niedziela, 24 lutego 2013

Jacek Inglot - "Quietus"

Jak na serię Zwrotnice Czasu przystało, wznowiony jako wydanie rozszerzone “Quietus” pokazuje nam alternatywną wersję historii. W tym przypadku rozdział między tym, co przytrafiło się nam, a tym, co opowiada Jacek Inglot nastąpił w IV wieku n.e., za czasów cesarza Juliana zwanego Apostatą. Choć Cesarstwo Rzymskie zdawało się przechodzić na chrześcijaństwo, Apostata postanowił powrócić do wierzeń bardziej dla starożytnego Rzymu klasycznych, przy tym jednak okazał się człowiekiem niebywale zawziętym. Stąd też na miecz wydobyty z pochwy przez chrześcijan odpowiedział mieczem, skutecznie eliminując tą religię, a co za tym idzie unikając okropnego następstwa opanowania Cesarstwa przez nową wiarę - średniowiecza.

I samemu chrześcijaństwu poświęcony jest “Quietus”, jako zjawisku nietypowemu. Jest bowiem ta wiara fenomenem dotychczas filozofom nieznanym - opiewa bowiem jako sens i istotę życia miłość, jednak nie znaną starożytnym miłość fizyczną, zmysłową, ale miłość wyrażoną w uczuciach do drugiego człowieka, a nawet do wszystkich ludzi. Rzecz jasna Autorowi starczyło świadomości i wyobraźni, by dostrzec także drugą stronę chrześcijaństwa - kompletną nielogiczność zapisanych ewangelii, wzajemne wykluczanie się pokazanych tam praw i prawd, czego efektem prędzej czy później musi być konfilkt i opanowanie religii przez ludzi małych, nienawistnych, pozbawionych wyobraźni, okrutnych, zwyczajnie głupich. Ten aspekt chrześcijaństwa doskonale sprawdził się (i stale się sprawdza) w naszej wersji historii, i jest on także pokazany w “Quietusie”.

Proces poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania dotyczące podstaw, na których rozwinęła się filozofia głoszona przez Jezusa pokazany jest z perspektywy kilku bohaterów. Żeby było ciekawiej, każdy z nich jest Wenedą, czyli kimś na kształt pra-Polaka. Akcja, choć realnie dzieje się na całym znanym wówczas świecie, w rzeczywistości stale powraca na nasze ziemie, które z woli Autora staną się miejscem wielkich zmian. I tu warto wspomnieć o doskonale wpiętych w historię legendach i postaciach drugoplanowych: mówi się wiele o Dago, w naszej wersji historii pierwszym, a tu ostatnim władcy księstwa na ziemiach w okolicach Vistuli. Znajdzie się miejsce dla Cyryla i Metodego, istotnych dla religii chrześcijańskiej postaciach. Podobnie sprytnie i sympatycznie Autor prezentuje świat, w którym bez średniowiecza nauka rozwija się znacznie szybciej (jest maszyna parowa), opisuje miasta zarówno te europejskie, jak i te na Dalekim Wschodzie, tworzy bardzo przyjemny klimat, na tle którego przedstawiona, dramatyczna historia staje się jeszcze bardziej angażująca, a oderwanie się od książki (np. po to, by choć trochę nocy przespać) jest jeszcze trudniejsze.

Przyznam się, że to pierwsza książka Jacka Inglota, jaką mam okazję czytać. I choć konkluzja tu zawarta średnio do mnie trafiła, to jednak powieść jako całość podobała mi się bardzo, a styl Autora zrobił na mnie duże wrażenie. Z całą pewnością sięgnę po więcej prozy tego wrocławskiego twórcy.

