mniej. A teraz chciałbym połączenie historii z “Zemsty i przebaczenia” i “Nim nadejdzie jutro” i ciąg dalszy losów bohaterów w czasach zimnej wojny. To by było coś!
Tylko te okładki… no, ale wiadomo co mówi przysłowie, zresztą słusznie :-)
Podróż do krainy umarłych
Ziemia ludzi zapomnianych
Druga strona nocy
Videograf II
2018, 2019
poniedziałek, 15 kwietnia 2019
O dziecięcych marzeniach, które spełniają się tylko w bajkach, pisze Cara Hunter ("Kto porwał Daisy Mason?")
W przeciwieństwie do tomu drugiego, od którego zacząłem lekturę powieści Cary Hunter, tu Adam Fawley jest niewątpliwie głównym bohaterem. Postaci jest rzecz jasna więcej, jednak pierwszoosobowa narracja w powieści dominuje. Pozostałych bohaterów dopiero poznajemy, stąd jest dla nich o wiele mniej miejsca. Muszę przyznać, że lektura po poznaniu powieści “Kto mieszka za ścianą?” jest łatwiejsza, niż gdybym poprawnie najpierw sięgnął po “Kto porwał Daisy Mason?”. Postaci już nieco znamy, i oglądanie ich przed dramatycznymi wydarzeniami z tomu drugiego jest satysfakcjonujące.
Zmianie nie uległ natomiast system, wedle którego Cara Hunter kreuje swoje powieści. Rzecz opowiada o strasznej perspektywie, koszmarze każdego rodzica - porwaniu ośmioletniej dziewczynki. W tych czasach, w których żyjemy jest oczywiste, że jeśli nie odnajdzie się w ciągu paru godzin, prawdopodobnie nie odnajdzie się już nigdy. Może jej ciało, co najwyżej. Jednak autorka przedstawia historię w taki sposób, że razem z Adamem Fawleyem zajdziemy w miejsca zupełnie niemożliwe do przewidzenia, przy czym całość elegancko się spina i cienka granica między opisem zbrodni a kiczem pozostaje daleko na horyzoncie.
Widać tu interesujący plan na budowanie dramatów. Tu i teraz mało kto pozostanie zadowolony z lektury książki o zbrodni, śledztwie i pojmaniu złoczyńcy. Teraz my, jako fani tego typu literatury, którzy przeczytali już parę książek w życiu chcemy więcej, chcemy zaskoczenia, chcemy historii także o ludziach, społeczeństwie i różnicach między sąsiadami. I Cara Hunter świetnie daje radę, bowiem zamiast coraz bardziej udziwniać swoje historie, z ogromnym talentem wyprowadza je na totalnie nowe, na dzień dzisiejszy nie znane czytelnikom wody. I wbrew zwyczajowi nie czyni z policji herosów, nadludzi, którzy prędzej zawalą swoje małżeństwo niż odpuszczą sprawie. Jak w życiu - liczy się efekt i prawda, po co drążyć? Dzięki temu epilog może się podobać, bowiem o ile zaskoczeniem nie jest, ponadto wyraźnie kpi z kryminału jako takiego, stanowi dziwne, ale przyjemne podsumowanie lektury i wyzwala w czytelniku chęć natychmiastowego sięgnięcia po kolejną, podobną opowieść.
Close to Home
Wydawnictwo Filia 2018
Zmianie nie uległ natomiast system, wedle którego Cara Hunter kreuje swoje powieści. Rzecz opowiada o strasznej perspektywie, koszmarze każdego rodzica - porwaniu ośmioletniej dziewczynki. W tych czasach, w których żyjemy jest oczywiste, że jeśli nie odnajdzie się w ciągu paru godzin, prawdopodobnie nie odnajdzie się już nigdy. Może jej ciało, co najwyżej. Jednak autorka przedstawia historię w taki sposób, że razem z Adamem Fawleyem zajdziemy w miejsca zupełnie niemożliwe do przewidzenia, przy czym całość elegancko się spina i cienka granica między opisem zbrodni a kiczem pozostaje daleko na horyzoncie.
Widać tu interesujący plan na budowanie dramatów. Tu i teraz mało kto pozostanie zadowolony z lektury książki o zbrodni, śledztwie i pojmaniu złoczyńcy. Teraz my, jako fani tego typu literatury, którzy przeczytali już parę książek w życiu chcemy więcej, chcemy zaskoczenia, chcemy historii także o ludziach, społeczeństwie i różnicach między sąsiadami. I Cara Hunter świetnie daje radę, bowiem zamiast coraz bardziej udziwniać swoje historie, z ogromnym talentem wyprowadza je na totalnie nowe, na dzień dzisiejszy nie znane czytelnikom wody. I wbrew zwyczajowi nie czyni z policji herosów, nadludzi, którzy prędzej zawalą swoje małżeństwo niż odpuszczą sprawie. Jak w życiu - liczy się efekt i prawda, po co drążyć? Dzięki temu epilog może się podobać, bowiem o ile zaskoczeniem nie jest, ponadto wyraźnie kpi z kryminału jako takiego, stanowi dziwne, ale przyjemne podsumowanie lektury i wyzwala w czytelniku chęć natychmiastowego sięgnięcia po kolejną, podobną opowieść.
