Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obcy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 kwietnia 2026

John Wyndham - "Kukułcze jaja z Midwich"

Minęło wiele lat, odkąd przeczytałem “Dzień Tryfidów” Johna Wyndhama. Dziś nie pamiętam już fabuły, za to pamiętam emocje, jakie mi towarzyszyły. Zupełnie nie wiem dlaczego potem nie sięgałem po inne pozycje tego pisarza. Teraz jednak trafiła się okazja, zupełnym przypadkiem zobaczyłem Jego nazwisko w Wehikule Czasu od Rebisu (swoją szosą tryfidów też tu wznowili). Pełen nadziei na podobne emocje sięgnąłem po “Kukułcze jaja z Midwich”. 

Jedno się zupełnie nie zmieniło - talent Twórcy do prowadzenia fabuły. Jest dynamicznie, poznajemy wydarzenia poprzez wyraziste postaci, mające swoją charakterystykę, szybko czujemy, że są realnymi postaciami, prawdziwymi. Książka nie każe nam przedzierać się przez tony tekstu, który jest nie zawsze zrozumiały dla przeciętnego czytelnika (co się czasem zdarza w SF, a może nawet częściej niż czasem), całość zbudowana jest raczej na rozmowach, dialogach i na próbach adaptowania się bohaterów do szybko zmieniającego się otoczenia. 

Oto więc poznajemy postaci, które skupione są wokół miejscowości Midwich, gdzie pewnego dnia dzieje się coś dziwnego. Kontakt z miastem został utracony, a ktokolwiek próbuje się tam dostać - zasypia. Nim zapadły decyzje co w tej sytuacji robić, sytuacja wraca do normy. A jednak, niebawem, okazuje się… Ja wiem, że prawie siedemdziesiąt lat po napisaniu książki przez Autora trudno uniknąć spoilerów, mimo to i tak, a nawet tym bardziej, nie będę nic zdradzał. Prawdę mówiąc tytuł książki jest wystarczająco sugestywny, nie trzeba zbyt wiele dodawać. A im szybciej Czytelnik wpadnie na pomysł “o co chodzi” tym lepiej się poczuje, miłe emocje. Proszę, unikajcie czytania opisu, dziś blurby i opisy są tak łopatologicznie kreowane, że bardzo psują przyjemność czytania i poznawania, poważnie, unikajcie. 

Jest to jedna z tych powieści science fiction, która zamiast ostrzegać przed czymś, nawoływać do przygotowań, planów na każdą okazję, procedur i innych regulaminów (tfu!) raczej skłania do myślenia. Jaka jest moja moralność? A jaka jest Twoja? Wyndham pisze rzecz tak, że na koniec lektury pozostaje wyrwa w Czytelniku, niemal fizycznie odczuwalny brak czegoś, jakiegoś elementu. Co my byśmy zrobili? A co by zrobili nasi “rządzący”? Strach się bać. Zdecydowanie polecam, to jest łatwe w lekturze science fiction. Ale niełatwe po lekturze. Rewelacja.

poniedziałek, 24 czerwca 2019

„Koniec dzieciństwa”, czy koniec wszystkiego? Pisze Arthur C. Clarke

Trochę nie chce się wierzyć, że Arthur C. Clarke napisał tę powieść w roku 1953. Bo na pierwszy rzut oka tego nie widać; powieść nie oferuje opisu gadżetów, które dziś moglibyśmy nazwać “retrofuturystycznymi”, nie prezentuje też żadnych postaw, które można by kojarzyć z tak odległymi czasami.

Oto nad największymi miastami świata pojawiły się statki obcych - trudno o lepszy początek książki. Błyskawicznie okazuje się, że opór nie ma sensu, nawet wystrzelona w kierunku jednego ze statków bomba nuklearna nie odnosi żadnego efektu (nawet nie niszczy samego miasta, “zupełnie przypadkowo” należącego do “potencjalnego wroga”). Nie, żeby opór był konieczny, raczej leży w ludzkiej naturze. Obcy błyskawicznie wskazują ONZ jako klasę przywódców, komunikując się bezpośrednio z sekretarzem generalnym. Krok po kroku, obserwując kolejne dni sekretarza przyzwyczajamy się do sytuacji, która dla części społeczeństwa jest niemalże spełnieniem marzeń. Oto bowiem na Ziemi nie mają już znaczenia poszczególne państwa. Nie ma wojen. Nie ma głodu, klęsk spowodowanych działalnością człowieka. Panuje powszechny dobrobyt, z tym, że nad głowami ludzie mają tajemniczych obcych. Potrzeba pokoleń, nim przybysze zdecydują się pokazać swoje oblicza, a książka skacze coraz to bardziej w przód.

