Istnieje wiele teorii o tym kim był, skąd naprawdę pochodził, jaka płynęła krew w Mieszku I. Gall Anonim swoje napisał, dziesiątki historyków dodali swoje, i tak dziś do końca wciąż jeszcze mamy raczej więcej tajemnic, niż rzeczy pewnych. Więc co dopiero powiedzieć o takim mitycznym wręcz Piaście? Tu dopiero otwiera się pole dla wyobraźni twórców! I swoje trzy grosze dodał Grzegorz Gajek, prezentując powieść historyczną osadzoną na kilka pokoleń przed chrztem Polski.
I od razu powiem, że jest to dzieło doprawdy wspaniałe. Autor stanął obok i zlekceważył najpopularniejsze mity o Piaście Kołodzieju, opowiadając w stylu, jakiego nie powstydziłby się Bernard Cornwell, przy pomocy lekkiego pióra i kreacji postaci z krwi i kości, tak realistycznych, że identyfikacja z bohaterami następuje dosłownie już na pierwszych stronach.
Bohaterami, bowiem “Piast” nie jest historią jednego człowieka, a braci. Braci z jednej matki, ale różnych ojców, urodzonych w tym samym roku, ale jeden na początku, a drugi przy końcu. Braci, gdzie jeden jest tym, który ma się za nieco bardziej cwanego, a drugi tym, który uważa się za bardziej walecznego. Poznawanie kolejnych losów od dzieciństwa do samego końca mocno przypominało mi klasyczne, właśnie takie “cornwellowskie” podejście do powieści historycznych. Wydarzenia prezentowane są dokładnie, ale bez nudy i zbędnych opisów. W napotkanych postaciach znajdziemy i te kojarzące się z legendami, jak Popiel, ale i takie, które swoje miejsce w historii mają, jak władcy ziem zachodnich pod panowaniem cesarza. Nie braknie także i takich bohaterów, którzy będą wypełniali miejsce po znanych nam postaciach z legend. Przy czym jak na powieść historyczną przystało, nie ma tu mowy o żadnej magii i innych bzdurach; choć jest wiara i nią też tłumaczone są przeróżne zdarzenia.
Im dalej, tym dokładniej widać jak Autor sobie wymyślił tę opowieść. Napisać tu coś o tym konkretniej byłoby okropnym grzechem, zatem ograniczę się do zachęty: poznawanie losów braci, wydarzeń, w których uczestniczą a nawet wyobrażeń, które sami o sobie mają jest prawdziwą ucztą, czystą przyjemnością, która wyzwoli w czytelniku całą gamę obowiązkowych emocji, od dzikiej radości, uniesienia heroizmem, przez gniewne pokazywanie prawdy o ludziach, do potężnego smutku, bo bohater czy nie, w życiu sprawiedliwości nie ma, nie było i nie będzie. Za to można napisać historię, nawet swoją własną.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sine Qua Non. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sine Qua Non. Pokaż wszystkie posty
środa, 19 lutego 2025
czwartek, 24 października 2019
Jakub Małecki - "Horyzont"
Choć bardzo mi się podobały ostatnie książki Jakuba Małeckiego, miałem wrażenie, że autor opowiadał wciąż tę samą historię, w sensie: przekazywał nam podobne wartości i emocje. I szykując się do lektury “Horyzontu” głównie rozmyślałem o tym, czy tym razem będzie inaczej.
I było. Choć autor wciąż pisze o ludziach i ich przeżyciach, to “Horyzont” zupełnie nie przypomniał mi ani “Śladów”, ani “Dygotu”, ani “Rdzy”.
Jakub Małecki opowiada tu trzy główne historie, które bardzo dobrze się przeplatają. Na pierwszym planie wydaje się być główny bohater, Mariusz Małecki (Jakub z Mariuszem o nazwisku Małecki się tu przeplatają niczym w - przepraszam za słowo - incepcji), czyli weteran wojny w Afganistanie. Osobiście nie czytałem dotychczas nic o stresie pourazowym, wiem tyle, co z zachodnich produkcji i cieszę się, że to akurat Jakub Małecki o tym napisał, bowiem kojarzy mi się głównie z ekstremalną wręcz ilością empatii, jaka jest zawarta w jego książkach. Z tym, że historię Mariusza trochę można przewidzieć, na szczęście autor pisze tak, że przewidzieć wydarzenia można bez żalu.
Mariusz spotyka Zuzę, a ona żyje w znacznie bardziej jednak interesującej (pardon, PTSD powinno być wyżej, sorry) dla mnie scenografii wnuczki, której coraz starsza babcia widzi córkę, czyli Zuzi matkę. I o coś tu chodzi, coś pomiędzy rodzicami dziewczyny - i tu jest trzecia historia, która podobała mi się najbardziej. Cokolwiek zdradzić byłoby zbrodnią, więc będę milczał, dodając od siebie, że moim skromnym zdaniem jest “Horyzont” do tej pory najlepszą powieścią autora.
Horyzont
Sine Qua Non 2019
niedziela, 3 marca 2019
Trochę podobna poprzednich, ale i tak bardzo dobra powieść Jakuba Małeckiego („Nikt nie idzie”)
Konsekwentnie autor porusza się w kręgu tematów, które już nieraz nam zaprezentował. “Nikt nie idzie” kolejny raz, po “Śladach” i “Rdzy” przedstawia po prostu życie takim, jakim widzą je głównie ludzie dotknięci tragedią i dramatem. Przeciętni zjadacze spulchniaczy w chlebie żyją karierą, zrzucaniem odpowiedzialności na innych, żałośnie skamlą na temat ciężkiej pracy, słabych wynagrodzeń, patrzą na Familiadę i przegadują się z “ekspertami” w telewizorze. Dopóki nie nadejdzie “coś złego” rzadko zastanawiamy się nad życiem. W czasach gdy empatia jest jak zagrożony gatunek zwierzęcia Jakub Małecki pokazuje nam zupełnie inną stronę życia – samotność, poczucie zagubienia, poczucie bezcelowości istnienia i wieczne zagrożenie tym, co będzie później.