Close to Home
Wydawnictwo Filia 2018
sobota, 13 kwietnia 2019
O tych, którzy czasem mieszkają tuż za naszą ścianą opowiada Cara Hunter
Adam Fawley to bohater kolejnego cyklu o detektywie policji, w tym wypadku policji Oksfordzkiej. Od początku podoba mi się, że choć niby jemu podporządkowana jest historia, a nawet jak się wydaje cykl, wcale nie występuje na pierwszym planie. Jedyne, co go odróżnia od reszty licznych bohaterów to pierwszoosobowa narracja i nieco informacji z przeszłości, głównie fakt zgonu jego dziecka, chorego na depresję. Policja jednak składa się z większej ilości postaci, i bez wyjątku wszystkie są bardzo autentyczne i ciekawie zaprezentowane.
Oksfordzka policja staje przed trudnym zadaniem odnalezienia prawdy o kobiecie, którą przetrzymywano przez kilka lat w piwnicy. Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z sytuacją podobną do tej z Austrii, gdzie kobieta służy komuś jako narzędzie do zaspokajania żądz, a sadysta nie zwraca uwagi nawet na to, że ofiara stała się matką jego dziecka. Obie niewinne istoty przetrzymywane w piwnicy pewnego dnia zostają uwolnione i zaczyna się dramat naprawdę wielu osób.
Cara Hunter w imponujący sposób połączyła kilka spraw ze sobą tak, by móc faktycznie zaprezentować tę okropną historię z różnych punktów widzenia. Smaczku dodają liczne wstawki w stylu artykułów z gazet, tekstów z internetu wraz z obowiązkowymi komentarzami czytelników czy nawet zapisów wywiadów czy audycji radiowych. Czytelnik z jednej strony jest obserwatorem sytuacji, z drugiej strony jednak czułem się jak jeden z tych czytelników gazet; mieszkaniec Oksfordu z niepokojem sprawdzający media w poszukiwaniu informacji, czy sprawca został już schwytany, czy dowody są niepodważalne, czy psychopata zdolny do takich rzeczy zostanie zamknięty?
A potem się okazuje, że autorka jest jeszcze lepiej zna ludzi, i sytuacja rozwija się w kierunkach, które są prawie nie do przewidzenia. I jak każdy fan kryminałów wie - o to właśnie chodzi w tym biznesie. Ja już sięgam po następny tom przygód detektywa Fawleya.
In the dark
Wydawnictwo Filia 2019
Oksfordzka policja staje przed trudnym zadaniem odnalezienia prawdy o kobiecie, którą przetrzymywano przez kilka lat w piwnicy. Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z sytuacją podobną do tej z Austrii, gdzie kobieta służy komuś jako narzędzie do zaspokajania żądz, a sadysta nie zwraca uwagi nawet na to, że ofiara stała się matką jego dziecka. Obie niewinne istoty przetrzymywane w piwnicy pewnego dnia zostają uwolnione i zaczyna się dramat naprawdę wielu osób.
Cara Hunter w imponujący sposób połączyła kilka spraw ze sobą tak, by móc faktycznie zaprezentować tę okropną historię z różnych punktów widzenia. Smaczku dodają liczne wstawki w stylu artykułów z gazet, tekstów z internetu wraz z obowiązkowymi komentarzami czytelników czy nawet zapisów wywiadów czy audycji radiowych. Czytelnik z jednej strony jest obserwatorem sytuacji, z drugiej strony jednak czułem się jak jeden z tych czytelników gazet; mieszkaniec Oksfordu z niepokojem sprawdzający media w poszukiwaniu informacji, czy sprawca został już schwytany, czy dowody są niepodważalne, czy psychopata zdolny do takich rzeczy zostanie zamknięty?
A potem się okazuje, że autorka jest jeszcze lepiej zna ludzi, i sytuacja rozwija się w kierunkach, które są prawie nie do przewidzenia. I jak każdy fan kryminałów wie - o to właśnie chodzi w tym biznesie. Ja już sięgam po następny tom przygód detektywa Fawleya.
In the dark
Wydawnictwo Filia 2019
niedziela, 31 marca 2019
Tam, gdzie kończy się inspiracja, zaczyna się kalka, czyli Tokyo Xanadu ex+
Po Tokyo Xanadu ex+ sięgnąłem tylko dlatego, że gra wydaje się być tak bardzo podobna do jednej z moich ulubionych serii: Persona. Także tu bohaterami będą uczniowie, którzy nie dość, że muszą uratować świat, to jeszcze muszą się… uczyć.
