wtorek, 24 września 2019

Aleksander Razumowski po raz kolejny (Adam Przechrzta - "Demony zemsty. Abakumow")

Ależ się ucieszyłem widząc nowy tom przygód Aleksandra Razumowskiego! Tym bardziej, że ostatnie powieści Adama Przechrzty (cykl “Materia prima”) do mnie zupełnie nie trafiły, nie dałem rady się wciągnąć, mimo dwóch podejść, kurczę, po “Abakumowie” spróbuję po raz trzeci…

W każdym razie Razumowski powraca, dla mnie zupełnie niespodziewanie. Wciąż przebywamy w ZSRR, jest rok około 1950 i coraz bardziej czuć zbliżającą się walkę o władzę. Gdy zabranie genseka Stalina rozpocznie się rzeź, potencjalni przeciwnicy to Beria i Chruszczow, ale nie są oni jedynymi kandydatami do przejęcia władzy. Jest także Abakumow, który popełnia największy błąd swojego życia: podejmuje próbę otrucia Aleksandra Razumowskiego.

Dlaczego? Jaki był powód ataku? Tego dowiemy się podczas lektury wypełnionej akcją w starym, dobrym stylu, z którego Adam Przechrzta jest znany. Zawędrujemy na Syberię, poznamy interesujące postaci, wśród których coraz więcej widać takich, dla których obecna władza jest obrzydliwa niczym wesz. “Demony zemsty. Abakumow” poświęcają też nieco więcej uwagi przeszłości bohatera, kim naprawdę jest, co być może jest prawdą, a co nigdy nią nie będzie. Jest to przyjemny smaczek, który traktuję jako obietnicę tego, co nastąpi w - mam nadzieję - kolejnych częściach serii.

Książka doskonale wpisująca się w klimat cyklu, w niczym poprzednim epizodom nie ustępuje. Kto Razumowskiego polubił ten już ma na półce, kto Razumowskiego nie zna, ale lubi żołnierskie opowieści o wojnie, honorze, ale bez patosu i bez idei i stojących za nimi polityków - temu zdecydowanie polecam, ale od początku, od “Demonów Leningradu”.

Demony zemsty. Abakumow
Fabryka Słów 2019

piątek, 13 września 2019

Jeśli więcej tomów o Agacie Brok nie będzie, to prawdziwa "Strata"

Aż mi szkoda, że to koniec. Nie potrafię (albo jestem zbyt leniwy) znaleźć informacji, czy pani Iwona Wilmowska dopisze ciąg dalszy, czy będzie więcej Agaty Brok? Jestem za, chętnie jeszcze poczytam. 

Autorce znowu się udało zbudować wiarygodną historię kryminalną, na miarę i możliwości tego kraju. Kolejny raz Agata bierze udział w sprawie śmierci, która niewielu wydaje się podejrzana. Jednak teraz, po dwóch sukcesach “detektywistycznych” nasza bohaterka rusza ostro do przodu, i tylko po to, by strzelać jedną gafę za kolejną. Uśmiałem się zdrowo obserwując jak autorka sprowadziła swoją postać na ziemię, to bardzo pasuje do naszego polskiego klimatu: przekonanie o swojej wartości łamane przez słomiany zapał.

I nie tylko Agata jest tu plusem historii. Samo tło zgonu, zupełnie jak w tomie drugim, to taki mały majstersztyk, samonakręcająca się machina drobnych zależności, które ostatecznie prowadzą do takiego właśnie obrotu sprawy. Jestem zachwycony sposobem kreowania tragedii przez Iwonę Wilmowską - żadnych gangów, polityków, mafii; żadnych udających ciężkie przeżycia emo-ludków, tylko samo życie. Sytuacje pokazane w tomach drugim i trzecim naprawdę mogą się przytrafić każdemu człowiekowi, a co za tym idzie identyfikowanie się z bohaterami nie sprawia problemu, jest wręcz automatyczne.

Naprawdę chciałbym więcej, takiej literatury mi brakowało, i takiej autorki - bez silenia się na kolejną “królową kryminału”, “zbrodni” czy innej marketingowej papki. To są książki do czytania z przyjemnością, polecam.

wtorek, 10 września 2019

Ciąg dalszy prywatnych śledztw Agaty Brok (Iwona Wilmowska - "Gwiaździsta noc")

Drugi tom zawsze ma łatwiej, a jeśli komuś się pierwszy podobał, to już w ogóle z górki. Nic więc dziwnego w tym, że po “Gwiaździstej nocy” to już jestem fanem Agaty Brok i Iwony Wilmowskiej. Nawet moja największa obawa - czyli kolejne “przypadkowe” śledztwo - zostało skrojone idealnie, tak, że nie mam się czego czepiać.

