Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierwszy kontakt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierwszy kontakt. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 kwietnia 2026

John Wyndham - "Kukułcze jaja z Midwich"

Minęło wiele lat, odkąd przeczytałem “Dzień Tryfidów” Johna Wyndhama. Dziś nie pamiętam już fabuły, za to pamiętam emocje, jakie mi towarzyszyły. Zupełnie nie wiem dlaczego potem nie sięgałem po inne pozycje tego pisarza. Teraz jednak trafiła się okazja, zupełnym przypadkiem zobaczyłem Jego nazwisko w Wehikule Czasu od Rebisu (swoją szosą tryfidów też tu wznowili). Pełen nadziei na podobne emocje sięgnąłem po “Kukułcze jaja z Midwich”. 

Jedno się zupełnie nie zmieniło - talent Twórcy do prowadzenia fabuły. Jest dynamicznie, poznajemy wydarzenia poprzez wyraziste postaci, mające swoją charakterystykę, szybko czujemy, że są realnymi postaciami, prawdziwymi. Książka nie każe nam przedzierać się przez tony tekstu, który jest nie zawsze zrozumiały dla przeciętnego czytelnika (co się czasem zdarza w SF, a może nawet częściej niż czasem), całość zbudowana jest raczej na rozmowach, dialogach i na próbach adaptowania się bohaterów do szybko zmieniającego się otoczenia. 

Oto więc poznajemy postaci, które skupione są wokół miejscowości Midwich, gdzie pewnego dnia dzieje się coś dziwnego. Kontakt z miastem został utracony, a ktokolwiek próbuje się tam dostać - zasypia. Nim zapadły decyzje co w tej sytuacji robić, sytuacja wraca do normy. A jednak, niebawem, okazuje się… Ja wiem, że prawie siedemdziesiąt lat po napisaniu książki przez Autora trudno uniknąć spoilerów, mimo to i tak, a nawet tym bardziej, nie będę nic zdradzał. Prawdę mówiąc tytuł książki jest wystarczająco sugestywny, nie trzeba zbyt wiele dodawać. A im szybciej Czytelnik wpadnie na pomysł “o co chodzi” tym lepiej się poczuje, miłe emocje. Proszę, unikajcie czytania opisu, dziś blurby i opisy są tak łopatologicznie kreowane, że bardzo psują przyjemność czytania i poznawania, poważnie, unikajcie. 

Jest to jedna z tych powieści science fiction, która zamiast ostrzegać przed czymś, nawoływać do przygotowań, planów na każdą okazję, procedur i innych regulaminów (tfu!) raczej skłania do myślenia. Jaka jest moja moralność? A jaka jest Twoja? Wyndham pisze rzecz tak, że na koniec lektury pozostaje wyrwa w Czytelniku, niemal fizycznie odczuwalny brak czegoś, jakiegoś elementu. Co my byśmy zrobili? A co by zrobili nasi “rządzący”? Strach się bać. Zdecydowanie polecam, to jest łatwe w lekturze science fiction. Ale niełatwe po lekturze. Rewelacja.

niedziela, 3 marca 2019

Literatura przygodowa w otoczeniu science fiction, czyli nowoczesny Star Trek dla starszego czytelnika (R. J. Szmidt - "Łatwo być bogiem")

Robert J. Szmidt to postać, która cieszy się ogromnym szacunkiem za dokonania w polskiej fantastyce. Człowiek-instytucja, osoba odpowiedzialna za liczne przedsięwzięcia na polu szeroko rozumianej fantastyki, od literatury począwszy, w tym także jako tłumacz, przez kreację magazynów i liczących się dziś nagród, do filmu a nawet gier wideo. A przy tym pisarz, który zawsze wywoływał u mnie uczucie głębokiej konfuzji. Oto twórca opowiadań, które w większości przypadków idealnie trafiały w mój gust, których tytuły pamiętam nawet po latach (co jak dla mnie jest czymś absolutnie niespotykanym) oraz powieści, których kompletnie nie byłem w stanie doczytać do końca, chyba że na siłę. Widząc nazwę: „Pola dawno zapomnianych bitew”, którą kojarzę z opowiadań właśnie, tym razem jednak w formie powieści, postanowiłem kolejny raz zmierzyć się z książką pana Szmidta. I wreszcie trafiłem dobrze.

W przeciwieństwie do pozycji takich jak „Kroniki jednorożca. Polowanie”, „Zaklinacza”, czy „Apokalipsy według pana Jana”, tym razem wrażenie, że powieść „sama się czyta”, wrażenie znane z opowiadań pisarza właśnie, trwało długo, grubo przez ponad połowę książki. Po wstępie przedstawiającym interesującego bohatera i spotkanie z rasą Obcych, w którym mocno czuć niejakiego Deanikena, przechodzimy do części właściwej. Przedstawienie Henryana to literatura przygodowa na najwyższym poziomie, gdzie czytelnik coraz mocniej jest uderzany przez kolejne, nieprzewidziane elementy. A gdy sytuacja się nieco uspokaja, po całej tej dawce akcji, autor przechodzi do nieco innych klimatów, w których mocno czuć ducha starych, dobrych epizodów serialu Star Trek (jednak w bardzo nowoczesnym wykonaniu), a momentami nawet można odnieść wrażenie, że tekst podchodzi pod mistrza Roberta J. Sawyera. Tak, dwóch Robertów J., przypadek? Nie sądzę.

Autorowi udało się upchnąć w książce imponującą ilość pomysłów, czasem mocno od siebie odległych. Rzecz czyta się tak dobrze, jak dobrze ogląda się niezły film science fiction, w którym jest miejsce i na przedstawienie ciekawych koncepcji (więzienie tak straszne, że możliwość otrzymania szansy na samobójstwo jest nagrodą oraz znana z federacji zasada nieingerowania w cywilizacje będące na niższym poziomie rozwoju), ale też na sporo akcji i wyzwań, z którymi bohaterowie muszą się mierzyć. Owszem, w drugiej połowie powieści impet nieco traci na sile, jednak znowu przy końcówce robi się coraz bardziej ciekawie, i już bym sięgał po drugi tom cyklu, gdyby nie fakt, że na dzień dzisiejszy jest niedostępny w abonamencie Legimi. W każdym razie: zdecydowanie polecam, to czysta, niczym nieskrępowana rozrywka, przy czym nie znaczy to, że prymitywna lub prosta, wręcz przeciwnie. Wspaniała przygoda w ciekawej rzeczywistości pod dobrą zabawą skrywająca interesujące tematy.

Rebis 2014