Początek jest bardzo klasyczny. Bohatera poznajemy w momencie, gdy odkrywa, że ze światem dzieje się coś dziwnego. Próbując stanąć w obronie zaatakowanej koleżanki wchodzi w tzw. Eclipse, który należy rozumieć jako typowy dungeon z japońskich gier RPG. Chwilę potem już wiemy, że Kou Tokisaka będzie protagonistą, który od bohaterów 3, 4 i 5 części Persony różni się kompletnie niczym.
Historia tu przedstawiona do odkrywczych nie należy. Rozdział po rozdziale obserwujemy Kou, który zagłębia się w świat Eclipse w bardzo klasycznym stylu, czyli ratując zaatakowanych jednocześnie buduje drużynę. Z czasem mamy do dyspozycji aż dziewięć postaci, którymi możemy przechodzić kolejne lochy, jak i wracać do tych już odwiedzonych.
Początek jest bardzo klasyczny. Bohatera poznajemy w momencie, gdy odkrywa, że ze światem dzieje się coś dziwnego. Próbując stanąć w obronie zaatakowanej koleżanki wchodzi w tzw. Eclipse, który należy rozumieć jako typowy dungeon z japońskich gier RPG. Chwilę potem już wiemy, że Kou Tokisaka będzie protagonistą, który od bohaterów 3, 4 i 5 części Persony różni się kompletnie niczym.
Historia tu przedstawiona do odkrywczych nie należy. Rozdział po rozdziale obserwujemy Kou, który zagłębia się w świat Eclipse w bardzo klasycznym stylu, czyli ratując zaatakowanych jednocześnie buduje drużynę. Z czasem mamy do dyspozycji aż dziewięć postaci, którymi możemy przechodzić kolejne lochy, jak i wracać do tych już odwiedzonych.
czwartek, 28 marca 2019
Horror, ale zbyt dosłowny, a szkoda - "Głód" Almy Katsu
Spodziewałem się książki, w której będzie to, co lubię najbardziej - ludzie postawieni w niewyobrażalnie trudnej sytuacji, a co za tym idzie wyjdzie na jaw cała prawda o naszym gatunku. I początkowo dokładnie to otrzymałem, połykałem stronę za stroną, nawet nie wiedząc kiedy czytnik wskazał około 250 stronę z ponad 500. Prości ludzie, z pieśnią i bogiem (wiadomo) na ustach, ruszają do Kaliforni. Jest rok 1846, a grupa licząca prawie sto osób to istna menażeria, zachowująca się dokładnie tak, jak zachowuje się tłum. Przywódcami zostają ludzie z majątkiem, nie z wiedzą, grupa bawi się jak na pikniku, a nie wyprawie, która ma dać im zupełnie nowy start, żywność się kończy, dyskusji nie ma, a zawiść powoduje, że nieliczni, którzy wiedzą, co robić są pozbawieni prawa głosu.
A potem się okazuje, że “Głód” Almy Katsu to jest horror. To nie jest powieść opisująca wyprawę tak, jak mogłaby ona wyglądać, gdzie w końcu ludzie aby przeżyć zmuszeni są do zrobienia rzeczy okropnych, które nie mieszczą się w głowie człowieka siedzącego wygodnie w ciepełku, z bieżącą wodą nieopodal i lodówką pełną polędwicy sopockiej. Mimo że książka wspaniale straszy samą ludzkością i motywami, które napędzają przeciętnego zjadacza chleba, to autorce to nie wystarczyło. I wielka szkoda.
Niestety z jakiegoś powodu pani Katsu za mało było grozy wywołanej faktami i brutalną rzeczywistością. Do opowieści wprowadzone zostały motywy, które bardzo trudno uznać za coś w rodzaju choroby, jakiejś pewnego przypadłości, która zmieniła ludzi czy też wywołała w nich prymitywne instynkty. Zdarzenia są nielogiczne pod względem realizmu, i choć do ostatnich chwil miałem nadzieję na wyjaśnienie, które będzie można po prostu przyjąć, może nawet z lekkim przymrużeniem oka, to niestety nie doczekałem się. Przedstawiona tu groza w pewnym momencie staje się bardzo dosłowna, niczym z prozy Stephena Kinga. Nie mam nic przeciwko tego typu horrorom, bzdury które próbują straszyć potrafią mi dać wiele przyjemności. Ale w przypadku “Głodu” po prostu szkoda wcześniejszych stron; groza wynikająca z zaniedbań ludzi, nieprawidłowej organizacji wyprawy oraz prymitywnych motywów napędzających członków byłaby o wiele większa i o wiele bardziej uderzająca, niż zupełnie zbyteczne w tym wypadku motywy… cóż, raczej mistyczne. Bo chorobą można wytłumaczyć wiele ludzkich zachowań, to jest w porządku. Ale autorka poszła dalej, zmieniając nie tylko psychikę, ale i wygląd zewnętrzny “chorych” do tego stopnia, że sorry, ale to po prostu brednie.
