czwartek, 20 maja 2021

Kristin Hannah - "Prawdziwe kolory"

Niewiele brakowało, bym uznał, że “Prawdziwe kolory” mogą stać na półce tuż obok “Wielkiej samotności” tej samej autorki. Powieść wciąga w podobny sposób, przez spory fragment lektury masakruje czytelnika, pokazując życie takim, jakie często bywa - w którym musimy się zgodzić z niesprawiedliwością i uznać, że pewne sprawy musimy odpuścić, by w ogóle mieć chęć do dalszej egzystencji.

Bohaterkami są córki ranczera, które poznajemy w momencie śmierci ich matki. Kilka lat potem, jako młode kobiety ruszają w swoje strony, wciąż jednak pozostając w okolicy rodzinnego domu. Tylko najmłodsza faktycznie wciąż mieszka z ojcem. Vivi Ann w pewnym momencie swojego życia staje w trudnej sytuacji: ma szansę przeżyć życie bezpiecznie, z solidnym mężczyzną, lub wywołać chaos, stanąć naprzeciw wszystkich, ale przeżyć prawdziwą, dziką miłość. Brzmi jak początek romansu, ale “Prawdziwe kolory” to nie romans, a dramat.

Powtarzając się po poprzednich opiniach o powieściach Kristin Hannah - tak, od tej również nie mogłem się oderwać. Dałem się totalnie wciągnąć w świat trzech kobiet (ok, dwóch, trzecia jest raczej tłem, choć niezbędnym) i przeżywałem emocje związane z sytuacją, w jakiej zostały postawione. Szkoda tylko, że im bliżej końca, tym większą czułem obawę, że autorka tym razem chce nam zafundować zakończenie prosto z bajki. Niestety, nie pasuje ono do całości, psuje doskonały dramat, i nie chodzi o to, że lubię jak książki całkowicie depczą swoich bohaterów, nic z tych rzeczy. Ostatnie kartki powieści wyglądają tak, jakby pisał je ktoś inny, a nie kobieta odpowiedzialna za stworzenie poprzednich trzystu stron. I tak warto po książkę sięgnąć, ale samo zakończenie do historii tu przedstawionej nie pasuje.

True Colors, Świat Książki 2014

środa, 19 maja 2021

O nowym starcie na Alasce opowiada Kristin Hannah

Kolejna powieść Kristin Hannah i kolejne godziny spędzone na pełnej emocji lekturze, gorączkowym przesuwaniu stron w czytniku - słowem jak za starych, dobrych lat, gdy od co drugiej książki nie dało się oderwać. Tym razem wielki bonus już na starcie: oto amerykańska rodzina z lat siedemdziesiątych wyrusza na Alaskę by zacząć wszystko od nowa. Szybko dowiadujemy się, że stan też w niczym nie przypominał wówczas tego znanego z naszych czasów; pięćdziesiąt lat temu Alaska wciąż była dzika, a każdy dzień był walką o zdobycie jak największej ilości zapasów na długą zimę. Komu marzy się życie w mniejszym gronie, gdzieś, gdzie nie ma upałów, i gdzie natura powoduje, że mężczyzna faktycznie powinien mężczyzną pozostać, temu nie trzeba mówić nic więcej o miejscu akcji.

Bohaterami jest małżeństwo z córką. On jakiś czas temu wrócił z Wietnamu, teraz jest wrakiem człowieka, cieniem dawnego siebie, nie potrafi utrzymać żadnej pracy, nie jest w stanie żyć z ludźmi - stale pakuje się w kłopoty. Ona nie potrafi wyjść z roli zakochanej nastolatki (którą już dawno nie jest) - strach z lat, podczas których ukochany był na wojnie powoduje, że staje się ślepa na to, co dzieje się dzisiaj, wciąż tkwiąc w przeświadczeniu, że on wiele przeszedł, że trzeba do niego podejść ze specyficznej strony, na wiele mu pozwolić i jeszcze więcej wybaczyć.

Obok nich córka, nastolatka, która jest zupełnie sama. Całym jej światem jest matka; częste zmiany miejsca zamieszkania zrobiły z dziewczyny odludka, pełnego kompleksów, samotnika, który z góry wie, że na przyjaźń nie ma szans. W takiej konfiguracji trafiają na Alaskę, gdzie z miejsca pochłonięci zostają przez niebywale życzliwych mieszkańców. Trwa lato, mroku praktycznie nie ma na tej długości geograficznej, on zaczyna się czuć zazdrosny o nowych znajomych, z którymi ona przebywa, dziewczyna tymczasem wreszcie poznaje kogoś w swoim wieku. Ale zbliża się zima – nie tylko pora roku, ale też ten czas, w którym nie uda się już chować za maskami i cała prawda o ludziach wyjdzie na jaw.

Ludzie, jak to się czyta! Owszem, trzeba lubić dramaty, w których zakończenie nie będzie brzmiało: “żyli długo i szczęśliwie”. Owszem, trzeba mieć siłę, by wejść i wytrzymać w historii tak toksycznej, tak brutalnej – ale bardzo rzeczywistej. Kto nie stroni od klimatów cięższych, ten będzie zachwycony. Oderwać się od lektury nie można, jeszcze trochę, jeszcze jeden rozdział… kurde balans, już trzecia nad ranem!