Książka najbardziej spodoba się tym pesymistom (tudzież: realistom), którzy porzucili już nadzieję na świetlaną przyszłość gatunku ludzkiego. Autor pokazuje, że jedynym sposobem na zaprzestanie niszczenia wszystkiego wokół dla człowieka jest postawienie kogoś nad człowiekiem, kogoś na straży, kogoś wskazującego drogę i posiadającego odpowiednie narzędzia do wymuszenia posłuszeństwa.

Oczywiście jest to tylko część książki. Autor bowiem im bliżej końca tym bardziej wchodzi w rejony, które historię mi psuły. Choć początkowo wyraźnie podkreśla, że wiara w religie i mistycyzm powodowały głównie zło, wykorzystując ludzką głupotę i naiwność, ostatecznie tworzy z powieści o ludziach coś, co wcale nie jest łatwo zrozumieć. Jakby na przekór sobie, a może właśnie zgodnie z poprzednim tokiem rozumowania - nadzieją na przetrwanie tak niszczycielskiego gatunku jest ewolucja, być może pod czułym nadzorem wyższej cywilizacji.

Koniec może się podobać, nie musi - nieważne. Niezależnie od tego “Koniec dzieciństwa” skłania do myślenia, prowokuje do zastanowienia się nad pewnymi kwestiami dotyczącymi gatunku ludzkiego. I warto sobie przypomnieć, że już siedemdziesiąt lat temu ci mądrzejsi poruszali takie tematy. I że naprawdę musi się coś zmienić. A czasu coraz mniej.

Childhood's End
Rebis 2019

niedziela, 3 marca 2019

Literatura przygodowa w otoczeniu science fiction, czyli nowoczesny Star Trek dla starszego czytelnika (R. J. Szmidt - "Łatwo być bogiem")

Robert J. Szmidt to postać, która cieszy się ogromnym szacunkiem za dokonania w polskiej fantastyce. Człowiek-instytucja, osoba odpowiedzialna za liczne przedsięwzięcia na polu szeroko rozumianej fantastyki, od literatury począwszy, w tym także jako tłumacz, przez kreację magazynów i liczących się dziś nagród, do filmu a nawet gier wideo. A przy tym pisarz, który zawsze wywoływał u mnie uczucie głębokiej konfuzji. Oto twórca opowiadań, które w większości przypadków idealnie trafiały w mój gust, których tytuły pamiętam nawet po latach (co jak dla mnie jest czymś absolutnie niespotykanym) oraz powieści, których kompletnie nie byłem w stanie doczytać do końca, chyba że na siłę. Widząc nazwę: „Pola dawno zapomnianych bitew”, którą kojarzę z opowiadań właśnie, tym razem jednak w formie powieści, postanowiłem kolejny raz zmierzyć się z książką pana Szmidta. I wreszcie trafiłem dobrze.

W przeciwieństwie do pozycji takich jak „Kroniki jednorożca. Polowanie”, „Zaklinacza”, czy „Apokalipsy według pana Jana”, tym razem wrażenie, że powieść „sama się czyta”, wrażenie znane z opowiadań pisarza właśnie, trwało długo, grubo przez ponad połowę książki. Po wstępie przedstawiającym interesującego bohatera i spotkanie z rasą Obcych, w którym mocno czuć niejakiego Deanikena, przechodzimy do części właściwej. Przedstawienie Henryana to literatura przygodowa na najwyższym poziomie, gdzie czytelnik coraz mocniej jest uderzany przez kolejne, nieprzewidziane elementy. A gdy sytuacja się nieco uspokaja, po całej tej dawce akcji, autor przechodzi do nieco innych klimatów, w których mocno czuć ducha starych, dobrych epizodów serialu Star Trek (jednak w bardzo nowoczesnym wykonaniu), a momentami nawet można odnieść wrażenie, że tekst podchodzi pod mistrza Roberta J. Sawyera. Tak, dwóch Robertów J., przypadek? Nie sądzę.