Klimat jest niezły, bohaterowie bardziej niż udani. Wielbicielom horroru powieść z pewnością się spodoba. Ale ci, którzy chcieli przeczytać po prostu dramat o strasznej, tragicznej w skutkach wyprawie, która okazała się katastrofą ze względu na błędy uczestników i pecha - ci będą rozczarowani. Jak ja.
The Hunger
Albatros 2018
A potem się okazuje, że “Głód” Almy Katsu to jest horror. To nie jest powieść opisująca wyprawę tak, jak mogłaby ona wyglądać, gdzie w końcu ludzie aby przeżyć zmuszeni są do zrobienia rzeczy okropnych, które nie mieszczą się w głowie człowieka siedzącego wygodnie w ciepełku, z bieżącą wodą nieopodal i lodówką pełną polędwicy sopockiej. Mimo że książka wspaniale straszy samą ludzkością i motywami, które napędzają przeciętnego zjadacza chleba, to autorce to nie wystarczyło. I wielka szkoda.
Niestety z jakiegoś powodu pani Katsu za mało było grozy wywołanej faktami i brutalną rzeczywistością. Do opowieści wprowadzone zostały motywy, które bardzo trudno uznać za coś w rodzaju choroby, jakiejś pewnego przypadłości, która zmieniła ludzi czy też wywołała w nich prymitywne instynkty. Zdarzenia są nielogiczne pod względem realizmu, i choć do ostatnich chwil miałem nadzieję na wyjaśnienie, które będzie można po prostu przyjąć, może nawet z lekkim przymrużeniem oka, to niestety nie doczekałem się. Przedstawiona tu groza w pewnym momencie staje się bardzo dosłowna, niczym z prozy Stephena Kinga. Nie mam nic przeciwko tego typu horrorom, bzdury które próbują straszyć potrafią mi dać wiele przyjemności. Ale w przypadku “Głodu” po prostu szkoda wcześniejszych stron; groza wynikająca z zaniedbań ludzi, nieprawidłowej organizacji wyprawy oraz prymitywnych motywów napędzających członków byłaby o wiele większa i o wiele bardziej uderzająca, niż zupełnie zbyteczne w tym wypadku motywy… cóż, raczej mistyczne. Bo chorobą można wytłumaczyć wiele ludzkich zachowań, to jest w porządku. Ale autorka poszła dalej, zmieniając nie tylko psychikę, ale i wygląd zewnętrzny “chorych” do tego stopnia, że sorry, ale to po prostu brednie.
Klimat jest niezły, bohaterowie bardziej niż udani. Wielbicielom horroru powieść z pewnością się spodoba. Ale ci, którzy chcieli przeczytać po prostu dramat o strasznej, tragicznej w skutkach wyprawie, która okazała się katastrofą ze względu na błędy uczestników i pecha - ci będą rozczarowani. Jak ja.
The Hunger
Albatros 2018
środa, 27 marca 2019
Realizm magiczny z innej strony, czyli G. Musso - "Papierowa dziewczyna"
Lubię tego pisarza, trudno nie lubić. Wie jak spowodować, by czytelnik z nim został, nawet jeśli prawie zawsze ma powieściom do zarzucenia to i owo. Powtarzam sobie: nie możesz wiecznie narzekać na rozwiązania w stylu hokus-pokus u twórcy, który porusza się w obrębie gatunku realizmu magicznego. I co pewien czas sięgam po kolejne książki, to kwestia czasu, kiedy znowu nabiorę ochoty.
W przypadku “Papierowej dziewczyny” Musso podszedł mnie z innej strony. Nie spodziewałem się tego ataku, przyznaję. Oto bowiem to, czego nie lubię - czyli pojawienie się kobiety, która niewątpliwie “wypadła” z książki bohatera, również pisarza - jest zatem tworem fantastycznym - zatem cała ta magia pojawia się niemal na początku lektury. Dotychczas w znanych mi powieściach Musso robił odwrotnie: tworzył interesujące, pełne napięcia sytuacje, a potem magia mi lekturę psuła. A tu od razu, bez czasu na odczuwanie żalu…
Trudno się oderwać od kolejnych wydarzeń, gdzie bohater jednocześnie powinien zrobić coś, by odzyskać płynność finansową, ponadto chciałby odzyskać utraconą kobietę, a na dodatek zaczyna wierzyć, że jest w stanie też zadziałać w celu poprawienia pogarszającego się zdrowia u kobiety, którą wymyślił, a która nagle pojawiła się w naszym świecie. No cały Musso.
