czwartek, 28 lutego 2019

„Umrzeć po raz drugi”, czyli Jane Rizzoli i Maura Isles po raz jedenasty

W jedenastym tomie przygód Rizzoli i Isles Tess Gerritsen poszła tak bardzo do przodu, że aż zatrzymała się w miejscu. Książka nie oferuje żadnej nowej jakości, to po prostu kolejna sprawa do rozwiązania z bohaterami, których zachowania wierni czytelnicy są w stanie w stu procentach przewidzieć. Powieść znowu delikatnie rusza tematy, które można było znacznie rozwinąć (w tym wypadku chociażby kwestia polowań na zwierzęta dla sportu), jednak zachowawczo i asekuracyjnie Autorka nie wnika głębiej, zadowalając się po prostu kolejnym thrillerem jaki trafia na półki. Niestety nie wyróżniającym się od setek innych niczym.

Na szczęście Gerritsen jest nie tylko pisarką, ale i lekarzem. I ma wiedzę, którą czasem w bardzo udany sposób prezentuje czytelnikom, wie, o czym pisze, i to widać. Bez wahania wierzymy jej gdy opisuje proces rozkładu, znaki po chorobach, lub – jak w ty wypadku – metody używane przez taksydermistów, czyli wypychaczy zwierząt. I to jest ciekawe, nieźle opowiedziane, i gdyby jeszcze Jane Rizzoli, jej mąż Gabriel czy Maura Isles były nieco ciekawsze, gdyby czymś czytelnika zaskoczyły, można by uznać “Umrzeć po raz drugi” za książkę bardzo dobrą. A tak jest zaledwie poprawna, przeciętna.

Cykl trochę za bardzo przypomina serial pisany przez różnych scenarzystów. Zawsze gdy pojawia się coś interesującego, czy to w sprawach kryminalnych, czy w życiu osobistym bohaterów, Autorka zamiast rozwijać temat szybko go kończy, jakby w pośpiechu wręcz. Szkoda także, że pani Gerritsen nie próbuje wyjść ze schematu konstrukcji poprawnego thrillera, bo niestety przy jedenastej książce już na tyle znamy sposób kreowania przez nią fabuł, że nie dajemy się oszukać, nie nabieramy się na scenki mające odwrócić naszą uwagę i przy ostatnich scenach nie ma żadnego “efektu wow”, nie ma niespodzianki, jest tylko westchnienie i konstatacja: no tak, wiedziałem, szkoda, spodziewałem się więcej.

Die Again
Albatros 2015

Poprawności politycznej prosto w twarz daje Harper Lee w „Idź, postaw wartownika”

“Idź, postaw wartownika” to bardzo odważna książka. Dodatkowo wpływa mocno na “Zabić drozda”, nadając słynnej książce zupełnie nowe znaczenie, o tyle ciekawe, że momentami wręcz negatywne. Jak to jest możliwe, by “Zabić drozda” było lekturą negatywną? Jasne, że nie jest, jednak po “Wartowniku” naprawdę widać różnicę między światem, jaki chcielibyśmy, by istniał, a tym, który faktycznie istnieje, i znany bestseller autorki staje się czymś sztucznym, nieprawdziwym, bajką, przypowieścią ku pokrzepieniu serc, choć piękną, to nieprawdziwą.

Bohaterka, teraz dwudziestokilkuletnia, niewiele się zmieniła od czasów “Zabić drozda”, nie mentalnie. Powraca do Maycomb z Nowego Jorku, gdzie otoczona ludźmi zupełnie innymi od tych z Południa wyrasta w przekonaniu o swoich racjach. Co śmieszne, jest także przekonana o tym, że jej racje są racjami Atticusa – bodajże najlepszego ojca w historii literatury, postaci tak światłej, że niemal papierowej. Otóż w “Wartowniku” Atticus staje się bohaterem z krwi i kości, a dostrzegając jego wady, widząc jego człowieczeństwo, respekt czytelnika do schorowanego starca rośnie jeszcze bardziej.

“Idź, postaw wartownika” otwiera oczy. To nie jest historia dla dzieci o honorze, uczciwości i sprawiedliwości. Wcale się nie dziwię, że wydawca odrzucił tę powieść, i kazał autorce mocno ją przerobić. Mówię Wam, ta przerobiona wersja, która stała się właśnie znanym każdemu “Zabić drozda”, teraz, po lekturze “oryginału” wygląda jak… coś prawie sztucznego, pisanego pod publikę, która jest gotowa tylko na historie z happy endem, pokazujące świat z wyobrażeń, nie ten prawdziwy. Początkowo w ogóle myślałem, że książka nie została wydana z powodu chaosu, do setnej strony trudno się w tym wszystkim połapać. Autorka wędruje przez czas, przypomina historie Jean Louise z dzieciństwa, historie nadmiernie rozbudowane, nie mające praktycznie żadnego znaczenia dla fabuły. Jednocześnie ważne elementy książki są ledwie nakreślone, zdaje się, że jest tu niewiele sensu. Nie jest to lektura łatwa, wydaje się pozbawiona planu i budowana przez kiepskiego konstruktora, i nawet wydaje mi się, że bez znajomości “Zabić drozda” byłaby wcale nie tak mocna w odbiorze, że przerobiona wersja skrojona dla amerykańskiego czytelnika z przełumu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych jest konieczna dla ułożenia sobie wszystkiego przy lekturze “Wartownika”.

Jest nieco niewiarygodne, że Harper Lee w połowie XX wieku chciała wydać książkę opowiadającą o NAACP (Krajowe Stowarzyszenie Postępu Ludzi Kolorowych) jak o zjawisku również negatywnym, a o likwidacji segregacji rasowej jak o czymś wcale nie tak dobrym, jak mogłoby się wydawać. Oczywiście powieści daleko do prezentowania poglądów rasistowskich, tak samo Atticusa nikt, kto ma choć odrobinę oleju w głowie, rasistą nie nazwie. A jednak – wydźwięk “Wartownika” jest mocny, i bardzo, ale to bardzo odważny. Autorka gromi, niszczy, masakruje wręcz poprawność polityczną nakazującą nam uśmiechanie się i tolerowanie zła tylko dlatego, że przyjmuje formy odmienności, mniejszości, że udaje coś niewinnego. Pragniemy uniknąć oskarżeń o różnego rodzaju fobie, zatem milczymy, kiwamy głową na znak zgody. Przypomnienie Tomasza Jeffersona i jego poglądu, że do demokracji nie powinni zostać dopuszczeni wszyscy obywatele, a jedynie ci, którzy faktycznie są ludźmi odpowiedzialnymi nabiera sensu, choć dziś jest już tylko utopią. Widać to oglądając lata pięćdziesiąte XX wieku na głębokim Południu, podobnie jak patrząc w telewizor dziś, w świecie, w którym emigranci, uchodźcy i inni poszkodowani przez los w poszukiwaniu lepszego życia stają się przede wszystkim narzędziem przepychających się narodów i frakcji oraz tłumem głosów, o które należy zadbać odpowiednio, a potem zrywać owoce.