Jak w “Dygocie”, i tu możemy obejrzeć żywot osoby dotkniętej odmiennością. W przeciwieństwie do “Dygotu” – tutaj Klemens nie ma szans na samostanowienie. Jego osoba natomiast jest punktem zejścia się dramatów innych osób, a mądrość płynąca z książki wskazuje wyraźnie: to możemy być my wszyscy. Nie myślimy na co dzień o okropnych rzeczach, które przytrafiają się innym, a które mogą przytrafić się nam; o problemach, na które nikt nie ma immunitetu. Autora temat wyraźnie interesuje, stąd w jego powieściach matki z niepełnosprawnymi dziećmi, osoby obciążone poczuciem winy często irracjonalnym, ale tego, co każdy będący obok rozumie, nie jest w stanie zrozumieć ofiara.
Książki Jakuba Małeckiego zaczynam powoli traktować jak coś na kształt terapii. Dobrze, że jest powszechnie czytanym pisarz, który porusza takie tematy, może ten fakt nieco naiwnie potraktujmy jako nadzieję dla ludzi? Może kiedyś empatia znowu spowszechnieje, może ludzie nie są aż tacy egoistyczni?
Jak zwykle powieść, choć nie sprawia wrażenie krótkiej objętościowo znika w jeden, góra dwa popołudnia/wieczory. Ten pan potrafi robić takie sztuczki. Polecam gorąco, obok “Królestwa” Sami-Wiecie-Kogo najlepsza powieść tej jesieni.
Jak w “Dygocie”, i tu możemy obejrzeć żywot osoby dotkniętej odmiennością. W przeciwieństwie do “Dygotu” – tutaj Klemens nie ma szans na samostanowienie. Jego osoba natomiast jest punktem zejścia się dramatów innych osób, a mądrość płynąca z książki wskazuje wyraźnie: to możemy być my wszyscy. Nie myślimy na co dzień o okropnych rzeczach, które przytrafiają się innym, a które mogą przytrafić się nam; o problemach, na które nikt nie ma immunitetu. Autora temat wyraźnie interesuje, stąd w jego powieściach matki z niepełnosprawnymi dziećmi, osoby obciążone poczuciem winy często irracjonalnym, ale tego, co każdy będący obok rozumie, nie jest w stanie zrozumieć ofiara.
Książki Jakuba Małeckiego zaczynam powoli traktować jak coś na kształt terapii. Dobrze, że jest powszechnie czytanym pisarz, który porusza takie tematy, może ten fakt nieco naiwnie potraktujmy jako nadzieję dla ludzi? Może kiedyś empatia znowu spowszechnieje, może ludzie nie są aż tacy egoistyczni?
Jak zwykle powieść, choć nie sprawia wrażenie krótkiej objętościowo znika w jeden, góra dwa popołudnia/wieczory. Ten pan potrafi robić takie sztuczki. Polecam gorąco, obok “Królestwa” Sami-Wiecie-Kogo najlepsza powieść tej jesieni.
Droga przez mękę, czy o „Exodusie” trzy słowa (Łukasz Orbitowski)
Bardzo przegadana książka, w której można by odnaleźć więcej niż jedną myśl przewodnią. Jest jednak pewien problem – bohater. Nie wiem, czy zamierzeniem Autora było napisać kilkaset stron o totalnej dupie wołowej, imitacji mężczyzny – postaci w zasadzie typowej dla naszych czasów, którą wielu z nas czasem potrafi dostrzec w lustrze. Czy bohater miał być istotą lektury, czy zdarzenie, jakie przeżył? I czy owo zdarzenie – choć straszne – faktycznie go zmieniło, czy też od zawsze był ofiarą losu? Bo dla mnie Janek to istota, której naprawdę chciałbym uniknąć, facet, który sobie pozwolił na upadek, stropiona dupa wołowa, jakich pełno dookoła w naszych czasach, w momencie, w którym to właśnie mężczyzna był potrzebny, zamienił się w coś innego, nijakiego, upadł tak, jak upada ktoś słaby, ktoś, kto myśli tylko o sobie. Ktoś tak zwyczajnie, na co dzień pozbawiony wyobraźni, tak mocny w gębie, a tak słaby faktycznie. Tchórz. A o jego stosunku do kobiet to już w ogóle żal pisać.
I o tym dla mnie jest „Exodus”, a cała reszta dookoła, te wszystkie dodatkowe tematy mnie zwyczajnie nudziły, bo ani to odkrywcze, ani interesujące. Zabawę psuła także egzaltacja, z jaką Autor przez całą książkę opowiadał w pourywanym i zbyt często powtarzanym tekście o faktycznym dramacie, o przyczynach. Już po kilku pierwszych powtórzeniach, choć nie wiemy nic, wiemy wszystko. Nie czeka niespodzianka, i nie wydaje mi się, by miała czekać, by miało to powtarzanie być czymś, co ma zaskoczyć. Jest to zbyt prosta w zrozumieniu kwestia, a tworzone napięcie jest sztuczne, powtarzanie tego samego w kółko z kolei jest irytujące.
Rzecz jasna najprawdopodobniej po prostu nie zrozumiałem Autora, jednak zamiast zamknąć buzię postanowiłem się mimo wszystko wypowiedzieć – dla samego bohatera, dla Janka. No słowo daję, dla takiej stropionej dupy wołowej to aż szkoda poświęcać tak wiele stron. Czy to słaba książka? Nie, Autor wie, jak pisać. Problem jest taki, że po lekturze w czytelniku pozostaje jedynie złość na bohatera, bez większych refleksji, bez dodatkowych bonusów. Złość i pogarda. Do końca czekałem na coś, co to zmieni, jednak nic się nie zmieniło. I po prawdzie żal mi czasu, jaki na lekturę poświęciłem, nie po to przecież czytam, by się denerwować.
