Punktem wyjścia do powstania kolejnej książki w cyklu Na F/Aktach jest zabójstwo barda Andrzeja Zauchy oraz towarzyszącej mu kobiety, jak się okazało potem żony zabójcy. I zupełnie tak jak w przypadku książek poprzednich, i tu nie ma mowy o żadnym kryminale – powieść jest swobodną interpretacją zdarzenia, jaką popełnił Janusz Leon Wiśniewski. Autor miał dostęp do akt, o ile pamiętam tak wspominał kiedyś w Drugim Śniadaniu Mistrzów, jednak książka jest efektem własnych przemyśleń pisarza, zbrodnia przedstawiona jest według faktów – reszta to fikcja.
Prawdę mówiąc z całej twórczości tego pisarza znam tylko “Samotność w sieci”, którą to powieść pamiętam jak przez mgłę. Jednego jednak nie zapomniałem – sentymentalizmu i pewnego rodzaju egzaltacji, na których zbudowana jest sama historia. Nie inaczej jest w przypadku “I odpuść nam nasze…”, która to książka o morderstwie opowiada tylko i wyłącznie przez użycie tych dwóch elementów. Czytelnikom mało odpornym na nadmiar tkliwości i melodramatyzmu powieść się raczej nie spodoba; natomiast farciarze, którzy choć raz uczestniczyli w tego typu związku: rzewnym, łzawym, pełnym czułości i motyli w brzuchu – ci będą zachwyceni. Przynajmniej przez parę chwil.
Osobiście jestem raczej z lektury zadowolony, szczególnie, że z początku liczne dygresje i wędrówka pomiędzy latami życia naszego bohatera są bardziej niż interesujące. Parę niezłych historii więziennych, wspomnienia z PRL i uczucia do Polski, które spowodowały, że Francuz został tu na zawsze – to wszystko jest interesujące. Potem jednak robi się gorzej, dygresje zdają się coraz mniej ciekawe, niektóre wręcz sprawiają wrażenie wciskanych do życia Wincenta na siłę. Szczęściem te z większej połowy powieści są niezłe, przy czym autor pisze w taki sposób, że nie da się nie próbować samego siebie postawić w sytuacji Wincenta. To powoduje, że zdarza się od lektury odejść i nieco pomyśleć, zastanowić – a to zawsze dla książki plus.
Jest też książka pełna inteligentnych docinków względem religii i kleru, autor bardzo kulturalnie wykpiwa bezsens istnienia instytucji, miło się czyta takie rzeczy. A i parę bon motów można tu znaleźć, pan Wiśniewski jak widać potrafi je wstawiać nie tylko podczas rozmów na antenie programu telewizyjnego, ale i w książkach, kilka sobie zapamiętałem i z pewnością będę ich nadużywał.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na F/Aktach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na F/Aktach. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 28 lutego 2019
środa, 27 lutego 2019
Bo czasem po prostu nie da się być normalnym, czyli „Preparator” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego
Pomysł na serię miał Tomasz Sekielski dobry. Na F/Aktach prezentuje historie określane czasem jako true crime; na podstawie prawdziwych wydarzeń autorzy konstruują fikcyjne fabuły. “Inna dusza” Łukasza Orbitowskiego mnie zachwyciła, sięgnąłem zatem po kolejny (właściwie to poprzedni) tom, którego autorem jest Hubert Klimko-Dobrzaniecki.
“Preparator” został pomyślany jako coś w rodzaju spowiedzi głównego bohatera. Czytelnik jedyne, co wie, to fakt dokonania czynów karalnych, o których tytułowy preparator będzie mówił. Bohater jednak okazuje się być istotą tak samotną, że nim do samych okrutnych wydarzeń dojdzie, przedstawi swojemu rozmówcy (i nam) całą historię swojego życia. Autor opisując dzieciństwo późniejszego preparatora wyraźnie daje do zrozumienia, że to, co dzieje się z człowiekiem za młodu, ma ogromny wpływ na jego działania w przyszłości. I nie sposób się historią życia chłopca nie zachwycić. Owszem, nie jest przyjemna, ale jest bardzo realistyczna, z wyraźnie ukazanymi problemami. Nie jest przy tym owa historia jeszcze żadną poważną patologią, stanie się dopiero potem – czytelnikowi zdaje się, że ogląda jedną z typowych polskich rodzin, źle poukładanych, nie wiadomo jakim cudem powstałych. Oglądamy związek zupełnie obcych sobie osób, których nawet nie łączy już fakt posiadania potomstwa, a które już także swoje dzieci wciągnęły w odwieczną walkę i rywalizację. Opowieść jest smutna, to jasne, jest także momentami mocno obrzydliwa, a smaku tej książce dodaje styl autora, który od owej obrzydliwości jest bardzo odległy, robi się fajny kontrast między sposobem opowiadania a tym, o czym jest mowa.