Quietus
Narodowe Centrum Kultury 2011

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl


sobota, 23 lutego 2013

Adam Przechrzta - "Gambit Wielopolskiego"

Kilka książek Adama Przechrzty mam za sobą, wspominam je ciepło, a wszystko dzięki fartowi: miałem szczęście trafić na ten numer Nowej Fantastyki, w którym drukowano "Gambit Wielopolskiego". Strasznie mi się taka historia alternatywna spodobała. Nazwisko autora zostało zapamiętane, co jest dla mnie wyznacznikiem jakości opowiadania. Parę lat później niespodzianka: jest powieść o tym samym tytule. W dodatku wydana w tej niezwykłej serii, którą aż chce się mieć na papierze, nie w ebooku :-) 

Akcja rozgrywa się w XXII wieku, w świecie, który od naszego "oderwał się" w okolicach roku 1860. Kojarzycie powstanie styczniowe? To, o którym nauczyciele wyrażają się na lekcjach cokolwiek enigmatycznie? Otóż owego powstania nie było. I jak się okazuje zmieniło to los nie tylko Polaków i Rosjan, ale wręcz całej Europy. Państwo polskie tkwi w granicach Imperium Rosyjskiego, prócz tego mamy Chiny i tzw. Euroland, składający się z państw, które istniały w XIX wieku. 

Bohaterem rzecz jasna jest Polak, a żeby było śmieszniej niegdyś pragnął on Polski niepodległej. Jednak mu przeszło. Dlaczego? To właśnie tłumaczone jest we wspomnianym opowiadaniu, a także pierwszym rozdziale książki. Autor zdaje się łączyć historię alternatywną z typowo "męską" powieścią akcji, na dodatek wrzuca tu także elementy, które po lekkim zmrużeniu oczu okazują się być wręcz cyberpunkowe. Czyta się to doskonale, jednym tchem, tak długo, aż pierwszy rozdział się kończy. I potem niestety jest trochę gorzej, bowiem postaci stają się nieco sztuczne, gdyż papierowe, kolejne wydarzenia oferują za dużo akcji a za mało samej historii, na domiar złego do głosu dochodzi znane z żołnierskich opowieści patetyczne poczucie braterstwa, jedności i romantyzmu, które zawsze mnie odrzuca. Dobrze czytało się takie rzeczy w przygodowej, lekkiej "Chorągwi Michała Archanioła", myślałem jednak, że "Gambit..." będzie nieco poważniejszy. Owszem, poważniejszy bywa, jednak za rzadko; ciągła akcja i średnio znośne, przyjacielsko-męsko-rubaszno-patetyczne dialogi i czyny jednak psują odbiór całości, bowiem brzmią niepoważnie. Jak dla mnie, rzecz jasna. Komu innemu się może spodobać bardziej, bo to w sumie fajna historia i może trochę przesadzam, jednak ostatecznie mam wrażenie, że gdy autor wymyślił już postać “jokera”, to aż się prosi, by ten wątek wykorzystać o wiele bardziej, dokładniej, lepiej.

Gambit Wielopolskiego
Narodowe Centrum Kultury 2013

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl

wtorek, 19 lutego 2013

Mari Jungstedt - "We własnym gronie"

Trzecia część przygód komisarza Andersa Knutasa i jego kolegów policjantów jest niejako rozwinięciem części drugiej, “Niewypowiedzianego”. Autorka próbuje kontynuować historię w taki sposób, by spełnić wszystkie żelazne zasady dobrego kryminału z elementami thrillera: jest zbrodnia, jest śledztwo, a na to wszystko nałożone zostały typowe, ludzkie dramaty. Całość ma o wiele więcej sensu i wzbudza u czytelnika także większe zaangażowanie, niż tom pierwszy, na razie najsłabszy, zatytułowany “Niewidzialny”.

Zaczyna się wreszcie wyjaśniać sytuacja z bohaterami. Od części pierwszej jest policjant i dziennikarz, do tego dochodzi jeszcze owego dziennikarza romans. Już w tomie drugim zastanawiałem się z jakiego powodu wątek Johana i Emmy jest kontynuowany, ale dopiero teraz dostrzegłem, że raczej taki właśnie będzie schemat książek Mari Jungstedt. Dwie postaci sobie dość obojętne, ale także wzajemnie się nie zwalczające, toczą swoje odrębne śledztwa, czasem wymieniając się informacjami. Stąd też opis życia uczuciowego dziennikarza Johana Berga jest już naturalny, potrzebny, a chwilami dający odpoczynek od sprawy, bo nawet zabawny.

