Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucinda Riley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucinda Riley. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 sierpnia 2023

Lucinda Riley, Harry Whittaker - cykl Siedem Sióstr, tom 8. "Atlas. Historia Pa Salta"

Z prawdziwą przyjemnością czytałem cykl Siedem Sióstr, większość epizodów mi się podobała. Bardzo lubię takie dłuższe, rozbudowane formy, w których do bohaterów mogę się przyzwyczaić na dłużej, z którymi nie muszę się tak od razu po zamknięciu czytnika rozstawać.

Autorka niestety odeszła, jednak pozostawiła wystarczająco dużo informacji o planowanym dodatkowym tomie, by jej syn mógł podarować czytelnikom możliwość ponownego wejścia do świata Pa Salta i jego adoptowanych córek.

Książkę czyta się tak, jakby w całości napisała ją Lucinda Riley. Gdyby nie dodatkowe nazwisko na okładce nigdy bym się nie domyślił, że był ktoś jeszcze. Sam powrót do córek Pa Salta był dużą przyjemnością, książkę poznawałem w formie audiobooka, rozpisanego na kilkoro lektorów. Przez większą część lektury mamy do czynienia z pamiętnikiem Atlasa, a wrażenie podczas poznawania kolejnych rozdziałów jest takie, jak przy poprzednich epizodach - bardzo dużo lukru na tym słodkim pączku; opowieść raczej piękna niż osadzona w realnym świecie, pisana ku pokrzepieniu serc i namawiania innych do czynienia dobra, a nie prezentowania historii, która faktycznie mogłaby się wydarzyć.

Tak do końca oczywiście zadowolony nie jestem, Autorzy bowiem w pewnych momentach zupełnie się nie wysilili, stosując zagrywki, których czytelnik się obawia od początku, łatwe, ograne. Chciałbym więcej niespodzianek, ale nie szkodzi, książki nie sposób nazwać słabą czy kiepską. Wybitna też nie jest, jest po prostu ok. Kto polubił cykl, ten i tu odnajdzie te same emocje, jakich cykl dostarczał.

niedziela, 3 marca 2019

Rozkoszne głupoty, czyli „Dziewczyna na klifie” Lucindy Riley

Tak sobie mniej więcej wyobrażałem literaturę “kobiecą”, którą strasznie mocno próbuje napisać wielka fanka tego typu literatury. Próbuje, próbuje, ale to trudne, to niełatwe. Brnie dalej, był pewien pomysł, tu się noga powinęła, tam było ślisko i nastąpił upadek, wreszcie ostatkiem sił Lucinda Riley dobrnęła do końca i z poczuciem spełnionego marzenia, ale i pewnym strachem przed czytelnikami książkę wypuściła do ludzi.

Pewnie, że autorka nie pisała “Dziewczyny na klifie” jako debiutu. Ba, za sobą miała już całkiem sporo innych powieści, wydanych także pod pseudonimami, nim przyszedł czas na dzieje Grani i Aurory. Powieść jest jednak tak rozkosznie głupawa (ale nie głupia), tak czarująco oczywista w kolejno następujących wydarzeniach i tak wdzięcznie próbująca choć odrobinę dodać do treści cokolwiek niespodziewanego, że Lucinda Riley jawi się nie jako pisarka z dorobkiem, ale debiutantka właśnie, a przede wszystkim wielka fanka tego typu powieści. Z gatunku, który naprawdę lubię.

Gdyby to była moja kolejna powieść autorki, pewnie byłbym rozczarowany, może nawet oburzony banałami, jakimi strzela do nas pani Riley w “Dziewczynie na klifie”. Ale to nasze pierwsze spotkanie, i nim pozwolę sobie na jakąś trwalszą opinię, muszę przeczytać coś więcej. Sam bawiłem się nieźle, ale chyba jednak bardziej z powodu rozczulająco spapranej opowieści, niż samej fabuły czy przeżyć bohaterów. Dla takich rzeczy stworzono abonament – pewnie wydanych pieniędzy na zakup bym żałował, ale czytając w abonamencie nie żałuję ani chwili spędzonej z tym uroczym potworkiem.