“Idź, postaw wartownika” to nie jest grzeczna książka, której prawdopodobnie wielu się spodziewało po przepięknym, mądrym “Zabić drozda”. To książka o wiele bardziej rzeczywista, uderza bardzo mocno, prosto między oczy, kolejny raz przypominając najczęściej zapominaną prawdę o świecie: nic nie jest tak proste, jak może się wydawać. Nawet kwestia rasizmu, ksenofobii, równości ludzi – wbrew pozorom są także skomplikowanymi sprawami, i tak samo zaszkodzić może nietolerancja, jak ślepa tolerancja. Problem w tym, że na obu końcach tego kija są tacy sami, zupełnie pozbawieni wyobraźni i zdolności logicznego rozumowania ludzie, a złoty środek jest bardzo trudny do osiągnięcia. Ta książka jest chaotyczna i pod względem prezentowanej historii po prostu słaba. Ale mówi o rzeczach bardzo istotnych i nie mogła się ukazać w lepszym momencie, mamy idealne czasy dla niej, pytaniem pozostaje ile czytelnik zdoła zrozumieć, i czy nie jest już za późno?

Wydawnictwo Filia 2015

O „Wróżeniu z wnętrzności” Wita Szostaka

Zupełnie niedawno przeczytałem dwie poprzednie książki pana Szostaka wydane w serii Kontrapunkty, i jednym z licznych ich plusów było to, jak bardzo pozycje były od siebie różne. Jakby pisane przez innych twórców. Świetnie w tej koncepcji układa się powieść najnowsza – “Wróżenie z wnętrzności”, kolejny raz kompletnie inna, znowu coś zupełnie nowego.

To bardzo ciekawa książka, która składa się z wielu elementów już i tak nietypowych, i razem tworzą one coś mocno wybijającego się z tłumu. Nie chcę napisać, że to eksperyment, albo zabawa, bo takie określenia wydają się zbyt pretensjonalne w opisie prozy Wita Szostaka. To sprawnie stworzona koncepcja, skutecznie zrealizowany efekt pewnego pomysłu.

Narratorem książki jest Błażej, mężczyzna, który żyje zupełnie zamknięty sam w sobie, dosłownie. Jest niezwykle wciągającym poznawanie myśli bohatera, który mówi tylko do siebie, zarazem do nas, ale znacznie bardziej do siebie. Zdecydował się co nieco powiedzieć, i tak poznajemy jego brata bliźniaka wraz z żoną, którzy z Błażejem zamieszkują opuszczony, odkupiony od PKP dworzec kolejowy, gdzieś na południu kraju, w okolicy gór. Narrator jest jak osoba chora – oczywiście traktując jego stan wedle norm przyjętych przez społeczeństwo. Nie mówi, nie odzywa się, nie reaguje na wiele dziejących się wokół niego spraw – choć mówił, reagował, kochał, poznawał, żył. Zatem pewnie jest chory.

Siłą książki prócz samego opisu bardzo ludzkich bohaterów – niby nieprzeciętnych, zarówno Mateusz jak i Marta to zdecydowanie ludzie, których można nazwać “ekscentrykami”, albo po prostu: “artystami”, a jednak podobnych do nas – siłą jest także pragnienie poznania genezy tego nietypowego sposobu zachowania się Błażeja. Takie bardzo proste pragnienie, prostackie, i nagle czytelnik czuje się jak ta baba z pierwszego piętra, co na parapecie układa poduszeczkę i gapi się całymi dniami na sąsiadów i ich życie. I zaczynamy inaczej patrzeć na Błażeja, tak samo inaczej zaczynamy widzieć Mateusza, Martę i ich życie na dworcu z fontanną, wśród od lat nieużywanych torów kolejowych, ze starą ładą porzuconą gdzieś obok. Im dalej, tym mniej myślimy jak “normalny” człowiek, a coraz bardziej stajemy się kimś innym, niejako rozumiejąc ich wyglądające na niezrozumiałe życie.

Jeśli jednak traktować Błażeja jako osobę faktycznie chorą, chorą rzecz jasna psychicznie – wówczas “Wróżenie z wnętrzności” staje się niebrzydkim, a nawet bardzo ładnym opisem człowieka cierpiącego, interesującą interpretacją tego, co być może pacjent przeżywa; sposób widzenia świata i samodzielne tłumaczenie swojej odmienności jest chwilami wręcz atrakcyjne.

To nie jest książka tak piękna jak “Oberki do końca świata”, nie jest też tak uniwersalna i nawet lekka i przyjemna jak “Sto dni bez słońca”. To kolejny raz coś nowego, lektura zdecydowanie trudniejsza, momentami męcząca (te powtórzenia Błażeja, zdania wielokrotnie złożone z licznymi przecinkami i orzeczeniami, zdające się manierycznymi opisy życia z punktu widzenia “szlachetnego” cierpienia), lektura, którą dobrze jest odłożyć, a nie kontynuować na siłę, dać sobie chwilę przerwy. Bo jest to książka jednocześnie tak pisana, że zwyczajnie nie da się jej nie skończyć, i powrót do przerwanej lektury nastąpi szybko, ciekawość Błażeja, jego rodziny i ostatnich słów powieści jest ogromna.

Powergraph 2015

środa, 27 lutego 2019

Najnowszy zbiór opowiadań Jacka Inglota z jednym, przewodnim tematem – czyli o „Sodomionie” słów kilka

Nie ma sensu stosować tu żadnych uników – jest to zbiór opowiadań o seksie. Pewnie, że nie tylko o seksie, ale jest to punkt łączący wszystkie teksty. Nazwisko autora obiecuje pewną jakość, zatem jako fan pisarza od razu zabrałem się do lektury. A ta miejscami potwierdziła moją opinię o Jacku Inglocie, jako twórcy wyróżniającym się z tłumu innych, jednak były to faktycznie tylko miejsca. Ogólnie zbiorkiem jestem rozczarowany, niestety.