Ok, słowa więcej nie napiszę, poza krótkim: zrobił mnie w konia ten Francuz. A ja bardzo lubię, jak się mnie robi w konia; uwielbiam, gdy totalnie nie jestem w stanie przewidzieć tego, co autor tak naprawdę chce powiedzieć. Bardzo fajna książka, może nie tyle dobra, co właśnie fajna, zdecydowanie warta tych kilku godzin lektury. Taki realizm magiczny to ja nawet lubię i polecam.
La fille de papier
Albatros 2011
W przypadku “Papierowej dziewczyny” Musso podszedł mnie z innej strony. Nie spodziewałem się tego ataku, przyznaję. Oto bowiem to, czego nie lubię - czyli pojawienie się kobiety, która niewątpliwie “wypadła” z książki bohatera, również pisarza - jest zatem tworem fantastycznym - zatem cała ta magia pojawia się niemal na początku lektury. Dotychczas w znanych mi powieściach Musso robił odwrotnie: tworzył interesujące, pełne napięcia sytuacje, a potem magia mi lekturę psuła. A tu od razu, bez czasu na odczuwanie żalu…
Trudno się oderwać od kolejnych wydarzeń, gdzie bohater jednocześnie powinien zrobić coś, by odzyskać płynność finansową, ponadto chciałby odzyskać utraconą kobietę, a na dodatek zaczyna wierzyć, że jest w stanie też zadziałać w celu poprawienia pogarszającego się zdrowia u kobiety, którą wymyślił, a która nagle pojawiła się w naszym świecie. No cały Musso.
Ok, słowa więcej nie napiszę, poza krótkim: zrobił mnie w konia ten Francuz. A ja bardzo lubię, jak się mnie robi w konia; uwielbiam, gdy totalnie nie jestem w stanie przewidzieć tego, co autor tak naprawdę chce powiedzieć. Bardzo fajna książka, może nie tyle dobra, co właśnie fajna, zdecydowanie warta tych kilku godzin lektury. Taki realizm magiczny to ja nawet lubię i polecam.
La fille de papier
Albatros 2011
wtorek, 26 marca 2019
Pisane bez emocji, odłożone bez żalu ("Skrucha" - Frode Granhus)
To bardzo interesujący przypadek - oto książka, która opowiada o bodaj najstraszniejszym koszmarze rodzica - zaginięciu/porwaniu dziecka, przy której nie czuć żadnych emocji. Podczas lektury przyszło mi do głowy, że powieść wygląda jak przegrany zakład, jakby Frode Granhus chciał udowodnić, że potrafi pisać w sposób, który zachowa w czytelniku uczucie obojętności. Bo wierzyć się nie chce, prawdę mówiąc, jak mało mnie obchodziła przedstawiona tu sprawa.
A przecież powinna, bowiem porwanie dziecka i w domyśle oczekiwanie na straszny koniec u każdego musi wywolać skrajne emocje, od strachu i niepokoju, do gniewu i wściekłości, chęci samodzielnego wymierzenia kary, wreszcie do zadumy: skąd się to bierze? Dlaczego niektórzy ludzie takie rzeczy robią? Co siedzi w głowie człowieka, by w ogóle o tym myśleć, a co dopiero wcielić w życie tak okropny plan, jakim jest porwanie sześcioletniej dziewczynki?
Nic z tego. Frode Granhus pokazał nawet interesujących bohaterów, bardzo poprawnie przedstawił zależności, w powieści chodzi o coś więcej, niż tylko kwestia śledztwa i wyścigu z czasem, czeka na nas na końcu trudne do przewidzenia zakończenie i niespodziewane “wow!”, ale… i tak nic z tego. Nie ma emocji, nie ma zaangażowania, nie ma zabawy. Jest rzemiosło i kolejna książka jakich setki, jeśli nie tysiące. Lektura zakończona dużym rozczarowaniem.
PS. W ogóle to ponoć trzecia powieść o jednym z przedstawionych bohaterów. Zupełnie tego nie widać. I zupełnie nie czuję chęci poznania innych.
Djevelanger
Świat Książki 2018
A przecież powinna, bowiem porwanie dziecka i w domyśle oczekiwanie na straszny koniec u każdego musi wywolać skrajne emocje, od strachu i niepokoju, do gniewu i wściekłości, chęci samodzielnego wymierzenia kary, wreszcie do zadumy: skąd się to bierze? Dlaczego niektórzy ludzie takie rzeczy robią? Co siedzi w głowie człowieka, by w ogóle o tym myśleć, a co dopiero wcielić w życie tak okropny plan, jakim jest porwanie sześcioletniej dziewczynki?
Nic z tego. Frode Granhus pokazał nawet interesujących bohaterów, bardzo poprawnie przedstawił zależności, w powieści chodzi o coś więcej, niż tylko kwestia śledztwa i wyścigu z czasem, czeka na nas na końcu trudne do przewidzenia zakończenie i niespodziewane “wow!”, ale… i tak nic z tego. Nie ma emocji, nie ma zaangażowania, nie ma zabawy. Jest rzemiosło i kolejna książka jakich setki, jeśli nie tysiące. Lektura zakończona dużym rozczarowaniem.