Początkowo monolog nie zachwyca. Bohater jest jak typowy Janusz, na każdy temat ma zdanie, bo gdzieś coś przeczytał, ktoś coś powiedział, a on bezmyślnie powtarza. Z czasem jednak zostaje nawiązana pewna nić porozumienia między preparatorem i jego słuchaczem, czytelnikiem. Nie sposób być obojętnym na jego los, nie sposób nie współczuć. I choć wiadomo, że przeszłość nie może być żadnym usprawiedliwieniem, zaczynamy lubić tego człowieka, zwłaszcza, że tak naprawdę nie wiadomo co zrobił. To się dopiero okaże, ten powód, przez który jego postępowanie jest poddane takiej drobiazgowej analizie. I to ma klimat, na tyle poważny, że gdy wreszcie preparator zaczyna opowiadać o swoich czynach, czytelnik momentami zamiast czuć obrzydzenie może nawet pomyśleć: “ale jak on miał być normalny?” i bohatera nawet lekko usprawiedliwiać. To jest niebezpieczne, i autor świetnie zagrał na emocjach, wywołując właśnie takie wrażenie.
Ze względu na formę trudno nazwać lekturę “Preparatora” procesem łatwym. Zbyt wiele dygresji wkradających się do monologu bohatera powoduje, że książkę można zaliczyć do tych, które należy co kilka kwadransów odłożyć, by zaczerpnąć oddechu. Jednak szybko pragnie się do historii samotnego człowieka powrócić, jest bowiem nie tylko zajmująca, i nie tylko tajemnicza, ale jest też po prostu bardzo dobrze przemyślana i z polotem przedstawiona. Moje pierwsze spotkanie z prozą pana Klimko-Dobrzanieckiego uważam za udane, i z pewnością tych spotkań będzie więcej.
Od deski do deski 2015
“Preparator” został pomyślany jako coś w rodzaju spowiedzi głównego bohatera. Czytelnik jedyne, co wie, to fakt dokonania czynów karalnych, o których tytułowy preparator będzie mówił. Bohater jednak okazuje się być istotą tak samotną, że nim do samych okrutnych wydarzeń dojdzie, przedstawi swojemu rozmówcy (i nam) całą historię swojego życia. Autor opisując dzieciństwo późniejszego preparatora wyraźnie daje do zrozumienia, że to, co dzieje się z człowiekiem za młodu, ma ogromny wpływ na jego działania w przyszłości. I nie sposób się historią życia chłopca nie zachwycić. Owszem, nie jest przyjemna, ale jest bardzo realistyczna, z wyraźnie ukazanymi problemami. Nie jest przy tym owa historia jeszcze żadną poważną patologią, stanie się dopiero potem – czytelnikowi zdaje się, że ogląda jedną z typowych polskich rodzin, źle poukładanych, nie wiadomo jakim cudem powstałych. Oglądamy związek zupełnie obcych sobie osób, których nawet nie łączy już fakt posiadania potomstwa, a które już także swoje dzieci wciągnęły w odwieczną walkę i rywalizację. Opowieść jest smutna, to jasne, jest także momentami mocno obrzydliwa, a smaku tej książce dodaje styl autora, który od owej obrzydliwości jest bardzo odległy, robi się fajny kontrast między sposobem opowiadania a tym, o czym jest mowa.
Początkowo monolog nie zachwyca. Bohater jest jak typowy Janusz, na każdy temat ma zdanie, bo gdzieś coś przeczytał, ktoś coś powiedział, a on bezmyślnie powtarza. Z czasem jednak zostaje nawiązana pewna nić porozumienia między preparatorem i jego słuchaczem, czytelnikiem. Nie sposób być obojętnym na jego los, nie sposób nie współczuć. I choć wiadomo, że przeszłość nie może być żadnym usprawiedliwieniem, zaczynamy lubić tego człowieka, zwłaszcza, że tak naprawdę nie wiadomo co zrobił. To się dopiero okaże, ten powód, przez który jego postępowanie jest poddane takiej drobiazgowej analizie. I to ma klimat, na tyle poważny, że gdy wreszcie preparator zaczyna opowiadać o swoich czynach, czytelnik momentami zamiast czuć obrzydzenie może nawet pomyśleć: “ale jak on miał być normalny?” i bohatera nawet lekko usprawiedliwiać. To jest niebezpieczne, i autor świetnie zagrał na emocjach, wywołując właśnie takie wrażenie.