To jest smutna książka. Tu Kristin Hannah nie bawiła się w scenariusze, które z powieści zrobią dramat familijny klasy C (“Zdarzyło się nad jeziorem Mystic”). Kto jest chory, ten nagle cudownie nie ozdrowieje; kto jest potworem, ten nim pozostanie. Jednocześnie: w życiu można spotkać ludzi dobrych, przyzwoitych, to się zdarza, trzeba tylko mieć oczy szeroko otwarte, pozwolić im do siebie podejść, i przygotować się na to, że nim trafimy na faktycznych przyjaciół wpierw fałszywe istoty muszą nas wielokrotnie zranić. Rewelacyjny dramat, wzięty z półki prosto po “Gdzie poniesie wiatr” winduje Kristin Hannah na sam szczyt mojej aktualnej listy ulubionych twórców, polecam zdecydowanie, warto spróbować samemu, to jest tak dobre.

The Great Alone, Świat Książki 2018

sobota, 8 maja 2021

Historia Kaliforni historią kapitalizmu, czyli jak Kristin Hannah przypomina kim są ludzie ("Gdzie poniesie wiatr")

Po lekturze “Zdarzyło się nad jeziorem Mystic” nigdy, ale to nigdy nie spodziewałbym się po Kristin Hannah czegoś więcej niż tylko czytadła, typowego odpoczynku przy lekkiej lekturze stosowanego pomiędzy ciekawszymi pozycjami, oferującymi większe wyzwania dla czytelnika. Choć ściągnąłem na swój czytnik już ze dwie kolejne książki na zapas, zupełnym przypadkiem rozpocząłem lekturę od pozycji najnowszej: “Gdzie poniesie wiatr”. 

I zostałem kompletnie zwalony z nóg. 

Nie, nie jakością pisarstwa autorki. Nie ma powodów do specjalnej ekscytacji, czyta się nieźle, raczej szybko niż z zachwytem nad budową kolejnych zdań. Ani bohaterami, którzy są poprawni, ale tylko poprawni. Z nóg zwalił mnie motyw, który bardzo pragnę nazwać “Gronami gniewu” Steinbecka w wersji dostosowanej do możliwości poznawczych czytelnika z roku 2021. 

Kto z jakiegoś powodu powieści Steinbecka nie zna, ten teraz już nie ma żadnego wytłumaczenia - Kristin Hannah opowiada dokładnie o tym samym, co słynna powieść z 1939 roku. I każdy może się przekonać czym jest kapitalizm, i że nie trzeba wojny i żołnierzy maszerujących przez wioski i miasta, by zgotować piekło innym ludziom. Nie przedstawicielom mniejszości lub innym grupom, które władza aktualnie obwinia o panujący stan rzeczy, ale rodakom. Książka jest przejmująca, smutna, depresyjna. Przedstawia prawdę, całą prawdę i tylko prawdę o tym jak wyglądał kryzys w Stanach Zjednoczonych i komu rząd federalny postanowił pomóc, czym jest wyzysk i do czego tak naprawdę została powołana policja. No genialna rzecz, szacunek za odwagę i wykorzystanie swoich pięciu minut sławy nie na odcinanie kuponów od popularności i spoglądanie na zwiększający się stan konta, ale na uderzenie czytelników czymś, czym ludzi trzeba uderzać - bo inaczej nic nigdy się nie zmieni.

The Four Winds, Świat Książki 2021

niedziela, 28 marca 2021

Remake lepszy niż oryginał! - "Story of Seasons: Friends of Minerał Town"

Nigdy nie ukrywałem, że brzmienie słów “Harvest Moon” ma specjalne miejsce w moim sercu gracza. A konkretnie “Harvest Moon: Back to Nature”, w którą to produkcję zagrywałem się około dwudziestu lat temu, na (wcale nie przerobionej;) konsoli Sony PlayStation. Rozgrywka, w której jedyne, co należy robić to dbać o farmę, zwierzęta, swoje “wiejskie” życie - ale osobiście, w czasie rzeczywistym - była dla mnie zupełnie nowym konceptem. Wsiąknąłem totalnie, spędzając nieprzyzwoicie sporo godzin, żyjąc życiem o wiele spokojniejszym, ale i przewidywalnym, niż to prawdziwe. 



W kilka lat później pojawiła się kolejna odsłona cyklu o podtytule “Friends of Mineral Town”. Pojawiła się na konsolę Gameboy Advance, ale nie będę ściemniał, że w ten właśnie sposób grałem… Nie, tu z pomocą przyszedł emulator, grałem na PC-cie. Znowu poszło w piach kilkaset godzin, a zabawa była o tyle ciekawsza, że “FoMT” było czymś na kształt remake’u “BtN”. To było to samo miasto, ci sami mieszkańcy, te same dziewczyny do podrywania. Jak w domu, z tym, że 2D, a nie w trójwymiarze. 

Po latach próbowałem wracać do gier z cyklu, niestety okazało się, że większość tego, co wyszło po “Friends of Mineral Town” zupełnie mi nie podpasowało. Albo gra szła w złych kierunkach; to znowu wersja tytułu kazała na loadingi czekać tak długo, że granie stawało się męczarnią, wreszcie po erze PlayStation Portable przyszedł czas Nintendo DS i 3DS, i tam już coś dało się pograć. Uroku “Back to Nature” jednak w “Story of Seasons” (bo w międzyczasie gry przekształciły się w taki właśnie tytuł z oryginalnego “Harvest Moon”) nie było już “tego czegoś”, albo ja się zestarzałem i straciłem zapał. 