PS. W ogóle to ponoć trzecia powieść o jednym z przedstawionych bohaterów. Zupełnie tego nie widać. I zupełnie nie czuję chęci poznania innych.
Świat Książki 2018
poniedziałek, 25 marca 2019
Typowy Musso, czyli słów parę o "Wrócę po ciebie"
Po lekturze kolejnej powieści Guillaume Musso zaczynam mieć wrażenie, że facet robi to specjalnie. Zawsze zaczyna swoje historie tak, że lektura jest samą przyjemnością, a w głowie czytelnika zaczynają rodzić się coraz to ciekawsze pomysły na wyjaśnienie poznanych zdarzeń. I tu nie jest inaczej, bohater, psycholog, który ma tak ciekawy początek dnia, gdzie w ciągu kilku chwil dosłownie zniszczeniu ulega wszystko co tak misternie budował przez ostatnich piętnaście lat - początek jest jak zwykle: doskonały.
A potem, no cóż, wiem, że nie powinienem się dziwić, ale jednak mi zawsze żal… Potem okazuje się, że to będzie realizm magiczny. Że to, co czeka bohatera jest nie do wyjaśnienia w sposób inny, niż czary-mary-hokus-pokus.
Czy lektura na tym traci? I tak, i nie. “Wrócę po ciebie” ma do powiedzenia kilka prawd o życiu, o ludziach, o tym, co powinno być dla nas naprawdę ważne. Czy są to super odkrywcze i niezwykłe prawdy? Nie, to banały, które w sumie znamy i z którymi przeciętny człowiek się zgodzi. Mimo wszystko dobrze jest sobie przypomnieć co powinno być ważne, bowiem każdy to wie, ale niewielu na co dzień pamięta.
Sam realizm magiczny jest, jaki jest - albo się go przyjmuje, albo się Musso nie czyta. Pewien problem mam tylko z brutalnością książki. Choć opowiada historię o miłości, i chciałoby się powiedzieć, że wręcz “familijną”, to pewne wydarzenia są zbyt brutalne do stylu, po prostu nie pasują. Ostatecznie książkę odłożyłem z uczuciami tak mieszanymi, że aż ambiwalentnymi :-) Autor potrafi lepiej, tyle wiem na pewno.
A potem, no cóż, wiem, że nie powinienem się dziwić, ale jednak mi zawsze żal… Potem okazuje się, że to będzie realizm magiczny. Że to, co czeka bohatera jest nie do wyjaśnienia w sposób inny, niż czary-mary-hokus-pokus.
Czy lektura na tym traci? I tak, i nie. “Wrócę po ciebie” ma do powiedzenia kilka prawd o życiu, o ludziach, o tym, co powinno być dla nas naprawdę ważne. Czy są to super odkrywcze i niezwykłe prawdy? Nie, to banały, które w sumie znamy i z którymi przeciętny człowiek się zgodzi. Mimo wszystko dobrze jest sobie przypomnieć co powinno być ważne, bowiem każdy to wie, ale niewielu na co dzień pamięta.
Sam realizm magiczny jest, jaki jest - albo się go przyjmuje, albo się Musso nie czyta. Pewien problem mam tylko z brutalnością książki. Choć opowiada historię o miłości, i chciałoby się powiedzieć, że wręcz “familijną”, to pewne wydarzenia są zbyt brutalne do stylu, po prostu nie pasują. Ostatecznie książkę odłożyłem z uczuciami tak mieszanymi, że aż ambiwalentnymi :-) Autor potrafi lepiej, tyle wiem na pewno.
JE REVIENS TE CHERCHER
Albatros 2013
piątek, 22 marca 2019
Chyba jednak zbyt naciągane jak dla mnie, czyli "Pozwól mi wrócić" B. A. Paris
Trzecia książka B. A. Paris jest napisana w nieco innym klimacie, niż dwie poprzednie. Nie odczuwałem takiej gwałtownej potrzeby jak najszybszego dojścia do ostatnich stron, by wreszcie dowiedzieć się wszystkiego. Wręcz przeciwnie, całość zaprezentowanej tu historii niespecjalnie do mnie trafiła, wpierw tłumaczyłem sobie, że się po prostu delektuję, jednak po paru dniach do mnie dotarło, że powolne czytanie wynika głównie ze strachu, że końcówka będzie rozczarowująca.
I niestety taka była.
W moim przekonaniu powieść “Za zamkniętymi drzwiami” zbliża się do cienkiej linii, za którą jest już tylko groteska - ale jej nie przekracza. Z kolei “Na skraju załamania” w ogóle do tej linii nie podchodzi. Zakładałem optymistycznie, że kolejna powieść też będzie już tylko lepsza, wszak autorka nabiera doświadczenia. Niestety “Pozwól mi wrócić” opiera się w całości na historii, którą bardzo trudno ot tak, po prostu uznać, przyjąć, postawić na niej stabilną bazę do dalszej lektury.