Ze względu na formę trudno nazwać lekturę “Preparatora” procesem łatwym. Zbyt wiele dygresji wkradających się do monologu bohatera powoduje, że książkę można zaliczyć do tych, które należy co kilka kwadransów odłożyć, by zaczerpnąć oddechu. Jednak szybko pragnie się do historii samotnego człowieka powrócić, jest bowiem nie tylko zajmująca, i nie tylko tajemnicza, ale jest też po prostu bardzo dobrze przemyślana i z polotem przedstawiona. Moje pierwsze spotkanie z prozą pana Klimko-Dobrzanieckiego uważam za udane, i z pewnością tych spotkań będzie więcej.
Od deski do deski 2015
„Inna dusza”, czyli powrót do szarych lat dziewięćdziesiątych
Jest kilku bardzo utalentowanych twórców w naszym kraju, twórców stosunkowo młodych, którzy zaczynali wspólnie od kreacji historii należących do gatunku fantastyki, by z czasem coraz bardziej się od niego oddalać. Należą do nich m.in. Szczepan Twardoch i Łukasz Orbitowski. Jestem fanem Twardocha, ale w przypadku Orbitowskiego bywało różnie; przeważnie kończąc lekturę jego dzieł odrobinę tęskniłem do czasów, gdy pisał opowiadania grozy, wydawały mi się lepsze, ciekawsze.
Sytuacja zmieniła się przy okazji “Innej duszy”. To jest już inny, wyższy poziom pisarstwa. Bo o tym, że autor ma talent to wiemy od dawna, jednak dopiero teraz widać, że pan Orbitowski faktycznie zaczyna dorównywać talentem panu Twardochowi.
Historia tu przedstawiona określona została jako oparta na wydarzeniach prawdziwych. Cała seria zresztą została stworzona z myślą o kreacji fikcyjnych fabuł opartych o realne zdarzenia, to już drugi tom po “Preparatorze” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego. Jednak sprowadzać “Inną duszę” jedynie do opowieści o zbrodni to pójście na straszną łatwiznę. Bo tu się dzieje o wiele, wiele więcej, i inne tematy będą dla różnych czytelników równie, a może nawet bardziej interesujące.
Dla mnie “Inna dusza” to przede wszystkim powrót do lat dziewięćdziesiątych. Powrót bardzo dosłowny, bo wiekiem dorównuję bohaterom powieści. Identyfikowanie się z bohaterami przyszło mi bez najmniejszego problemu, jednak jestem przekonany, że całość jest spisana w tak wyrazisty sposób, że większość czytelników łatwo w owe czasy wsiąknie. Autor opisał dzieciństwo bohaterów wspaniale; przedstawił całość z punktu widzenia różnych postaci, znajdujących się w różnych sytuacjach. Mamy tu życie osiedlowe, totalny brak pieniędzy, przedziwne, klasyczne już dla tamtych czasów metody na kombinowanie jakiegokolwiek zarobku, jest alkoholizm, pragnienie posiadania czegokolwiek własnego, jest świat póki co jeszcze bez kolorowych ubrań, kolorowych gazet, ale i bez dresów, koksów, samozwańczych gangów i pseudo-twardzieli silnych w grupie.
Dziś, z perspektywy czasu powrót do tamtych dni jest bardzo interesującym doświadczeniem. Można się mocno w lekturę zaangażować; autor porusza takie struny, że nawet lata dziewięćdziesiąte, choć beznadziejne, chwilami wydają się być sielskie, bo sentyment do pewnych przedmiotów jest ogromny (Street Fighter w salonie gier, PlayStation pod telewizorem, Carmeny “miękkie”). A obok tego sentymentu jest masa brudu, żywot jednego z bohaterów to znój i cierpienie, alkoholizm ojca, bezradność matki, tuż obok inni żałośni rodzice, niewdzięczne potomstwo, po prostu syf, szarość, bezcelowość wszystkiego. Opisane z prawdziwym polotem.
