W oczekiwaniu na kompletne wydanie kolejnej serii Joanny Jax (Prawda zapisana w popiołach), odczuwając tęsknotę do dobrej, obyczajowej sagi rodzinnej umiejscowionej w niedawnej historii Polski, zacząłem szukać czegoś podobnego. Znalazłem do tej pory nieznaną mi pisarkę - Edytę Świętek, która w ofercie ma dokładnie to, czego potrzebuję: saga rodzinna, która rozpoczyna się tuż po drugiej wojnie światowej, a kończy wraz z upadkiem komunizmu w naszym kraju.
Spacer Aleją Róż to opowieść rozgrywająca się w Krakowie, a konkretnie w Nowej Hucie. Obserwujemy rodzinę Szymczaków, którzy po odebraniu im ziemi przez władzę ludową stopniowo wędrują w kierunku Krakowa właśnie ze względu na tamtejsze zapotrzebowanie na robotników. Nowa Huta staje się miejscem, do którego ściągają ludzie z całej Polski, którzy po wojnie pragną zbudować swoje życie od nowa w tym zupełnie nowym dla nich świecie.
Historii nie brakuje dramatyzmu, jest i dużo uczuć, zarówno emocji negatywnych, jak i miłości i szacunku. Autorka z każdym kolejnym tomem staje się coraz lepsza w tym, co robi, i przyznaję, że choć tom pierwszy zdawał mi się zbudowany ze schematów i nie zaskakiwał niczym, tak potem było już tylko lepiej. Spacer Aleją Róż jest trochę jak serial Dom, tylko nie aż tak dobry. Jednak pragnienie kontynuowania lektury jest tak duże, że całość można połknąć w kilka dni, a na wieść że powstaje ciąg dalszy, o pokoleniu które będzie musiało się zmierzyć z dzikim kapitalizmem lat 90. czytelnik się tylko cieszy.
Oczywiście, że saga zbudowana jest ze schematów i próżno tu szukać zadziwiających zwrotów akcji. Nie doświadczymy także specjalnie głębokich przemyśleń, świat przedstawiony w Spacerze Aleją Róż jest raczej czarno-biały - a życie w PRL-u przecież dwukolorowe nie było. Mimo to uważam, że dla fanów tego typu historii, dla wielbicieli rozłożonych na dziesiątki lat rodzinnych sag Spacer Aleją Róż okaże się lekturą zdecydowanie przyjemną.
Cień burzowych chmur
Łąki kwitnące purpurą
Drzewa szumiące nadzieją
Szarość miejskich mgieł
Powiew ciepłego wiatru
Wydawnictwo Replika
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Replika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Replika. Pokaż wszystkie posty
piątek, 17 kwietnia 2020
wtorek, 26 lutego 2019
O książce, która otwarła mu drzwi do prawdziwej kariery – „Szepty” Deana Koontza
Kiedyś wygrałem w konkursie powieść Deana Koontza “Przy blasku księżyca”. Podobała mi się, niby groza, ale jednak bardziej fantasy, niż typowy horror. Od tego czasu obiecywałem sobie, że nadejdzie taki dzień, w którym zainteresuję się mocniej twórczością tego wiecznie uśmiechniętego Amerykanina.
Trafiło na “Szepty”, powieść, którą nie sposób ot tak, zwyczajnie odłożyć, gdy już się lekturę zaczęło. Rozmach Autora zachwyca, jakiż ten facet ma gest, jeśli można użyć takiego sformułowania w stosunku do pisarstwa! Niesamowite wręcz gadulstwo, potężny słowotok, od którego nie sposób się oderwać, to jest dopiero talent.
“Szepty” przedstawiają historię Hilary Thomas, młodej pisarki, także autorki scenariuszy, której kariera w Hollywood właśnie zaczyna rozkwitać. Pewnego dnia zostaje zaatakowana we własnym domu przez agresywnego, znanego sobie mężczyznę. Udaje jej się przetrwać, jednak mężczyzna wraca ponownie. Wraca także po swojej śmierci. Hilary nie wie, czy sama wariuje, czy staje się ofiarą jakiegoś zakrojonego na szeroką skalę spisku. Po jej stronie staje uzdolniony detektyw i razem próbują wyjaśnić pochodzenie mordercy, a także przy okazji zagadkę jego życia po śmierci. Z czasem zaczynają poznawać losy człowieka, które doprowadziły go do roli brutalnego zabójcy.