Autorowi udało się upchnąć w książce imponującą ilość pomysłów, czasem mocno od siebie odległych. Rzecz czyta się tak dobrze, jak dobrze ogląda się niezły film science fiction, w którym jest miejsce i na przedstawienie ciekawych koncepcji (więzienie tak straszne, że możliwość otrzymania szansy na samobójstwo jest nagrodą oraz znana z federacji zasada nieingerowania w cywilizacje będące na niższym poziomie rozwoju), ale też na sporo akcji i wyzwań, z którymi bohaterowie muszą się mierzyć. Owszem, w drugiej połowie powieści impet nieco traci na sile, jednak znowu przy końcówce robi się coraz bardziej ciekawie, i już bym sięgał po drugi tom cyklu, gdyby nie fakt, że na dzień dzisiejszy jest niedostępny w abonamencie Legimi. W każdym razie: zdecydowanie polecam, to czysta, niczym nieskrępowana rozrywka, przy czym nie znaczy to, że prymitywna lub prosta, wręcz przeciwnie. Wspaniała przygoda w ciekawej rzeczywistości pod dobrą zabawą skrywająca interesujące tematy.

Rebis 2014

piątek, 15 lutego 2019

Carl Sagan – „Kontakt”

Z uczuciem lekkiego wstydu i przykrością dołączę do tych czytelników, którzy nad książkę Carla Sagana przedkładają film z Jodie Foster. Tak, tak, wiem, sam to mawiam co jakiś czas: film nigdy nie będzie lepszy od książki! Jasne, jednak w tym wypadku nie chodzi tyle o to, co jest lepsze, a zwyczajnie to, co jest o wiele, wiele łatwiejsze w odbiorze.

„Kontakt” przedstawia historię naukowca, doktor Ellie Arroway, kobiety, która poświęciła swoją karierę dla dość wyśmiewanej wśród innych jajogłowych teorii kontaktu z cywilizacją pozaziemską. Zaangażowała się w projekt Argus, w filmie bodajże przemianowany na znacznie jaśniejszą dla czytelnika nazwę: SETI. Carl Sagan przygotował opowieść bardzo rozbudowaną, gdzie na czynniki pierwsze rozkłada różne ciekawe teorie, przedstawia naukę w czystej postaci, ale… No właśnie, jest jedno ale. Autor z pewnością świetnie się spisał, bowiem element „science” w książce wcale do zrozumienia trudny nie jest. Nie sam w sobie. Gorzej, że sposób pisania powieści jest średnio angażujący. Bardzo często musiałem wracać do poprzednich stron, by umiejscowić czas a często także miejsce akcji, proza bowiem jest bardzo usypiająca.

Choć z początku nic na to nie wskazuje. Wręcz przeciwnie: początek książki mnie zwalił z nóg, i już planowałem te peany pochwalne, jakie zostaną zawarte w mojej opinii o książce. Przedstawienie Ellie od czasów jej narodzin, wraz z jej rodzicami (bo w książce życie bohaterki jest kompletnie inne, niż w filmie) to kawałek tak doskonałej narracji, jakiej nie powstydziłby się sam Stephen King. Oderwać oczu nie można od lektury o małej dziewczynce i jej ojcu, którzy genialnie się nawzajem uzupełniają. Ellie jest bardzo inteligentna i od dziecka stawia interesujące pytania. Carl Sagan wspaniale się spisał opowiadając o młodym, chłonnym umyśle i tej niesamowitej chęci zdobywania wiedzy. Tym bardziej boli, że nagle, dosłownie ze strony na stronę Ellie trafia do szkół wyższych, lektura staje się mętna, a potem znowu nagle jest już znanym naukowcem, lektura pozostaje do samego końca książki bardzo wymagająca; a wcześniejszy polot pisarza gdzieś znika.

Tak, jak film opowiada przede wszystkim o samym Kontakcie, tym, na którego tak wielu czeka i w którego tak wielu wierzy, to znowu książka Kontakt traktuje jako jeden z elementów, jakie autor pragnie zaprezentować. Innymi elementami są: mnóstwo bolesnej prawdy o ludziach, odważne (u nas, na Zachodzie raczej normalne) poglądy na temat religii i roli wiary, a także samego Boga w życiu człowieka oraz szeroko rozumianej filozofii. Ten motyw także dość ciekawie pokazany był w filmie, jednak w książce jest przedstawiony w o wiele bardziej dogłębny sposób.

