Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dean Koontz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dean Koontz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 marca 2019

No, tym razem Dean Koontz zdecydowanie nie dostarczył ("Odd Thomas", "Dar widzenia")

Odd Thomas to jeden z tych bohaterów Koontza, przy których pisarz zatrzymał się odrobinę dłużej, rozbudowując jego przygody w cały cykl. I o ile seria zaczyna się od niezłego trzęsienia ziemi, tak potem pisarz jakby sobie za cel obrał zmarnowanie totalnie wszystkiego, co wpierw wymyślił.

Bohater to młody mężczyzna, do którego przychodzą duchy zmarłych. Nic nie potrafią powiedzieć, jednak nieraz gestami wyrażają swój ból. Niewiele osób wie o jego przypadłości, na szczęście jest wśród nich szef policji. Dzięki temu Odd nie tylko potrafi odnaleźć morderców (wszak ofiary same do niego po to przychodzą), ale i ma wsparcie, dzięki któremu nie musimy oglądać kolejny raz dość klasycznego dla horrorów motywu z próbami wyjaśnienia skąd bohater wie to, co wie.

Jest Odd okropnie zakochany (z wzajemnością) i ogólny motyw widzenia duchów oraz tegoż właśnie uczucia zakochania, miłości, napisany jest tak, jak Koontz napisać potrafi – świetnie (Elvis jednak nie żyje, jego duch towarzyszy bohaterowi). Problemem książki jest niestety cała reszta, gdzie zaprezentowana tu historia jest tak nudna i banalna, przewidywalna, że bardziej pasowałaby do opowiadania, a nie zaraz całej powieści. Zakończenie pokazuje, że Koontz doskonale wiedział, po co tę książkę pisze, że to zakończenie samo w sobie jest celem z góry upatrzonym (notabene czystą zżynką z niezłego filmu z Brucem Willisem w reżyserii Shyamalana). Jednak będę się upierał, że całość powinna mieć krótszą formę, wówczas czytelnik czuł by się przyciągnięty, a tak kończyłem lekturę na siłę.

Faktem jest, że zakończenie na tyle mi się podobało, że od razu sięgnąłem po tom kolejny – Dar widzenia – jednak ciągu dalszego zabawy nie przewiduję. Drugi tom jest jeszcze słabszy i już kompletnie nic w nim nie potrafi zatrzymać czytelnika na dłużej. Co jakiś czas sięgam po książki Deana Koontza, bo wiem, że tego pana stać na sporo – jeśli naprawdę chce. Kurczę, przy Oddzie Thomasie chyba nie chciał.

Odd Thomas
Albatros 2004

Forever Odd
Albatros 2007

czwartek, 28 lutego 2019

„Niewinność” Deana Koontza, czyli bardzo mocne rozczarowanie

„Niewinność” to jedno wielkie nieporozumienie, a nawet rozczarowanie. Wiadomo, że nie można się spodziewać bóg wie jakich doznań po tego typu literaturze, ale akurat Dean Koontz potrafi opisać grozę i niesamowitość dobrze, z klimatem, nawet jeśli fabuła jest klasycznym horrorowym stekiem bzdur. Tym razem jednak autor nie trafił; być może miał zbyt duże chęci, zbyt wielkie założenia – bo powieść tak właśnie wygląda, jakby miała prowadzić do czegoś naprawdę mocnego – ale sił nie starczyło na wykonanie. Końcówka książki to naprawdę słaba konstrukcja, taki niewypał po wspaniale zapowiadającym się fajerwerku.