To doskonała, i zaledwie lekko tylko przegadana powieść grozy, taka w dobrym stylu. Autor cały czas trzyma czytelnika w napięciu, wraz z bohaterami zastanawiamy się nad możliwymi rozwinięciami całej tej sytuacji i oczekujemy dramatycznej końcówki i wyjaśnień, które są bardziej, niż satysfakcjonujące. Całość rozgrywa się w roku 1980, w momencie premiery “Szeptów”, i przez cały czas trwania lektury imponuje konsekwencja Autora. Wiecie, to jest horror, a co najmniej mroczny thriller, takie powieści nierzadko się sypią – nawet, jeśli mają fajnych bohaterów, to groza jako taka bardzo rzadko bywa faktycznie niepokojąca, częściej wychodzi groteska (mój ulubiony przykład: “Ręka mistrza” Kinga. Jakaż to genialna powieść, a jak żenujący horror). Jednak właśnie żelazna konsekwencja Deana Koontza, fakt trzymania się istoty swojej historii i totalnego przekonania o jej wartości powodują, że choć chwilami “Szepty” wyglądają na totalne brednie, i tak czytają się wręcz genialnie.
Dokładnie takie też wrażenia pamiętam ze wspomnianej “Przy blasku księżyca” – stanowczość, konsekwencja w możliwie najlepszym opracowaniu zaledwie udanego, poprawnego, niespecjalnie odkrywczego pomysłu – w przypadku Deana Koontza takie postępowanie wydaje się dawać radę. W posłowiu czytamy, że to właśnie ta powieść zrobiła z Autora twórcę, który do dziś ma ponad 450 milionów sprzedanych książek na całym świecie. No nie dziwię się, że jest czytany, bo ma człowiek ogromny talent, jego bohaterowie są jak żywi. Aż chciałoby się poznać dalsze ich losy, jak też im się poukładało po tym wszystkim.
Jak patrzę na bibliografię Koontza to aż się cieszę. Będzie w czym wybierać. :)
Whispers
Replika 2014
Trafiło na “Szepty”, powieść, którą nie sposób ot tak, zwyczajnie odłożyć, gdy już się lekturę zaczęło. Rozmach Autora zachwyca, jakiż ten facet ma gest, jeśli można użyć takiego sformułowania w stosunku do pisarstwa! Niesamowite wręcz gadulstwo, potężny słowotok, od którego nie sposób się oderwać, to jest dopiero talent.
“Szepty” przedstawiają historię Hilary Thomas, młodej pisarki, także autorki scenariuszy, której kariera w Hollywood właśnie zaczyna rozkwitać. Pewnego dnia zostaje zaatakowana we własnym domu przez agresywnego, znanego sobie mężczyznę. Udaje jej się przetrwać, jednak mężczyzna wraca ponownie. Wraca także po swojej śmierci. Hilary nie wie, czy sama wariuje, czy staje się ofiarą jakiegoś zakrojonego na szeroką skalę spisku. Po jej stronie staje uzdolniony detektyw i razem próbują wyjaśnić pochodzenie mordercy, a także przy okazji zagadkę jego życia po śmierci. Z czasem zaczynają poznawać losy człowieka, które doprowadziły go do roli brutalnego zabójcy.
To doskonała, i zaledwie lekko tylko przegadana powieść grozy, taka w dobrym stylu. Autor cały czas trzyma czytelnika w napięciu, wraz z bohaterami zastanawiamy się nad możliwymi rozwinięciami całej tej sytuacji i oczekujemy dramatycznej końcówki i wyjaśnień, które są bardziej, niż satysfakcjonujące. Całość rozgrywa się w roku 1980, w momencie premiery “Szeptów”, i przez cały czas trwania lektury imponuje konsekwencja Autora. Wiecie, to jest horror, a co najmniej mroczny thriller, takie powieści nierzadko się sypią – nawet, jeśli mają fajnych bohaterów, to groza jako taka bardzo rzadko bywa faktycznie niepokojąca, częściej wychodzi groteska (mój ulubiony przykład: “Ręka mistrza” Kinga. Jakaż to genialna powieść, a jak żenujący horror). Jednak właśnie żelazna konsekwencja Deana Koontza, fakt trzymania się istoty swojej historii i totalnego przekonania o jej wartości powodują, że choć chwilami “Szepty” wyglądają na totalne brednie, i tak czytają się wręcz genialnie.