„Kontakt” to powieść, za którą stoi nie tylko pisarz, ale przede wszystkim naukowiec. Niech to zdanie będzie moją linią obrony. Powiedzmy, że to właśnie naukowiec, a nie pisarz planował historię, stąd oferuje bardzo wiele, ale także sporo od czytelnika wymaga. Nie będę udawał mądrzejszego, niż jestem: lektura trwała długo, a po ukończeniu prawie od razu powtórzyłem sobie film, żeby zapamiętać przesłanie, tym razem opowiedziane ze znacznie większymi emocjami, i zapomnieć o częstych problemach z utrzymaniem uwagi.

Robert J. Sawyer często odnoszący się do „Kontaktu” w powieści „Rollback” miał rację: idea przyświecająca Saganowi jest wspaniała, a wiara i nadzieja w przyszłość zwalają z nóg. Ale autor mocno tę książkę przegadał, a o dynamice opowieści zapomniał, nie oferując odpowiednich emocji na poziomie samej lektury. I to psuje zabawę, a szkoda, bo „Kontakt” naprawdę mówi o rzeczach pięknych.

Contact
Wydawnictwo Express Books 1991

środa, 1 maja 2013

Orson Scott Card & Aaron Johnston - "W przededniu"

“Saga Endera” to bardzo mocno eksploatowane uniwersum. Po genialnej, absolutnie wspaniałej, wybitnej “Grze Endera” Orson Scott Card napisał około mnóstwa kolejnych części, mniej lub bardziej powiązanych z samym Enderem. Filozoficzne dalsze dzieje bohatera, następnie pokaz towarzyszy Endera, którzy pozostali na Ziemi w “Sadze Cienia”, a jakby tego było mało doszły opowiadania oraz “Ender na wygnaniu”, swego rodzaju łącznik między “kosmicznymi” losami Endera i “ziemskimi” działaniami Groszka i reszty ferajny.

Mimo to ktoś uznał, że świata przedstawionego przez Carda wciąż jest za mało. Podobno wszystko zaczęło się od komiksowej wersji “Gry Endera”. Że niby zachwyt czytelników doprowadził do powstania następnego “spin-offu”, tym razem pokazującego tego, co działo się przed nadejściem Endera. Czyli do pierwszego spotkania ludzi z Formidami.

Problem zaczyna się już przed rozpoczęciem lektury. Wszyscy, którzy znają “Grę Endera” doskonale wiedzą, że Formidzi jako rasa obcych nie byli istotnym elementem tej wspaniałej książki. Byli tłem, obowiązkowym wypełniaczem, powodem, dla którego Orson Scott Card mógł przedstawić w tak ciekawy sposób historię chłopca, od którego zależą losy świata. Zwani przez ludzi Robalami nie tylko z powodu pogardy dla przeciwnika, ale także ze względu na swoją odmienność, brak samodzielnego myślenia, “owadzi” sposób funkcjonowania. Dopiero w kontynuacjach rozpoczętych słynnym “Mówcą Umarłych” Card zaczął się z Formidami bawić, próbował przedstawić ich dokładniej, konkretniej.

A teraz mamy powieść o pierwszym spotkaniu ludzi z Robalami. Czego się tu można spodziewać? Zwłaszcza, że doskonale wiemy, iż ludzkość przeciwnika odeprze i dopiero po wielu latach walki przystąpi do swoistego “ostatecznego rozwiązania”, w którym kluczem będzie Ender Wiggin. Autorzy musieliby wysilić się podwójnie, by uwagę czytelnika po pierwsze w ogóle uzyskać, a po drugie utrzymać. I z przykrością stwierdzam, że niestety im się to nie udało.

Za dużo tu kombinowania w stylu: “zróbmy to tak, aby nie wydać jednej książki. Wydajmy przynajmniej trzy, trzy się lepiej sprzedadzą, niż jedna”. Dla mnie tak właśnie wygląda “W przededniu”. Książka jest rozpisana zbyt szczegółowo tam, gdzie to zbędne i zbyt powierzchownie tam, gdzie bywa interesująco.

Mamy tu trzy główne wątki. Życie wolnych górników miewa swoje momenty, nie brakuje trudnych spraw i sytuacji, Card nie byłby sobą, gdyby nie dorzucił typowo ludzkich problemów. W tym wypadku mowa jest o egzogamii, czyli konieczności wybierania partnera życiowego spoza grupy, by nie dopuścić do związków ludzi o tych samych genach. Jest to ciekawe, nie da się ukryć. Jednak Card to mormon, i to zazwyczaj w jego książkach widać, nie każdemu spodoba się tego rodzaju podporządkowanie, posłuszeństwo, jakim cechują się bohaterowie.