To nie jest tak, że teksty są dla stosunkowo młodych, żądnych soczystych opowieści czytelników. Nie, seks to nie tylko czynność fizyczna, nie tylko zmysłowość, nie tylko przyjemność – choć także to wszystko. To także pierwotna potrzeba istnienia każdej żywej istoty – bo rozmnażanie; seks to opium dla ludu – bo manipulacja; aż wreszcie seks to czasem także miłość i coś więcej, niż jedynie cel sam w sobie. I większość z tych prawideł ładnie zaprezentował Jacek Inglot, i w niektórych momentach lektura jest świetna. Jest opowiadanie będące niczym innym jak konkretną, spójną wizją prosto z gatunku fantastyki socjologicznej (uwielbiam!), gdzie ludzkość już nie udaje, że seks nie jest najważniejszy. A zaraz za moment mamy bardzo dobry tekst o androidach stworzonych w wiadomym celu i znowu – jakby społeczeństwo przyszłości, i jakby manipulowane. Wreszcie docieramy do opowiadania, w którym zmysłowości nie ma ani grama, za to jest krótki, ale przejmujący opis miłości w ten najboleśniejszy sposób – przez jej stratę. I to są momenty, w których “Sodomion” jest lekturą podobną do znanych mi wcześniej książek pana Inglota.

Niestety reszta w mojej opinii jest o wiele słabsza. Niektóre z opowiadań bawią, i natychmiast o nich zapominamy, lecz są i takie, które wydają się zwyczajnie za słabe. A rozczarowanie jest tym większe, że faktycznie kilka tekstów jest bardzo dobrych: i napisanych świetnie, i poruszających ważne tematy, skłaniających do rozmyślań, pokazujących coś więcej niż na pierwszy rzut oka się wydaje. To nie moje pierwsze spotkanie z prozą pana Inglota, i znając inne dokonania twórcy nie potrafiłem ukryć westchnienia rozczarowania. Spodziewałem się czegoś więcej.

Uroboros 2015

Jakub Małecki o odmienności i samotności, czyli „Dygot”

Sine Qua Non? Zadziwiające; “Dygot” jest tak zgodny z moimi wrażeniami pochodzącymi z lektur powergraphowej serii Kontrapunkty, że po zamknięciu czytnika nie wierzyłem własnym oczom. No pewny byłem, że czytam kolejną pozycję z tego cyklu właśnie.

Jakub Małecki przedstawia nam ładny kawał historii. Rozpoczynamy lekturę zaraz przed wybuchem drugiej wojny światowej, by skończyć w XXI wieku. Krok po kroku poznajemy historię dwóch rodzin, których losy z czasem się połączą. Wydaje się, że główną postacią będzie Wiktor, albinos, którego życie i dziś nie byłoby łatwe, a co dopiero zaraz po wojnie, na głębokiej wsi. Jednak w rzeczywistości bohaterów jest więcej, a Wiktor z początku wydaje się być tym najciekawszym; autor stosuje różne triki powodujące, że właśnie na nim czytelnik skupia uwagę przede wszystkim.

Bardzo udany jest opis codziennego świata prostych ludzi z czasów, które nam mogą wydawać się już zamierzchłą historią, a przecież nie minęło od nich jeszcze nawet sto lat. Poraża głupota ludzka, miażdży zwyczaj, tępota tłumu, skłonność do okrucieństwa rosnąca wraz z ilością obecnych ludzi. Los Wiktora wzruszy każdego, kto ma w sercu choć odrobinę empatii, podobnie los Emilii, ale nie o to w książce chodzi, by wzruszać. Chodzi o to, by pokazać życie takim, jakim ono jest w świecie jednostek, pojedynczych ludzi, cierpiących w samotności. Jest to książka o samotności w ogóle, samotności każdego człowieka, który choć otoczony ludźmi i tak ostatecznie zostanie sam; z chorobą, z problemem, z długiem, z kalekim dzieckiem, z poczuciem zdrady ze strony społeczeństwa, które tak wiele obiecywało, a tak niewiele zrobi w dniu, gdy się zacznie. To kolejna, trzecia już po “Oberkach do końca świata” Szostaka i “Drachu” Twardocha książka rozgrywająca się na przestrzeni lat, akcję skupiająca wokół bliskich sobie ludzi. Klimatem znacznie bliżej jej do powieści pisarza ze Śląska, jest więcej brudu, mniej radości, autor jakby bawił się losami postaci odgrywając złośliwego boga, który niczym dziecko tak długo wygina swoją ulubioną zabawkę – człowieka – aż ta zostanie złamana.

Co w “Dygocie” było dla mnie najciekawsze, to pokazywanie kolejnych pokoleń jako tak samo smutnych i beznadziejnych, jakby w życie od urodzenia był wpisany los. Co czytelnik z tego wyniesie – jego sprawa. Znam takich, co pogrążą się na kilka chwil w smutku, dostrzegając to, co im nie wyszło, przypominając sobie o tym, czego już na pewno nie dadzą rady osiągnąć. Inni, szczególnie czytelnicy wychowani na osiedlach, a urodzeni, jak autor na początku lat osiemdziesiątych, zrozumieją Sebastiana – ostatniego bohatera – i po prostu przestaną myśleć o jutrze, skupiając się na dniu dzisiejszym i pod wpływem chwili przeczytają ponownie którąś z powieści Orbitowskiego, pasują jak ulał. Ktoś może zastanowi się jak to jest, że ktoś tak młody jak autor może życie widzieć takim smutnym, ktoś inny natomiast, równie młody, może mieć do autora pretensję, że diagnozę postawił naszej rzeczywistości słuszną, ale zabrakło pomysłów na zmianę świata i otaczającej nas rzeczywistości. Jednak wszyscy będą się dobrze bawić przy lekturze, to kawałek porządnej literatury, i jasno “Dygot” pokazuje, że książki Małeckiego już niebawem będzie można na półce układać obok wymienionych wyżej, wciąż “młodych” twórców, to już prawie ten poziom.

Sine Qua Non 2015

Jak miniserial został książką, czyli o horrorze dla kobiet ze Stephenem Kingiem w tle

Książka powstała na postawie scenariusza do bodajże mini-serialu, którego autorem był sam Stephen King. Napisał ją jego przyjaciel (Ridley Pearson), czego wydawca (w moim przypadku Świat Książki) nie omieszkał nam, czytelnikom, uświadomić, w krótkim opisie z tyłu okładki. Zatem na pierwszy rzut oka wydanie tej pozycji wydaje się być zabiegiem czysto marketingowym. Jednak na całe szczęście “Czerwona Róża” potrafi się obronić, jeśli w odpowiednich momentach czytelnik nieco zmruży oczy.

