poniedziałek, 18 listopada 2019

Dwa żywoty jednego człowieka, czyli nowy Jeffrey Archer ("I tak wygrasz")

W swojej najnowszej powieści Jeffrey Archer poszedł tak bardzo do przodu, że aż stanął w miejscu. Tym samym, w którym stoi dumnie wyprostowany od 1976 roku, od dnia, w którym wydał “Co do grosza”. To trochę dziwne, że można od czterdziestu lat pisać ciągle to samo.

Ponownie obserwujemy młodość naszego bohatera, tym razem o imieniu Aleksandr, którego zastajemy w latach 60. w ZSRR. Chłopak próbuje z matką uciec na zachód, wskakują na statek, i… tu robi się dwóch Aleksandrów. Jeden trafia do Wielkiej Brytanii, drugi do Stanów Zjednoczonych.

Niestety nie mogę powiedzieć, by tego typu rozwiązanie sprawiło, że “I tak wygrasz” jest w jakimś stopniu inną książką od poprzednich. Choć mamy do czynienia z dwiema równoległymi historiami, nie jest to powieść o dwóch alternatywnych rzeczywistościach. Drugoplanowi bohaterowie się tu potrafią pojawić w życiu obu Aleksandrów, i historia zaczyna przypominać tę z “Synów Fortuny”, w której czytelnik podświadomie spodziewa się podobnego zakończenia.

Sytuacji nie poprawia fakt niedbałości autora w kreowaniu oponentów Aleksa/Saszy. Doprawdy, mamy prawo już być zmęczeni brakiem poziomu u przeciwników archerowskich bohaterów; jak zwycięstwo ma być satysfakcjonujące, skoro walczymy z idiotami? O “przyjacielu” z dzieciństwa imieniem Władimir to już w ogóle nie chce mi się pisać, to jest takie pójście po linii najmniejszego oporu, że autorowi powinno być wstyd.

Ponarzekałem, od dłuższego czasu narzekam, a przecież Archera wciąż czytam. Ba, nawet kupuję, tej powieści nie ma w abonamencie Legimi i musiałem na nią wydać prawdziwe pieniądze, doprawdy! Ale jak na to patrzę z boku, i staram się na obiektywizm, to cóż mogę rzec - Archera po prostu doskonale się czyta. Ma facet talent do prowadzenia narracji, jego książki “czytają się same”, z minimalnym udziałem czytelnika. Świetna odskocznia, lżejsza lektura, no i ulubione tematy autora, które ten potrafi świetnie sprzedać: budowanie biznesu od zera, rywalizacja polityczna, wydobywanie upadających instytucji z sytuacji beznadziejnych, przedstawianie kapitalistów jako ludzi, którzy czasem jeszcze potrafią się zachować. Do tego opis zdrowego związku dwojga ludzi, rzeczywistość co prawda nagięta, ale w granicach rozsądku.

I tak działa Jeffrey Archer - robi to, co potrafi, i robi to najwyraźniej dobrze. Od czterdziestu lat pisze to samo, a ja od dekady narzekam, a książki i tak kupuję. I tak już chyba zostanie.

Heads You Win
Rebis 2018

wtorek, 12 listopada 2019

O mediach społecznościowych w formie kryminału pisze Jakub Szamałek ("Kimkolwiek jesteś")

Bardzo spodobał mi się tom pierwszy trylogii, w którym Jakub Szamałek niezwykle przystępnie, ale i bardzo precyzyjnie opisał mechanizmy według których działa phishing, uświadamiając wielu ludziom jak ważne jest nie tylko oprogramowanie zabezpieczające, co przede wszystkim zdrowy rozsądek. 