A potem zostało wydane słynne “Stardew Valley”. Twórca gry wziął to, co w HM było najlepsze, dodał to, o czym sam marzył, wziął pod uwagę, że czasy się zmieniły - i wyszła mu najlepsza gra tego typu ever. 

A jednak sentyment do “Back to Nature” pozostał, zatem odkąd tylko pojawiły się informacje o remake’u gry znanej do tej pory z Gameboy Advance. Było więc jasne, że prędzej czy później trafi i na moją konsolę, w tym wypadku jest to Nintendo Switch - co ma dodatkowy urok, bo “farmienie” wydaje się być jeszcze lepsze leżąc w łóżku z konsolką, niż podczas wypoczynku przed telewizorem. 



I tak, remake okazał się dokładnie tym, czego gracze się spodziewali - przerobieniem tamtej gry na nową wersję, z zachowaniem postaci, układu miasta oraz możliwości oryginału. Tu jako ciekawostkę dodam, że na niektórych rynkach pojawiła się druga, dodatkowa wersja gry “Friends of Mineral Town”, w której gracz mógł wcielić się w farmerkę. W związku z czym pojawiły się też opcje “romansowania” (no, budowania związku) z przedstawicielami płci brzydkiej. Z kolei w “Story of Seasons: Friends of Mineral Town” skumulowano wszystko: rozpoczynając grę mamy do wyboru dwie postaci męskie, dwie kobiece, natomiast życiowego partnera możemy wybrać spośród płci dowolnej. I czas już najwyższy, by stało się to standardem zarówno w grach, jak i w życiu.



Choć jest to remake, to twórcy NA CAŁE SZCZĘŚCIE przygotowali całkiem sporo dodatkowych elementów, z których część grę nieco rozbudowało, a część błyskawicznie okazuje się doskonałym dopasowaniem do rozgrywki dla gracza z roku 2020. Otóż na przykład oprócz krów i owiec możemy hodować także alpaki - czego nie pamiętam z oryginalnych gier. Podobnie nie pamiętam królików, a tu - i owszem - mogą sobie kicać w otoczeniu kur. Genialnym posunięciem jest możliwość spacerowania po grządkach. Dalej tworzymy poletka o rozmiarach 3x3, przy czym w oryginale niektórych zbiorów nie dało się zerwać z pola środkowego. Tu inaczej - postać swobodnie przemieszcza się po ziemi uprawnej, mając dostęp do wszystkiego. Innym rewelacyjnym rozwiązaniem są dzwonki wywołujące zwierzęta. Och, nigdy nie zapomnę, jak w oryginalnych grach musiałem ręcznie wynosić każdą kurę i “wypychać” krowy i owce jeśli chciałem by się swobodnie pasły (i same szukały pożywienia, zamiast zżerać moje zbiory). A gdy kolejnego dnia miało padać, to wieczorami znowu robić to samo, wszak zwierzęta nie powinny moknąć. W remake’u zarówno przy kurniku jak i oborze znajduje się dzwonek. Wywołujemy nim zwierzęta na dwór, a o ósmej wieczorem dzwonek - SAM Z SIEBIE! - dzwoni po raz kolejny i zwierzęta grzecznie spacerują (najedzone w ciągu dnia, więc oszczędzamy na paszy) do swoich domostw.

Tego typu rozwiązań jest więcej, i obiecuję w tym miejscu wszystkim fanom, że są one doskonale przemyślane. Nic nie tracimy z oryginału, za to sporo zyskujemy. Cechą charakterystyczną serii było właśnie samodzielne robienie wszystkiego, bez żadnych automatyzacji, ale mimo to uważam, że akurat motyw z dzwonkiem niczego grze nie odebrał, a sporo dodał.



Co ciekawe, gra prezentuje nam napisy końcowe w momencie, gdy dojdzie do zawarcia związku małżeńskiego (niebieskie piórko, a jakże!). W żadnym jednak stopniu nie oznacza to, że gra się kończy. Dopiero się zaczyna, a tajemnic do odkrycia jest całe mnóstwo… ot chociażby: jak zdobyć psa? Albo kota? Bo nie dostaje się zwierzęcia na początku zabawy. Trzeba czytać książki, odwiedzać bibliotekę, kombinować, próbować różnych rzeczy, oglądać programy w telewizji - mieć oczy otwarte. I uszy. 

I chociaż jeśli chodzi o gry tego typu, to pozycja “Stardew Valley” jest absolutnie niezagrożona, tak dla wszystkich maniaków, którzy pamiętają cudowne czasy sprzed PSX-a (albo GBA) kieruję te słowa: uwaga, ten remake jest lepszy niż oryginał!


środa, 4 listopada 2020

Anne B. Ragde - "Córka", sagi o rodzinie Neshov tom 6

Ja to się już lekko obawiam użyć sformułowania w stylu: “ostatni tom”, czy “zakończenie sześciotomowej sagi”. Bo gdzieś ktoś tak właśnie określił “Córkę”, czyli szósty tom historii o rodzinie z Neshov. Raz już się pożegnałem z lekturą, po tomie trzecim - i wciąż uważam, że tamto “zakończenie” byłoby dobre, takie prosto między oczy.