Pozostałe wątki także miewają swoje momenty. Szef korporacji o swojsko brzmiącym imieniu Lem to postać niejednoznaczna, zatem interesująca. Daleko mu jednak do Hyruma Graffa czy Hegemona, i od pewnego momentu dalsze działania Lema są dość proste do przewidzenia. Z kolei najbardziej rozczarowujący jest wątek trzeci, toczący się na Ziemi. W pierwszej chwili mamy do czynienia w wielkim “WOW!”, bowiem rzecz zdaje się dotyczyć Mazera Rackhama, postaci doskonale czytelnikowi znanej. Jednak szybko okazuje się, że ta bardziej militarystyczna strona książki błyskawicznie gubi się w kwestiach zdecydowanie zbyt szeroko opisywanych. Widać, że książka jest nadmuchiwana na siłę z myślą o kolejnych tomach, które z całą pewnością zamierzam przeczytać... ale nie powiem, bym jakoś specjalnie na nie czekał. 

Obiektywnie jest to stosunkowo ciekawa, raczej dobra książka science fiction. Jednak jej wartość jest mocno zaniżona przez gigantyczne oczekiwanie, jakie mają fani "Sagi Endera" i "Sagi Cienia". Zdecydowanie chciałem więcej i lepiej; opowieści z polotem, porywającej, od której nie można się oderwać. A “W przededniu” taką historią nie jest, na tle swoich sławnych i obsypanych nagrodami poprzedników wypada bardzo blado, i czuję się jednak rozczarowany.

Earth Unaware
Prószyński i S-ka 2013

sobota, 31 marca 2012

Nancy Kress - Prawdopodobieństwo, tom 1. "Księżyc prawdopodobieństwa"

Jestem wielkim fanem książki “Hiszpańscy żebracy”, której autorka - Nancy Kress - na zawsze zapisała się w mojej pamięci jako ktoś niebywale fachowy, obeznany z przeróżnymi, dość trudnymi tematami, a przy tym nie zapominający o dobrej narracji. Do “Księżyca prawdopodobieństwa” podchodziłem jednak bez nadmiernego entuzjazmu, a to przez dwie kontynuacje “Żebraków”, które najzwyczajniej w świecie mi nie podeszły - znacznie odstają moim zdaniem poziomem od części pierwszej.

Książka, wydana przez nową, zasługującą nie tylko na uwagę, ale i na szczery doping, inicjatywę - Wydawnictwo Almaz, to opowieść w dużej mierze przypominająca dzieła innych twórców. A szczególnie innej uznanej autorki - Ursuli K. Le Guin i Jej cyklu “Ekumena”. Jak bowiem się okazuje, rzecz dzieje się na planecie, zamieszkanej przez mocno przypominające ludzi istoty, a zadaniem badaczy przybyłych z naszego Układu Słonecznego jest (a przynajmniej wydaje się, że jest) zbadanie tak zwanej “dzielonej rzeczywistości”. Otóż Światanie (od słowa Świat, jakim skromnie nazywają swoją planetę) funkcjonują w sposób odmienny od ludzi. Ich pojmowanie otaczającego świata i rzeczywistości jest jakby wspólne, czego jednak nie należy mylić z jednym, potężnym umysłem. Sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, a Nancy Kress z właściwą sobie odwagą i lekkością pióra tłumaczy co też Jej przyszło do głowy.

Z “Ekumeny” wzięte jest samo badanie obcej kultury, włączywszy w to także kompletny zestaw zachowań, jakie antropolog powinień przedsięwziąć, uważając, by dowiedzieć się jak najwięcej, ale niczego nie ruszać, nie zmieniać, nie wprowadzać nowości, nie dostosowywać Świata do właściwego nam pojęcia o życiu i trwaniu. Także wielbiciele “Świata Rocannona”, czy “Lewej ręki ciemności” powinni być zadowoleni.