Oczywiście to tylko ja. Jestem przekonany, że nie każdy z czytelników szuka dziury w całym, że ogromna większość zwyczajnie doceni klimat i napięcie, zamiast męczyć się z fundamentem opowieści. I dla takich czytelników “Pozwól mi wrócić” będzie kolejną bardzo dobrą książką nowej pisarki, póki co szturmem zdobywającej nasze uznanie.
Jedno w każdym razie przyznam także ja - B. A. Paris, pisząc swoje thrillery, przecież nie mówi o rzeczach czy kwestiach nowych. Jednak autorka póki co za każdym razem przedstawia swoje historie z innej strony, niż jesteśmy przyzwyczajeni. “Pozwól mi wrócić” nie jest tu wyjątkiem, także w tej powieści jest więcej, niż wymaga gatunek. I ta cecha twórczości autorki podoba mi się najbardziej.
I niestety taka była.
W moim przekonaniu powieść “Za zamkniętymi drzwiami” zbliża się do cienkiej linii, za którą jest już tylko groteska - ale jej nie przekracza. Z kolei “Na skraju załamania” w ogóle do tej linii nie podchodzi. Zakładałem optymistycznie, że kolejna powieść też będzie już tylko lepsza, wszak autorka nabiera doświadczenia. Niestety “Pozwól mi wrócić” opiera się w całości na historii, którą bardzo trudno ot tak, po prostu uznać, przyjąć, postawić na niej stabilną bazę do dalszej lektury.
Oczywiście to tylko ja. Jestem przekonany, że nie każdy z czytelników szuka dziury w całym, że ogromna większość zwyczajnie doceni klimat i napięcie, zamiast męczyć się z fundamentem opowieści. I dla takich czytelników “Pozwól mi wrócić” będzie kolejną bardzo dobrą książką nowej pisarki, póki co szturmem zdobywającej nasze uznanie.
Jedno w każdym razie przyznam także ja - B. A. Paris, pisząc swoje thrillery, przecież nie mówi o rzeczach czy kwestiach nowych. Jednak autorka póki co za każdym razem przedstawia swoje historie z innej strony, niż jesteśmy przyzwyczajeni. “Pozwól mi wrócić” nie jest tu wyjątkiem, także w tej powieści jest więcej, niż wymaga gatunek. I ta cecha twórczości autorki podoba mi się najbardziej.
Bring me back
Albatros 2019
czwartek, 21 marca 2019
Barbara Klicka - "Zdrój"
Niespecjalnie łatwa w odbiorze powieść, której bohaterką jest trzydziestoparoletnia mieszkanka Warszawy, która spędza miesiąc w sanatorium. Początkowo książka raczej łatwo przedstawia bohaterkę oraz jej towarzystwo na najbliższy czas. I tu można się delikatnie zachwycić brakiem skrępowania autorki, która po prostu jedzie z tym koksem, nie oszczędzając nikogo. Ani pozostałych kuracjuszy, prezentując ich kilka typów, a każdy jeden godny pogardy, choć jakże nam znany, ani personelu, który okazuje się w równym stopniu okazałą menażerią.
Tak gdzieś do połowy tej niedługiej książki lekko się zachwycałem opisami i sytuacjami, choć z każdą kolejną stroną opis jest nieco bardziej skomplikowany i wymagający wysiłku ze strony czytelnika. Nie jest to bowiem groteskowo-rzeczywisty opis stanu krajowej służby zdrowia czy też stosunku “białego personelu” do produktu, jakim jest ten okropny pacjent. Okazuje się, że “Zdrój” jest czymś o wiele większym, i mimo nikczemnego rozmiaru obejmuje znacznie szerszy plan, gdzie na pierwsze miejsce wychodzi bohaterka jako człowiek, który z chorobą, a co za tym idzie licznymi sanatoriami żyje całe swoje życie.
I jest to tło dla trochę bardziej wymagających analiz. Wymagających uwagi, ale i pewnego wysiłku ze strony czytelnika. Im bliżej końca tym mniej oczywiste się stają opisy bohaterki, i tym trudniej jest nadążyć za własnymi myślami, które gwałtownie próbują pozostać na tym samym poziomie, co literatura. Prawdę mówiąc nie wiem, czy podołałem. Swoje wrażenia mam, jak najbardziej, ale porównując je z niebywale pozytywnymi recenzjami szeroko rozumianego ogółu czuję się, jakbym w starciu ze “Zdrojem” niestety poległ.
