Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MUZA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MUZA. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 lutego 2019

Nelson Johnson – „Zakazane imperium”

Pierwszym, co należy zrozumieć przed zakupem tej książki jest fakt, że „Zakazane imperium” nie jest powieścią, nie posiada fabuły jako takiej, nie przedstawia losów bohaterów w klasycznym, beletrystycznym ujęciu. Jak się bowiem okazuje już podczas lektury prologu, książka jest efektem fascynacji autora historią Atlantic City i oferuje nic innego, jak po prostu bardzo sprawnie przedstawione fakty; jest to nic innego, jak dokument, mówiący od samego początku do samego końca o postaciach jak najbardziej autentycznych, ale na sposób podręcznikowy. Urodził się, żył, umarł – a potem kolejny i kolejny. I bardzo szybko do czytelnika dociera, że „Zakazane imperium” nie tyle opowiada o Enochu „Nuckym” Johnsonie, co właśnie o mieście: skąd wziął się pomysł na budowę miasta pośrodku niczego, i co spowodowało, że to właśnie w Atlantic City narodziły się podwaliny współczesnej przestępczości zorganizowanej.

Zaczynamy na wiele lat przed narodzinami Nucky’ego, jeszcze przed wojną secesyjną, kończymy w latach 70. ubiegłego wieku. Pierwowzór postaci Nucky’ego Thomsona z serialu HBO występuje tu tylko chwilę. Co prawda ma dla siebie nieco więcej miejsca, niż jeden rozdział, jednak każdy, kto przede wszystkim tą postacią był zainteresowany może doznać uczucia zawodu. Jego kunszt uprawiania polityki oraz prowadzenia biznesu na boku nie ma sobie równych, wpływ Enocha widać także na wiele lat po odejściu od sterów władzy, na szczęście inni bohaterowie tego przedziwnego miasta także są interesujący.

Osobiście byłem początkowo rozczarowany, bowiem jak zwykle nie zastanawiałem się długo, tylko szybko kupiłem ebooka i dodałem do kolejki oczekujących na przeczytanie. A gdybym poświęcił chwilę na obejrzenie o czym lektura jest, pewnie bym jej nie kupił, dokument, fakt i tego typu sprawy niespecjalnie mnie interesują. Po kilkudziesięciu stronach jednak uczucie rozczarowania znacznie się zmniejszyło, bowiem muszę uczciwie powiedzieć, że Nelson Johnson (zbieżność nazwisk przypadkowa?:) potrafi opowiadać o swojej fascynacji na tyle ciekawie, że bez kłopotu przechodzimy przez kolejne rozdziały historii Atlantic City.

I na swój sposób jest to miasto fascynujące, podobnie nie da się nie dostrzec znaczenia i roli Enocha Johnsona (w serialu przemianowanego na Thomsona). Historia tej miejscowości pokazuje jak smutnym krajem była Ameryka przez wiele dziesięcioleci po zakończeniu wojny secesyjnej, ale wciąż ze stosowaniem segregacji rasowej. Widać tu jak beznadziejnie żenującym potrafi być ustrój zwany kapitalizmem, jak śmieszne są wszystkie frazesy o wyższości demokracji nad innymi ustrojami, widać mnóstwo nieprzyjemnych kwestii. Ale na przykładzie jedynego w swoim rodzaju Atlantic City, miasta będącego po prostu niczym, jak tylko jedną wielką okazją dla dosłownie każdego, widać także skąd wzięli się ludzie, którzy przez tyle lat byli nikim, jak pospolitymi kryminalistami, jednocześnie piastując bardzo ważne funkcje w życiu politycznym Stanów Zjednoczonych i Partii Republikańskiej.

Można się zatopić w prezentacji świata, w którym po prostu nie da się nie odczuwać szacunku dla postaci takich jak Komandor czy Enoch Johnson. Jest tu przedstawione sporo takiej historii Ameryki, jaką widzi się rzadko – kraju, gdzie panuje zasada, iż jeśli społeczność daje sobie radę sama, to zostawia się ją samej sobie. To do dziś funkcjonuje na środkowym zachodzie, w górach, w tym kraju – państwo niespecjalnie interesuje się mieszkańcami tych odludzi, ba, czasem nawet pozwala swobodnie nie płacić podatków, bowiem wie, że mieszkańcy sami o siebie zadbają, a z tymi wszystkimi ustawami, papierami, to czasem jest więcej problemu, niż faktycznego zysku. I tak działało Atlantic City, gdzie segregacja rasowa istniała, ale w o wiele mniejszym stopniu, niż gdzie indziej, gdzie czarni mieszkańcy pracowali, nie dzierżawili, gdzie w pewnym momencie dzieci obu ras chodziły do tych samych szkół na te same lekcje – o wiele wcześniej, niż w innych rejonach USA. Mamy tu ludzi budujących pozycję tylko dla siebie, jednocześnie wyprzedzając całą resztę kraju w dostarczaniu nowych wynalazków do domów, zapewnianiu ochrony zdrowia, poprawnej edukacji, likwidowaniu biedoty – to byli bohaterowie! I kryminaliści, oczywiście.

