Pokazywanie postów oznaczonych etykietą logiczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą logiczna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 kwietnia 2024

Nie tylko czytelnik: "Piczle Cross: Story of Seasons", Nintendo Switch

No pewnie, że to żadne tam Story of Seasons, jedynie brand wykorzystany do zrobienia kolejnego produktu spod znaku „picross”. To nie pierwszy raz, gdy jedna z moich ulubionych serii jest wykorzystywana do czegoś innego, niż pełnoprawna gra, mieliśmy już gierkę spod znaku „match-3”. A może to było „Harvest Moon”? Wszystko jedno…

Mamy tu banalnie prostą grafikę uwijających się na farmie postaci, a ich kształt przypomina postaci z najlepszych części cyklu, czyli „Back to Nature” i „Friends of Mineral Town”. Ale jakby się nie uwijali, zadaniem gracza jest nic innego, jak tylko rozwiązywanie kolejnych puzzli, układanie kwadracików względem cyfr podanych na osiach X i Y planszy.

Gra oferuje przyzwoitą ilość etapów, a po zaliczeniu wszystkich jest jeszcze kilka(dziesiąt) dodatkowych plansz, które układają się w większe obrazki. Rozgrywka nie jest specjalnie trudna, swobodnie można zaliczyć wszystko, zebrać wszystkie osiągnięcia i zdobyć 100% i czuć się z tym świetnie. Zabawa akurat warta swojej ceny.

Niestety gra ma jedną wadę - otóż to zwykłe puzzle, trudno tu oczekiwać, aby konsola musiała sprostać jakimś super wyzwaniom. A jednak - Nintendo Switch na niektórych planszach zwyczajnie nie daje rady. Słaba optymalizacja, być może. Faktem pozostaje, że poruszanie się kursorem w największych układankach jest mocno spowolnione, gra zwyczajnie muli i trochę śmiech gracza bierze, że oto w zwykłej grze logicznej pozbawionej jakichkolwiek ozdobników graficznych konsolka nie daje sobie rady.

Mimo to warto, polecam, przyjemność na kilka dni. Z tych prostszych, zaznaczam. Nie banalnych dla dzieci, ale i niezbyt skomplikowanych.



wtorek, 6 sierpnia 2019

Przez takie gry tkwię przy konsolach od trzydziestu lat! (The Way Remastered)

Czasem człowiek ma farta. Jak ja, gdy po ponownym wejściu w posiadanie konsoli Nintendo Switch (a, co mi tam!), w oczekiwaniu na dostarczenie nowego Fire Emblem wszedłem w posiadanie gry The Way Remastered. Kosztowała mnie w eShopie mniej niż 4 zł, i aż mi głupio, że tak tanio ją dostałem, bo jest warta o wiele, wiele więcej.

Jako gracz, który karierę zaczynał na przełomie lat 80. i 90. na zawsze będę fanem gier ukazanych w widoku z boku, łączących w sobie elementy zręcznościowe z logicznymi. Jak klasyczny, nieśmiertelny Flashback, czy też moja chyba ulubiona gra wszechczasów (wyjąwszy Tetrisa) czyli Blackthorne. I dokładnie taką produkcją jest The Way. Tu od razu dodam, że Remastered dotyczy jedynie wersji na Switcha, podobno oryginalna The Way oferuje nieco mniej w kwestii zabawy, nie ma udźwiękowionych dialogów, a w wersji Remastered ponoć nawet zmieniono mechanikę i konstrukcję poziomów uwzględniając opinie graczy. Zatem The Way, dostępne na PC i konsoli Xbox One być może jest inną grą, nie aż tak dobrą. Moje peany dotyczą wersji na konsolę Nintendo Switch - niech to jest jasne.

czwartek, 1 sierpnia 2019

Solitairica, czyli pasjans, RPG, a nawet rogue-like

Trudno mi okreslić od kiedy - osobiście obstawiałbym moment pojawienia się słynnego Puzzle Quest - ale na rynku zaczęły się pojawiać interesujące połączenia gier logicznych z RPG. Takie, które poza samą zabawą typu puzzle oferują coś więcej, jakąś fabułę i kreatywne rozwinięcie pomysłów gry logicznej tak, by nadać zabawie coś w stylu początku, rozwinięcia i widocznego gdzieś na horyzoncie zakończenia. Czyli elementów, które rzadko są udziałem gier typu łamigłówki.