Jednak o ile podczas lektury tomu pierwszego zachwycałem się jasnością w opisie tematu, który raczej znam, tak podczas przygody z epizodem drugim już musiałem szukać szczęki na podłodze. Okazuje się bowiem, że “Kimkolwiek jesteś” dotyka pod wieloma względami równie ważnego problemu, który jednak ze względu na mniejsze bezpośrednie zagrożenie niż phishing zostawiamy w tle, a którego konsekwencje mogą być znacznie dalej posunięte niż przejęcie naszej tożsamości w sieci.

“Kimkolwiek jesteś” prezentuje mechanizm funkcjonowania mediów społecznościowych i uświadamia nieuświadomionym po co tak naprawdę w internecie klika się “lajki” i dlaczego tak istotne jest zostawianie komentarzy. W równie przystępny sposób jak podczas lektury “Cokolwiek wybierzesz”, tak i tutaj szybko czytelnik zrozumie co tak naprawdę zostawiamy po sobie w internecie, i w jaki sposób można to wykorzystać. I nie, nie chodzi o manipulowanie reklamami, by podsuwać nam produkty, które “powinniśmy” kupić. Chodzi o znacznie poważniejsze tematy, które mogą wpłynąć na życie wszystkich dookoła. Słowo daję, Jakub Szamałek nie owija tu w bawełnę i wali prosto między oczy, pokazując mechanizmy, które zainteresowani kojarzą z kampanią prezydencką w Stanach, czy naszych wyborów prezydenckich z roku 2015.

A wszystko to podane zostało ponownie w formie kryminału, gdzie bohaterką wciąż jest Julita Wójcicka, przeżywająca nie tylko chwile grozy, ale i osobiste dramaty, bo dobry kryminał to przede wszystkim historie ludzi takich, jak my. Na uwagę zasługuje także końcówka, jakże odmienna od tomu pierwszego, pokazująca, że Jakub Szamałek wcale nie uważa, że każda powieść kryminalno-sensacyjna musi się kończyć jak w Hollywood. Słowo daję, zapłaciłbym sporo, żeby już teraz móc przeczytać tom trzeci, to jest TAK DOBRE. Polecam zdecydowanie, to nie teorie spiskowe, to krok po kroku opisanie mechanizmów, o istnieniu których warto wiedzieć.

Kimkolwiek jesteś
Ukryta sieć, tom 2
W.A.B. 2019

sobota, 26 października 2019

Elizabeth Strout - "Mam na imię Lucy"

Najpierw myślałem, że to biografia autorki. Oto kara za świadome unikanie blurbów i innych “polecanek” - podchodzisz do książki bez wiedzy o czym jest i masz za swoje. Poza tym: narratorka jest pisarką, co mnie dodatkowo zmyliło. Ponadto: nie ma żadnego podziału na rozdziały, książka po prostu zaczyna się od stwierdzenia, że “był taki czas w jej życiu, gdy przez dziewięć tygodni leżała w szpitalu w Nowym Jorku” - wziąłem to za wstęp do książki.

Lucy Barton jednak nie jest Elizabeth Strout, tylko postacią fikcyjną. A powieść “Mam na imię Lucy” wydaje mi się być pozycją skierowaną głównie do tych ludzi, którzy mają jakiś problem ze swoją przeszłością, np. relacją z rodzicami, rodzeństwem, brakiem towarzyszy w dzieciństwie - z czymś w tym stylu. Ale: każdy z nas ma taki problem, natomiast część z nas wciąż i wciąż do niego wraca. To dla nich jest “Mam na imię Lucy”. Przypuszczam, że jest w książce pewna wartość terapeutyczna, która być może pozwoli co bardziej emocjonalnym ludziom od problemu się uwolnić.

Jako po prostu powieść jest “Mam na imię Lucy” według mnie średnia, żeby nie powiedzieć wręcz: słaba. Podkreślam: według mnie, bo mi się Lucy jawi jako postać przyjemna, i kibicuję jej, wiadomo. Jednocześnie jej odkrywanie świata i praw nim rządzących mnie nie fascynuje, tak jak nie fascynuje mnie rozpamiętywanie przeszłości i wyszukiwanie w niej zdarzeń, które uczyniły mnie takim, a nie innym.

Z drugiej strony “Mam na imię Lucy” jest na tyle krótką książką, że wszystkim niepewnym czytelnikom polecam po nią sięgnąć i ocenić rzecz samemu - całość jest do zaliczenia do pojedynczej kawy któregoś popołudnia; nie dość, że stron mało, to jeszcze sposób ułożenia kolejnych wątków powoduje, że tekstu jest jeszcze mniej, niż się po ilości stron wydaje.

My Name is Lucy Barton
Wielka Litera 2016

piątek, 25 października 2019

Jeszcze więcej "oliveności", czyli dosłownie dwa słowa o "Olive powraca"

Pojawienie się kolejnego zbioru tekstów luźno powiązanych postacią Olive Kitteridge mocno mnie zaskoczyło; nie odczułem bowiem wrażenia, jakoby można było coś jeszcze dodać. Pojawił się w związku z tym strach, że mocne wrażenie z oryginalnej książki zostanie popsute - żyjemy w czasach, gdy niestety zbyt często zdarza się dopisywanie ciągu dalszego z powodu marzeń o sukcesie komercyjnym, a niekoniecznie artystycznym.

Moje obawy okazały się kompletnie bezzasadne. Elizabeth Strout napisała w “Olive powraca” takie rzeczy, że doprawdy miałem wrażenie, że tom drugi jest wręcz LEPSZY od pierwszego! Rzecz jasna bez tomu pierwszego drugi by nie istniał, i tu mamy klasyczny problem z ocenieniem sequela, ale nie ważne: opowiadania składające się na “Olive powraca” to jeszcze więcej mocy, ciekawych spostrzeżeń i “oliveności”, i wszystko, co kiedyś napisałem o “Olive Kitteridge” ma zastosowanie także i tutaj.

Olive, again
Wielka Litera 2019

czwartek, 24 października 2019

Jakub Małecki - "Horyzont"

Choć bardzo mi się podobały ostatnie książki Jakuba Małeckiego, miałem wrażenie, że autor opowiadał wciąż tę samą historię, w sensie: przekazywał nam podobne wartości i emocje. I szykując się do lektury “Horyzontu” głównie rozmyślałem o tym, czy tym razem będzie inaczej. 

I było. Choć autor wciąż pisze o ludziach i ich przeżyciach, to “Horyzont” zupełnie nie przypomniał mi ani “Śladów”, ani “Dygotu”, ani “Rdzy”.

Jakub Małecki opowiada tu trzy główne historie, które bardzo dobrze się przeplatają. Na pierwszym planie wydaje się być główny bohater, Mariusz Małecki (Jakub z Mariuszem o nazwisku Małecki się tu przeplatają niczym w - przepraszam za słowo - incepcji), czyli weteran wojny w Afganistanie. Osobiście nie czytałem dotychczas nic o stresie pourazowym, wiem tyle, co z zachodnich produkcji i cieszę się, że to akurat Jakub Małecki o tym napisał, bowiem kojarzy mi się głównie z ekstremalną wręcz ilością empatii, jaka jest zawarta w jego książkach. Z tym, że historię Mariusza trochę można przewidzieć, na szczęście autor pisze tak, że przewidzieć wydarzenia można bez żalu. 

Mariusz spotyka Zuzę, a ona żyje w znacznie bardziej jednak interesującej (pardon, PTSD powinno być wyżej, sorry) dla mnie scenografii wnuczki, której coraz starsza babcia widzi córkę, czyli Zuzi matkę. I o coś tu chodzi, coś pomiędzy rodzicami dziewczyny - i tu jest trzecia historia, która podobała mi się najbardziej. Cokolwiek zdradzić byłoby zbrodnią, więc będę milczał, dodając od siebie, że moim skromnym zdaniem jest “Horyzont” do tej pory najlepszą powieścią autora.

Horyzont
Sine Qua Non 2019

środa, 23 października 2019

Instytut corocznego wydawania powieści tym razem zawiódł (Stephen King - "Instytut")

Właściwie to nie ma się do czego przyczepić w “Instytucie”, poza całą serią głupotek, ale to raczej norma u tego pisarza. Że za długa, to na pewno. Że przegadana tu i ówdzie - no raczej. Że trzeba mocno mrużyć oczy, żeby całość w ogóle zaakceptować - no pewnie, to King. Że zmarnowano parę dobrych motywów - wiadomo. I paru bohaterów, w sumie, to jednego - owszem. No a poza tym, jest “Instytut” kolejną powieścią, jak co roku, lepszą od chociażby takiego “Doktora Sen”, ale nie mającą startu do, dajmy na to: “Outsidera”, o “Ręce mistrza” czy “Dallas ‘63” nie wspominając.

To takie Stranger Things, z tym, że rozgrywające się w naszych czasach, a nie przed trzydziestu laty. I że bohater jest małym geniuszem - nie wiem po co, mam wrażenie że jego geniusz jest tu zbyteczny, wręcz: przeszkadza. I trochę trudno zaakceptować istnienie Instytutu w czasach social mediów, szczególnie przy ewidentnych ograniczeniach intelektualnych jego pracowników. Nikt nic nie wygadał, pewnie, akurat. Ale może tylko mnie to drażni, może większość czytelników będzie się bawić lepiej. 

King potrafi tworzyć rzeczy genialne i beznadziejne. Moim skromnym zdaniem w “Instytucie” dobry jest tylko pierwszy fragment, o byłym policjancie, który czyta się jak prawdziwego Kinga. A potem jest już tylko gorzej, oczy trzeba mrużyć totalnie, żeby w ogóle chcieć znać dalsze losy. Szkoda mi tego policjanta, obiecał mi coś, czego w tej książce próżno szukać. Może za rok będzie lepiej.

The Institute
Albatros 2019

wtorek, 22 października 2019

Najlepszy jRPG od wielu lat? Dla mnie - z pewnością! (Octopath Traveler)

Niech od razu będzie wiadomym, że uważam grę Octopath Traveler za jedno z największych osiągnięć japońskiej szkoły RPG. Coś, co wydawało się być zaledwie nawiązaniem, być może ukłonem w stronę klasycznych gier spod znaku jRPG okazało się być produkcją, która nie ograniczyła się do zaledwie skopiowania najlepszych mechanik. Kreatywność twórców spowodowała bowiem, iż Octopath Traveler jest produkcją, w której spędzenie stu godzin jest czystą przyjemnością i nawet nie wiem kiedy ta setka minęłą…

Ich ośmioro

W grze jest ośmiu bohaterów. Zupełnie od siebie niezależnych. Owszem, wszystkie postaci się spotkają i wymiennie będą członkami drużyny. I tu jest niewielki kwas, bowiem gra nie informuje gracza, iż wybrana przez niego postać jako pierwsza na zawsze pozostanie częścią drużyny. A między ich ośmiorgiem nie można postawić znaku równości - są postaci znacznie potężniejsze, które sobie swobodnie dadzą radę, ale są i takie, które skupiają się głównie na wspomaganiu innych. Ktoś, kto wybierze sobie tancerkę Primrose czy uduchowioną Ofelię na starcie urobi się znacznie bardziej, niż ten, kto zacznie od uczonego Cyrusa czy wojownika Olberica. Sam miałem szczęście, że zacząłem właśnie od Olberica.

Fabuła dla każdej z postaci jest inna. Każdą poznajemy w pewnej sytuacji, i przyznam, że połączenie nowego bohatera z istniejącą już drużyną zawsze wygląda dość dziwnie. Nie ma większego uzasadnienia ich wspólna podróż - fabularnie jest to największa wada produkcji. Po prostu idą razem, i dopiero z czasem pojawiają się opcjonalne scenki z udziałem bohaterów, z których wynika, że faktycznie jakieś dialogi, jakieś myśli i zdania między sobą wymieniają. 

wtorek, 15 października 2019

Solidna, porządna gra jRPG dla każdego, tylko nie maniaka NieR: Automata (Astral Chain)

Dotychczas niestety nie dałem się porwać grom zaliczanym do tzw. slasherów. Stąd nazwa firmy Platinum Games nie kojarzy mi się natychmiastowo z chociażby Bayonettą, tylko z NieR: Automata. I tylko dlatego wziąłem grę na premierę, że wszystkie znaki na niebie i ziemi zgodnie twierdziły, że Astral Chain nie jest grą skupioną na akcji, ale jak NieR: Automata właśnie, jest RPG-iem, z opowieścią do przekazania.

Pierwsze moje godziny z tytułem faktycznie wprawiły mnie w zachwyt. Że jest to gra twórców Automaty, która ma dla mnie gigantyczne znaczenie, którą trafiła bez problemu do mojej piątki gier życia - to widać od razu. Charakterystyczna gracja poruszania się postaci, dopasowane animacje, połączone z mocno kreskówkową grafiką - całość wygląda na pierwszy rzut oka lepiej niż Automata, ba, momentami może kojarzyć się z grami takimi jak Catherine czy Persona 5.

Zachwyt wynikał jednak nie z przedstawienia graficznego - choć faktem jest, że każdemu, kto się nawinął pokazywałem jak gra może wyglądać na Switchu. Bo jest to trochę niewiarygodne, co widać na dużym telewizorze. Pozytywne uczucie dotyczyło jednak fabuły oraz systemu walki.

wtorek, 24 września 2019

Aleksander Razumowski po raz kolejny (Adam Przechrzta - "Demony zemsty. Abakumow")

Ależ się ucieszyłem widząc nowy tom przygód Aleksandra Razumowskiego! Tym bardziej, że ostatnie powieści Adama Przechrzty (cykl “Materia prima”) do mnie zupełnie nie trafiły, nie dałem rady się wciągnąć, mimo dwóch podejść, kurczę, po “Abakumowie” spróbuję po raz trzeci…

W każdym razie Razumowski powraca, dla mnie zupełnie niespodziewanie. Wciąż przebywamy w ZSRR, jest rok około 1950 i coraz bardziej czuć zbliżającą się walkę o władzę. Gdy zabranie genseka Stalina rozpocznie się rzeź, potencjalni przeciwnicy to Beria i Chruszczow, ale nie są oni jedynymi kandydatami do przejęcia władzy. Jest także Abakumow, który popełnia największy błąd swojego życia: podejmuje próbę otrucia Aleksandra Razumowskiego.

Dlaczego? Jaki był powód ataku? Tego dowiemy się podczas lektury wypełnionej akcją w starym, dobrym stylu, z którego Adam Przechrzta jest znany. Zawędrujemy na Syberię, poznamy interesujące postaci, wśród których coraz więcej widać takich, dla których obecna władza jest obrzydliwa niczym wesz. “Demony zemsty. Abakumow” poświęcają też nieco więcej uwagi przeszłości bohatera, kim naprawdę jest, co być może jest prawdą, a co nigdy nią nie będzie. Jest to przyjemny smaczek, który traktuję jako obietnicę tego, co nastąpi w - mam nadzieję - kolejnych częściach serii.

Książka doskonale wpisująca się w klimat cyklu, w niczym poprzednim epizodom nie ustępuje. Kto Razumowskiego polubił ten już ma na półce, kto Razumowskiego nie zna, ale lubi żołnierskie opowieści o wojnie, honorze, ale bez patosu i bez idei i stojących za nimi polityków - temu zdecydowanie polecam, ale od początku, od “Demonów Leningradu”.

Demony zemsty. Abakumow
Fabryka Słów 2019

piątek, 13 września 2019

Jeśli więcej tomów o Agacie Brok nie będzie, to prawdziwa "Strata"

Aż mi szkoda, że to koniec. Nie potrafię (albo jestem zbyt leniwy) znaleźć informacji, czy pani Iwona Wilmowska dopisze ciąg dalszy, czy będzie więcej Agaty Brok? Jestem za, chętnie jeszcze poczytam. 

Autorce znowu się udało zbudować wiarygodną historię kryminalną, na miarę i możliwości tego kraju. Kolejny raz Agata bierze udział w sprawie śmierci, która niewielu wydaje się podejrzana. Jednak teraz, po dwóch sukcesach “detektywistycznych” nasza bohaterka rusza ostro do przodu, i tylko po to, by strzelać jedną gafę za kolejną. Uśmiałem się zdrowo obserwując jak autorka sprowadziła swoją postać na ziemię, to bardzo pasuje do naszego polskiego klimatu: przekonanie o swojej wartości łamane przez słomiany zapał.

I nie tylko Agata jest tu plusem historii. Samo tło zgonu, zupełnie jak w tomie drugim, to taki mały majstersztyk, samonakręcająca się machina drobnych zależności, które ostatecznie prowadzą do takiego właśnie obrotu sprawy. Jestem zachwycony sposobem kreowania tragedii przez Iwonę Wilmowską - żadnych gangów, polityków, mafii; żadnych udających ciężkie przeżycia emo-ludków, tylko samo życie. Sytuacje pokazane w tomach drugim i trzecim naprawdę mogą się przytrafić każdemu człowiekowi, a co za tym idzie identyfikowanie się z bohaterami nie sprawia problemu, jest wręcz automatyczne.

Naprawdę chciałbym więcej, takiej literatury mi brakowało, i takiej autorki - bez silenia się na kolejną “królową kryminału”, “zbrodni” czy innej marketingowej papki. To są książki do czytania z przyjemnością, polecam.

wtorek, 10 września 2019

Ciąg dalszy prywatnych śledztw Agaty Brok (Iwona Wilmowska - "Gwiaździsta noc")

Drugi tom zawsze ma łatwiej, a jeśli komuś się pierwszy podobał, to już w ogóle z górki. Nic więc dziwnego w tym, że po “Gwiaździstej nocy” to już jestem fanem Agaty Brok i Iwony Wilmowskiej. Nawet moja największa obawa - czyli kolejne “przypadkowe” śledztwo - zostało skrojone idealnie, tak, że nie mam się czego czepiać.

Książka podobała mi się nawet bardziej od poprzedniej, ale też wiadomo jak to jest, gdy zna się już bohaterów. Autorka sprawnie wykorzystała wszystkie zarzucone w tomie pierwszym przynęty, rzecz dotyczy rodziny Kermita, chłopaka Agaty, w tle znajduje się jego brat, z którym od dawna nie ma kontaktu - no zainteresowania historią nie trzeba w sobie budować, ono jest od samego początku. 

A najbardziej podobał mi się finał, czyli wyjaśnienie kto i za co. Wreszcie ktoś napisał książkę, w której motywu zbrodni nie powstydziłby się sam Hakan Nesser. W ludzkich głowach siedzą różne myśli, psychika działa tak, że nie można żyć z poczuciem winy dłużej, niż pewien czas. Własnego pecha i własne nieszczęście można zawsze wytłumaczyć czymś, lub kimś - i tak rodzą się problemy. Tak, że jeśli ktoś oczekuje “wielkiego, pełnego fajerwerków, hollywoodzkiego zakończenia”, to odradzam, zły adres. Ale każdy, kto lubi identyfikować się z bohaterami, kto lubi stawiać się w ich sytuacji - temu “Gwiaździsta noc” raczej przypadnie do gustu.