I o tym dla mnie jest „Exodus”, a cała reszta dookoła, te wszystkie dodatkowe tematy mnie zwyczajnie nudziły, bo ani to odkrywcze, ani interesujące. Zabawę psuła także egzaltacja, z jaką Autor przez całą książkę opowiadał w pourywanym i zbyt często powtarzanym tekście o faktycznym dramacie, o przyczynach. Już po kilku pierwszych powtórzeniach, choć nie wiemy nic, wiemy wszystko. Nie czeka niespodzianka, i nie wydaje mi się, by miała czekać, by miało to powtarzanie być czymś, co ma zaskoczyć. Jest to zbyt prosta w zrozumieniu kwestia, a tworzone napięcie jest sztuczne, powtarzanie tego samego w kółko z kolei jest irytujące.
Rzecz jasna najprawdopodobniej po prostu nie zrozumiałem Autora, jednak zamiast zamknąć buzię postanowiłem się mimo wszystko wypowiedzieć – dla samego bohatera, dla Janka. No słowo daję, dla takiej stropionej dupy wołowej to aż szkoda poświęcać tak wiele stron. Czy to słaba książka? Nie, Autor wie, jak pisać. Problem jest taki, że po lekturze w czytelniku pozostaje jedynie złość na bohatera, bez większych refleksji, bez dodatkowych bonusów. Złość i pogarda. Do końca czekałem na coś, co to zmieni, jednak nic się nie zmieniło. I po prawdzie żal mi czasu, jaki na lekturę poświęciłem, nie po to przecież czytam, by się denerwować.
Szymek, Tośka, Wera i paru innych, czyli kilka godzin czystej przyjemności (J. Małecki - "Rdza")
“Ślady” tego autora czytałem prawie rok. Taka była to lektura, dająca od siebie odpocząć, nie skłaniająca do pośpiechu. “Rdzę” przeczytałem w parę godzin. Od dosłownie pierwszych słów zostałem wciągnięty w życie Szymka a potem i jego babci, kolegi, rodziców i sąsiadów. Wszystko, co miałem wczoraj zrobić, zrobię dzisiaj. Wczoraj tylko “Rdza”.
Zachwyciła mnie mnogość tematów, które zostały tu poruszone. Zachwyciło mnie także pokazanie ludzi jako istot wyjątkowych, w sensie: tak od siebie odmiennych, tak różnych. Ale tego akurat się spodziewałem, z tego autora już znamy. Początkowo chciałem parę motywów, które są poruszone w książce przytoczyć, ale ostatecznie stwierdziłem, że nie o to chodzi, żeby zdradzać, chodzi o to, żeby zachęcać. No to zachęcam.
Książka opowiada o ludziach i o życiu tych ludzi. Bywa niewesoła, ale autor pisząc o dramatach, tych mniejszych i większych nie popada w egzaltację, nie cierpi wraz z bohaterami, nie próbuje przemycać żadnych sugestii o niby uszlachetniającym cierpieniu. I takiego przedstawienia dramatu jestem fanem. I tak sobie myślę, że obok “Króla” wiadomego autora jest “Rdza” najlepsza powieścią jaką przeczytałem w ostatnich paru latach. A autor jest na drodze, gdzie każda kolejna książka wydaje się być jeszcze lepszą od poprzedniej. Aż się boję co będzie potem, w sensie: kiedy? Bo ja już bym chciał.
Zachwyciła mnie mnogość tematów, które zostały tu poruszone. Zachwyciło mnie także pokazanie ludzi jako istot wyjątkowych, w sensie: tak od siebie odmiennych, tak różnych. Ale tego akurat się spodziewałem, z tego autora już znamy. Początkowo chciałem parę motywów, które są poruszone w książce przytoczyć, ale ostatecznie stwierdziłem, że nie o to chodzi, żeby zdradzać, chodzi o to, żeby zachęcać. No to zachęcam.
Książka opowiada o ludziach i o życiu tych ludzi. Bywa niewesoła, ale autor pisząc o dramatach, tych mniejszych i większych nie popada w egzaltację, nie cierpi wraz z bohaterami, nie próbuje przemycać żadnych sugestii o niby uszlachetniającym cierpieniu. I takiego przedstawienia dramatu jestem fanem. I tak sobie myślę, że obok “Króla” wiadomego autora jest “Rdza” najlepsza powieścią jaką przeczytałem w ostatnich paru latach. A autor jest na drodze, gdzie każda kolejna książka wydaje się być jeszcze lepszą od poprzedniej. Aż się boję co będzie potem, w sensie: kiedy? Bo ja już bym chciał.
Prawie rok lektury, czyli o „Śladach” Jakuba Małeckiego
Parę dni temu skończyłem czytać „Ślady”, i akurat w tym samym czasie na YouTube na kanale Bukbuk pojawił się stosunkowo długi wywiad z autorem. To, co Jakub Małecki miał do powiedzenia nieźle zgrało się z moimi wrażeniami ze „Śladów”, książki, którą zacząłem czytać przed wieloma miesiącami, ale od której robiłem sobie długie przerwy.
Jest to pozycja trochę podobna do „Dygotu”, który znowu był nieco podobny do twardochowego „Dracha”, opisując wiele historii ludzi ze sobą powiązanych rodzinnie, a przynajmniej spowinowaconych. Każda historia rozpoczyna się od mapy, dzięki której czytelnik może się zorientować w miejscu akcji, i tak obserwujemy kolejne pokolenia ludzi żyjących w tym kraju, poznając podstawową prawdę o społeczeństwie: każdy człowiek jest różny, inny, jest indywidualnością, której nie sposób powtórzyć, skopiować. Życie osób nawet stale stojących z boku, nie wpychających się w bycie częścią większej społeczności to także taki mały wszechświat wydarzeń, dramatów i radości.
Mianownikiem łączącym historie, poza faktem poruszania się w obrębie pokoleń ludzi ze sobą spokrewnionych, jest opis życia od strony raczej niespecjalnie wesołej; oglądamy ludzkie dramaty, niewiele radości. Z tym, że nie są to dramaty w skali makro, a właśnie takie małe, codzienne, składające się na życie człowieka. Niektóre z osób w ogóle mnie nie obeszły, inne wręcz przeciwnie, stąd jak przypuszczam te przerwy w lekturze. Ja nie potrafię ot tak, przewrócić strony i czytać o kolejnej postaci, kiedy ta poprzednia zrobiła na mnie tak duże wrażenie, a jej historia pozostanie w głowie na dłużej.
I kiedy czytam taki „Dygot” czy „Ślady”, myślę sobie o autorze jak o kolejnym pisarzu, który próbuje nam gdzieś podprogowo pokazać że cierpienie jest w jakiś sposób szlachetne. Co dla mnie jest wierutną bzdurą, co brzmi jak dorabianie ideologii, próba zrobienia z siebie apostoła czego- lub kogokolwiek tam, wszystko jedno. A tu oglądam wywiad z Jakubem Małeckim, w którym opowiada on rzeczy kompletnie odwrotne, nawet odrobinę kpiąc z cierpienia jako metody na coś tam-coś tam, twierdząc, że jest człowiekiem raczej radosnym, i że tylko pisze o takich smutnych sprawach, bo go interesują. I to mi się podoba, dla mnie to dodatkowy smak książki, taki mały bonus.
Już za kilka dni pojawi się kolejna książka autora, zatytułowana „Rdza”. I już wiem, że nie będzie wesoła. Mam nadzieję, że w Legimi pojawi się już w dzień premiery.
Jest to pozycja trochę podobna do „Dygotu”, który znowu był nieco podobny do twardochowego „Dracha”, opisując wiele historii ludzi ze sobą powiązanych rodzinnie, a przynajmniej spowinowaconych. Każda historia rozpoczyna się od mapy, dzięki której czytelnik może się zorientować w miejscu akcji, i tak obserwujemy kolejne pokolenia ludzi żyjących w tym kraju, poznając podstawową prawdę o społeczeństwie: każdy człowiek jest różny, inny, jest indywidualnością, której nie sposób powtórzyć, skopiować. Życie osób nawet stale stojących z boku, nie wpychających się w bycie częścią większej społeczności to także taki mały wszechświat wydarzeń, dramatów i radości.
Mianownikiem łączącym historie, poza faktem poruszania się w obrębie pokoleń ludzi ze sobą spokrewnionych, jest opis życia od strony raczej niespecjalnie wesołej; oglądamy ludzkie dramaty, niewiele radości. Z tym, że nie są to dramaty w skali makro, a właśnie takie małe, codzienne, składające się na życie człowieka. Niektóre z osób w ogóle mnie nie obeszły, inne wręcz przeciwnie, stąd jak przypuszczam te przerwy w lekturze. Ja nie potrafię ot tak, przewrócić strony i czytać o kolejnej postaci, kiedy ta poprzednia zrobiła na mnie tak duże wrażenie, a jej historia pozostanie w głowie na dłużej.
I kiedy czytam taki „Dygot” czy „Ślady”, myślę sobie o autorze jak o kolejnym pisarzu, który próbuje nam gdzieś podprogowo pokazać że cierpienie jest w jakiś sposób szlachetne. Co dla mnie jest wierutną bzdurą, co brzmi jak dorabianie ideologii, próba zrobienia z siebie apostoła czego- lub kogokolwiek tam, wszystko jedno. A tu oglądam wywiad z Jakubem Małeckim, w którym opowiada on rzeczy kompletnie odwrotne, nawet odrobinę kpiąc z cierpienia jako metody na coś tam-coś tam, twierdząc, że jest człowiekiem raczej radosnym, i że tylko pisze o takich smutnych sprawach, bo go interesują. I to mi się podoba, dla mnie to dodatkowy smak książki, taki mały bonus.
Już za kilka dni pojawi się kolejna książka autora, zatytułowana „Rdza”. I już wiem, że nie będzie wesoła. Mam nadzieję, że w Legimi pojawi się już w dzień premiery.
„Głos z ciemności”. Za to dość donośny. (Roman Kostrzewski)
Pamiętam w latach 90. przypadkowo stałem się posiadaczem jednego numeru magazynu Brum, jakoś w okolicy wydania katowskiego Szyderczego zwierciadła. Na łamach gazety toczyła się dyskusja pod tytułem: Roman Kostrzewski – demon czy błazen? I powiem szczerze, że z dwojga opcji zawsze kojarzyłem go z tym drugim tytułem. Mimo ogromnej sympatii dla tego człowieka i całego zespołu Kat teksty wokalisty znacznie częściej mnie śmieszyły, niż skłaniały do zastanowienia czy bo ja wiem co tam się robi próbując interpretować poezję.
Po lekturze książki jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że Roman Kostrzewski doskonale wie, co robi. I ten śmiech co poniektórych słuchaczy był zdaje się zamierzony. Poezje tego człowieka chyba mają jakąś specjalną umiejętność trafiania nawet do najbardziej opornych – a ja, uwierzcie mi, w kwestii szeroko rozumianej poezji jestem bardzo oporny. Najoporny wręcz.
Głos z ciemności to lektura na jedno popołudnie. Nie sposób jest się oderwać od specyficznego sposobu z jakim pan Kostrzewski opowiada o swoim życiu. Facet bez fałszywej skromności, ale i bez poczucia własnej mocy opowiada jak było i jak jest. Niejedną nierozwiązaną sprawę związaną z muzyką, karierą, Katem i różnego rodzaju konfliktami z gitarzystą Piotrem Luczykiem tu przedstawia, a robi to raczej obiektywnie, jakby nie uczestniczył w wydarzeniach, a oglądał je z boku. A gdy zaczyna opowiadać o inspiracjach i pozwala sobie na analizę własnej tekstowej twórczości to już całkiem można wsiąknąć.
Jednak nie tylko o muzyce i Kacie jest ta książka. Przede wszystkim jest o Kostrzewskim, jego dorastaniu w domu dziecka, rodzinie, szkole a także przynależności do Solidarności i efektach tejże – sporo było plotek na ten temat, słyszanych tu i ówdzie, teraz dowiedzieliśmy się jak było naprawdę.
No i wiadomo – jest także o satanizmie, rozumianym na sposób filozoficzny. Jest więc i o kościele, jako instytucji, o władzy, o pragnieniach, o życiu, rodzinie, potomkach, radościach, smutkach. Ale nie nachalnie – to punkt widzenia pewnego człowieka, i można się z nim nie zgadzać, a i tak nieźle się bawić przy lekturze, tak mi się wydaje. Dobra rzecz, dla fana raczej zakup obowiązkowy a dla reszty niezła ciekawostka.
Po lekturze książki jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że Roman Kostrzewski doskonale wie, co robi. I ten śmiech co poniektórych słuchaczy był zdaje się zamierzony. Poezje tego człowieka chyba mają jakąś specjalną umiejętność trafiania nawet do najbardziej opornych – a ja, uwierzcie mi, w kwestii szeroko rozumianej poezji jestem bardzo oporny. Najoporny wręcz.
Głos z ciemności to lektura na jedno popołudnie. Nie sposób jest się oderwać od specyficznego sposobu z jakim pan Kostrzewski opowiada o swoim życiu. Facet bez fałszywej skromności, ale i bez poczucia własnej mocy opowiada jak było i jak jest. Niejedną nierozwiązaną sprawę związaną z muzyką, karierą, Katem i różnego rodzaju konfliktami z gitarzystą Piotrem Luczykiem tu przedstawia, a robi to raczej obiektywnie, jakby nie uczestniczył w wydarzeniach, a oglądał je z boku. A gdy zaczyna opowiadać o inspiracjach i pozwala sobie na analizę własnej tekstowej twórczości to już całkiem można wsiąknąć.
Jednak nie tylko o muzyce i Kacie jest ta książka. Przede wszystkim jest o Kostrzewskim, jego dorastaniu w domu dziecka, rodzinie, szkole a także przynależności do Solidarności i efektach tejże – sporo było plotek na ten temat, słyszanych tu i ówdzie, teraz dowiedzieliśmy się jak było naprawdę.
No i wiadomo – jest także o satanizmie, rozumianym na sposób filozoficzny. Jest więc i o kościele, jako instytucji, o władzy, o pragnieniach, o życiu, rodzinie, potomkach, radościach, smutkach. Ale nie nachalnie – to punkt widzenia pewnego człowieka, i można się z nim nie zgadzać, a i tak nieźle się bawić przy lekturze, tak mi się wydaje. Dobra rzecz, dla fana raczej zakup obowiązkowy a dla reszty niezła ciekawostka.
Sine Qua Non 2016
Raczej pean pochwalny niż biografia, ale ma swoje momenty
To druga, po biografii Slayera książka tego autora, która trafiła w moje ręce. I znowu jedno widać od razu – facet naprawdę lubi ten rodzaj muzyki i bardzo, ale to bardzo chce o nim opowiadać. Nie znaczy to jednak, że jest w tym dobry, niestety.
Jest to biografia, która przez ani moment nie stara się nawet udawać obiektywnej. Nie mam z tym problemu, jeżeli autor był (jest) totalnym fanem Burtona, jest oczywistym, że całość będzie napisana maksymalnie subiektywnie. Gorzej, że autor nie tylko jest fanem, ale zdaje się być wręcz fanatykiem, i takie stawianie na piedestale zmarłego tragicznie przed laty muzyka może bardziej zaszkodzić, niż pomóc. Bo o ile trudno dyskutować z rolą Burtona w Metallice, tak podjęcie się analizy co zrobiłby dalej muzyk, gdyby żył i jak potoczyła by się historia zespołu to lektura nawet nie żenująca, co wręcz tragiczna. A autor bez wahania przedstawia przeróżne scenariusze, które według niego miały by miejsce. No kurde, ręce opadają.
Jednak nim biografia robi się pozycją w dorobku autora kompromitującą, jest to całkiem sprawnie napisana rzecz. I nawet nie tyle ciekawe jest życie muzyka, co dogłębne analizy jego twórczości. Autor mocno skupia się na poszczególnych utworach zespołu, analizując co ciekawsze fragmenty co do sekundy, zwracając uwagę czytelnika na momenty, które czasem można przegapić. To czyta się nieźle, podobnie jak o stosunku Burtona do samej muzyki, który to stosunek zmienił odczucia całego zespołu, co zresztą doskonale słychać w różnicy między Kill’em All, albumu komponowanego w przeważającej większości bez Cliffa a kolejnymi dwiema płytami, jakże dojrzalszymi i o wiele bardziej skomplikowanymi.
Podsumowując: nawet największym fanom zespołu polecam tę książkę tylko w dobrej, promocyjnej cenie. Wtedy warto.
To Live is To Die
Sine Qua Non 2013
Jest to biografia, która przez ani moment nie stara się nawet udawać obiektywnej. Nie mam z tym problemu, jeżeli autor był (jest) totalnym fanem Burtona, jest oczywistym, że całość będzie napisana maksymalnie subiektywnie. Gorzej, że autor nie tylko jest fanem, ale zdaje się być wręcz fanatykiem, i takie stawianie na piedestale zmarłego tragicznie przed laty muzyka może bardziej zaszkodzić, niż pomóc. Bo o ile trudno dyskutować z rolą Burtona w Metallice, tak podjęcie się analizy co zrobiłby dalej muzyk, gdyby żył i jak potoczyła by się historia zespołu to lektura nawet nie żenująca, co wręcz tragiczna. A autor bez wahania przedstawia przeróżne scenariusze, które według niego miały by miejsce. No kurde, ręce opadają.
Jednak nim biografia robi się pozycją w dorobku autora kompromitującą, jest to całkiem sprawnie napisana rzecz. I nawet nie tyle ciekawe jest życie muzyka, co dogłębne analizy jego twórczości. Autor mocno skupia się na poszczególnych utworach zespołu, analizując co ciekawsze fragmenty co do sekundy, zwracając uwagę czytelnika na momenty, które czasem można przegapić. To czyta się nieźle, podobnie jak o stosunku Burtona do samej muzyki, który to stosunek zmienił odczucia całego zespołu, co zresztą doskonale słychać w różnicy między Kill’em All, albumu komponowanego w przeważającej większości bez Cliffa a kolejnymi dwiema płytami, jakże dojrzalszymi i o wiele bardziej skomplikowanymi.
Podsumowując: nawet największym fanom zespołu polecam tę książkę tylko w dobrej, promocyjnej cenie. Wtedy warto.
To Live is To Die
Sine Qua Non 2013
środa, 27 lutego 2019
Jakub Małecki o odmienności i samotności, czyli „Dygot”
Sine Qua Non? Zadziwiające; “Dygot” jest tak zgodny z moimi wrażeniami pochodzącymi z lektur powergraphowej serii Kontrapunkty, że po zamknięciu czytnika nie wierzyłem własnym oczom. No pewny byłem, że czytam kolejną pozycję z tego cyklu właśnie.
Jakub Małecki przedstawia nam ładny kawał historii. Rozpoczynamy lekturę zaraz przed wybuchem drugiej wojny światowej, by skończyć w XXI wieku. Krok po kroku poznajemy historię dwóch rodzin, których losy z czasem się połączą. Wydaje się, że główną postacią będzie Wiktor, albinos, którego życie i dziś nie byłoby łatwe, a co dopiero zaraz po wojnie, na głębokiej wsi. Jednak w rzeczywistości bohaterów jest więcej, a Wiktor z początku wydaje się być tym najciekawszym; autor stosuje różne triki powodujące, że właśnie na nim czytelnik skupia uwagę przede wszystkim.
Bardzo udany jest opis codziennego świata prostych ludzi z czasów, które nam mogą wydawać się już zamierzchłą historią, a przecież nie minęło od nich jeszcze nawet sto lat. Poraża głupota ludzka, miażdży zwyczaj, tępota tłumu, skłonność do okrucieństwa rosnąca wraz z ilością obecnych ludzi. Los Wiktora wzruszy każdego, kto ma w sercu choć odrobinę empatii, podobnie los Emilii, ale nie o to w książce chodzi, by wzruszać. Chodzi o to, by pokazać życie takim, jakim ono jest w świecie jednostek, pojedynczych ludzi, cierpiących w samotności. Jest to książka o samotności w ogóle, samotności każdego człowieka, który choć otoczony ludźmi i tak ostatecznie zostanie sam; z chorobą, z problemem, z długiem, z kalekim dzieckiem, z poczuciem zdrady ze strony społeczeństwa, które tak wiele obiecywało, a tak niewiele zrobi w dniu, gdy się zacznie. To kolejna, trzecia już po “Oberkach do końca świata” Szostaka i “Drachu” Twardocha książka rozgrywająca się na przestrzeni lat, akcję skupiająca wokół bliskich sobie ludzi. Klimatem znacznie bliżej jej do powieści pisarza ze Śląska, jest więcej brudu, mniej radości, autor jakby bawił się losami postaci odgrywając złośliwego boga, który niczym dziecko tak długo wygina swoją ulubioną zabawkę – człowieka – aż ta zostanie złamana.
Co w “Dygocie” było dla mnie najciekawsze, to pokazywanie kolejnych pokoleń jako tak samo smutnych i beznadziejnych, jakby w życie od urodzenia był wpisany los. Co czytelnik z tego wyniesie – jego sprawa. Znam takich, co pogrążą się na kilka chwil w smutku, dostrzegając to, co im nie wyszło, przypominając sobie o tym, czego już na pewno nie dadzą rady osiągnąć. Inni, szczególnie czytelnicy wychowani na osiedlach, a urodzeni, jak autor na początku lat osiemdziesiątych, zrozumieją Sebastiana – ostatniego bohatera – i po prostu przestaną myśleć o jutrze, skupiając się na dniu dzisiejszym i pod wpływem chwili przeczytają ponownie którąś z powieści Orbitowskiego, pasują jak ulał. Ktoś może zastanowi się jak to jest, że ktoś tak młody jak autor może życie widzieć takim smutnym, ktoś inny natomiast, równie młody, może mieć do autora pretensję, że diagnozę postawił naszej rzeczywistości słuszną, ale zabrakło pomysłów na zmianę świata i otaczającej nas rzeczywistości. Jednak wszyscy będą się dobrze bawić przy lekturze, to kawałek porządnej literatury, i jasno “Dygot” pokazuje, że książki Małeckiego już niebawem będzie można na półce układać obok wymienionych wyżej, wciąż “młodych” twórców, to już prawie ten poziom.
Sine Qua Non 2015
Jakub Małecki przedstawia nam ładny kawał historii. Rozpoczynamy lekturę zaraz przed wybuchem drugiej wojny światowej, by skończyć w XXI wieku. Krok po kroku poznajemy historię dwóch rodzin, których losy z czasem się połączą. Wydaje się, że główną postacią będzie Wiktor, albinos, którego życie i dziś nie byłoby łatwe, a co dopiero zaraz po wojnie, na głębokiej wsi. Jednak w rzeczywistości bohaterów jest więcej, a Wiktor z początku wydaje się być tym najciekawszym; autor stosuje różne triki powodujące, że właśnie na nim czytelnik skupia uwagę przede wszystkim.