O ile Puzzle Quest wywołało całą hordę gier, które elementy RPG dodają do klasycznej zabawy typu “match three”, tak Solitairica na warsztat bierze jeden z najsłynniejszych, najczęściej występujących i jeden z najprostszych pasjansów, czyli znany z czasów Windowsa XP Solitaire.

Zadaniem gracza jest - ha, i tu niespodzianka! - układanie pasjansa. Solitaire to pasjans polegający na układaniu ciągów wartości w obie strony, czyli na dwójkę można dać trójkę - lub asa i od nowa, i tak dalej. Fabuła opowiada o próbie pokonania tak zwanych “armies of Stuck”, a akcja dzieje się w krainie o wdzięcznej nazwie Myriodd. Dobrze postawiony pasjans zdejmuje z planszy wszystkie karty - wówczas przeciwnik rzucony do walki z graczem zostaje pokonany. Poziom życia gracza zobrazowany jest przy pomocy wartości czerwonego serca, a sam pasjans składamy z kart o różnych kolorach, które oznaczają statystyki gracza. Cztery kolory (plus piąty jako wartość pieniężna) oznaczają cztery energie: atak, obronę, zręczność oraz siłę woli. No RPG jak się patrzy.

niedziela, 3 marca 2019

Pablos gracz: Idealny zabijacz czasu, zawsze pod ręką – oto Pug’s Quest

W ostatniej paczce gier mobilnych od Humble Bundle trafiłem m.in. na grę Pug’s Quest, która urzekła mnie od pierwszych chwil. Oto idealny sposób na zabicie naprawdę krótkich przerw między codziennie wykonywanymi czynnościami. Tytuł wprost stworzony do szybkich partyjek pozwalających na moment uciec od monotonii w szkole/pracy/kościele.

W grze wcielamy się w rolę psa o imieniu Pug. A tytułowym zadaniem jest uratowanie trojga kumpli, których niecny hycel wziął i zamknął za kratami. Rozgrywka to połączenie zabawy zręcznościowej z prostymi zagadkami, a sposób sterowania idealnie komponuje się z dotykowymi ekranami.

Akcję obserwujemy z góry, a zaprezentowana jest przy pomocy klasycznego już dla małych gier pixel artu. Zabawa polega na dotarciu do wyjścia z niedużych etapów, by przejść dalej. Droga jednak jest zablokowana przeróżnymi przeszkadzajkami, zarówno przeciwnikami, poruszającymi się jak żołnierze w MGS (tj. po ustalonej z góry ścieżce), jak i po prostu pułapkami. A to trafimy na lód, a to dziura z ruchomą platformą, a to most, który po wejściu nań zaczyna znikać, to znowu ogromne śmigła, nie wiem, może z klimatyzacji, pomiędzy którymi należy przejść.

Pugiem sterujemy przy pomocy ruchu palca po ekranie w wybranym kierunku, jednym z czterech. Można palec przytrzymać, nie trzeba klikać z każdym krokiem. Ponieważ w grze chodzi przede wszystkim o wynik punktowy, warto zaryzykować i zbierać po drodze psie smakołyki.



A skoro już mowa o wyniku punktowym, dla którego ten tytuł został zaprojektowany (i dla acziwmentów, ofkoz), warto powiedzieć dwa słowa o systemie, na którym zabawa się opiera. Otóż plansz jest około stu, jednak nie mają żadnej kolejności. Po prostu etapy umieszczone są w trzech światach różniących się wyglądem, a jedyna zasada jest taka, że po zaliczeniu trzech zmieniamy świat. Z tym, że nigdy nie wiemy jaka będzie kolejność, bowiem o ile same etapy nie są generowane losowo, a z góry zaprojektowane, tak losowo są numerowane i rzucane przed graczem.