Bardzo chce się wiedzieć kim są ci, których tak bardzo boją się ludzie. Kim jest bohater, dlaczego wzbudza (i jemu podobni) tak duże obrzydzenie i od razu gniew, wściekłość, pragnienie unicestwienia osobliwości. Chcemy więcej, by klasyczna opowieść o Pięknej i Bestii (bo od razu wiadomo, że to będzie właśnie tego typu opowieść) stała się zaskakująca, oferowała nowe pomysły, rozwiązania. „Niewinność” sugeruje, że taka właśnie będzie. Pietyzm autora w przedstawianiu losów swojego bohatera, dokładnym opisie jego dzieciństwa, matki, Ojca – trudno podczas lektury nie odnieść wrażenia, że będzie warto, że będzie książka o czymś istotnym, czymś godnym zapamiętania.

Jednak nie jest. Interesująco zapowiadający się horror, thriller – nieważne, powieść wywołująca niepokój – zostaje na ostatnich stronach sprowadzona do bardzo przepisowej, boleśnie zgodnej ze schematem gatunku grozy kategorii C drogi, czyli niewielkie „puf” z czegoś, co miało razić jak bomba atomowa. Szkoda kreacji bohatera, szkoda kreacji bohaterki, szkoda ich uczucia zmarnowanego na rzecz tak prostą, banalną i niestety przewidywalną. Szkoda.

Innocence
Albatros 2015

Jasnowidzenie, poltergeisty, wizje – czyli thriller według D. Koontza

W posłowiu do Wizji Koontz z rozbrajającą szczerością stwierdza, że gdyby stale pisał takie powieści, nigdy nie trafiłby na listy bestsellerów. Ale jednocześnie decyduje się książkę wznowić, bo mimo wszystko uważa ją za rzecz sympatyczną, czytaj: rozrywkę odrobinę mroczną. I jest to doskonałe podsumowanie tej pozycji, faktycznie stworzonej raczej do zabijania czasu w poczekalni u dentysty, albo lektury podczas podróży pociągiem, która z nóg nie zwali, ale wydaje mi się, że ogromna większość czytelników nie tylko dotrwa do końca, ale wręcz będzie ciekawa czy naprawdę mordercą jest ten, o kim myślę?

Wizja to bardzo klasyczny thriller, w którym do ostatnich stron szukamy brutalnego mordercy. Jednak na półkach w księgarniach książka nie będzie stała obok powieści Thomasa Harrisa czy Tess Gerritsen, ponieważ tu bohaterem jest nie policjant czy detektyw, a jasnowidz – kobieta, która potrafi ujrzeć zbliżające się zbrodnie. Wraz z mężem i bratem współpracuje z policją, jednak nie wszędzie jest witana z otwartymi rękami, także dlatego, że poddaje się terapii, bowiem w przeszłości przydarzyło się jej coś potwornego.

Bardzo szybko okazuje się, że Koontz nie zaskoczy tu zbyt wielu czytelników, jedzie schematami od początku do samego końca. Jest jednak pisarzem na tyle utalentowanym, że chce się brnąć dalej, dla samej przyjemności oglądania dobrych bohaterów i niezłych dialogów. Poza tym Koontz ma talent także do kreowania niepokoju. Nie tyle strachu, bo Wizja mało kogo przestraszy, ale właśnie niepokoju, a co za tym idzie pragnienia, by wreszcie wszystko się wyjaśniło, by się skończyło, by bohaterowie mieli upragniony spokój. Czyli jak na thriller emocje wywołuje idealne, a że dla wielu jasnowidzenie, poltergeisty i inne takie to zwykłe bzdury? Co z tego, skoro czyta się tak dobrze?

The Vision
Albatros 2015

środa, 27 lutego 2019

„Zabójca strachu”? A może lepiej: „Zabójca dobrych pomysłów”?

“Zabójca strachu” to pierwsza część cyklu “Moonlight Bay”, i planowałem zaliczyć oba tomy, a potem opinię wyrazić jedną, wspólną. Jednak moje ogólne wrażenie z lektury było tak mocne, że cóż, najwyżej druga część otrzyma wpis osobny. Albo i nie, zobaczymy.