Książka podobała mi się nawet bardziej od poprzedniej, ale też wiadomo jak to jest, gdy zna się już bohaterów. Autorka sprawnie wykorzystała wszystkie zarzucone w tomie pierwszym przynęty, rzecz dotyczy rodziny Kermita, chłopaka Agaty, w tle znajduje się jego brat, z którym od dawna nie ma kontaktu - no zainteresowania historią nie trzeba w sobie budować, ono jest od samego początku. 

A najbardziej podobał mi się finał, czyli wyjaśnienie kto i za co. Wreszcie ktoś napisał książkę, w której motywu zbrodni nie powstydziłby się sam Hakan Nesser. W ludzkich głowach siedzą różne myśli, psychika działa tak, że nie można żyć z poczuciem winy dłużej, niż pewien czas. Własnego pecha i własne nieszczęście można zawsze wytłumaczyć czymś, lub kimś - i tak rodzą się problemy. Tak, że jeśli ktoś oczekuje “wielkiego, pełnego fajerwerków, hollywoodzkiego zakończenia”, to odradzam, zły adres. Ale każdy, kto lubi identyfikować się z bohaterami, kto lubi stawiać się w ich sytuacji - temu “Gwiaździsta noc” raczej przypadnie do gustu.

Prywatne śledztwo Agaty Brok, tom 2
Gwiaździsta noc
Axis Mundi 2018

poniedziałek, 9 września 2019

O tym, że "Nikt nie słucha starych ludzi" pisze Iwona Wilmowska

A mnie się podobało. I wcale nie uważam, żeby powieść Iwony Wilmowskiej miała jakieś warsztatowe braki lub fabuła była klecona na kolanie. Zwyczajność przedstawionej tu historii jest największym atutem, a dodatkowe opisy codzienności pomniejszych bohaterów nie tylko nie przeszkadzają, co wręcz zachęcają do dalszej lektury.

To lektura, która niczego od czytelnika nie oczekuje, nie wymusza uwagi, nie buduje także specjalnego napięcia - kryminał jest jedynie powodem do pokazania fajnej młodej dziewczyny, która nie przeklina, zdaje sobie sprawę z faktu, że na pieniądze i dobrobyt trzeba pracować, która nie szuka przywilejów, która wywiązuje się z postawionych przed nią zadań - krótko mówiąc bohaterka to typ człowieka, którego coraz trudniej znaleźć tak w rzeczywistości, jak i w literaturze. Przedstawienie Agaty oraz jej siostry z rodziną budzi same dobre skojarzenia, zaangażowanie w sprawy podstarzałego wujka wynika z autentycznej troski a zainteresowanie sprawą zmarłej kobiety jest przyjemnie naiwne. Kiedyś takich ludzi było więcej, kiedyś świat naprawdę tak wyglądał. I cieszę się, że “Nikt nie słucha starych ludzi” mi o tym przypomniało, dobrze się czułem podczas lektury i natychmiast po przeczytaniu ostatniego słowa powieści rozpocząłem lekturę tomu kolejnego.

Polecam, szczególnie tym fanom kryminału, którzy zaczęli się gubić w gęstwinie coraz to nowszych powieści bardziej znanych autorów, w których poziom rzadko idzie w parze z częstotliwością powstawania kolejnych epizodów. Oto powieść, której nawet najgłupszy pijarowiec nie nazwie bestsellerem, kultową, brawurową itp., a która od tych wszystkich “polskich bestsellerów” jest zwyczajnie lepsza, bo napisana do czytania i dla czytelników, a nie do wspinania się na wyżyny grafomanii przy kreowaniu blurbów.

Nikt nie słucha starych ludzi
Prywatne śledztwo Agaty Brok, tom 1
Axis Mundi 2018

piątek, 30 sierpnia 2019

Nie Mario, nie Zelda, ale Fire Emblem jest grą, dla której warto kupić konsolę Nintendo! (Fire Emblem: Three Houses)

Jestem fanem serii Fire Emblem. Od czasów dwóch gier wydanych na GameBoy Advance przed wielu laty zwracam uwagę na kolejne części cyklu, czasem nawet kupuję konsolkę z myślą o tych produkcjach właśnie (New Nintendo 2DS XL, ach, te nazwy!). Połączenie jRPG z taktyczną rozgrywką sprawia mi ogromną radość, dlatego też na wieść o wydaniu pierwszej “dużej” odsłony od wielu lat na Nintendo Switch… kupiłem Switcha.

Chociaż dziwnie mówić tu o “dużej” odsłonie; wszak Switch jest tak samo “dużą” konsolą, jak i kieszonsolką, choć kieszenie faktycznie trzeba mieć duże.

Na początku wypada powiedzieć: ależ tu czuć piniądz! Seria Fire Emblem ostatnio stała się o wiele bardziej rozpoznawalna, niż przed paru laty, pewnie za sprawą mobilnego wyciskacza pieniędzy Fire Emblem Heroes oraz siekaniny Fire Emblem Warriors. Żadna z tych produkcji nie jest dla mnie, ale dla cyklu widać zrobiły wiele, bowiem Nintendo wpakowało w Three Houses sporo kasy, i to widać.

wtorek, 6 sierpnia 2019

Przez takie gry tkwię przy konsolach od trzydziestu lat! (The Way Remastered)

Czasem człowiek ma farta. Jak ja, gdy po ponownym wejściu w posiadanie konsoli Nintendo Switch (a, co mi tam!), w oczekiwaniu na dostarczenie nowego Fire Emblem wszedłem w posiadanie gry The Way Remastered. Kosztowała mnie w eShopie mniej niż 4 zł, i aż mi głupio, że tak tanio ją dostałem, bo jest warta o wiele, wiele więcej.

Jako gracz, który karierę zaczynał na przełomie lat 80. i 90. na zawsze będę fanem gier ukazanych w widoku z boku, łączących w sobie elementy zręcznościowe z logicznymi. Jak klasyczny, nieśmiertelny Flashback, czy też moja chyba ulubiona gra wszechczasów (wyjąwszy Tetrisa) czyli Blackthorne. I dokładnie taką produkcją jest The Way. Tu od razu dodam, że Remastered dotyczy jedynie wersji na Switcha, podobno oryginalna The Way oferuje nieco mniej w kwestii zabawy, nie ma udźwiękowionych dialogów, a w wersji Remastered ponoć nawet zmieniono mechanikę i konstrukcję poziomów uwzględniając opinie graczy. Zatem The Way, dostępne na PC i konsoli Xbox One być może jest inną grą, nie aż tak dobrą. Moje peany dotyczą wersji na konsolę Nintendo Switch - niech to jest jasne.

czwartek, 1 sierpnia 2019

Solitairica, czyli pasjans, RPG, a nawet rogue-like

Trudno mi okreslić od kiedy - osobiście obstawiałbym moment pojawienia się słynnego Puzzle Quest - ale na rynku zaczęły się pojawiać interesujące połączenia gier logicznych z RPG. Takie, które poza samą zabawą typu puzzle oferują coś więcej, jakąś fabułę i kreatywne rozwinięcie pomysłów gry logicznej tak, by nadać zabawie coś w stylu początku, rozwinięcia i widocznego gdzieś na horyzoncie zakończenia. Czyli elementów, które rzadko są udziałem gier typu łamigłówki.

O ile Puzzle Quest wywołało całą hordę gier, które elementy RPG dodają do klasycznej zabawy typu “match three”, tak Solitairica na warsztat bierze jeden z najsłynniejszych, najczęściej występujących i jeden z najprostszych pasjansów, czyli znany z czasów Windowsa XP Solitaire.

Zadaniem gracza jest - ha, i tu niespodzianka! - układanie pasjansa. Solitaire to pasjans polegający na układaniu ciągów wartości w obie strony, czyli na dwójkę można dać trójkę - lub asa i od nowa, i tak dalej. Fabuła opowiada o próbie pokonania tak zwanych “armies of Stuck”, a akcja dzieje się w krainie o wdzięcznej nazwie Myriodd. Dobrze postawiony pasjans zdejmuje z planszy wszystkie karty - wówczas przeciwnik rzucony do walki z graczem zostaje pokonany. Poziom życia gracza zobrazowany jest przy pomocy wartości czerwonego serca, a sam pasjans składamy z kart o różnych kolorach, które oznaczają statystyki gracza. Cztery kolory (plus piąty jako wartość pieniężna) oznaczają cztery energie: atak, obronę, zręczność oraz siłę woli. No RPG jak się patrzy.

wtorek, 30 lipca 2019

Shadows: Awakening (Shadows: Heretic Kingdoms) - wrażenia z zabawy

Była taka gra: Dungeon Siege III. Nie dane mi było poznać dwóch poprzednich części (można, tylko że na PC, więc nie, dziękuję), ale trzecią bardzo mile wspominam. Takie Diablo, ale lepsze. Już tłumaczę: zamiast rozbudowanego lootu DSIII oferowało fabułę. Nawet ciekawą, nawet z pewnymi wyborami do podjęcia. Świetnie się bawiłem, i czasem chciałbym pobawić się znowu w podobnym tytule. Stąd właśnie na mojej liście życzeń w PlayStation Store pojawił się Shadows: Awakening. Gra jest, zupełnie jak Dungeon Siege III częścią większej całości, i podobnie także tu nie mam żadnej historii z poprzednimi epizodami. Gdy jednak pojawiła się promocja i można było wejść w posiadanie S:A za połowę stówki bez wahania dokonałem zakupu.

I dawno nie czułem takiego zadowolenia. Gra spełniła w zupełności moje oczekiwania; zupełnie jak Dungeon Siege III oferuje zabawę jak w Diablo, tylko lepszą.

Zabawa rozpoczyna się w momencie, gdy czarodziej Krenze przywołuje demona, by spełnił jego życzenie. Życzeniem jest, że tak krótko powiem, uratowanie świata przed zakusami złych, no wiadomo, cóż by innego. Jako gracz wcielamy się w tegoż demona, który sprawia wrażenie klasyczne dla takich sytuacji: niby podejmuje się zadania, jednak jest oczywistym, że być może, kto wie, będzie próbował się uwolnić od Krenze’a.

środa, 10 lipca 2019

Kingsajz dla każdego! ...czyli o Detroit: Become Human słów kilka

Byłem pewien, że zagram w tę grę. Raczej miło wspominam Heavy Rain, na dodatek należę do tej nielicznej grupy graczy, którzy lubią Beyond: Two Souls. Co za tym idzie kibicuję Davidowi Cage’owi w jego pracach nad stworzeniem interaktywnej opowieści, i tego, że ogram Detroit: Become Human byłem pewien. Nie spodziewałem się jednak, że nastąpi to tak szybko. Oto bowiem w lipcu 2019 roku SONY niespodziewanie w ostatniej chwili zmieniło layout „darmowych” gier w abonamencie PlayStation Plus, wymieniając PES 2019 (też bym rzucił okiem…) na Detroit właśnie. I tak po dwóch dniach przygoda jest za mną i muszę powiedzieć, że jestem zachwycony!

Zachwyt oczywiście dotyczy pomysłu na fabułę. Nie ukrywam, że opowieści o walce z podziałami zawsze znajdują u mnie pozytywne uczucia, i jako fan cyberpunku doprawdy nie uważam, by sztuczna inteligencja była w jakimkolwiek stopniu gorsza od ludzkiej. Albo obcej. Inteligencja, a konkretnie: świadomość własnego istnienia wystarcza mi zupełnie do uznania równości. I o tym dokładnie opowiada Detroit: Become Human - o świadomości własnej egzystencji, a co za tym idzie dokonywaniu wyborów moralnych bez stosowania zasad wpojonych przez programistów, ale na zasadzie głosu serca.

wtorek, 25 czerwca 2019

Easy Rider... tfu, Mad Max..., tfu, Czort (Roger Zelazny - „Aleja Potępienia”)

Niezła rzecz, z której istnienia sobie w ogóle sprawy nie zdawałem. W ogóle musiałbym poczytać Rogera Zelaznego, kiedyś rzuciłem okiem na pierwszy tom kronik Amberu, teraz “Aleja Potępienia” i widać jasno, że facet ma swój specyficzny styl pisania, który wpadł mi w oko. 

Mówią: klasyka postapokalipsy. Ale jednocześnie powieść jest napisana na tyle późno, po znacznie ważniejszych pozycjach w gatunku (“Kantyczka dla Leibowitza”, “Dzień Tryfidów”, nawet “Jestem legendą”), że nie wymienia się jej jednym tchem mówiąc o najważniejszych pozycjach gatunku. Tym lepiej, że powieść stała się trzecim tomem nowego cyklu klasyki od Rebisu, który zasługuje na brawa, bo dał nam wszystkim możliwość zakupu jednej z najlepszych książek wszechczasów: “Kwiatów dla Algernona” Daniela Keyesa. 