Niestety nie wiem, czy istnieje tu koniec zabawy inny, niż zgon z powodu utraty ograniczonej ilości żyć. Gra nie jest super trudna, nie wywala gracza od razu, ale cóż, prawie sto etapów? To sporo, i dla mnie jedyne, co się liczy, to pobicie własnego rekordu punktowego, o żadnym innym zakończeniu przygody na razie nawet nie marzę. I totalnie mi to odpowiada – Pug’s Quest jest rozrywką bardzo wciągającą, sesje może nie są zbyt długie (ale robię się coraz lepszy, wiadomo, xp leci), za to są częste, gra bowiem dostarcza naprawdę wiele przyjemności.

Pablos gracz: Jeśli mało Ci serii „Go”, bierz Geostorm, możesz nawet bez płacenia

Geostorm to bardzo udane nawiązanie do znanej serii Go, wykorzystującej bohaterów znanych z cykli Tomb Raider, Hitman czy ostatnio także Deus Ex. Jest to gra logiczna, w której przesuwamy bohatera po z góry zaplanowanych ścieżkach tak, aby dotarł do celu likwidując po drodze wszystko, co przeszkadza. Gra nawet oferuje jako taką fabułę, ot, tyle by wiedzieć po co właściwie bohaterowie wykonują swoje czynności. Mamy do czynienia z czymś na kształt ekologicznej katastrofy na całej Ziemi, wywołanej przejęciem przez „złe siły” sieci satelitów kontrolujących warunki pogodowe.

Jednym z lepszych motywów w Geostorm zastosowanych jest wprowadzenie kilku postaci grywalnych. Zaczynamy w Dubaju, gdzie będziemy kierować krokami księgowej, próbującej uciec z biurowca zalanego przez tsunami. Następnie trafimy do wypełnionego śniegiem i lodem Afganistanu, potem do Orlando, gdzie trwa burza elektryczna, wreszcie będziemy mieli okazję zbadać przestrzeń kosmiczną.

Każda z postaci posiada te same możliwości, czyli może się poruszać, wspinać na niewielkie wysokości, pływać. Różnią się jednak etapy, i tak księgowa ma do czynienia głównie z zagadkami logicznymi dotyczącymi manipulowaniem zebraną w pokojach wodą, zaś w Afganistanie bawimy się przede wszystkim rozbijaniem lodowisk, po których bohater nie potrafi swobodnie się poruszać, bowiem się ślizga. Etapów nie znajdziemy przesadnie dużo, jednak obietnica producenta o wielogodzinnej rozgrywce nie jest tylko sloganem. W takich grach bowiem nie chodzi jedynie o dojście do końca planszy, do jej opuszczenia. Często ta czynność nie jest nawet przesadnie wymagająca. Jednak istotne jest to, by po drodze wykonać dodatkowe wyzwania.



Czasem jest to ograniczenie ilości ruchów, tzn. dostaniemy więcej punktów (nie wspominając o satysfakcji) za dojście do wyjścia poniżej określonej ilości kroków. To jest akurat słabe, bo nijak ma się do fabuły; sam wolę nieco bardziej oparte w historii wyzwania. Ale na szczęście takich nie brakuje, księgowa ma możliwość wyciągania danych z biurowych komputerów, żołnierz zbiera dane z rozbitych stacji pogodowych, podobne zadania mają pozostałe postaci. I dopiero wtedy odczuwamy radość, gdy do wyjścia z planszy zebraliśmy to, co trzeba, a by to uczynić czeka gracza niejedno powtórzenie etapu, szukanie najlepszej drogi, kombinowanie co i w jakiej kolejności ruszyć, by móc wszystko zaliczyć.