Początek, co jest chyba typowe dla Deana Koontza, czyta się jednym tchem. Zostaje nam przedstawiony mężczyzna przed trzydziestką, ale jednak bardziej chłopak, niż mężczyzna, bowiem choroba genetyczna powoduje, że jest zupełnie odmienny od reszty swoich rówieśników. Co odbija się także na jego osobowości i dojrzałości. Cierpi na schorzenie, które najkrócej opisać można jako “cierpienie od światła”, żyje przeważnie nocami, unika nie tylko słońca, ale i wszystkiego, co jest powiązane z ultrafioletem.

Bohatera i tak już ciekawego poznajemy w dramatycznym momencie. Przed paroma laty tragicznie zmarła jego matka, a teraz żegna się z umierającym na raka ojcem. I tu następuje moment zwrotny książki, po którym, jak przypuszczam, pewna część czytelników zrobi wielkie oczy i zachwyci się lekturą, a reszta (w której ja się znajduję, niestety) zrobi także wielkie oczy, ale z rozczarowania. Jest bowiem niebywale interesująca choroba Christophera zaledwie dodatkiem, a lektura okazuje się dotyczyć czegoś zupełnie innego. Zacznijmy od tego, że ciało ojca bohatera gdzieś znika, w jego miejsce podstawione zostaje ciało przypadkowego, zamordowanego autostopowicza… a historia robi się coraz bardziej abstrakcyjna, z akapitu na akapit staje się mocniej i mocniej oderwana od rzeczywistości, nawet poważne zmrużenie oczu i nagięcie swojego czytelniczego gustu nie pozwala w akcję wejść, jest to bowiem tak kompletna bzdura.

Dopiero co dzieliłem się wrażeniami z lektury “Szeptów”, gdzie pisałem jak doskonale konsekwentny jest Koontz w swoich wizjach; tak, że nawet największe głupoty chce się czytać. I zdanie to podtrzymuję, bowiem w przypadku “Szeptów” wydaje mi się cały czas tak samo prawdziwe. Jednak w “Zabójcy strachu” autor tak mocno pojechał w stronę… no dobra, bez wahania powiem: w stronę nonsensu, że nie, po prostu nie potrafiłem dać się przekonać. Jakby kolejne pomysły nie wiem, losował z uprzednio przygotowanego zestawu przeróżnych abstrakcji? Nawet bohaterowie nie pomagają całości, przyjaźń tu zaprezentowana jest tak mocna, że wygląda bardziej jak opis ideału zjawiska, a nie faktyczne uczucie, tak samo zresztą miłość między Chrisem i Saszą – coś tak doskonałego, że kurczę niemożliwego, to się po prostu nie zdarza, to pobożne życzenie, nie faktyczny związek.

Lecz najgorsze w powieści jest to, że gdzieś pod tą warstwą absurdów kryje się pewna myśl, która, kurczę blade, ma potencjał do rozpoczęcia rozważań. Coś autor chciał powiedzieć, coś zasygnalizować, podzielić się z czytelnikiem prawdopodobnie swoim własnym strachem. Niestety jednak poniósł według mnie kompletną porażkę, no po prostu zaliczył swoje literackie Waterloo, bo poziom abstrakcji jest tu tak gigantyczny, że i dostrzegając pomysł, a nawet pewne przesłanie pisarza nie byłem w stanie zrobić nic więcej, jak tylko wzruszyć ramionami. To była dość męcząca książka, choć raczej niedługa, a i akcja prowadzona była w dość kameralnym gronie, a mimo to zmęczenie było spore, podobnie jak rozczarowanie.