Przede wszystkim warto wiedzieć, że ta powieść grozy znacznie bardziej będzie straszyć, jeśli na potrzeby chwili zbudujemy nowy, niestety dość szowinistyczny gatunek literacki: horror dla kobiet. Wówczas “Czerwona Róża” staje się nie tylko znośnym “straszydłem”, ale nawet można się pokusić o stwierdzenie, że powieść oferuje coś więcej, niż tylko dreszcz emocji wywołany poczuciem trwogi. Całość pisana w formie pamiętnika, prowadzonego przez dziewiętnastoletnią kobietę, która właśnie ma wyjść za mąż, oferuje odpowiedni klimat, dzięki któremu można na chwilę naprawdę zapomnieć o otaczającej nas rzeczywistości. Między wierszami dowiadujemy się wiele o czasach, w jakich przyszło żyć Ellen Rimbauer (początek XX wieku), o oczekiwaniach, jakie społeczeństwo posiada wobec kobiet, tym bardziej tych ze sfer wyższych. O roli żony w domu, o roli matki, o roli pani domu – tło jest na tyle dobrze przedstawione, że stopniowo pojawiająca się groza ma tym lepsze dojście do czytelnika. W owych czasach pewne fakty musiały zostać spełnione, pewne czynności przedsięwzięte, zatem zamiast dziwić się rozmiarom tytułowej Czerwonej Róży, rezydencji państwa młodych, przyjmujemy opisane wydarzenia za pewnik, przekładając kolejne strony pamiętnika z poczuciem niezdrowego oczekiwania na pojawienie się strachu.

I właśnie z powodu całej otoczki wydarzeń, przemyśleń Ellen, stosunku męża do żony oraz norm społecznych ośmielam się twierdzić, że lektura skierowana została przede wszystkim do kobiet. Typowy mężczyzna bowiem zbyt często będzie unosił w zdumieniu brwi znad lektury, zastanawiając się nad mentalnością bohaterki; co naturalnie prowadzi prosto do uznania powieści za stek bzdur. A ponieważ jest to stek bzdur – horror przecież – unoszenie brwi i rozważanie zasadności poczynań Ellen nie prowadzi do niczego innego, jak do popsucia sobie zabawy.Jeśli jednak odłożyć zdziwienie, wyłączyć myślenie, i po prostu wejść w rolę bohaterki (przynajmniej na tyle, na ile to możliwe), można przyjemnie spędzić kilka godzin na lekturze książki, która wydaje się być oczywista (nawiedzony dom, cmentarz, duchy, zemsta) a jednak pokazuje wydarzenia znane i ograne w sposób zajmujący, oferując niejedną niespodziankę po drodze.

Warto też wspomnieć o innej stronie powieści – stronie zmysłowej, tym bardziej kojarzonej z literaturą kobiecą. Jest tu zmysłowości całkiem sporo, na tyle dużo, by polecać ją tylko dorosłym, przy czym na tyle rozsądnie przedstawionej (w ramach konwencji naturalnie), by nie uczynić z “Czerwonej Róży” pozycji wulgarnej.

Jak na produkt marketingu, w którym od autora samej książki ważniejszym jest autor oryginalnego scenariusza, to całkiem niezła pozycja. Z pewnością lepsza i ciekawsza, niż może się to wydawać po poznaniu genezy jej powstania. Jak rzadko kiedy w takich sytuacjach można powiedzieć, że jest tu i wilk syty (wydawca), i owca jak najbardziej cała, i nawet zadowolona (czytelnik).

The Diary of Ellen Rimbauer: My Life at Rose Red
Świat Książki 2005

Komedia chwilami smutna, czyli o „Stu dniach bez słońca” Wita Szostaka

Chyba każdy z nas poznał co najmniej jedną osobę, która jest tak bardzo przekonana o własnej wartości, że zaczyna brakować synonimów na opisanie jej zarozumialstwa, nadętości i megalomanii. Mówimy tu o postaciach znanych głównie z kreowania problemów, zamiast ich rozwiązywania; ludziach urodzonych po to, by dzielić włos na czworo, osobowościach wybitnych, bowiem dzięki takim spada procent bezrobocia – tak potrafią zorganizować pracę i przystąpić do działania, że nawet najprostszą fuchę, przeznaczoną dla jednej osoby na godzinę czasu są w stanie wykonywać roboczy tydzień wraz z czteroosobowym zespołem pracowników.

Z takim bohaterem mamy do czynienia w “Stu dniach bez słońca” Wita Szostaka. Niejaki Lesław Srebroń jest pierwszoosobowym narratorem tego pamiętnika, i słowami, w których od razu widać naturalną lekkość pióra i umysł rączy, tak typowy dla środowisk akademickich, przedstawia czytelnikom swoją trwającą cztery miesiące przygodę na wyspach Finneganach. Stawił się tam w wyniku klasycznych dla swego zawodu procesów służących pogłębianiu niebywale ważnych prac naukowych. W jego przypadku chodzi o przygotowanie monografii twórczości Filipa Włócznika, pisarza wybitnego. Miejsce, do którego trafił Lesław to na pierwszy rzut oka skromne miasteczko uniwersyteckie, w którym Srebroń natychmiast zajmuje należne mu miejsce, oszałamiając pozostałych akademików nie tylko płomiennymi mowami, ale także swoją osobowością, charyzmą, i naturalnymi skłonnościami przywódczymi idealnie idącymi w parze z lotnością jego umysłu.

Komuś zdawać się może, że poznawanie wydarzeń pisanych przez kogoś mającego o sobie tak duże mniemanie będzie mordęgą. Nic bardziej mylnego, Wit Szostak od pierwszych słów pokazuje, że co, jak co, ale nudno nie będzie. Lesław Srebroń jest postacią tak (nie)ciekawą, i tak (słabo)znającą życie, że uwierzcie mi – każda jego interpretacja wydarzeń jest warta poznania. To książka pełna humoru, choć trochę czarnego, a z pewnością groteskowego, jednak bez przesady. Do Monty Pythona jeszcze dużo brakuje. Oglądając zmagania bohatera z rzeczywistością nie można nie wybuchać śmiechem; człowiek ten bowiem jakby pochodził z innego świata, kompletnie nie rozumie co się dookoła niego dzieje, zamknięty w przekonaniu o swojej nawet nie wartości, ale głównej roli, obowiązkach, jakie na nim spoczywają.

Byłoby to śmieszne do samego końca, gdyby nie jedno: tacy ludzie istnieją i są wśród nas. Znamy ich. Kto wie, czy sami innym podobnymi się nie wydajemy? I zbliżając się do końca lektury obok śmiechu pojawia się żal, smutek, że dla takich nie ma nadziei, czego ojciec pasem nie wybije, to niestety pozostanie do śmierci…

Rzecz jasna jest tu o wiele więcej, niż tylko sam megaloman Lesław i jego wybitna praca naukowa. Autor (ale tym chodzi mi o prawdziwego, Wita Szostaka:) co chwilę porusza temat, który w prosty sposób można sobie podpiąć pod różne zjawiska, zarówno takie w skali mikro, między nami – kolegami, jak i makro: stosunek literatów do różnych gatunków, podziały na te lepsze i te gorsze, wreszcie sam Filip Włócznik także staje się na tyle wyraźnym pisarzem, by móc go umieścić w rzeczywistości, dowolnie, zgodnie z własnymi przekonaniami literackimi. No i trudno także nie kibicować autorowi w wyolbrzymianiu przywar niektórych “znawców”, tak mocno wykształconych, że już w zasadzie nie myślących, a jedynie operujących zwrotami, frazesami, cytatami, mającymi kolejny raz podkreślać znaczenie wypowiadającego, a w rzeczywistości będącymi zdaniami pełnymi pustych słów, brzmiącymi jak odgłos przelewania z pustego w próżne (+25 do grafomaństwa dla mnie). Ma do filozofii, teologii i innych niebywale ważnych “zawodów” zdrowy stosunek ten doktor… filozofii, autor. Uśmiałem się jak rzadko, ale i co nieco refleksji się przytrafiło, poważnie, na serio. Książka ląduje w ulubionych, a ja z radością dodaję Wita Szostaka do swojej listy pisarzy, których książki najlepiej jest czytać “w ciemno”, bez sięgania po blurby i opinie, by samemu móc odkrywać wszystko od początku do końca, tak bowiem dobra jest to proza.

Powergraph 2014

„Oberki do końca świata”, czyli muzykowanie z Witem Szostakiem

Jakby mi ktoś przepowiedział, że zachwycać się będę książką opowiadającą o wsi, pomyślałbym, że słaby z niego Nostradamus. I mocno bym się pomylił, bo opowieść o Józefie Wichrze, jego przodkach i potomkach, to rzecz jak najbardziej godna zachwytu.

Poznajemy Józefa gdy spogląda na zdjęcie sprzed bardzo wielu lat. Widnieje na nim on sam wraz z bratem i kolegą – trójka muzykantów, chodzącą od wsi do wsi i zabawiająca ludzi oberkami na weselach. Jest to punkt wyjściowy do rozpoczęcia wyprawy w przeszłość, gdzie muzykowanie i sprawy się z muzykowaniem wiążące są wspaniałym pretekstem do pokazania kilku losów ludzkich i życia podporządkowanego zwyczajom wsi. Tytułowe oberki to kolejne rozdziały, a każdy jest właśnie jakby pieśnią na następny temat – temat, który wynika ze wspomnienia poprzedniego. Stąd poznamy dzieciństwo Józefa i jego braci: Jana i Franciszka, ich ojca, Jakuba muzykanta, cofniemy się o ponad sto lat wstecz do czasów Macieja – pierwszego Wichra w okolicy, a także powrócimy do teraźniejszości, by spotkać wnuki, ludzi z innego już świata, który z rzadka sobie przypomina o wioskowych grajkach.

Trochę kojarzą mi się “Oberki…” z “Drachem” Szczepana Twardocha, bo zdaje mi się widzieć wiele wspólnych cech między losem prostego człowieka, chłopa, a robotnika, górnika ze Śląska. Żywoty zawładnięte przez zwyczaj i tradycję, gdzie każdy – ale to absolutnie każdy – ma swoje miejsce, gdzie nikt nie zadaje głupich pytań, tylko robi to, co do niego należy. Tu, podobnie jak w “Drachu” będziemy wędrować przez historię rodu Wichrów, z tym, że nie aż tak dosadnie, jak zrobił to Szczepan Twardoch, lecz spokojniej, w sposób bardziej uporządkowany. I gdzieś na tle losów ludzkich, z czasów, gdy wieś miała znaczenie, sprzed wojny, poprzez wojnę, do lat mniej więcej nam współczesnych, będziemy mogli obejrzeć przemijanie, odejście starego i nadejście nowego. A wspaniałe jest to, że autor choć czasem zbliża się do patosu (lecz trudno tego nie robić w opowieści o trudach życia), jednak nie poddaje się tylko tej kategorii opisu. Nie pokazuje herosów toczących codzienny bój z ziemią, walkę o każde ziarno zboża, o chleb, nic z tych rzeczy. Odwrotnie wręcz – przedstawiając nam muzykantów oddala się od typowej dla naszej literatury wizji wsi, tym bardziej i tym lepiej nam prostotę życia przedstawiając. Można się zanurzyć w opowieści, jest człowiek strasznie ciekaw co jeszcze się stanie, nim nadejdzie oczywista końcówka.

A całość napisana jest rewelacyjnie, choć bez dialogów, to z rozmowami, choć nie fantastycznie, to jednak z lekką nutką mistycyzmu typowego dla bezpośredniości dawnej tradycji. Język jest jednocześnie językiem opowieści, historii do pokazania, ale i czymś więcej, i nie chodzi mi tylko o to, że często jest fragmentem tekstu, jaki można wyśpiewać przy oberku właśnie. Ten język i te oberki znacznie lepiej kreują wzruszający opis ludzkich marzeń, nadziei, zawodów i rozczarowań, niż same losy bohaterów. Dobrze jest się czasem wzruszyć. Przy “Oberkach” można, i jest to jedna z tych książek, które po prostu czyta się do końca, bez przerw, jednym tchem, od razu, przy jednym posiedzeniu. Polecam serdecznie.

Powergraph 2014

„Patrole” po raz szósty, czyli pan Łukjanienko znowu w formie

Zaskakująco szybko powstała kolejna część cyklu “Patrole”. Wpierw kilka lat ciszy, a potem nagle aż dwa nowe epizody? Tom piąty niespecjalnie mnie zachwycił, więc do “Szóstego Patrolu” podchodziłem z lekką obawą. Jak się okazało zupełnie niepotrzebną, bo książka jest powrotem do formy.

Co ciekawe, wciąż mógłbym tu wymienić wszystkie zarzuty, jakie miałem do “Nowego Patrolu” – dalej mamy sytuację patową, gdzie autor tak mocno wyniósł postaci w ich umiejętnościach, że już tylko pozostają mu konflikty globalne, z ratowaniem świata i ludzkości na czele. A jednak tym razem całość książki jest o wiele bardziej zwarta, a akcja biegnie tak szybko, że czytelnik z niepokojem spogląda na ilość stron pozostałej mu lektury, w obawie czy aby pan Łukjanienko skończy przygodę, czy nie będzie czasem znienawidzonego cliffhangera? “Szósty Patrol” jednocześnie powraca do wydarzeń już znanych, lecz robi to w sposób o wiele bardziej umiejętny, niż w tomie poprzednim. Anton Gorodecki wraz z żoną i córką staną kolejny raz na przeciwko bardzo poważnego zagrożenia, dodatkowo powrócimy do kilku postaci znanych już z dawniejszych czasów, i wraz z nimi nastąpi także powrót do jakości sprzed lat. “Patrole” od zawsze były obrazem ludzkości, odzwierciedleniem zaniepokojenia pisarza sytuacją na świecie. Teraz, gdy Rosja toczy wojnę z Ukrainą, pisarz znany z nieprzyjemnie niemądrych słów o Ukrainie, i niewątpliwie rosyjski patriota sięga po środki ostateczne, by wyrazić swoje obawy o przyszłość. Powoduje to, że lektura jest ciekawa podwójnie. Po pierwsze – bo Łukjanienko jest geniuszem narracji i kreatorem wybitnych, zwyczajnych, ale nadzwyczajnych sytuacji oraz prawdziwym mistrzem dialogów. Po drugie – bo jest Rosjaninem nie stroniącym od krytyki nie tylko świata Zachodu, ale także swojego ukochanego państwa.

Oczywiście “Szósty Patrol” pozostaje przede wszystkim powieścią fantasy, powieścią pełną akcji, dramatycznych wydarzeń, pojedynków, walk i politycznych rozgrywek. Cała otoczka filozoficzna tradycyjnie dla Łukjanienki pozostaje w tle – można, ale wcale nie trzeba się angażować. Kto chce, ten spokojnie może skupić się na przygodach i będzie równie zadowolony. Tym bardziej, że i pod względem samej zabawy autor oferuje poziom wyższy, niż poprzednio. Oj, oberwie się popkulturze, oberwie się nie tylko twórcom romansów o wampirach, ale także poważniejszym pozycjom, jak dzieła Anne Rice. Zabawnie wyglądają próby (według mnie skuteczne) przywrócenia wampira na jego miejsce, jako kreatury nie dość, że obrzydliwej, to przecież także martwej, z gruntu złej.

Najmocniej uderza jednak końcówka, która nie tylko powoduje natychmiastową chęć sięgnięcia po kolejną przygodę – bo to jest u pana Łukjanienki rzecz zwykła, ale uderza przede wszystkim pomysłem na rozwiązanie więcej niż jednego problemu. Wrażenie jest niesamowite, czytelnik przeżyje prawdziwy szok. Ciekaw jestem co będzie dalej nie tylko w sensie fabularnym, ale także zamysłu twórcy, bo po takim rozwiązaniu, jakie zaoferował, bardzo łatwo będzie wykreować coś zupełnie nowego, ale równie prosto będzie pomysł zmarnować.

A może to koniec? Wątpię, ale w sumie na koniec całego cyklu także “Szósty Patrol” się nadaje, koniec niespecjalnie radosny, ale takie lubię najbardziej. Cóż, czas pokaże.

Шестой Дозор, MAG 2015

Powrót do Lipowa tak udany, że od razu chce się sięgnąć po następny tom

Trzecia część cyklu o policjantach z Lipowa wydaje mi się być częścią póki co najlepszą. Autorka co prawda kolejny raz zastosowała tu różnego rodzaju schematy znane z setek (tysięcy?) klasycznych powieści kryminalnych, ale ponownie zrobiła to z wprawą, tak, by czytelnik mimo wszystko nie czuł się znudzony.

Przede wszystkim powracamy do Lipowa. Drugi tom pozostawił część poznanych w tomie pierwszym bohaterów, akcja przeniosła się do Brodnicy. Teraz jednak spotkamy postaci z “Motylka” (choć nie wszystkie, policjant z wąsem i licznymi problemami, który mnie tak ciekawi, wciąż nie występuje). Drugą ważną kwestią jest skierowanie sprawy na tory osobiste. Czytelnik wie, co stało się z ojcami dwóch policjantów, wie od lektury tomu pierwszego. Autorka do tego właśnie tematu powraca, i choć nie odkrywa Ameryki, to jak już wspomniałem – korzystanie ze sprawdzonych schematów pani Puzyńskiej wychodzi naprawdę nieźle, a lektura “Trzydziestej pierwszej” jest bardzo angażująca.

Ale to nie wszystko. Dobry kryminał powinien pod pozorem śledztwa pokazywać ludzkie losy, to one tak naprawdę są interesujące i dzięki nim dopiero można się wczuć w akcję, identyfikować z bohaterami. Także pod tym względem trzecia część cyklu o Lipowie dostarcza pełni wrażeń. Czego tu nie ma! Okazuje się, że w okolicach Lipowa w latach sześćdziesiątych działała sekta, której członkowie dokonali zbiorowego samobójstwa. Na scenie pojawia się chory mężczyzna, dorosły człowiek z umysłem dziecka. Do miasteczka przybywa tajemnicza para Szwedów wyraźnie napastujących jednego z mieszkańców. Z więzienia wychodzi człowiek odpowiedzialny za pożar, w którym zginęli policjanci przed piętnastu laty. Mało? No to jeszcze, wisienka na torcie: na posterunku pojawia się kolejna policjantka, z którą coś łączyło naszego bohatera, Daniela Podgórskiego, gdy tymczasem jego dziewczyna, znana nam psycholożka Weronika w tym tomie jest nieobecna. A wszystko spięte jest bardzo umiejętnie, ba, nawet na końcu mamy klasyczny dla kryminałów seryjnych cliffhanger, przez który kolejny tom – “Z jednym wyjątkiem” – już znajduje się w moim czytniku.

Jasne, że znajdzie się kilka rzeczy, do których czytelnik – tym bardziej zaangażowany – może się przyczepić. Wciąż lekko irytuje maniera autorki, która praktycznie za każdym razem bohaterów nazywa nie tylko pełnym imieniem i nazwiskiem, ale i stopniem służbowym. Doprawdy, przecież już od dawna wiemy kto jest kim. Pozostaje także kwestia jednego z policjantów, postaci, do której wracamy po przerwie – choleryka, histeryka, damskiego boksera i zwyczajnie chama, którego zachowanie jest tak nietypowe dla osoby noszącej mundur, że odejmuje policjantom z Lipowa wiarygodności. Jednak i tu, zupełnie jak w “Motylku”, pod koniec coś się dzieje i czytelnik ma nadzieję na obejrzenie w następnych odcinkach jego dalszej, ciekawej historii. Co mi nie przeszkadzało natomiast, to brak obecności Klementyny Kopp, postaci irytującej. Klementyna z wozu – koniom lżej.