I choć lektura była bardzo zajmująca, to jednak i tak szkoda mi trochę, że nie skupiała się przede wszystkim na Thomsonie. Facet zorganizował wielki zjazd, na którym byli wszyscy liczący się mafiozi. To on doprowadził do rozmów, on podłożył fundamenty pod nie walkę między frakcjami i rodzinami, ale współpracę, wspólną egzystencję i dbanie o wspólne interesy. Przy czym w przeciwieństwie do Capone’a umierającego od syfilisu czy Luciano spędzającego ostatnie dekady życia na wygnaniu w Europie, Nucky Johnson dożył 85 lat w swoim kraju, na wolności.

Chyba najwygodniej było by przeczytać „Zakazane imperium” przed obejrzeniem produkcji HBO, by móc od razu, od pierwszego odcinka dostrzegać drugie i trzecie dno historii oraz zrozumieć o wiele, wiele więcej. A ponieważ książka fabularnie nie ma wspólnego praktycznie nic ze scenariuszem, to znając serial także warto sięgnąć po tę pozycję, bo tak, jak mówię: historia Atlantic City jest jedyna w swoim rodzaju, a autor książki potrafi o niej opowiadać.

Boardwalk Empire
MUZA 2013

Katarzyna Bonda – „Pochłaniacz”

Pierwsze chwile z „Pochłaniaczem” są najlepsze. Od lektury nie sposób się oderwać, Katarzyna Bonda pisze jak… no prawie jak Åsa Larsson; jest ciężko, depresyjnie, poznając przyczyny, genezę sprawy, cofając się do roku 1993 czytelnik ma to bardzo przyjemne, choć nieznośne uczucie zagrożenia, wiadomo, że zaraz zdarzy się tragedia. Jak w pierwszym, najlepszym odcinku amerykańskiej wersji „The Killing”, kiedy doskonale wiemy, że stało się coś strasznego, i tylko obserwujemy reakcje najbliższych ofiary, którzy podświadomie już wiedzą, ale jeszcze się bronią; emocje są ogromne.

Niestety cała książka nie została utrzymana w podobnym klimacie. Po poznaniu osób dramatu, w tym nowej bohaterki Saszy Załuskiej (alkoholiczki, fajnie będzie poznawać pokusy tej choroby) szybko okazuje się, że o ile pani Bonda wspaniale potrafi nakreślać historie pojedynczych postaci, tak wciąż jej sprawy kryminalne potrzebują „tego czegoś” by czytelnika autentycznie zaangażować. Na domiar złego autorka wykorzystuje tu kilka tak ogranych motywów (bliźnięta? i wszystko jasne…), że po pewnym czasie powroty do lektury są coraz trudniejsze, coraz bardziej kusi by sięgnąć po inną książkę.

Kontrasty widać przez całą książkę. Świetne fragmenty o uzależnieniu mieszają się z przeszłością Saszy, która jest opowieścią niezwykle wtórną względem klasycznych kryminałów i thrillerów zza Atlantyku. Przyjemne, realistyczne przedstawienie pracy policji, bez wydumanego opowiadania o bohaterach, bez fałszywej miłości miesza się z bardzo kiepskim przedstawieniem niektórych postaci drugoplanowych, gdzie jedna z nich to żywcem wyjęty Adaś Miauczyński z „Dnia świra”, skopiowany jednak bez polotu, bez zaangażowania i w zasadzie nie pasujący klimatem do przepięknego dramatu z początku opowieści. Po czym znowu mamy rewelacyjną historię kobiety z Bałkan, dziś mieszkającej w Polsce, tak okropną, potworną, że aż agresja rośnie w czytelniku, by po chwili z rozczarowaniem stwierdzić, że intryga kryminalna zaczyna się rozłazić, rozwiązania kolejnych wątków stają się nie tylko przewidywalne, ale też rozczarowujące.