Bardzo udany jest opis codziennego świata prostych ludzi z czasów, które nam mogą wydawać się już zamierzchłą historią, a przecież nie minęło od nich jeszcze nawet sto lat. Poraża głupota ludzka, miażdży zwyczaj, tępota tłumu, skłonność do okrucieństwa rosnąca wraz z ilością obecnych ludzi. Los Wiktora wzruszy każdego, kto ma w sercu choć odrobinę empatii, podobnie los Emilii, ale nie o to w książce chodzi, by wzruszać. Chodzi o to, by pokazać życie takim, jakim ono jest w świecie jednostek, pojedynczych ludzi, cierpiących w samotności. Jest to książka o samotności w ogóle, samotności każdego człowieka, który choć otoczony ludźmi i tak ostatecznie zostanie sam; z chorobą, z problemem, z długiem, z kalekim dzieckiem, z poczuciem zdrady ze strony społeczeństwa, które tak wiele obiecywało, a tak niewiele zrobi w dniu, gdy się zacznie. To kolejna, trzecia już po “Oberkach do końca świata” Szostaka i “Drachu” Twardocha książka rozgrywająca się na przestrzeni lat, akcję skupiająca wokół bliskich sobie ludzi. Klimatem znacznie bliżej jej do powieści pisarza ze Śląska, jest więcej brudu, mniej radości, autor jakby bawił się losami postaci odgrywając złośliwego boga, który niczym dziecko tak długo wygina swoją ulubioną zabawkę – człowieka – aż ta zostanie złamana.
Co w “Dygocie” było dla mnie najciekawsze, to pokazywanie kolejnych pokoleń jako tak samo smutnych i beznadziejnych, jakby w życie od urodzenia był wpisany los. Co czytelnik z tego wyniesie – jego sprawa. Znam takich, co pogrążą się na kilka chwil w smutku, dostrzegając to, co im nie wyszło, przypominając sobie o tym, czego już na pewno nie dadzą rady osiągnąć. Inni, szczególnie czytelnicy wychowani na osiedlach, a urodzeni, jak autor na początku lat osiemdziesiątych, zrozumieją Sebastiana – ostatniego bohatera – i po prostu przestaną myśleć o jutrze, skupiając się na dniu dzisiejszym i pod wpływem chwili przeczytają ponownie którąś z powieści Orbitowskiego, pasują jak ulał. Ktoś może zastanowi się jak to jest, że ktoś tak młody jak autor może życie widzieć takim smutnym, ktoś inny natomiast, równie młody, może mieć do autora pretensję, że diagnozę postawił naszej rzeczywistości słuszną, ale zabrakło pomysłów na zmianę świata i otaczającej nas rzeczywistości. Jednak wszyscy będą się dobrze bawić przy lekturze, to kawałek porządnej literatury, i jasno “Dygot” pokazuje, że książki Małeckiego już niebawem będzie można na półce układać obok wymienionych wyżej, wciąż “młodych” twórców, to już prawie ten poziom.
Sine Qua Non 2015
wtorek, 12 lutego 2019
Łukasz Orbitowski – „Szczęśliwa ziemia”
“Szczęśliwa ziemia” napisana jest w takim specyficznym, orbitowskim stylu. Lekko nadętym, chwilami nawet, mówiąc brzydko: egzaltowanym wręcz. Ale tylko lekko, akurat na tyle, na ile z tego samego słynęły książki poprzednie. Takim stylu trochę “cierpiącym”, takim: “nie warto”, “i tak się nie uda”, albo: “po co to komu?”. W stylu, który można łyknąć, dostosować się i polubić. Który można zrozumieć.
Bohaterem jest grupa przyjaciół, którzy dorastają i wreszcie rozstają się, co niestety czeka kiedyś każdą taką grupę. Przed rozstaniem jednak chłopcy przeżywają coś na kształt przygody, próbując odkryć tajemnicę miasteczka, jednego z tych, gdzie parafian jest więcej niż mieszkańców. Tajemnica dotyczy podziemi zamku i wiąże się z wyborem na resztę życia.
Po rozstaniu różnie sobie dają radę. Jeden z nich przy pomocy narracji pierwszoosobowej snuje smętną opowieść o sobie i miasteczku, lecz w odpowiednich miejscach przenosimy się w inne regiony Polski, by sprawdzić jak potoczyły się życia kolegów. Historie są interesujące, oczywiście głównie dla tych czytelników, którzy zainteresowani są stylem, o którym wspomniałem wyżej. Są to opowieści ciekawe, życiowe, odważne, bo skomplikowane w swej prostocie. Pokazują dokładnie to, co zdarza się tak wielu ludziom, a o czym dość rzadko można poczytać w książkach należących do literatury popularnej. Bo zdarzenia owe właśnie popularne nie są, za to są prawdziwe.
“Szczęśliwa ziemia” na pewno bardziej podoba mi się niż poprzednie książki Łukasza Orbitowskiego, bo jest po prostu dojrzalsza od na przykład “Tracę ciepło” czy “Horror show” (“Świętego Wrocławia” jeszcze nie czytałem), a tematyka odpowiada mi dużo bardziej niż ta z “Widm”. Rzecz jest doskonale ułożona, i trwa dokładnie tyle, ile trwać powinna. Jedyne, co średnio mi przypadło do gustu do rozłożenie książki na kilkadziesiąt podrozdziałów, które często wydawały mi się podziałami sztucznymi, ale cóż, to przecież pierdółka.
Książka jest udana, bo najpierw mówi o przyjaźni i obawach przed dorosłością i tym, czego tak wielu się obawia: odpowiedzialnością. A potem w udany sposób pokazuje, że wśród dorosłych tak, jak i u dzieci odpowiedzialność jest abstrakcyjną teorią, o której łatwo mówić i wymądrzać się, ale wprowadzić w życie? W dodatku swoje? Ha ha.
Przy czym “Szczęśliwa ziemia” ma szanse spodobać się także tym fanom, którzy tęsknią za opowiadaniami grozy, od których pisarz zaczynał karierę. Początek lektury, tak samo jak koniec to w zasadzie horror, i to dobry horror, gdzie groza jest znacznie mniej ważna niż bohaterowie, którym przyjdzie ją poznać; jest tylko dodatkiem dla tych postaci i ich historii.