…A jednak jestem ciekaw co Koontz wymyślił na potem. Czy w “Korzystaj z nocy” brnie dalej w nonsensowne wizje, czy też może nieco poukładał swoją opowieść, tym samym nieco lepiej zadbał o czytelnika? A może w ogóle zaoferuje coś kompletnie innego? Tak jestem ciekaw, że już drugi tom zamówiłem. Dobrze, że tani, nie będzie mi przykro jeśli jest podobny to pierwszego… :)

Fear Nothing
Prószyński i S-ka 1998

wtorek, 26 lutego 2019

O książce, która otwarła mu drzwi do prawdziwej kariery – „Szepty” Deana Koontza

Kiedyś wygrałem w konkursie powieść Deana Koontza “Przy blasku księżyca”. Podobała mi się, niby groza, ale jednak bardziej fantasy, niż typowy horror. Od tego czasu obiecywałem sobie, że nadejdzie taki dzień, w którym zainteresuję się mocniej twórczością tego wiecznie uśmiechniętego Amerykanina.

Trafiło na “Szepty”, powieść, którą nie sposób ot tak, zwyczajnie odłożyć, gdy już się lekturę zaczęło. Rozmach Autora zachwyca, jakiż ten facet ma gest, jeśli można użyć takiego sformułowania w stosunku do pisarstwa! Niesamowite wręcz gadulstwo, potężny słowotok, od którego nie sposób się oderwać, to jest dopiero talent.

“Szepty” przedstawiają historię Hilary Thomas, młodej pisarki, także autorki scenariuszy, której kariera w Hollywood właśnie zaczyna rozkwitać. Pewnego dnia zostaje zaatakowana we własnym domu przez agresywnego, znanego sobie mężczyznę. Udaje jej się przetrwać, jednak mężczyzna wraca ponownie. Wraca także po swojej śmierci. Hilary nie wie, czy sama wariuje, czy staje się ofiarą jakiegoś zakrojonego na szeroką skalę spisku. Po jej stronie staje uzdolniony detektyw i razem próbują wyjaśnić pochodzenie mordercy, a także przy okazji zagadkę jego życia po śmierci. Z czasem zaczynają poznawać losy człowieka, które doprowadziły go do roli brutalnego zabójcy.

To doskonała, i zaledwie lekko tylko przegadana powieść grozy, taka w dobrym stylu. Autor cały czas trzyma czytelnika w napięciu, wraz z bohaterami zastanawiamy się nad możliwymi rozwinięciami całej tej sytuacji i oczekujemy dramatycznej końcówki i wyjaśnień, które są bardziej, niż satysfakcjonujące. Całość rozgrywa się w roku 1980, w momencie premiery “Szeptów”, i przez cały czas trwania lektury imponuje konsekwencja Autora. Wiecie, to jest horror, a co najmniej mroczny thriller, takie powieści nierzadko się sypią – nawet, jeśli mają fajnych bohaterów, to groza jako taka bardzo rzadko bywa faktycznie niepokojąca, częściej wychodzi groteska (mój ulubiony przykład: “Ręka mistrza” Kinga. Jakaż to genialna powieść, a jak żenujący horror). Jednak właśnie żelazna konsekwencja Deana Koontza, fakt trzymania się istoty swojej historii i totalnego przekonania o jej wartości powodują, że choć chwilami “Szepty” wyglądają na totalne brednie, i tak czytają się wręcz genialnie.

Dokładnie takie też wrażenia pamiętam ze wspomnianej “Przy blasku księżyca” – stanowczość, konsekwencja w możliwie najlepszym opracowaniu zaledwie udanego, poprawnego, niespecjalnie odkrywczego pomysłu – w przypadku Deana Koontza takie postępowanie wydaje się dawać radę. W posłowiu czytamy, że to właśnie ta powieść zrobiła z Autora twórcę, który do dziś ma ponad 450 milionów sprzedanych książek na całym świecie. No nie dziwię się, że jest czytany, bo ma człowiek ogromny talent, jego bohaterowie są jak żywi. Aż chciałoby się poznać dalsze ich losy, jak też im się poukładało po tym wszystkim.

Jak patrzę na bibliografię Koontza to aż się cieszę. Będzie w czym wybierać. :)

Whispers
Replika 2014