Zatem tym razem się nie żegnam. Kto wie, czy siódmy tom powstanie, z kolei o szóstym można w zasadzie powiedzieć dokładnie to samo, co o poprzednikach - saga jak to saga, trudno przestać czytać, gdy już się zaczęło. Autorka co jakiś czas zapewnia czytelnikowi trzęsienie ziemi, wyrzuca niektóre piony z planszy, i “Córka” jest niczym innym jak efektem ostatnich wydarzeń tomu piątego. Przy okazji - opis książki dostępny na stronie wydawcy, który tak chamsko zdradza ważne sprawy tym, którzy mogą na niego przypadkowo trafić (np. czytelnikom będącym w trakcie lektury tomów poprzednich) uważam za BEZCZELNOŚĆ. Proszę się przed opisami tego wydawcy bronić, wszyscy wy, którzy przypadkowo czytacie te słowa.

Prawdę mówiąc mam o “Córce” jedynie dwie uwagi, przy czym jedna wynika z drugiej. Jest książka mocno “pocięta”. Autorka skacze pomiędzy wydarzeniami w taki sposób, że często trzeba na chwilę się zatrzymać i przemyśleć czy wciąż jesteśmy tu i teraz, czy nagle znaleźliśmy się w czasie dawniejszym? Jest sztuką pisać w ten sposób, i technika ta nie jest moim zdaniem atutem autorki. Druga sprawa to konwersja ebooka, którego tradycyjnie czytałem w abonamencie Legimi - tu jest mały dramat, rozstrzelenie wszystkich akapitów interlinią powoduje, że problem z odnalezieniem się w czasie przez autorkę prezentowanym dodatkowo narasta.

Wiadomo, że “Córka” nie ma już tej siły co “Ziemia kłamstw”. Ale cykle to do siebie mają, że autor nie musi uderzać czytelnika pięścią między oczy na późniejszych etapach, wystarczy, że zrobił to na wstępie, tym samym zachęcając do lektury. Jest powrót do Neshov jak zawsze wycieczką udaną i przyjemną, zaznaczając, że przyjemną w ten specyficzny, raczej nieprzyjemny sposób, z którego słynie seria. To jednak jest bardziej dramat, niż powieść obyczajowa czy romans. I tak ma być, to “saga o rodzinie z Neshov” - synonim dramatu. Kto zna cykl, ten już przeczytał, kto nie zna - aż zazdroszczę tych emocji, które Was czekają przy “Ziemi kłamstw”. A i potem jest nieźle. Polecam.

Smak Słowa 2020

wtorek, 3 listopada 2020

Szczepan Twardoch - "Pokora"

No tym razem łatwo nie było. Chyba pierwszy raz się zdarzyła sytuacja, żebym odstąpił od lektury powieści Szczepana Twardocha na tak wiele dni, a nawet zmuszał się, by jednak wrócić, pchnąć sprawy do przodu, zakończyć, pójść dalej. A przecież to wcale nie jest zła książka, nie mogę nawet powiedzieć, by była słabsza od poprzednich. Ba, odwrotnie! Po zastanowieniu uznałem, że sytuacja przypomina tę z “Exodusu” Łukasza Orbitowskiego - irytuje mnie główny bohater. Jednak o ile “Exodus” porzuciłem, “Pokorę” ukończyłem, i zostałem odpowiednio nagrodzony. Świetna książka, chociaż nie łatwa.

Dawniej kupiłem sobie “Wyznania prowincjusza” tego samego autora, gdzie zebrał on w zbiorek swoje felietony ukazujące się bodaj na jego ówczesnej stronie internetowej (dziennik, czy jakoś tak). I tam był taki artykuł (“Narodowość jako akt woli”) o tworzeniu się narodu, jako zbiorowości oraz, jak to na tego pisarza przystało, na miejsce Ślązaków wobec Polaków i Niemców. Kto zna, ten ośmielę się zasugerować, że nieco szybciej odnajdzie przyjemność w lekturze “Pokory”.

Jest bowiem moim zdaniem “Pokora” imponującym przeniesieniem problemu narodowości jako takiej, szczególnie w przypadku regionów, w których nie jest to takie oczywiste, na karty powieści, być może nawet powieści historycznej. Rozmach przedsięwzięcia mnie przeraża, a fakt sprawnego przeniesienia człowieka jako jednostki zagubionej nie tylko wśród kwestii narodowo-politycznych, ale też zagubionego po prostu, zwyczajnie, wśród innych ludzi - fakt ten budzi kolejny raz mój niepokój. Człowiek o takim talencie, który potrafi zrealizować tego typu zamierzenie - jakież to szczęście że człowiek ten jest po właściwej stronie rzeczy! Czytaj: swojej.