Gra jest absolutnie godna polecenia. Warto także dodać, że można w nią grać na cebulowych zasadach, i zamiast wydać na całość około 20 złotych oglądać reklamy pomiędzy etapami. Wybór należy do gracza, skoro producent taką możliwość daje, nie widzę powodu, by nie skorzystać.

No i wreszcie Geostorm ma jedną, wielką zaletę. A może wadę. Zależy od gracza. Jest to tytuł odrobinę łatwiejszy od Hitmana Go, czy Deus Ex Go. Faktycznie oferuje zabawę bez frustracji, którą niejeden gracz mógł odczuwać przy wyżej wymienionych produkcjach. Z drugiej strony Geostorm zapewnia mniejsze wyzwanie, ale moim skromnym zdaniem i tak oferuje zabawę na dobrym poziomie. Prawdę mówiąc sam nie potrafiłem się oderwać.

Pablos gracz: No, teraz to już mobilna sekcja Square Enix ma we mnie fana, czyli o Deus Ex Go

Strasznie przyjemnie jest móc chwalić twórców cyklu gier. Ale w tym wypadku nie da się inaczej, bowiem mobilna dywizja Square Enix na pochwały zdecydowanie zasługuje. Od premiery Hitman Go pomysł na logiczną grę na dotykowym ekranie jest sukcesywnie rozwijany, zatem Deus Ex Gowykorzystuje wiele pomysłów z przygód Agenta 47, dodając sporo z Lara Croft Go, ale nie poprzestając na tym. Szacunek u twórców wzrasta kolejny raz, bowiem ostatnia (jak na razie) odsłona cyklu Goznowu dodaje sporo interesujących rzeczy, bardzo umiejętnie wykorzystując świat, z jakiego Jensena znamy.

Kto gościa kojarzy z konsol siódmej i ósmej generacji, ten wie, jak istotna w grach z Adamem jest fabuła. I oto pierwsza niespodzianka – gra oferuje całkiem interesującą historię, tj. dialogi, trzymające gracza już nie tylko ze względu na samą rozgrywkę, ale i wydarzenia.

Zadbano także, żeby rozgrywka nie była jedynie powieleniem przygód poprzednich bohaterów. Istotnym czynnikiem jest zmiana zasad rządzących przeciwnikami. Nie są już tak ślepi, zasady dotyczące widoczności naszej postaci są zmienione, mocno przebudowując gameplay. Wciąż mamy do czynienia z grą logiczną, ale nie sposób nie odnieść wrażenia, że łamigłówka stała się w jakiś sposób skradanką, z których Adama Jensena kojarzymy.



Świat Deus Ex to cyberpunk, i spieszę donieść, że różnego rodzaju przeszkadzajki na drodze naszego bohatera zostały w cyberpunku przyjemnie umieszczone. Gdy wrogowie Adama dostrzegą, zamieniają się w niezniszczalnych, włączając jakieś swoje implanty, zaś sam Jensen potrafi się zrobić na parę chwil niewidzialny, nie wspominając o ciekawym wykorzystaniu i osadzeniu w grze logicznej możliwości zdalnego dostępu czy hakowania przeróżnych terminali.

Pewnie, że na siłę znajdziemy parę rzeczy, do których można się przyczepić. Najbardziej zabolał mnie moment, w którym należy wykorzystać zupełnie nowy gadżet, by przejść dalej. Jednak gra w żaden sposób o gadżecie nie informuje, gracz nawet nie wie, że jest w posiadaniu czegoś nowego. Zmarnowałem tu parę chwil, nim dotarłem do sensu etapu, oj, zmarnowałem. Ale prawdę powiedziawszy to drobnostki, a gra oferuje wyzwanie na przyzwoitym poziomie, ciekawą fabułę, zupełnie nie marnuje ani bohatera, ani świata znanego z cyklu “dużych” gier, no i często bywa w promocjach za naprawdę parę złotych. Nic, tylko polecać, co też z tego miejsca robię.