Prywatne śledztwo Agaty Brok, tom 2
Gwiaździsta noc
Axis Mundi 2018

poniedziałek, 9 września 2019

O tym, że "Nikt nie słucha starych ludzi" pisze Iwona Wilmowska

A mnie się podobało. I wcale nie uważam, żeby powieść Iwony Wilmowskiej miała jakieś warsztatowe braki lub fabuła była klecona na kolanie. Zwyczajność przedstawionej tu historii jest największym atutem, a dodatkowe opisy codzienności pomniejszych bohaterów nie tylko nie przeszkadzają, co wręcz zachęcają do dalszej lektury.

To lektura, która niczego od czytelnika nie oczekuje, nie wymusza uwagi, nie buduje także specjalnego napięcia - kryminał jest jedynie powodem do pokazania fajnej młodej dziewczyny, która nie przeklina, zdaje sobie sprawę z faktu, że na pieniądze i dobrobyt trzeba pracować, która nie szuka przywilejów, która wywiązuje się z postawionych przed nią zadań - krótko mówiąc bohaterka to typ człowieka, którego coraz trudniej znaleźć tak w rzeczywistości, jak i w literaturze. Przedstawienie Agaty oraz jej siostry z rodziną budzi same dobre skojarzenia, zaangażowanie w sprawy podstarzałego wujka wynika z autentycznej troski a zainteresowanie sprawą zmarłej kobiety jest przyjemnie naiwne. Kiedyś takich ludzi było więcej, kiedyś świat naprawdę tak wyglądał. I cieszę się, że “Nikt nie słucha starych ludzi” mi o tym przypomniało, dobrze się czułem podczas lektury i natychmiast po przeczytaniu ostatniego słowa powieści rozpocząłem lekturę tomu kolejnego.

Polecam, szczególnie tym fanom kryminału, którzy zaczęli się gubić w gęstwinie coraz to nowszych powieści bardziej znanych autorów, w których poziom rzadko idzie w parze z częstotliwością powstawania kolejnych epizodów. Oto powieść, której nawet najgłupszy pijarowiec nie nazwie bestsellerem, kultową, brawurową itp., a która od tych wszystkich “polskich bestsellerów” jest zwyczajnie lepsza, bo napisana do czytania i dla czytelników, a nie do wspinania się na wyżyny grafomanii przy kreowaniu blurbów.

Nikt nie słucha starych ludzi
Prywatne śledztwo Agaty Brok, tom 1
Axis Mundi 2018

piątek, 30 sierpnia 2019

Nie Mario, nie Zelda, ale Fire Emblem jest grą, dla której warto kupić konsolę Nintendo! (Fire Emblem: Three Houses)

Jestem fanem serii Fire Emblem. Od czasów dwóch gier wydanych na GameBoy Advance przed wielu laty zwracam uwagę na kolejne części cyklu, czasem nawet kupuję konsolkę z myślą o tych produkcjach właśnie (New Nintendo 2DS XL, ach, te nazwy!). Połączenie jRPG z taktyczną rozgrywką sprawia mi ogromną radość, dlatego też na wieść o wydaniu pierwszej “dużej” odsłony od wielu lat na Nintendo Switch… kupiłem Switcha.

Chociaż dziwnie mówić tu o “dużej” odsłonie; wszak Switch jest tak samo “dużą” konsolą, jak i kieszonsolką, choć kieszenie faktycznie trzeba mieć duże.

Na początku wypada powiedzieć: ależ tu czuć piniądz! Seria Fire Emblem ostatnio stała się o wiele bardziej rozpoznawalna, niż przed paru laty, pewnie za sprawą mobilnego wyciskacza pieniędzy Fire Emblem Heroes oraz siekaniny Fire Emblem Warriors. Żadna z tych produkcji nie jest dla mnie, ale dla cyklu widać zrobiły wiele, bowiem Nintendo wpakowało w Three Houses sporo kasy, i to widać.