Tak gdzieś do połowy tej niedługiej książki lekko się zachwycałem opisami i sytuacjami, choć z każdą kolejną stroną opis jest nieco bardziej skomplikowany i wymagający wysiłku ze strony czytelnika. Nie jest to bowiem groteskowo-rzeczywisty opis stanu krajowej służby zdrowia czy też stosunku “białego personelu” do produktu, jakim jest ten okropny pacjent. Okazuje się, że “Zdrój” jest czymś o wiele większym, i mimo nikczemnego rozmiaru obejmuje znacznie szerszy plan, gdzie na pierwsze miejsce wychodzi bohaterka jako człowiek, który z chorobą, a co za tym idzie licznymi sanatoriami żyje całe swoje życie.
I jest to tło dla trochę bardziej wymagających analiz. Wymagających uwagi, ale i pewnego wysiłku ze strony czytelnika. Im bliżej końca tym mniej oczywiste się stają opisy bohaterki, i tym trudniej jest nadążyć za własnymi myślami, które gwałtownie próbują pozostać na tym samym poziomie, co literatura. Prawdę mówiąc nie wiem, czy podołałem. Swoje wrażenia mam, jak najbardziej, ale porównując je z niebywale pozytywnymi recenzjami szeroko rozumianego ogółu czuję się, jakbym w starciu ze “Zdrojem” niestety poległ.
W.A.B. 2019
wtorek, 19 marca 2019
Dawno nie czułem takiego napięcia, czyli co się dzieje "Za zamkniętymi drzwiami" (B. A. Paris)
Ja się wcale nie dziwię sławie, jaką zdobyła B. A. Paris po wydaniu swojej debiutanckiej powieści “Za zamkniętymi drzwiami”. Idealny materiał na kasowy film, a długość książki jest idealna: jeden wieczór i po sprawie. Nie ma czasu się delektować lekturą, nie ma czasu na zrobienie obiadu czy wyjście z psem na spacer - “Za zamkniętymi drzwiami” należy skończyć na raz, przymus poznania zakończenia jest gigantyczny.
Poznajemy małżeństwo: Jacka i Grace. Nasza bohaterka długo nie znalazła męża, bowiem jasno stawia sprawę - zamierza całe życie opiekować się młodszą siostrą cierpiącą na Zespół Downa. Wreszcie poznaje Jacka - no po prostu mężczyznę idealnego. Aż do dnia ślubu.
To, co pokazuje nam B. A. Paris to zupełnie inny rodzaj przemocy, niż klasyczne maltretowanie fizyczne. Grace przeżywa tu rzeczy tak okropne, wręcz przerażające, oto bowiem mamy przedstawienie bestii w ludzkiej skórze, psychopaty absolutnego, wykonujące plan od A do Z, cierpliwie, krok po kroku. Natomiast tym, co powoduje, że nie można odłożyć książki/czytnika jest faktyczny motyw Jacka, to, o co mu naprawdę chodzi.
Ogromnym plusem książki jest także otoczenie Grace. Autorka zadbała, by nie prezentować jedynie strachu, i małymi kroczkami można dostrzec niewielkie promyki światła dookoła bohaterki. Posunę się nawet do stwierdzenia, że książka prócz rozrywki oferuje także nieco nauki, edukuje czytelnika, by czasem otworzyć oczy szerzej, wyjść ze wygodnego świata zbudowanego wokół siebie i sprawdzić, czy wokół nas, tuż obok, komuś nie dzieje się straszna krzywda.
Poznajemy małżeństwo: Jacka i Grace. Nasza bohaterka długo nie znalazła męża, bowiem jasno stawia sprawę - zamierza całe życie opiekować się młodszą siostrą cierpiącą na Zespół Downa. Wreszcie poznaje Jacka - no po prostu mężczyznę idealnego. Aż do dnia ślubu.
To, co pokazuje nam B. A. Paris to zupełnie inny rodzaj przemocy, niż klasyczne maltretowanie fizyczne. Grace przeżywa tu rzeczy tak okropne, wręcz przerażające, oto bowiem mamy przedstawienie bestii w ludzkiej skórze, psychopaty absolutnego, wykonujące plan od A do Z, cierpliwie, krok po kroku. Natomiast tym, co powoduje, że nie można odłożyć książki/czytnika jest faktyczny motyw Jacka, to, o co mu naprawdę chodzi.
Ogromnym plusem książki jest także otoczenie Grace. Autorka zadbała, by nie prezentować jedynie strachu, i małymi kroczkami można dostrzec niewielkie promyki światła dookoła bohaterki. Posunę się nawet do stwierdzenia, że książka prócz rozrywki oferuje także nieco nauki, edukuje czytelnika, by czasem otworzyć oczy szerzej, wyjść ze wygodnego świata zbudowanego wokół siebie i sprawdzić, czy wokół nas, tuż obok, komuś nie dzieje się straszna krzywda.
Behind Closed Door
Albatros 2017
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