Pablos gracz: Oto jak należy robić mobilne wersje znanych hitów, czyli o Lara Croft Go słów kilka

Sukces gry Hitman Go zachęcił producenta do przygotowania kolejnych edycji opartych na podobnym pomyśle, w których tym, co zachęci graczy do zabawy będzie znany bohater. Tak otrzymaliśmy mobilne przygody Larcy Croft i Adama Jensena.

Lara Croft Go choć powiela większość rozgrywki z przygód łysego agenta, to jednak wizualnie prezentuje się o niebo lepiej. Otóż teraz zabawa nie przypomina gry planszowej, na której przesuwają się nieruchome figury. Lara choć porusza się na podobnych, niemal identycznych zasadach, to jednak ładnie się animuje, wspina, biega, skacze i walczy. Istotną zmianą, która mnie tak drażniła w Hitman Go jest fakt, iż nie musimy przesuwać palca bezpośrednio na postaci bohaterki, a jedynie gdzieś na ekranie.

Wielbicieli łamigłówek zachęcać nie trzeba, ale gra jest na tyle dobrze zbalansowana, że i gracze na codzień stroniący od tytułów logicznych powinni się dobrze bawić. Na planszach poza problemem, jakim jest samo z nich wyjście, dodano także nieco znajdziek, ładnie komponujących się z bohaterką, jej zawodem i elementami, z którymi Larę kojarzymy. Niejeden raz można tytuł przechodzić, wracać do etapów już odwiedzonych i zaliczonych, tylko po to, by móc zdobyć kolejne osiągnięcia za relikty, a nawet nowe stroje bohaterki, w tym wiele “historycznych”, na widok których niejeden starszy gracz poczuje odrobinę nostalgii.



Gra oferuje ponadto możliwość dostosowania ustawień graficznych, rzecz coraz częściej spotykaną w grach mobilnych. I tak można sobie polepszyć płynność na słabszym urządzeniu lub zachwycać animacjami i szczegółową grafiką na tych potężniejszych. Bardzo dobrym pomysłem jest także dodanie możliwości zapisu tytułu w chmurze, co pozwala w pracy/szkole/kościele grać na smartfonie, a w domu przełączyć się na coś z większym ekranem i przygodę w prosty sposób kontynuować.

Lara Croft Go należy do tych rzadkich gier, które wystarczy opłacić raz, bez wikłania się w pierdyliard żenujących mikropłatności, oglądanie reklam czy inne wersje cebulactwa naszych czasów. Dodając do tego fakt, iż jest bardzo często w promocji (i w Humble Bundle) nie pozostaje mi nic innego, jak gorąco Was do zakupu zachęcić. Jest to pewne wyzwanie dla gracza, ale tym większa satysfakcja po ukończeniu.

Pablos gracz: Sympatyczna gra do zaliczenia za jednym zamachem, w sam raz na niedzielne popołudnie (Whispering Willows)


Co i rusz trafiałem na ten tytuł przy przeglądaniu zawartości sklepu PlayStation Store. Jednak jakoś nigdy nie trafiłem na sensowną promocję, a za tak krótką grę głupio mi płacić 40 zł. Cóż, nie samym PlayStation człowiek żyje; gra w wersji na Androida kosztuje prawie połowę mniej, a że posiada wsparcie dla kontrolerów, wygodnie zagrałem na mojej Nvidii Shield TV.

Whispering Willows opowiada o poszukiwaniach ojca. Bohaterka – dziewczynka o imieniu Elena – dostaje się do opuszczonego domostwa w celu odnalezienia taty, który pracował tu jako dozorca. Coś jednak się stało, coś, w co zaangażowane najwyraźniej były siły nadnaturalne. Elena jednak jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, posiada bowiem umiejętność kontaktu z duchami, a już pierwszy napotkany – duch szamana indiańskiego plemienia – daruje jej specjalny naszyjnik, który moce dziewczyny dodatkowo wzmocni.