Polecam, to dobry kryminał. Szczególnie spodoba się tym czytelnikom, którzy szczególnym uczuciem darzą powieści ze Skandynawii, to ten sam styl, tylko grunt inny, bo nasz, polski. Co tylko dodaje uroku. Jednak przed sięgnięciem po “Trzydziestą pierwszą” sugeruję zapoznanie z poprzednimi tomami – obraz całości będzie wówczas pełniejszy.

Prószyński i S-ka 2015

Bo czasem po prostu nie da się być normalnym, czyli „Preparator” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego

Pomysł na serię miał Tomasz Sekielski dobry. Na F/Aktach prezentuje historie określane czasem jako true crime; na podstawie prawdziwych wydarzeń autorzy konstruują fikcyjne fabuły. “Inna dusza” Łukasza Orbitowskiego mnie zachwyciła, sięgnąłem zatem po kolejny (właściwie to poprzedni) tom, którego autorem jest Hubert Klimko-Dobrzaniecki.

“Preparator” został pomyślany jako coś w rodzaju spowiedzi głównego bohatera. Czytelnik jedyne, co wie, to fakt dokonania czynów karalnych, o których tytułowy preparator będzie mówił. Bohater jednak okazuje się być istotą tak samotną, że nim do samych okrutnych wydarzeń dojdzie, przedstawi swojemu rozmówcy (i nam) całą historię swojego życia. Autor opisując dzieciństwo późniejszego preparatora wyraźnie daje do zrozumienia, że to, co dzieje się z człowiekiem za młodu, ma ogromny wpływ na jego działania w przyszłości. I nie sposób się historią życia chłopca nie zachwycić. Owszem, nie jest przyjemna, ale jest bardzo realistyczna, z wyraźnie ukazanymi problemami. Nie jest przy tym owa historia jeszcze żadną poważną patologią, stanie się dopiero potem – czytelnikowi zdaje się, że ogląda jedną z typowych polskich rodzin, źle poukładanych, nie wiadomo jakim cudem powstałych. Oglądamy związek zupełnie obcych sobie osób, których nawet nie łączy już fakt posiadania potomstwa, a które już także swoje dzieci wciągnęły w odwieczną walkę i rywalizację. Opowieść jest smutna, to jasne, jest także momentami mocno obrzydliwa, a smaku tej książce dodaje styl autora, który od owej obrzydliwości jest bardzo odległy, robi się fajny kontrast między sposobem opowiadania a tym, o czym jest mowa.

Początkowo monolog nie zachwyca. Bohater jest jak typowy Janusz, na każdy temat ma zdanie, bo gdzieś coś przeczytał, ktoś coś powiedział, a on bezmyślnie powtarza. Z czasem jednak zostaje nawiązana pewna nić porozumienia między preparatorem i jego słuchaczem, czytelnikiem. Nie sposób być obojętnym na jego los, nie sposób nie współczuć. I choć wiadomo, że przeszłość nie może być żadnym usprawiedliwieniem, zaczynamy lubić tego człowieka, zwłaszcza, że tak naprawdę nie wiadomo co zrobił. To się dopiero okaże, ten powód, przez który jego postępowanie jest poddane takiej drobiazgowej analizie. I to ma klimat, na tyle poważny, że gdy wreszcie preparator zaczyna opowiadać o swoich czynach, czytelnik momentami zamiast czuć obrzydzenie może nawet pomyśleć: “ale jak on miał być normalny?” i bohatera nawet lekko usprawiedliwiać. To jest niebezpieczne, i autor świetnie zagrał na emocjach, wywołując właśnie takie wrażenie.

Ze względu na formę trudno nazwać lekturę “Preparatora” procesem łatwym. Zbyt wiele dygresji wkradających się do monologu bohatera powoduje, że książkę można zaliczyć do tych, które należy co kilka kwadransów odłożyć, by zaczerpnąć oddechu. Jednak szybko pragnie się do historii samotnego człowieka powrócić, jest bowiem nie tylko zajmująca, i nie tylko tajemnicza, ale jest też po prostu bardzo dobrze przemyślana i z polotem przedstawiona. Moje pierwsze spotkanie z prozą pana Klimko-Dobrzanieckiego uważam za udane, i z pewnością tych spotkań będzie więcej.

Od deski do deski 2015

„Aleja koszmarów”, czyli jak stworzyć niezłą powieść na podstawie świetnej gry

Nie spodziewałem się wiele po “Alei koszmarów”. Nie powiem, że dobre powieści związane z grami to jakaś super rzadkość (chociażby świat Forgotten Realms oferuje kilka niezłych), jednak z reguły jakość jest niespecjalnie wysoka. Od każdej jednak reguły są wyjątki, i do takich należy powieść Raymonda Bensona umieszczona w świecie Dying Light. Pisarza, który znany jest ze współpracy z filmowcami i twórcami gier. Pisał powieści na podstawie scenariuszy do produkcji z Jamesem Bondem, napisał książki na podstawie jednej z ważniejszych serii gier naszych czasów – Metal Gear Solid, przenosił na papier przygody Agenta 47, sam wreszcie tworzy scenariusze do gier.

Niby jest to kolejna historia o zombie. A jednak autorowi udało się wycisnąć z niej nieco więcej, niż początkowo się wydaje. Po prologu opisującym historię człowieka, który przewiduje nadejście katastrofy, przechodzimy do lektury, gdzie bohaterką jest młoda dziewczyna. I mimo tego, że całość spokojnie można sklasyfikować jako produkt young-adult, rzecz da się z przyjemnością czytać.

Akcja dzieje się w fikcyjnym mieście-państwie Harran, umieszczonym gdzieś w okolicach Gruzji i Armenii, w tych rejonach, gdzie trudno wskazać, czy wciąż jesteśmy Europejczykami, czy już Azjatami. W Harranie odbyć się miały lekkoatletyczne igrzyska, dla zdolnych nastolatków, z bardzo ciekawymi konkurencjami – w tym parkour, którego – jak w grze – zabraknąć nie mogło. Bohaterkę o imieniu Mel poznajemy w momencie, gdy masakra na stadionie się już odbyła, jej rodzice nie żyją, jej brat gdzieś zaginął, a ona sama została ugryziona i przemieszczając się po mieście przeżywa coraz gwałtowniejsze ataki. Wie, że ostatni z nich skończy się przemianą.