Sama sprawa jest bardzo klasyczna, bez większych fajerwerków fabularnych - co dla mnie jest zdecydowanie ogromnym atutem książki. Wszak nie każdy policjant w duecie z dziennikarzem koniecznie musi odkrywać spiski mające na celu przejęcie władzy nad światem czy udowadniać, że prezydent, premier czy inny król ma wiele zła na sumieniu. Nie, czasem dobrze jest poczytać o facecie, który zamiast stereotypowo samodzielnie stawiać czoła wyzwaniom woła kolegów z CBŚ do pomocy, współpracuje także z prasą, w celu nie budowania własnej renomy i kariery, a zwyczajnie złapania zwyrodnialca mordującego tak ludzi, jak zwierzęta.

Kolejnym plusem powieści jest jej długość (a nawet krótkość). Bez zbędnego pitu-pitu idziemy do przodu, oglądamy sprawę i ludzkie losy bez większego roztkliwiania się nad bohaterami. Co prawda autorka próbuje tu wcisnąć nieco problemów natury psychologicznej, jednak rozterki Knutasa mają się nijak do na przykład rozterek niejakiego Wallandera. Jest to zaledwie skromna próba wejścia w psychikę człowieka często obcującego ze śmiercią i zbrodnia, bez znanych z prozy Mankella wielkich analiz. Może na takowe przyjdzie czas w kolejnych tomach, zobaczymy, w każdym razie Mari Jungstedt jest na dobrej drodze.

Den inre kretsen
Bellona 2011

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

sobota, 16 lutego 2013

Elżbieta Cherezińska - "Korona śniegu i krwi"

Po kompletnym zauroczeniu, jakiego doznałem poznając tetralogię “Północna droga” (wciąż mam nadzieję, że jednak książek będzie więcej niż tylko cztery) przyjąłem, że powieści Elżbiety Cherezińskiej z gruntu muszą być świetne i będę nimi zachwycony tak samo, jak losami Sigrun, Halderd, Einara i ich potomstwa. Cóż, bolesna pomyłka.

Nie, żeby “Korona śniegu i krwi” była słabsza w znaczącym stopniu, albo oferowała inny poziom. Wręcz przeciwnie: poziom jest podobny, mamy mnóstwo bohaterów, którym trudno cokolwiek zarzucić, ciekawe czasy, pełne chaosu i skomplikowanych intryg politycznych, nie brakuje także pokazania ludzkich dramatów. Czego zatem zabrakło, dlaczego książka z pewnością nie ląduje na tej samej półce, co “Północna Droga”?

Na odpowiedź składają się trzy podstawowe przyczyny mojego niezadowolenia. Po pierwsze: łatwość przewidzenia kolejnych wydarzeń. Czytelnik nawet bez specjalnej znajomości historii rozbicia dzielnicowego oraz relacji rodzinnych między bohaterami i tak zaskakująco często widzi dokąd zmierza akcja, która w związku z tym nie oferuje zaskoczenia, a co za tym idzie staje się monotonna, czasem nawet nużąca. Dotyczy to także relacji między bohaterami już nie w sensie “historycznym”, ale i obyczajowym. Zwyczajnie wiadomo praktycznie od samego początku kto z kim i co będzie robił, a także dokąd takie czyny ich doprowadzą.

Drugi element, który psuł mi zabawę wiąże się z trzecim. A tym trzecim jest fantasy - kompletnie niepotrzebne, psujące całość w znacznym stopniu, dodane według mnie na siłę, w celu - bo ja wiem? - osiągnięcia efektu sagi w stylu Georga R. R. Martina? Błąd, wielki błąd, zauważalny także czasem w “Północnej Drodze”. Im bardziej bohaterowie oddalają się od realizmu, im więcej zdarzeń, które trudno wytłumaczyć racjonalnie, tym bardziej cierpi opowieść. Mogła być dobra powieść historyczna, a wyszło coś, co ma na celu raczej zdobyć rzesze czytelników wielbiących fantasy. Czepiam się, wiem, ale sorry - jestem dość rozczarowany. Fantasy samo w sobie nie jest złe, ale nie powinno się pchać tam, gdzie jest zbędne.