Wracając do tematu: najważniejszy w powieści jest bohater. A nawet w tym przypadku anty-bohater. Typ spod ciemnej gwiazdy, ot co. Idealnie pasujący do oszczędnego stylu autora; idzie przed siebie i w zasadzie nie wiadomo co sobie myśli. Podejmuje się misji szczytnej, jasne, dostarczenie leku na drugi koniec dawnych Stanów Zjednoczonych to nie byle co. Przejazd Aleją Potępienia, jak zowie się droga z zachodu na wschód (czyżby Route 66?) to wyprawa tak trudna, że wręcz mityczna. Jednak Czort (poważnie… Czort mu na imię) to przestępca, i to nie byle jaki, członek gangu motocyklowego, który ma na sumieniu niejedno niewinne życie. Jedynym celem dla Czorta nie jest wcale pomoc innym, a zmazanie win i uzyskanie ułaskawienia. Przed nim po drodze staną przeróżne wybory, ale Czort nie zawaha się ani razu, nauczony doświadczeniem swojego życia decyzje będzie podejmował natychmiastowo i nieodwracalnie.

Niedługa powieść, w zasadzie taka na jeden wieczór. Choć pozbawiona szczególnie dokładnych opisów świata po apokalipsie, to jednak bije końcem świata z każdej strony. No i to zakończenie… normalnie bym je wyśmiał, pastwił się nad dokonanym przez Autora wyborem, ale przyznaję, że tak bardzo pasuje to wydźwięku powieści, że po prawdzie nie wyobrażam sobie innego.

Damnation Alley
Rebis 2019

poniedziałek, 24 czerwca 2019

„Koniec dzieciństwa”, czy koniec wszystkiego? Pisze Arthur C. Clarke

Trochę nie chce się wierzyć, że Arthur C. Clarke napisał tę powieść w roku 1953. Bo na pierwszy rzut oka tego nie widać; powieść nie oferuje opisu gadżetów, które dziś moglibyśmy nazwać “retrofuturystycznymi”, nie prezentuje też żadnych postaw, które można by kojarzyć z tak odległymi czasami.

Oto nad największymi miastami świata pojawiły się statki obcych - trudno o lepszy początek książki. Błyskawicznie okazuje się, że opór nie ma sensu, nawet wystrzelona w kierunku jednego ze statków bomba nuklearna nie odnosi żadnego efektu (nawet nie niszczy samego miasta, “zupełnie przypadkowo” należącego do “potencjalnego wroga”). Nie, żeby opór był konieczny, raczej leży w ludzkiej naturze. Obcy błyskawicznie wskazują ONZ jako klasę przywódców, komunikując się bezpośrednio z sekretarzem generalnym. Krok po kroku, obserwując kolejne dni sekretarza przyzwyczajamy się do sytuacji, która dla części społeczeństwa jest niemalże spełnieniem marzeń. Oto bowiem na Ziemi nie mają już znaczenia poszczególne państwa. Nie ma wojen. Nie ma głodu, klęsk spowodowanych działalnością człowieka. Panuje powszechny dobrobyt, z tym, że nad głowami ludzie mają tajemniczych obcych. Potrzeba pokoleń, nim przybysze zdecydują się pokazać swoje oblicza, a książka skacze coraz to bardziej w przód.

Książka najbardziej spodoba się tym pesymistom (tudzież: realistom), którzy porzucili już nadzieję na świetlaną przyszłość gatunku ludzkiego. Autor pokazuje, że jedynym sposobem na zaprzestanie niszczenia wszystkiego wokół dla człowieka jest postawienie kogoś nad człowiekiem, kogoś na straży, kogoś wskazującego drogę i posiadającego odpowiednie narzędzia do wymuszenia posłuszeństwa.

Oczywiście jest to tylko część książki. Autor bowiem im bliżej końca tym bardziej wchodzi w rejony, które historię mi psuły. Choć początkowo wyraźnie podkreśla, że wiara w religie i mistycyzm powodowały głównie zło, wykorzystując ludzką głupotę i naiwność, ostatecznie tworzy z powieści o ludziach coś, co wcale nie jest łatwo zrozumieć. Jakby na przekór sobie, a może właśnie zgodnie z poprzednim tokiem rozumowania - nadzieją na przetrwanie tak niszczycielskiego gatunku jest ewolucja, być może pod czułym nadzorem wyższej cywilizacji.

Koniec może się podobać, nie musi - nieważne. Niezależnie od tego “Koniec dzieciństwa” skłania do myślenia, prowokuje do zastanowienia się nad pewnymi kwestiami dotyczącymi gatunku ludzkiego. I warto sobie przypomnieć, że już siedemdziesiąt lat temu ci mądrzejsi poruszali takie tematy. I że naprawdę musi się coś zmienić. A czasu coraz mniej.

Childhood's End
Rebis 2019

wtorek, 4 czerwca 2019

Najlepsza? Tak mi się wydaje (Daniel Keyes - "Kwiaty dla Algernona")

Już o tej książce pisałem. Wyszło nowe wydanie, musiałem kupić. Na marginesie: jeśli to jest oprawa twarda, to boję się że miękkie są jakości papieru toaletowego. Ale wracając: ponownie ogarnęło mnie wrażenie, że to najlepsza rzecz jaką czytałem w dotychczasowym życiu.


sobota, 1 czerwca 2019

Po pierwsze: protagoniści, czyli przywilej wielotomowego cyklu (Hjorth, Rosenfeldt - "Najwyższa sprawiedliwość"

Szósta część cyklu o specjalnej grupie policji i psychologu Sebastianie Bergmanie jest jak spotkanie znajomych, których nie widzieliśmy dłuższy czas. A ponieważ w tomie piątym końcówka oferowała (wreszcie) coś naprawdę niezłego, czytelnik sięgając po “Najwyższą sprawiedliwość” jest ciekawy nie tyle kolejnej sprawy, co samych bohaterów, już tak dobrze znanych.

A autorowie doskonale sobie z tego zdają sprawę, stąd też czytelnik nie zastanawia się CZY Vanja powróci do grupy, ani CZY Sebastianowi uda się z nią nawiązać jakiś kontakt, ale KIEDY i Z JAKIEGO POWODU obie te postaci znowu znajdą się obok siebie. I wypada duetowi przyznać, że to, co zaprezentowali ma sens. 

Sensu natomiast dość szybko zacząłem szukać w sprawie, jaka trafiła się policjantom. Otóż bowiem mamy do czynienia z seryjnym gwałcicielem. Jest to jednak postać, która trzyma się jednej grupy kobiet i dokonuje swojej zbrodni wielokrotnie. Czytelnikowi zostają zaprezentowane różne typy ofiary; niektóre żyją w stanie zaprzeczenia, inne zamykają się przed światem, jeszcze inne próbują jakoś iść dalej po spotkanej krzywdzie, i to jest ok, tego się spodziewałem, na to liczyłem. W pewnym momencie jednak zostaje odsłonięty motyw, który faktycznie jest powodem gwałtów, i tu mój gust znacząco podniósł jedną brew, a napięcie znikło. Przy końcu powieści na szczęście wszystko ma ręce i nogi, ale, cóż, nie jest to najciekawsza ze spraw.

Nie ma to jednak większego znaczenia, otóż bowiem czytelnik nie przesuwa stron “Najwyższej sprawiedliwości” ze względu na pracę policji, o nie. Motorem napędowym powieści jest dwójka postaci, które całkowicie kradną ogromną większość uwagi czytelnika. Pierwszym z nich jest oczywiście Sebastian, który zrobił przez ostatnie pięć tomów masę durnych rzeczy, spaprał tak wiele spraw i zniechęcił do siebie już praktycznie wszystkich. I jak to bywa w przypadku nałogowców dopiero gdy już każdy ma Sebastiana w nosie; gdy skończyły się wreszcie kolejne szanse na poprawę, nasz bohater postanawia zrobić coś, cokolwiek, by odzyskać choć odrobinę tego, co posiadał, a co zniszczył.

Drugą postacią jest oczywiście Billy. Nie da się mówić konkretnie, by nie psuć zabawy tym, którzy nie czytali piątego tomu, więc krótko i enigmatycznie: to, co Billy zrobił go ściga, i to dosłownie. Nie tylko wewnątrz, nie tylko wyrzuty sumienia, ale i dosłownie - sprawa zaczyna istnieć w przestrzeni publicznej i nasz młody policjant musi podjąć pewne decyzje. Nie muszę dodawać, że podejmuje je na ostatnich stronach, a czytelnik zostaje skazany na ponowne oczekiwanie…

En högre rättvisa
Czarna Owca 2019