Także jeśli lubisz raz na jakiś czas przeczytać coś, co służy nie tylko do samej rozrywki, ale przy czym można się też zastanowić, pospierać się lub z autorem zgodzić, polecam “Szczęśliwą ziemię”. A jeśli masz trzydzieścikilka lat i wrażenie, że zarówno starsi, jak i młodsi się już ustawili, i tylko Ty cały czas czekasz na coś w stylu: “kiedyś i ja będę”, to polecam jeszcze bardziej :)
Szczęśliwa ziemia
Sine Qua Non 2013
Bohaterem jest grupa przyjaciół, którzy dorastają i wreszcie rozstają się, co niestety czeka kiedyś każdą taką grupę. Przed rozstaniem jednak chłopcy przeżywają coś na kształt przygody, próbując odkryć tajemnicę miasteczka, jednego z tych, gdzie parafian jest więcej niż mieszkańców. Tajemnica dotyczy podziemi zamku i wiąże się z wyborem na resztę życia.
Po rozstaniu różnie sobie dają radę. Jeden z nich przy pomocy narracji pierwszoosobowej snuje smętną opowieść o sobie i miasteczku, lecz w odpowiednich miejscach przenosimy się w inne regiony Polski, by sprawdzić jak potoczyły się życia kolegów. Historie są interesujące, oczywiście głównie dla tych czytelników, którzy zainteresowani są stylem, o którym wspomniałem wyżej. Są to opowieści ciekawe, życiowe, odważne, bo skomplikowane w swej prostocie. Pokazują dokładnie to, co zdarza się tak wielu ludziom, a o czym dość rzadko można poczytać w książkach należących do literatury popularnej. Bo zdarzenia owe właśnie popularne nie są, za to są prawdziwe.
“Szczęśliwa ziemia” na pewno bardziej podoba mi się niż poprzednie książki Łukasza Orbitowskiego, bo jest po prostu dojrzalsza od na przykład “Tracę ciepło” czy “Horror show” (“Świętego Wrocławia” jeszcze nie czytałem), a tematyka odpowiada mi dużo bardziej niż ta z “Widm”. Rzecz jest doskonale ułożona, i trwa dokładnie tyle, ile trwać powinna. Jedyne, co średnio mi przypadło do gustu do rozłożenie książki na kilkadziesiąt podrozdziałów, które często wydawały mi się podziałami sztucznymi, ale cóż, to przecież pierdółka.
Książka jest udana, bo najpierw mówi o przyjaźni i obawach przed dorosłością i tym, czego tak wielu się obawia: odpowiedzialnością. A potem w udany sposób pokazuje, że wśród dorosłych tak, jak i u dzieci odpowiedzialność jest abstrakcyjną teorią, o której łatwo mówić i wymądrzać się, ale wprowadzić w życie? W dodatku swoje? Ha ha.
Przy czym “Szczęśliwa ziemia” ma szanse spodobać się także tym fanom, którzy tęsknią za opowiadaniami grozy, od których pisarz zaczynał karierę. Początek lektury, tak samo jak koniec to w zasadzie horror, i to dobry horror, gdzie groza jest znacznie mniej ważna niż bohaterowie, którym przyjdzie ją poznać; jest tylko dodatkiem dla tych postaci i ich historii.
Także jeśli lubisz raz na jakiś czas przeczytać coś, co służy nie tylko do samej rozrywki, ale przy czym można się też zastanowić, pospierać się lub z autorem zgodzić, polecam “Szczęśliwą ziemię”. A jeśli masz trzydzieścikilka lat i wrażenie, że zarówno starsi, jak i młodsi się już ustawili, i tylko Ty cały czas czekasz na coś w stylu: “kiedyś i ja będę”, to polecam jeszcze bardziej :)
Szczęśliwa ziemia
Sine Qua Non 2013
sobota, 26 stycznia 2013
Mira Grant - "Przegląd Końca Świata: Feed"
Wychwalany przez ogromną większość czytelników "Przegląd Końca Świata: Feed" mnie niestety nie zachwycił. Przez cały czas trwania lektury czekałem na "to coś", co tak wielu się spodobało, ale bezskutecznie. Książka zdaje mi się kolejnym tworem próbującym pokazać post-apokalipsę dla młodzieży, po pozycjach takich jak "Przejście" Justina Cronina czy "Igrzyska śmierci" Suzanne Collins. Temat zombie to temat bardzo wdzięczny, fanom nigdy się nie nudzący, a mimo to Mirze Grant nie udało się przyciągnąć mojej uwagi na tyle, by się w powieść zaangażować.
Jak dla mnie zbyt wiele tu pomieszania z poplątaniem. Momentami, choć bardzo rzadko fabuła nieco zbliża się do tematyki znanej z komiksu "Żywe trupy", jednocześnie w innych fragmentach mocno czerpie z komedii "Zombieland". Osobno obie pozycje są niezrównane, ale połączenie ich razem kompletnie mi się nie podoba.
Pokazanie blogerów to pomysł udany, pojawia się jednak pytanie: czy naprawdę trudno jest wymyślić, stworzyć inną fabułę niż wieczne spiski, teorie konspiracyjne i - obowiązkowo - stawiać młodych idealistów na przeciw starej gwardii polityków-wyjadaczy? Nuda, nuda, nuda.
Szkoda, bo ogólny klimat świata przedstawionego nie jest najgorszy. W miarę ciekawie i logicznie pokazana jest codzienność bez dostępu do czerwonego mięsa (infekcja), problemy natury społecznej (czy wolno hodować zwierzęta wiedząc, że też mogą zaatakować, gdy zainfekowane) czy zmieniony system wartości i wzorów do naśladowania, w którym George Romero jest narodowym bohaterem. Szkoda tylko, że zabrakło dobrych, ciekawych bohaterów, bo ci, których tu znajdziemy to prosto, na szybko niemalże sklecone zlepki klasycznych dla hollywoodzkiego kina postaw, pozbawionych osobowości. Szczerze, "Igrzyska śmierci" były lepsze, choć bez zombie.
Feed
Sine Qua Non 2012
Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)