I mamy tego bohatera, tę niedojdę, tego idealnie odwzorowanego czytelnika, który czegokolwiek by nie otrzymał - nie doceni, a cokolwiek będzie poza możliwościami zdobycia - zapłacze, że potrzebuje. Ofiarę z losu, ofiarę z przypadku, ale i ofiarę na własne życzenie. Alojza tak trudno lubić, jak trudno polubić ciamajdy wokół nas - istoty jakby stworzone do sprawiania innym problemów; patrzymy na takie postaci z ironią, nawet gniewem, jednak za każdym razem wyciągając rękę, by kolejny raz im pomóc, bo jak nie my, to kto? Wypada. Trzeba. Co zrobisz, ktoś musi.

Szczęściem z biegiem lat zdajemy sobie sprawę, że sami również należymy do tegoż gatunku i jest łatwiej, dawna empatia zamienia się w zrozumienie i akceptację. W ten sposób i historię Alojza byłem w stanie ukończyć, a gdy spłynęło zrozumienie istoty przekazanej rzeczy i jej rozmach (powtarzam się, sorry), plus ostatnie sceny będące niczym innym jak nagrodą dla zmęczonego czytelnika-cynika - nie mogłem nie docenić planu, wykonania i efektu, jaki “Pokora” pozostawia.

Pod pewnymi względami to może być najlepsza powieść Szczepana Twardocha. A na pewno jest to kolejny krok w jego karierze, ukazujący że jest jeszcze wiele wyzwań, a ten pisarz nie zamierza osiadać na laurach, wyzwania owe zamierza podejmować. Rzecz może nie najprostsza, ale oferująca jednak mnóstwo przyjemności, no i tę nagrodę na końcu. Lektura obowiązkowa.

Wydawnictwo Literackie 2020

czwartek, 17 września 2020

Harry Harrison - "Przestrzeni! Przestrzeni!"

Powieść początkowo przypomina rzecz nieco bardziej skupioną na dynamicznej akcji. Oto poznajemy kolejne postaci, w klasycznym układzie, obserwując ich codzienność. Jest policjant, jego przyjaciel - współlokator, złodziejaszek, ofiara morderstwa no i jest też kobieta. A całość przedstawiona w świecie, w którym już nie ma surowców, nie ma zasobów, ludzkość raczej egzystuje, niż faktycznie żyje, a ludzie u władzy zamiast zmieniać świat wciąż skupieni są jedynie na sobie i swoich sprawach związanych z utrzymaniem władzy.

Całkiem udana opowieść o poszukiwaniu mordercy, okraszona romansem i opisem przyjemnej dla oka męskiej przyjaźni w pewnej chwili mocno zmienia swój ton. Harry Harrison ostro atakuje aktualnie istniejący system demokracji oraz obrzydliwą konsumpcję, która stała się celem samym w sobie. Książka napisana w roku 1966 brutalnie uświadamia czytelnikowi jak pęd w kierunku awansów i pieniądza, ale pozbawiony moralności i jakichkolwiek zasad poza: szybciej i więcej - jak ów pęd doprowadzi do świata, na którego czele staną nikt inny jak populiści. I będą trwać w informowaniu narodu o winnych obecnej sytuacji, będą znajdować coraz to ciekawsze grupy społeczne, które można oskarżyć o terroryzm, będą wbijać klin w społeczeństwo za każdym razem, gdy tylko im, „elitom”, zacznie cokolwiek lub ktokolwiek zagrażać.

Oto wspaniała powieść dla wszystkich, którzy czasem marzą o rozbracie z państwem, z religią, z tłumem, któremu wydaje się, że faktycznie rządzi i jest głosem większości. Autor rozprawia się z rządem ukazując faktyczne jego oddziaływanie, przy pomocy współlokatora głównego bohatera tłumaczy czytelnikowi to, co i nam by się wytłumaczyć przydało. Ot chociażby jakim cudem od poruszenia tematu kontroli urodzeń nagle rozmawia się o mordowaniu dzieci. Albo jak to się stało, że nagle z tematu edukacji seksualnej przeskoczyliśmy do nauki masturbacji w szkole. Z tej powieści czytelnik dowie się bardzo dokładnie o społeczeństwie tego, czego powinno się uczyć w szkole - ale nie wolno, bo lepszy obywatel głupi i posłuszny, któremu łatwo wskazać wroga niż obywatel, który wroga zobaczy w rządzie czy chociażby w swoim lokalnym „reprezentancie”.

I tylko bohater nie zachwyca, nie dochodzi bowiem do wewnętrznej przemiany z Gustawa w Konrada ani nawet w Kordiana. Protagonista trwa przy sprawowaniu swej funkcji niezmiennie, tak, jakby autor po postawieniu wszystkich swoich tez i wyłożeniu wszystkich swoich prawd rozejrzał się dookoła i stwierdził: przecież już i tak jest za późno. Czas na zrywy i zmiany w człowieku przeminął, a teraz pozostaje nam tylko trwać tak długo, jak zamordowana przez człowieka planeta nam pozwoli.

Make Room! Make Room!
Rebis 2019
seria: Wehikuł Czasu
296 stron

czwartek, 27 sierpnia 2020

Elena Ferrante - "Czas porzucenia"

Nie byłem w stanie doczytać tej książki, tzn. skupić się na każdym słowie, strona po stronie. Autorka tak bardzo pojechała ze stanem psychicznym bohaterki (matka dwójki dzieci którą właśnie zostawił mąż), że po prostu nie umiałem grzecznie obracać kolejnych stron czytnika. Jechałem przed siebie galopem, opuszczając wiele słów, tylko dlatego, że MUSIAŁEM dowiedzieć się o co chodzi; czy naprawdę kobieta aż tak bardzo wpadła w jakiegoś rodzaju psychiczną blokadę, czy może jednak autorka miała na myśli co innego. 