Drugim elementem, który w równej mierze przewija się przez całą opowieść jest znane nam już z chociażby “Żebraków” zamiłowanie autorki do kreowania sytuacji, jakie w literaturze nazywa się fantastyką socjologiczną. I ta strona mnie osobiście interesowała o wiele bardziej, stąd też moje jednak pewne rozczarowanie, bowiem spodziewałem się znacznie więcej. O ile socjologia w sensie komunikacji i prób zrozumienia dwóch różnych ras jest bez zarzutu (tu znowu “Ekumena”), o tyle zależności między badaczami, nazwijmy ich dla uproszczenia: Ziemianami, są o wiele za skromne, by zadowolić moje potrzeby :-) Oczywiście postaci są na swój sposób ciekawe, jednak przez większość lektury miałem stałe wrażenie ich “papierowości”, braku polotu w podejmowaniu decyzji i niedostatecznego zaangażowania względem tych, którzy pozostali na orbicie. A szybko się okazuje, że tamże właśnie dzieje się coś, czym czwórka badaczy powinna się zainteresować... Dopiero w momencie kryzysu do głosu nieco bardziej dochodzi kwestia przystosowania, przeżycia, panika, szybkie podejmowanie decyzji - jest ono jednak tylko chwilowe. Niedługo potem wracamy do spokojnej, nawet leniwej lektury.

Książka opowiada historię mimo wszystko ciekawą, nie może być inaczej, przecież to Nancy Kress. Jednak według mnie jest za mocno przegadana, by porządnie wczuć się w atmosferę Świata i wydarzeń, jakie rozgrywają się dookoła niego, na orbicie. Rozmowy między bohaterami są i owszem, dobrze przygotowane pod względem przekazania czytelnikowi wiedzy i uzmysłowienia mu wszelkich problemów, lecz z drugiej strony często te same rozmowy wydawały mi się sztuczne, nadmiernie rozbudowane, wypełnione zdaniami zbędnymi z punktu widzenia samej opowieści. Jakby w autorce zwyciężył nauczyciel przekazujący wiedzę, a sprawny pisarz, dla którego najważniejsza jest jednak sama historia odszedł na dalszy plan. Naprawdę trudno mi powiedzieć, czy po kolejne tomy “Prawdopodobieństwa” sięgnę, ten jednak polecam, choć zdecydowanie bardziej fanom “Ekumeny” niż “Hiszpańskich Żebraków”.

Probability Moon, Wydawnictwo Almaz 2012, 268 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

piątek, 18 listopada 2011

Larry Niven "Pierścień"

Zaliczany do ścisłego kanonu science fiction “Pierścień” Larry’ego Nivena prędzej czy później trafi na półkę każdego, kto lubi ten gatunek. Nie mam najmniejszych wątpliwości - jest to książka, która obok "Kawalerii kosmosu", "Diuny", "Władców marionetek", "Fundacji", "Odysei kosmicznej 2001" czy "Wiecznej wojny" tworzy silną grupę pozycji, bez których fantastyka naukowa byłaby znacznie uboższa.
Otwierając bardzo fajnie wydaną przez Solaris książkę spodziewałem się twardej science fiction, czując lekką obawę przed lekturą, która wpierw zdobyła wszystkie najważniejsze dla fantastyki nagrody, a ponadto od czterdziestu jeden lat otrzymuje same pozytywne recenzje.

Okazało się jednak, że “Pierścień” wcale nie jest lekturą trudną. Wydaje mi się, że wszelkie zaprezentowane tu przez autora pomysły są nawet o wiele łatwiej i przystępniej wyjaśnione, niż zdarza się to zazwyczaj. A pomysłów jest wiele, jeszcze zanim dotrzemy do samego Pierścienia zostaniemy zarzuceni ciekawymi rozwiązaniami, jakie Niven sobie wyobraził w przyszłości naszego gatunku.

Książka sporo mówi o przeludnieniu, i to nie tylko na samej Ziemi i u gatunku ludzkiego. Podobne problemy mają też inne rasy tu pokazane. Gdy powieść powstawała był to chyba jeden z ważniejszych dla nauki tematów, stąd takie podejście autora. Opis codziennego życia ludzi został wielokrotnie powtórzony w różnych filmach i serialach, ruchome chodniki, portale teleportacyjne, kontrola urodzin, nagradzanie lub karanie możliwością (lub jej brakiem) posiadania dzieci... Dziś to wszystko znamy, jednak na tym etapie historii autor bez problemu utrzymuje uwagę czytelnika. Wydaje mi się, że dzieje się tak głównie dzięki systemowi, w jakim cała opowieść została utrzymana. Przypomina ona po prostu powieść przygodową, w której pojawia się pewien cel, w związku z czym musi się utworzyć także drużyna śmiałków, do zbadania tego celu. Także wszystko, co poznamy na temat niebywale długiego życia ludzi, technologii, jaka jest w ich posiadaniu, historii, która doprowadziła do tego, czy ludzie są jedną z najbardziej pokojowo nastawionych ras(!?) jest w tle opowieści właściwej, a jest nią wyprawa w nieznane. Dosłownie.