Wreszcie dobiłem do ostatnich stron, gdzie poznałem okrutnie naiwne zakończenie, znowu zostawiające dobre, polskie zwyczaje na rzecz amerykańskiego pisarstwa rzemieślniczego. Czy sięgnę po kolejny tom? No pewnie, i raczej będzie to powieść, którą bez oczekiwania na promocje kupię w dniu premiery. Pani Bonda i tak jest według mnie lepsza od kilku innych polskich autorów kryminałów, których książki miałem okazję poznać. Ale czy będę czekał na tą książkę jakoś specjalnie niecierpliwie? Przypuszczam, że wątpię.

Pochłaniacz
MUZA 2014

Manel Loureiro – „Apokalipsa Z. Początek końca”

Zawsze powtarzam, że nic nie może wiecznie trwać. Zatem jestem tylko trochę zdziwiony, że oto trafiłem na cykl o zombie-apokalipsie, który mi nie podszedł, i którego nie zaliczę, poprzestając na dobrnięciu do końca tomu pierwszego. Choć w gruncie rzeczy samej powieści nie mogę zarzucić zbyt wiele, to w zalewie doskonałej literatury poświęconej tematowi wybieram innych twórców. Z naciskiem na genialnego Maksa Brooksa i przesympatyczną Rhiannon Frater.

Nie podoba mi się narracja pierwszoosobowa w formie bloga, a potem, gdy już zabrakło internetu i prądu – dziennika. Czuć tu nudę, choć wpisy (posty) są krótkie, w zamierzeniu dynamiczne, to jednak brak dialogów i większej ilości postaci jest dla mnie problemem. Co prawda jest kot Lukullus, ale on nie potrafi mówić.

Z drugiej strony sam fakt bycia samotnym, ostatnim, kompletnie otoczonym przez hordy nieumarłych opisany jest dość ciekawie. Natychmiast pojawiły mi się skojarzenia z dobrymi grami, jak chociażby Don’t Starve czy Darkwood, gdzie liczy się jak długo uda się przeżyć, nim nadejdzie nieuchronny zgon. Z tym, że w powieści bohater nie umrze, jasna sprawa. Ale klimat bywa chwilami fajny.

Jak na zombie-apokalipsę przystało, mamy tu pełną gamę zachowań oraz dramatów, mających czytelnika uderzyć prosto między oczy. Są zatem ludzi dobrzy, ale i źli. Są okropne wydarzenia, niemowlęta zamienione w zombie, wyjące z głodu, przebywające tuż obok swoich rodziców z odstrzelonymi głowami… Ale to wszystko już było, dla fana tematu to żadne nowości.

Dopiero pod koniec książki tak naprawdę zaczyna się coś dziać, pojawiają się nowi bohaterowie. Nie powiem, że „Początek końca” to słaba książka, nic z tych rzeczy. Ale nawet tym, którzy dopiero za tematykę zombie-apokalipsy zamierzają się zabrać szczerze doradzę, by zaczęli od trylogii Rhiannon Frater, napisanej z polotem, przedstawiającą o wiele ciekawsze postaci. Albo od razu, z grubej rury, można sięgnąć po „World War Z” i temat nie tylko poznać, ale i w sumie go wyczerpać. „Apokalipsa Z” jest o wiele mniej wyrazista, nie dysponuje niczym, czego ktoś inny nie opisałby lepiej.

Apocalipsis Z: El principio del fin
Muza 2013

Herbjørg Wassmo – „Księga Diny”

Z całą pewnością „Księga Diny” to kawałek przyzwoitej literatury. Książka potrafi wciągnąć, albo inaczej: bohaterka jest interesująca i powoduje, że jednak przewracamy kolejne kartki, zaciekawieni. Mimo pewnych dłużyzn i fragmentów zupełnie psujących klimat, zbyt długich, nudnych opisów otoczenia czy tego, co dzieje się w głowach postaci znacznie mniej od Diny interesujących. Wszystkie te pełne zachwytu opinie odrobinę książce szkodzą, bowiem czytelnik sięgając po powieść pani Wassmo spodziewa się autentycznie czegoś, co zwali go z nóg. Tymczasem „Księga Diny” jest dobra, ale zachwycająca? E, niespecjalnie.

Jak sam tytuł wskazuje wszystko tu zaprezentowane dotyczy Diny – kobiety, która w dzieciństwie przeżyła coś okropnego, stąd całe jej życie zostaje naznaczone tym tragicznym wydarzeniem. Akcja rozgrywa się w XIX wieku w Skandynawii, a Dinę poznajemy w chwili, która po prostu musi zaciekawić – sprytny zabieg autorki – a dopiero potem cofamy się do czasów jej dzieciństwa.

Bohaterka zupełnie nie pasuje to otoczenia, nie pasuje nawet do swoich czasów. Dina to kobieta, która zachowuje się tak, jakby wiedziała czego chce i zamierza po to sięgnąć. Nie dla niej prowadzenie domu czy wychowywanie dziecka, nie dla niej poddanie się woli mężczyzny. Z drugiej jednak strony psychika bohaterki jest tak mocno zniszczona, że faktycznie Dina miota się między jedną niezałatwioną sprawą a kolejną, zachowując status tylko dzięki charyzmie i strachowi, jaki potrafi wzbudzić wśród ludzi z najbliższego otoczenia.

To pierwszy tom większej całości, jednak sławę zdobyła tylko „Księga Diny”. O ile mi wiadomo kolejne części nie są już tak promowane, bodajże nawet nie zostały przetłumaczone na nasz język. Nie wiem, ale może dopiero całość faktycznie przedstawia coś więcej? Bo ta książka tak samo, jak zaczyna się nagle, nagle się kończy. W zasadzie nie wiadomo z tej końcówki zbyt wiele, nie dowiadujemy się o boahterach niczego, czego nie poznalibyśmy już wcześniej, a najsmutniejsze jest to, że w sumie niespecjalnie mnie ciąg dalszy ciekawi.

„Księga Diny” zapowiada się nieźle, jednak okazuje się dość przeciętną lekturą, dobrą książką, ale bez tych wszystkich fajerwerków, o których tyle się mówi. Zyskuje na pewno u tych czytelników, którzy interesują się Skandynawią i przedstawionymi czasami, choć czy ja wiem? Czy kobieta tak mocna, a jednocześnie tak dziwna, nietypowa, nie pasująca do otaczającego ją świata rzeczywiście długo utrzymywała by swój status w tamtych czasach? Naprawdę nie wiem. Ale coś mi tu nie pasuje, czegoś prawdopodobnie nie ogarnąłem. Pewnie, że polecam, ale jednocześnie ostrzegam, by może lepiej tych wszystkich zachwytów nie traktować jako wyroczni.

Dinas bok
MUZA 1999

czwartek, 2 lutego 2012

Maurice Druon - Królowie przeklęci, tom 2. "Zamordowana królowa"

Po lekturze drugiego tomu serii “Królowie przeklęci” jednego jestem pewien: Maurice Druon to autor, który potrafi sprawy przedstawić w taki sposób, że czytelnik niemal od pierwszych stron zaczyna żyć życiem bohaterów. W przypadku “Zamordowanej królowej” postacią, która ma na nas największy wpływ jest Enguerrand de Marigny, koadiutor króla, rektor królestwa i doradca Filipa Pięknego, niedawno zmarłego. Książka zaczyna się dokładnie tam, gdzie tom poprzedni (“Król z żelaza”) się skończył. Na tron wstępuje syn FIlipa, Ludwik, zwany Kłótliwym. Człowiek ten absolutnie nie nadaje się na władcę, jest pozbawiony własnego zdania, sam nie wie, czego chce. Jego doradcy, widząc skąd wieje wiatr, rozpoczynają walkę o prywatę, gdzie zdobycie wpływu u monarchy skutkuje zwiększeniem własnych dóbr i pozycji. Pal sześć głód w kraju, nierozwiązaną kwestię małżeństwa i potomstwa władcy i inne, równie drobne problemy! Teraz świnie rzuciły się do koryta.

Znany nam już z pierwszego tomu de Marigny prezentuje jako jedyny właściwą królewskiemu doradcy postawę. Choć środki, którymi się posługuje, nie zawsze są godne pochwały, wydaje się być jedynym człowiekiem, który mógłby kontynuować dzieło Filipa Pięknego. Dzieło, które władca budował prawie trzydzieści lat, a które zaczęło się rozpadać już w kilka chwil po jego śmierci.

Nie wiem, kiedy się to stało, ale w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że kibicuję de Marigny’emu z całego serca. Pokazany jest jak walczy sam przeciw wszystkim, często bywa górą, mimo zmasowanego ataku praktycznie ze wszystkich stron, nawet ze strony własnego brata. I gdyby nie arogancja, kto wie, może by wygrał, a losy Francji potoczyły by się zupełnie inaczej? Towarzyszymy mu do samego końca, pięknie przedstawionego pod postacią rozważań skazanego, który nagle zrozumiał wszystko to, co wywołał Filip Piękny rok wcześniej. Końcówka książki to rzecz tak doskonała, że sięgnięcie po kolejny tom, “Truciznę królewską”, to rzecz raczej oczywista.

La Reine Etranglee, MUZA 2001, 272 strony

Strona książki na LubimyCzytać.pl