To nie jest horror, to dramat psychologiczny. Ale czytałem niczym horror, z gęsią skórką, wypełniony takim niepokojem, że po odłożeniu czytnika byłem prawdziwie zmęczony. Prawdę mówiąc to zupełnie nowy dla mnie rodzaj emocji podczas lektury - bowiem to nie jest opis dramatu, cierpienia, okropnych rzeczy jakie zdarzają się ludziom. To znam, lubię, przeżywam, ale nie w ten sposób. “Czas porzucenia” to pierwszoosobowy zapis faktycznych emocji kobiety, która myśli i mówi straszne rzeczy. Jeśli ktoś jest ciekaw jak można wpaść w sytuację, która może skończyć się pobytem w szpitalu psychiatrycznym, jakąś diagnozą; skąd się to często bierze, jakim sposobem wczoraj zdrowi ludzie dziś stają się pacjentami - oto jest dobra lektura.

I giorni dell' abbandono
Sonia Draga 2020

wtorek, 25 sierpnia 2020

Robert A . Heinlein - "Drzwi do lata"

No chyba tylko Robert Heinlein tak zupełnie bez skrępowania, po prostu, między drinkiem a cygarem, był w stanie strzelić powieść, która ogarnia tak wiele tematów z gatunku science fiction. Słowo daję, rozmach tego Pana zachwyca, przy jednoczesnym zachowaniu umiaru w wątkach i ilości bohaterów. 

Książka jest ogromnym peanem pochwalnym dla kreacji, dla inżynierii, dla wykorzystania umiejętności i pomysłowości w celu ułatwienia codziennego życia ludziom. Teraz już nie wiem, jak wyglądał oryginał, czy Heinlein tak śmiało prezentował rozwiązania znane z czasów dzisiejszych już w latach pięćdziesiątych, czy też powieść podlegała redakcjom z biegiem lat - ale w zasadzie to nie jest ważne. Głęboka wiara w to, że technologia istnieje po to, by codzienność człowieka uczynić prostszą, znośniejszą i przyjemniejszą bije z każdej strony tej powieści. 

A najzabawniejsze jest to, że jest to jedynie tło dla wydarzeń właściwych. Oto poznajemy inżyniera, którego samo życie pcha w coraz to mniej przyjemne rejony. Tu następuje pierwszy śmiały pomysł autora, czyli hibernacja na życzenie. Oto ludzie poddają się hibernacji w oczekiwaniu na lepsze czasy, może na wynalezienie leku, a może po prostu znudzeni teraźniejszością pragną odważnie odnaleźć się w świecie za parędziesiąt lat. 

Komu się wydaje, że proces hibernacji będzie opisany z uwagą, pietyzmem i uczczeniem myśli techniczno-futurologicznej, temu przypominam że mówimy o Robercie Heinleinie - największym jajcarzu wśród pisarzy SF, zwanym też największym pisarzem SF wśród jajcarzy. A potem jest jeszcze lepiej, i gdy czytelnik myśli, że zaczyna ogarniać wizję, wtedy Szanowny Autor wyskakuje jeszcze z podróżami w czasie. No kumulacja po prostu, to jak wygrać w totolotka dwa razy w ciągu doby.

Mówi się, że mamy wielką czwórkę science fiction; ABCD, tj. Asimova, Bradbury’ego, Clarke’a i Dicka. No z tej czwórki klasyków moim ulubionym pisarzem jest Robert Heinlein, który “Drzwiami do lata” znowu zwalił mnie z nóg tak, jak przy “Władcach marionetek” czy “Kawalerii kosmosu”. Super książka, z jednej strony kanon SF, z drugiej strony dobra dla każdego - uniwersalnie dobra.

The Door Into Summer
Rebis 2020

niedziela, 23 sierpnia 2020

Anette Hess - "W Niemieckim Domu"

Tytułowy Niemiecki Dom ma podwójne znaczenie. Po pierwsze to nazwa restauracji, którą w latach sześćdziesiątych w RFN prowadzi rodzina Bruhns. Po drugie - to dosłownie typowy, niemiecki dom, w którym cień wojny zamiast niknąć nachodzi na mieszkańców coraz bardziej. 

Bohaterką jest młoda tłumaczka, której przyszło w udziale uczestniczenie w procesie żołnierzy SS zarządzających obozem w Oświęcimiu. Obserwujemy dość zdeterminowanych prawników oraz często zblazowanych oskarżonych, niejednokrotnie nawet nie przebywających w areszcie, a odpowiadających na zarzuty z wolnej stopy. Ewa nieco przypadkowo angażuje się coraz bardziej i bardziej, pewnego dnia odkrywając, że nie jest zaledwie uczestniczką dzisiejszego dramatu. Zaczyna sobie przypominać sceny dawno zapomniane, w tym także obrazy obozu Auschwitz-Birkenau jakie pamięta ona sama.