Autor zadbał o to, by rasy obcych były interesujące. Kzinowie z ich osobliwym poczuciem honoru, lalkarze, których mimo wielokrotnego przeczytania opisu wciąż nie potrafię sobie wyobrazić oraz technologie, jakimi dysponują wypełniają powieść od początku do końca, dbając o czytelnika, nie narzucając zbyt wiele nowości na raz, ale stopniowo ukazując wizję autora. W końcu jednak dochodzimy do Pierścienia, który jest pomysłem tak genialnym, że spokojnie można zamknąć książkę i długie chwile sobie go wyobrażać, czując autentyczny respekt przed Budowniczymi tego cudu oraz przed samą ideą, wręcz monumentalną.

Nie mniej ciekawą kwestią od samego Pierścienia jest historia, powody, które doprowadziły do aktualnie istniejącej sytuacji między rasami. I znowu: autor krok po kroku podaje kolejne informacje, które składają się razem na wizję w pewien sposób mogącą zwalić czytelnika z nóg. Próby “wymuszenia” pojawienia się szczęścia u niektórych osobników jako cechy dla nich charakterystycznej może i nieco naiwnie są wytłumaczone, ale efekt...! Znowu chce się zamknąć książkę i po zastanowieniu się nad efektem autentycznego posiadania “wymuszonego” szczęścia czytelnik może dojść do wniosków przerażających. Spotkałem się z opiniami, że ten temat jest najsłabszym elementem historii, ale według mnie jest jednym z mocniejszych, naprawdę daje kopa. Poza tym akcja jest cały czas utrzymana w formie wielkiej przygody. Począwszy od przygotowań do lotu, gromadzenia członków załogi, samej wyprawy oraz wreszcie badania Pierścienia - całość składa się z dziesiątek krótkich, szybkich wydarzeń pełnych akcji, podczas których można się zżyć z bohaterami.

Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że czegoś tu brakuje. Po tak słynnym tytule chyba jednak oczekiwałem jeszcze więcej, niż dostałem. Może było tu jednak zbyt wiele akcji i przygód? W pewnych chwilach bywało one lekko męczące, chciałem zobaczyć rozwiązania i wyjaśnienia, a znowu czytałem o kolejnych problemach, na jakie załoga (a może nawet: drużyna... Pierścienia?) trafiała. Samo zakończenie też jest zupełnie inne od tego, na jakie byłem nastawiony, z pewnością w pewien sposób zaspokaja głód, ale trudno nazwać je sycącym. No, ale jak dobrze wiadomo, książka rozrosła się w cały cykl, doczekała się też swojego prequela, przypuszczam zatem, że autor zdąży jeszcze wiele wyjaśnić w pozostałych tomach serii.

Ringworld, Solaris 2010, 386 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

poniedziałek, 26 września 2011

Peter Watts "Ślepowidzenie"

Naprawdę brzydzę się faktem, że nie znajduję słów na nieco bardziej konkretne wyrażenie swojej opinii o powieści “Ślepowidzenie” Petera Wattsa. Pal sześć, gdybym jeszcze uznał ją za dzieło wybitne - wtedy nieumiejętność wypowiedzenia się w temacie świadczyłaby na plus dla książki. Ale choć doceniam wyobraźnię oraz pomysłowość autora, jednocześnie będę się upierał przy stwierdzeniu, że rzecz mogłaby być napisana... no właśnie, jak? Czy wypada napisać: ciekawiej? No, raczej nie wypada... To może: jaśniej? Kurczę, też nie, bo w sumie AUTENTYCZNIE NAPRAWDĘ BARDZO skomplikowana książka nie jest, da się ją zrozumieć. To może spróbuję w ten sposób: powieść zawiera w sobie mnóstwo pomysłów, przemieszanych razem, z których wyszło coś zdecydowanie godnego uwagi, coś nowego, niespotykanego. Ale - bo musi być ale - mimo wszystko jako czytelnik miałem problemy z utrzymaniem uwagi (co brzmi żałośnie, wiem) i momentami potrafiłem sobie znaleźć inne zajęcia tylko po to, by jeszcze do lektury nie wracać (profanacja, wiem). Coś tu nie pasuje, czegoś brakuje, jakiegoś magicznego elementu, który spajałby wszystkie pomysły, wciśniętą tu bez problemu filozofię i nauki humanistyczne oraz znajdujące się tutaj także nauki ścisłe w jedną, konkretną całość.