Dokładnie takie też wrażenia pamiętam ze wspomnianej “Przy blasku księżyca” – stanowczość, konsekwencja w możliwie najlepszym opracowaniu zaledwie udanego, poprawnego, niespecjalnie odkrywczego pomysłu – w przypadku Deana Koontza takie postępowanie wydaje się dawać radę. W posłowiu czytamy, że to właśnie ta powieść zrobiła z Autora twórcę, który do dziś ma ponad 450 milionów sprzedanych książek na całym świecie. No nie dziwię się, że jest czytany, bo ma człowiek ogromny talent, jego bohaterowie są jak żywi. Aż chciałoby się poznać dalsze ich losy, jak też im się poukładało po tym wszystkim.
Jak patrzę na bibliografię Koontza to aż się cieszę. Będzie w czym wybierać. :)
Whispers
Replika 2014
sobota, 30 marca 2013
Edward Lee - "Ludzie z bagien"
Bohaterem “Ludzi z bagien” jest Phil, który jeszcze chwilę temu był dobrze zapowiadającym się policjantem, szykowanym do ważnego awansu. Znaleźli się jednak tacy, którym nie w smak było wspinanie się po szczeblach kariery i coraz wyższe stanowiska dla takiego młodzika. Phil miał pecha, w dodatku pecha doskonale przez swoich wrogów zaplanowanego. Nie tylko nie otrzymał awansu, wręcz przeciwnie: został zmuszony do odejścia z policji. Droga do kariery została przed nim zamknięta. Phil jednak jest urodzonym gliniarzem, dlatego gdy tylko się dowiedział, że w jego rodzinnej miejscowości, na totalnym zadupiu jest potrzebny stróż prawa, nie wahał się ani chwili.
“Ludzie z bagien” to horror oparty przede wszystkim na elementach typu gore. Samego klimatu, od którego ciarki przechodzą po plecach nie znajdziemy tu wiele, natomiast jak w niebie poczują się ci wszyscy, którzy lubią dosadne opisy przeróżnych dewiacji uprawianych przez kompletnych zwyrodnialców. Jednak należy wyraźnie podkreślić, że Edward Lee nie skupia się tylko na wywołaniu jak największego obrzydzenia; nie jest jego celem jedynie wzbudzenie u czytelnika odruchu wymiotnego. Autor ze sporym talentem przedstawia różne postawy, różne postaci, które dopuszczają się czynów okropnych. Pokazuje, że wcale nie musi być prawdą twierdzenie, jakoby każdy socjopata był takim z jakiegoś powodu (źli rodzice, molestowanie w dzieciństwie itp.). Edward Lee twierdzi, a mi się owo twierdzenie podoba i się z nim zgadzam, że człowiek wcale nie musi mieć powodu, by być skończonym idiotą czy pozbawionym empatii zboczeńcem, którego jedynym pragnieniem jest zrobić to, co akurat mu przyszło do pozbawionej resztek rozumu głowy. W przypadku niektórych ludzi po prostu nie da się wytłumaczyć skąd wzięło się ich okrucieństwo - po prostu takimi są.
Drugim elementem, który z historii typu gore robi coś jednak większego, jest otwarte przedstawianie czytelnikowi różnych dewiacji i perwersji, do jakich człowiek jest zdolny. Wielu z nas udaje nieświadomych, jak straszne są pragnienia niektórych ludzi, jak chore marzenia, że to już raczej jest zwierzę, nie człowiek. W głębi duszy jednak dobrze wiemy, że takie rzeczy dzieją się, często nawet całkiem niedaleko. Edward Lee nie ma zahamowań, nie oszczędza psychiki czytelnika, mówi, jak jest. A przy tym do samego końca udało się mu utrzymać lekturę na pewnym poziomie, nie oderwał się całkowicie od rzeczywistości, i jego potworna historia typu gore mimo groteskowych elementów wcale groteską nie jest, co często się przytrafia w tego typu horrorach. Łatwo stracić umiar, ale autor potrafił go zachować. Prawie do samego końca... no, ale to horror, więc końcówka po prostu musi być przegięta ;-) Polecam ludziom z mocnym żołądkiem.
Creekers
Replika 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)