Siłą tytułu jest odrobinę inne przedstawienie zombie. W Dying Light z jednej strony mamy do czynienia z po prostu nieumarłymi, których ciała gniją, i którymi rządzi jeden cel: pożywienie. Z drugiej strony istnieje tu kilka różnic względem kanonicznego sposobu przedstawiania żywych trupów. Są one niegłupie, w jakiś czas po przemianie potrafią wciąż nawet używać pojedynczych słów, potrafią współdziałać z innymi, całkiem szybko się przemieszczają i najważniejsze: nocą zyskują o wiele większą siłę, także robią się mądrzejsze.

Kolejne rozdziały pokazują następujące po sobie godziny, które dla Mel mogą być ostatnimi godzinami życia. Jest jednak nadzieja – antyzyna, którą siły specjalne zrzucają na spadochronach nad miastem, zatem jeszcze wszystko może się zdarzyć. Bohaterka często powraca do spraw z przeszłości, dzięki czemu czytelnik ma szansę naprawdę nieźle Mel poznać, polubić, i identyfikować się z nią. Całość jest jednocześnie dynamiczna i pełna akcji, ale i ciekawa z powodu postaci i z powodu istnienia szansy na ocalenie. Mel zostaje postawiona w różnych sytuacjach, i dowiemy się, że nie ma pewnych spraw, nie ma jasnych kwestii, że rzeczy zdawałoby się, że oczywiste, wcale takimi nie są. Że w zależności od sytuacji ludzie mogą się zachowywać naprawdę różnie.

Nie kupiłem dotychczas Dying Light, będąc lekko znudzonym oglądaniem zombie na ekranie telewizora. Teraz jednak na pewno kupię, tak dobrą zachętą do dalszej zabawy jest “Aleja koszmarów”. Jest to książka udana, nie półprodukt wypuszczony na fali sukcesu, i zostawia po sobie świetne wrażenie, nie tylko dzięki sprawnie pokazanej historii, ale także końcówce, która mnie zupełnie zaskoczyła, a potem zachwyciła. Polecam, a sam idę kupować grę.

Dying Light: Nightmare Row
Zysk i s-ka 2015

„Inna dusza”, czyli powrót do szarych lat dziewięćdziesiątych

Jest kilku bardzo utalentowanych twórców w naszym kraju, twórców stosunkowo młodych, którzy zaczynali wspólnie od kreacji historii należących do gatunku fantastyki, by z czasem coraz bardziej się od niego oddalać. Należą do nich m.in. Szczepan Twardoch i Łukasz Orbitowski. Jestem fanem Twardocha, ale w przypadku Orbitowskiego bywało różnie; przeważnie kończąc lekturę jego dzieł odrobinę tęskniłem do czasów, gdy pisał opowiadania grozy, wydawały mi się lepsze, ciekawsze.

Sytuacja zmieniła się przy okazji “Innej duszy”. To jest już inny, wyższy poziom pisarstwa. Bo o tym, że autor ma talent to wiemy od dawna, jednak dopiero teraz widać, że pan Orbitowski faktycznie zaczyna dorównywać talentem panu Twardochowi.

Historia tu przedstawiona określona została jako oparta na wydarzeniach prawdziwych. Cała seria zresztą została stworzona z myślą o kreacji fikcyjnych fabuł opartych o realne zdarzenia, to już drugi tom po “Preparatorze” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego. Jednak sprowadzać “Inną duszę” jedynie do opowieści o zbrodni to pójście na straszną łatwiznę. Bo tu się dzieje o wiele, wiele więcej, i inne tematy będą dla różnych czytelników równie, a może nawet bardziej interesujące.

Dla mnie “Inna dusza” to przede wszystkim powrót do lat dziewięćdziesiątych. Powrót bardzo dosłowny, bo wiekiem dorównuję bohaterom powieści. Identyfikowanie się z bohaterami przyszło mi bez najmniejszego problemu, jednak jestem przekonany, że całość jest spisana w tak wyrazisty sposób, że większość czytelników łatwo w owe czasy wsiąknie. Autor opisał dzieciństwo bohaterów wspaniale; przedstawił całość z punktu widzenia różnych postaci, znajdujących się w różnych sytuacjach. Mamy tu życie osiedlowe, totalny brak pieniędzy, przedziwne, klasyczne już dla tamtych czasów metody na kombinowanie jakiegokolwiek zarobku, jest alkoholizm, pragnienie posiadania czegokolwiek własnego, jest świat póki co jeszcze bez kolorowych ubrań, kolorowych gazet, ale i bez dresów, koksów, samozwańczych gangów i pseudo-twardzieli silnych w grupie.

Dziś, z perspektywy czasu powrót do tamtych dni jest bardzo interesującym doświadczeniem. Można się mocno w lekturę zaangażować; autor porusza takie struny, że nawet lata dziewięćdziesiąte, choć beznadziejne, chwilami wydają się być sielskie, bo sentyment do pewnych przedmiotów jest ogromny (Street Fighter w salonie gier, PlayStation pod telewizorem, Carmeny “miękkie”). A obok tego sentymentu jest masa brudu, żywot jednego z bohaterów to znój i cierpienie, alkoholizm ojca, bezradność matki, tuż obok inni żałośni rodzice, niewdzięczne potomstwo, po prostu syf, szarość, bezcelowość wszystkiego. Opisane z prawdziwym polotem.

A wracając do samej zbrodni, też jej kreacja jest… nie zawaham się napisać, że jest naprawdę wybitna. Jak wisienka na torcie, zbrodnia wydaje się powodem wydania książki, ale faktycznie staje się tylko jednym z jej elementów, tym dodatkowym, bonusowym, jeszcze bardziej ulepszającym rzecz już bardzo dobrą. I jest ona opisana w stylu, który nazwałbym stylem Ferdinanda von Schiracha – bardzo utalentowanego adwokata/pisarza z Niemiec. W stylu dosadnym, ale lekkostrawnym, gdzie lektura sprawia przyjemność nie tylko w czasie trwania, ale i pewien czas potem, tej książki nie da się po prostu zamknąć i otworzyć kolejną. Trochę z obawy, bo po dobrej powieści zawsze jest obawa przed słabszą, a trochę dlatego, że po prostu jest o czym myśleć.

Inna dusza
Od deski do deski 2015