Oczywiście, że wizja Kontaktu według Petera Wattsa musi się podobać. To proste - takiej formy spotkania jeszcze nie znałem, a wszystko, co pierwsze, jest najlepsze. To jak z płytami Ozzy’ego Osbourne’a - każda taka sama jak poprzednia, zatem która najlepsza? Rzecz jasna ta, którą poznaliśmy najwcześniej.

Sam nie wiem, co mi się bardziej podobało - i wbrew pozorom nie jest to zaleta, a właśnie wada, ta niemożność zdecydowania się nad najlepszym pomysłem, ona zbyt mocno miesza w głowie ;-) Czy przedstawienie postaci, po operacjach pozbawionych półkul mózgowych, w celu sprawniejszego i zdrowego dorastania? A może wplecenie wampira do załogi, albo Bandy Czworga, czyli czterech osób zamieszkujących jedno ciało? Mogłaby to być też wizja Nieba, sztucznie stworzonego świata wirtualnego, gdzie sami jesteśmy sobie wszystkim. Albo “chiński pokój”, czyli masakrująca umysł teoria, w myśl której możliwe jest porozumiewanie się z innymi, jednocześnie bez zrozumienia siebie nawzajem. Ha! Świetne. Mam wrażenie, że wiele razy tego doświadczyłem, szczególnie w przypadku rozmów z księżmi i nauczycielami ;-)

Żeby przeczytać i “zrozumieć to, co autor miał na myśli” trzeba mieć otwarty umysł. A pod koniec lektury i tak może się okazać, że owej otwartości nie wystarczyło i że teraz, po zabawie ze “Ślepowidzeniem” trzeba będzie sobie kilka spraw przemyśleć i od nowa poukładać, o ile to jeszcze w ogóle możliwe :-)

Blindsight, MAG 2008, 328 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

niedziela, 30 stycznia 2011

Robert A. Heinlein "Władcy marionetek"

Bohaterem książki jest agent - typowy, amerykański agent jednej z setek agencji, które Stany posiadają i używają do przeróżnych celów. Jak się okazuje, sprawa, którą mu aktualnie zlecono nie jest wcale taka typowa. Nie będzie trzeba jechać na Węgry, do Czechosłowacji czy popijając wódkę udowadniać swoje umiejętności językowe w ZSRR. Jest znacznie gorzej: najprawdopodobniej Ziemię zaatakowali kosmici, z gatunku tych najgorszych, czyli takich, z którymi nie ma możliwości porozumienia. Albo my, albo oni.

Rzecz dzieje się w niedalekiej przyszłości. Książka jest napisana jak film akcji, niewiele autor poświęca miejsca na opisywanie wszelakich wynalazków, jakie postanowił podarować ludziom, tu i ówdzie poczytamy o jakichś czipach w ciele, w mózgu, ciekawe są narkotyki spowalniające czas, dzięki którym można np. poświęcić ostatnie godziny przed egzaminem na naukę, rozkładając je do kilku dni. Wiemy, że kolonizacja kosmosu się rozpoczęła, że trwały jakieś prace na Wenus...

Powieść momentami przypomina komiks, tak wiele tu akcji, klasycznych dla tego gatunku dialogów i rozwiązań fabularnych. Nawet opis uczucia rodzącego się między agentami oraz emocji, jakie towarzyszą w sytuacji, gdy szefem agencji jest własny ojciec przedstawione są tak, jak kadry w komiksie o Supermanie czy innym gościu w rajtuzach. Ma to swój klimat, trzeba przyznać. Tak samo trzeba przyznać, że powieść, choć napisana została SZEŚĆDZIESIĄT lat temu, w ogóle nie została dotknięta starością. Czyta się jednym tchem i z ogromną przyjemnością. Na deser zostają wszystkie smaczki, które potem, w kolejnych tysiącach książek opisujących inwazję z kosmosu zostały powielone. Cóż, Heinlein był jednym z pierwszych i jego wizja trwale odcisnęła swoje piętno na licznych twórcach powieści, filmu czy komiksu. Wielka rzecz, ci “Władcy marionetek”, prawdopodobnie jedna z największych w gatunku SF.

The Puppet Masters, Solaris 2007, 320 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl