Nigdy nie zapomnę gry Limbo. Wcielając się w losy tajemniczego chłopca w jeszcze bardziej tajemniczym świecie czułem się jak dawniej, gdy potrafiłem będąc dzieckiem totalnie wczuć się w klimat odgrywanej produkcji. Dziś takich tytułów już nie ma, prócz wybitnych wyjątków jak Limbo właśnie. Dlatego też zagranie w Inside było jedynie kwestią czasu i odpowiedniej promocji na PlayStation Store.
Normalnie chcemy od gier czegoś nowego, innego, niż znamy. Szczególnie w przypadku tytułów przygotowanych przez studio, które już raz raz zachwyciło. W przypadku gier typu indie jest jednak inaczej, nie wiedzieć czemu, jako gracze jesteśmy w stanie zaakceptować produkt mocno podobny do poprzedniego i jeszcze się z tego cieszymy. Niech mądrzejsi ode mnie odpowiedzą na pytanie dlaczego tak jest, jednak faktem pozostaje, że po rozegraniu Journey większość graczy zachwyciła się ABZU, a po poznaniu Inside wcale nie czujemy rozczarowania jego podobieństwem do Limbo, wręcz przeciwnie.
Znowu wcielamy się w chłopca i znowu zupełnie nie wiadomo o co chodzi. Poza jednym: gdzieś jest cel, do którego należy dotrzeć, a praktycznie wszystko dookoła będzie przeszkodą na tej drodze. Gra jest przerażająco brutalna, jednak nie w sensie hektolitrów krwi ukazywanych na ekranie czy jakichś elementów gore, ale klimatu. Zabijają nas nie tylko nasze nieprzemyślane posunięcia, ale przede wszystkim różnego rodzaju strażnicy, ludzie czy też zwierzęta, które jak szalone rzucają się na chłopca i rozszarpują go w mgnieniu oka.