A wracając do samej zbrodni, też jej kreacja jest… nie zawaham się napisać, że jest naprawdę wybitna. Jak wisienka na torcie, zbrodnia wydaje się powodem wydania książki, ale faktycznie staje się tylko jednym z jej elementów, tym dodatkowym, bonusowym, jeszcze bardziej ulepszającym rzecz już bardzo dobrą. I jest ona opisana w stylu, który nazwałbym stylem Ferdinanda von Schiracha – bardzo utalentowanego adwokata/pisarza z Niemiec. W stylu dosadnym, ale lekkostrawnym, gdzie lektura sprawia przyjemność nie tylko w czasie trwania, ale i pewien czas potem, tej książki nie da się po prostu zamknąć i otworzyć kolejną. Trochę z obawy, bo po dobrej powieści zawsze jest obawa przed słabszą, a trochę dlatego, że po prostu jest o czym myśleć.
Inna dusza
Od deski do deski 2015
Sytuacja zmieniła się przy okazji “Innej duszy”. To jest już inny, wyższy poziom pisarstwa. Bo o tym, że autor ma talent to wiemy od dawna, jednak dopiero teraz widać, że pan Orbitowski faktycznie zaczyna dorównywać talentem panu Twardochowi.
Historia tu przedstawiona określona została jako oparta na wydarzeniach prawdziwych. Cała seria zresztą została stworzona z myślą o kreacji fikcyjnych fabuł opartych o realne zdarzenia, to już drugi tom po “Preparatorze” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego. Jednak sprowadzać “Inną duszę” jedynie do opowieści o zbrodni to pójście na straszną łatwiznę. Bo tu się dzieje o wiele, wiele więcej, i inne tematy będą dla różnych czytelników równie, a może nawet bardziej interesujące.
Dla mnie “Inna dusza” to przede wszystkim powrót do lat dziewięćdziesiątych. Powrót bardzo dosłowny, bo wiekiem dorównuję bohaterom powieści. Identyfikowanie się z bohaterami przyszło mi bez najmniejszego problemu, jednak jestem przekonany, że całość jest spisana w tak wyrazisty sposób, że większość czytelników łatwo w owe czasy wsiąknie. Autor opisał dzieciństwo bohaterów wspaniale; przedstawił całość z punktu widzenia różnych postaci, znajdujących się w różnych sytuacjach. Mamy tu życie osiedlowe, totalny brak pieniędzy, przedziwne, klasyczne już dla tamtych czasów metody na kombinowanie jakiegokolwiek zarobku, jest alkoholizm, pragnienie posiadania czegokolwiek własnego, jest świat póki co jeszcze bez kolorowych ubrań, kolorowych gazet, ale i bez dresów, koksów, samozwańczych gangów i pseudo-twardzieli silnych w grupie.
Dziś, z perspektywy czasu powrót do tamtych dni jest bardzo interesującym doświadczeniem. Można się mocno w lekturę zaangażować; autor porusza takie struny, że nawet lata dziewięćdziesiąte, choć beznadziejne, chwilami wydają się być sielskie, bo sentyment do pewnych przedmiotów jest ogromny (Street Fighter w salonie gier, PlayStation pod telewizorem, Carmeny “miękkie”). A obok tego sentymentu jest masa brudu, żywot jednego z bohaterów to znój i cierpienie, alkoholizm ojca, bezradność matki, tuż obok inni żałośni rodzice, niewdzięczne potomstwo, po prostu syf, szarość, bezcelowość wszystkiego. Opisane z prawdziwym polotem.
A wracając do samej zbrodni, też jej kreacja jest… nie zawaham się napisać, że jest naprawdę wybitna. Jak wisienka na torcie, zbrodnia wydaje się powodem wydania książki, ale faktycznie staje się tylko jednym z jej elementów, tym dodatkowym, bonusowym, jeszcze bardziej ulepszającym rzecz już bardzo dobrą. I jest ona opisana w stylu, który nazwałbym stylem Ferdinanda von Schiracha – bardzo utalentowanego adwokata/pisarza z Niemiec. W stylu dosadnym, ale lekkostrawnym, gdzie lektura sprawia przyjemność nie tylko w czasie trwania, ale i pewien czas potem, tej książki nie da się po prostu zamknąć i otworzyć kolejną. Trochę z obawy, bo po dobrej powieści zawsze jest obawa przed słabszą, a trochę dlatego, że po prostu jest o czym myśleć.
Inna dusza
Od deski do deski 2015
Subskrybuj:
Posty (Atom)