Książka nie jest jedynie następną pozycją “skazaną na sukces”, która odcina kupony od tematu, którego nie sposób przeoczyć. Nie jest także moim zdaniem powieść próbą jakiegoś rozliczenia Niemców, ani rzeczą, która ma przypomnieć światu, iż Niemcy odpowiedzialność na siebie wzięli. To znacznie bardziej pokaz dramatu młodej osoby, która musi zmierzyć się nie tylko z ostracyzmem ze strony społeczeństwa, ale przede wszystkim z obrzydzeniem do samej siebie i do świata jako takiego. Młoda osoba nie jest w stanie pojąć w jaki sposób do władzy doszli zbrodniarze tego kalibru, tak łatwo jest przecież krzyczeć: mogliście się przeciwstawić! Ewa nie ma dzieci, Ewa nie ma nawet męża, Ewa mieszka z rodzicami i rodzeństwem, a w umyśle młodej kobiety przeciwstawienie się złu jest takie oczywiste i takie proste.

Autorka nie ciągnie tematu. Nie próbuje nam pokazać mechanizmów, które do zaistniałej sytuacji doprowadziły. Kto, podobnie jak Ewa, twierdzi, że to Niemcy jako całość doprowadzili do milionów ofiar - temu polecam film z R. Carlylem “Hitler. Narodziny zła” czy trylogię “Stulecie” Kena Folletta. Tymczasem Anette Hess milczy ostentacyjnie, tak, jak rodzice Ewy nie próbując niczego tłumaczyć. W uczciwym świecie, w którym nie ma zagrożenia, zawsze winny będzie cały naród.

I na samym końcu książki autorka rewelacyjnie podsumowuje całość, wspaniale wręcz, przypominając czym tak naprawdę był Oświęcim, kim były ofiary i kim byli oprawcy. Podsumowanie to jest tym bardziej wartościowe, że niestety tu i teraz politycy dzieląc nas na walczące frakcje sami traktują i jednych, i drugich jak narzędzia. A to byli ludzie, którzy kochając najbliższych mordowali sąsiadów, i którzy kochając najbliższych umierali tysiącami dziennie.

Deutsches Haus
Wydawnictwo Literackie 2019

sobota, 22 sierpnia 2020

Stefan Darda - "Nowy dom na Wyrębach"

Prawie dekadę temu poznałem powieść Stefana Dardy pt. “Dom na Wyrębach”. Prawie tyle samo czasu autor potrzebował, by do książki wrócić. W księgarniach pojawił się “Nowy dom na Wyrębach”, w dodatku rozbity na dwie części, co jak zawsze komentuję z niesmakiem. Mimo, że faktyczny tom trzeci zwie się “Nowy dom na Wyrębach II”, co może sugerować ciąg dalszy zamkniętej całości, tak nie jest. To jedna książka rozbita na dwie, można więc zapłacić dwa razy.

Wracając do samej lektury. Rzecz jasna wpierw musiałem sobie przypomnieć tom pierwszy. Przechodząc do kolejnych nie widać w ogóle tej niemalże dekady, która upłynęła między epizodami. Wracamy do Wyrębów wraz z bohaterami, których już znamy. Domostwo wciąż jest niepokojone przez zjawiska niespotykane i niemożliwe do wytłumaczenia przy pomocy logiki i rozsądku, plus na scenie pojawiają się nowe zagrożenia. 

To powieść grozy, więc oczekiwanie sensu w przedstawionej historii jest naiwnością. Jak to w przypadku horroru jest niemalże zawsze, i tu lepiej przeżywać i poddać się klimatowi, zamiast myśleć przy lekturze. Choć mimo to czuję się w obowiązku dodać, że bzdury z tomu pierwszego były lepiej umocowane w polskiej rzeczywistości; to, co pan Darda pokazuje tutaj jest jakby jeszcze bardziej naciągane.

Mimo to przewracanie kolejnych stron daje przyjemność i taką swobodną, niezobowiązującą rozrywkę, którą w każdej chwili można przerwać i powrócić w pierwszym lepszym momencie. “Nowy dom na Wyrębach” się w historii polskiego horroru nie zapisze jako arcydzieło, ale powodów do wstydu też nie ma. Z tym, że obowiązkowo trzeba znać część pierwszą, i pamiętać o co chodziło, inaczej będzie kiepsko.

Nowy dom na Wyrębach
Nowy dom na Wyrębach II
Videograf 2017, 2018

Alfred Bester - "Gwiazdy moim przeznaczeniem"

Jaki to jest cudowny chaos! Gdy człowiek słyszy: klasyka fantastyki naukowej, która powstała w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, to z całą pewnością nie myśli sobie: to będzie jazda bez trzymanki. Prędzej lekko się obawia przed zetknięciem z “klasyką”. Wiesz, z czymś już na starcie lepszym; z czymś wybitnym, kultowym, co w ciemno należy w zasadzie uznać za arcydzieło.

Tymczasem “Gwiazdy moim przeznaczeniem” Alfreda Bestera to powieść przede wszystkim przygodowa, pełna akcji, oferująca (anty)bohatera, który w imię zemsty brnie przed siebie nie wahając się przed popełnieniem żadnego czynu, który nie ma innego celu, niż tylko oddanie tego, co sam przeżył. 

A że całość dzieje się w super interesującym świecie, to tylko lepiej. Natomiast pięknem powieści jest bohater i jego cel, zaś science fiction jest jedynie tłem - nie na odwrót, co niestety często skutkuje dziełem pełnym może i ciekawych pomysłów, ale pozbawionym właściwej treści. Autor bez żadnego uprzedniego przygotowania stawia czytelnika naprzeciw typa, którego raczej nikt nie chciałby poznać, sytuacja jest coraz bardziej dynamiczna, jeszcze nie zdążymy przetrawić tego, co się stało, a autor nagle zaczyna dorzucać coraz to ciekawsze opisy jego wyobrażenia świata za ok. 500 lat, przy czym okres powstania powieści wyraźnie wskazuje kierunki, do których będziemy zmierzać. 

Świetna książka, i tym przyjemniejsza, że to zupełnie odmienna klasyka SF niż wydane w tej samej serii książki Aldissa czy Clarke’a. Oto książka dla tych, którzy pragną akcji, zarazem w zasadzie niczym nie ustępująca literacko wizjom innych autorów należących do kanonu. Tego Bestera to trzeba sprawdzić, sięgnąć po coś więcej, koniecznie.


The Stars My Destination
Rebis 2020

piątek, 21 sierpnia 2020

Joanna Jax - "Prawda zapisana w popiołach"

Uśmiałem się, bo kończąc lekturę cyklu “Zanim nadejdzie jutro” zamarzyła mi się kolejna saga Joanny Jax - taka, która połączy bohaterów z tymi znanymi z “Zemsty i przebaczenia” i pokaże nam życie Polaków w Ojczyźnie Ludowej. Nie musiałem czekać specjalnie długo i proszę: trzy kolejne książki totalnie zgodne z moim pragnieniem.

Że mi się podoba, to jest oczywiste. “Prawda zapisana w popiołach” jest dokładnie tym, czego potrzeba temu krajowi, w którym w roku 2020 bezwstydnie nawołuje się do nienawiści, w którym za słowa o “tęczowej zarazie” nie ma żadnej reakcji ze strony tzw. “państwa”. Powojenny zamordyzm, potem odwilż za wczesnego Gomułki, aż do roku 1968, gdy złudzenia zachować już mogli tylko ci niespecjalnie inteligentni. Na to czekałem, na taki “Dom”, tylko do czytania. Dodatkowego smaku dodaje znajomość bohaterów z poprzednich książek; tym bardziej się angażujemy, gdy obserwujemy, że po gehennie zesłania, po łagrach, po partyzantce, po wojnie ci, którzy przeżyli i ci, którzy walczyli zostali porzuceni w tak obrzydliwy sposób.

Odkąd pamiętam ciekawi mnie natura ludzka. Jak to jest możliwe, że po tak strasznych czasach znalazło się tak wielu młodych ludzi, którzy zamiast cenić wolność dziarsko ruszyli do MO, UB i SB? Ha, może tak, jak po roku 89., gdy okazało się, że czerń to tylko inny kolor niż czerwień.

Joanna Jax rewelacyjnie prezentuje mechanizm działania tzw. Służby Bezpieczeństwa oraz manipulacji, których dopuszczano się w imię ojczyzny. Zawsze coś za coś, zawsze nacisk, powszechne szantażowanie, strach o bliskich powoduje, że czasem po prostu nie ma wyjścia. Dziś jednoznacznie o tzw. TW mogą wypowiadać się tylko ci, którzy dawniej kryli się w domach matek; gdy nie ma zagrożenia łatwo jest rzucać oskarżenia. Joanna Jax pokazuje nam jak naprawdę wyglądało werbowanie na agentów i jak niewiele można było zrobić, by się przeciwstawić.

Na największą uwagę jednak zasługuje szczegółowe przypomnienie temu dumnemu jak lawa narodowi, niestety znanego z krótkiej pamięci, co Polacy zrobili swoim rodakom w roku 1968. Pewnie, że władza była prowokatorem. Ale to ludzie, którzy jeszcze wczoraj byli sąsiadami zachowali się tak, jak warto przypomnieć, szczególnie teraz, gdy władza znowu nawołuje do nienawiści i wskazuje grupy społeczne do bicia.

Oczywiście książka jest przede wszystkim powieścią o ludziach szukających miłości. Fakt, że świat, w którym przyszło im żyć jest dziwny, ale wyskoczymy z niego często, a to do Afryki gdzie toczy się bój o wolność i wyzwolenia z kolonializmu, to znowu do Wietnamu, gdzie trwa wojna czy do Czechosłowacji rujnowanej przez czołgi Układu Warszawskiego a nawet i do Paryża, gdzie rok 1968 był równie obrzydliwy, jak w Polsce. I tylko jedną mam uwagę negatywną - czyli koniec sagi. A raczej jego brak. Nie wiem o co chodziło autorce, nie rozumiem. To nie jest koniec, to jest jak zabranie dziecku lizaka. Liczę na coś więcej, a marzy mi się dobrnięcie z opowieścią do lat 90. i rozliczenie Solidarności z tego, co uczyniono robotnikom wykwalifikowanym w pierwszych latach po przejęciu władzy w kraju.

tom 1: Milczenie aniołów, 
tom 2: Krzyk zagubionych serc, 
tom 3: Śpiew bezimiennych dusz.

Videograf 2019, 2020