I wracając do trzeciego elementu - chwilami to całe fantasy zahacza o coś, co mogłoby w jakiś sposób uratować moje odczucia dotyczące lektury. To coś zwie się Starsza Krew i z początku zapowiada się nawet interesująco, jednak z czasem zanika zupełnie, pomysł pozostaje właściwie niewykorzystany.

I co ja biedny mam robić? Na siłę nie będę naciągał opinii, wszak wolno mi mieć inną niż większość. Może się nie znam, nie wiem, ale dopuszczam taką opcję ;-) W każdym razie książka wcale nie jest zła, jednak podczas lektury ani przez chwilę nie czułem tej radości, jaka towarzyszyła mi podczas czytania “Północnej Drogi”. Nic a nic. Zero. Co za pech.

Korona śniegu i krwi
Zysk i S-ka 2012

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl

sobota, 9 lutego 2013

Yrsa Sigurdardóttir - "Spójrz na mnie"

Gdy niedawno zachwycałem się książką “Pamiętam cię” Yrsy Sigurdardóttir nigdy nie przyszło by mi na myśl, że ktoś, kto potrafi napisać tak dobry horror jest jednocześnie w stanie zanudzić mnie prawie na śmierć. Grubo ponad tydzień walki z pozycją “Spójrz na mnie” było czasem strasznym - znajdywałem sobie milion innych zajęć, by tylko nie wracać do lektury. Kilka dni trwało takie zamieszanie, nim zrozumiałem, że chęć na czytanie wróci gdy tylko uporam się z Yrsą :-)

Bohaterka zdaje się mieć potencjał. Nie całkiem młoda już prawniczka, jej facet, potem dorastający syn spodziewający się dziecka, rodzice z problemami - to wszystko daje ogromne pole do popisu dla pokazania fajnych sytuacji z życia wziętych, które są niezbędnym fundamentem dla pokazania jakiejkolwiek dobrej historii - a przede wszystkim historii spod znaku kryminał. Jednakże autorce udaje się wszystko zniszczyć zupełnie zbytecznym gadulstwem, dzieleniem włosa na czworo i dziesiątkami opisów, które rekomenduję wszystkim mającym problemy ze zdrowym snem. Bezsenność po prostu nie ma szans.

Ponadto powieść ma jeszcze jeden spory problem: otóż autorkę ciągnie w stronę grozy, a udowodniła już powieścią “Pamiętam cię”, że potrafi grozą operować w sposób bliski doskonałości, po prostu ma do tego talent. I nie stroni od takich momentów w “Spójrz na mnie”, która to książka jest jednak “tylko” kryminałem. Te właśnie momenty początkowo są najlepszym elementem powieści, jednak z czasem zaczynają przeszkadzać. Jakby autorka nie potrafiła się zdecydować o czym chce pisać oraz jak pragnie pisać.

Pod koniec książki byłem rozczarowany i historią, i bohaterami i owym wplataniem grozy tam, gdzie nie jest jej miejsce. Jakby tego było mało sama końcówka powieści dobiła mnie już całkowicie, odłożyłem czytnik bardzo niezadowolony, bowiem przez te parę dni walki z lekturą mogłem robić coś ciekawszego, jeśli nawet nie przeczytać dwie lub trzy bardziej wartościowe książki, to chociażby gapić się w sufit - i tak bym się lepiej bawił niż przy “Spójrz na mnie”.

Horfðu á mig
MUZA 2011

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

sobota, 26 stycznia 2013

Mira Grant - "Przegląd Końca Świata: Feed"

Wychwalany przez ogromną większość czytelników "Przegląd Końca Świata: Feed" mnie niestety nie zachwycił. Przez cały czas trwania lektury czekałem na "to coś", co tak wielu się spodobało, ale bezskutecznie. Książka zdaje mi się kolejnym tworem próbującym pokazać post-apokalipsę dla młodzieży, po pozycjach takich jak "Przejście" Justina Cronina czy "Igrzyska śmierci" Suzanne Collins. Temat zombie to temat bardzo wdzięczny, fanom nigdy się nie nudzący, a mimo to Mirze Grant nie udało się przyciągnąć mojej uwagi na tyle, by się w powieść zaangażować.

Jak dla mnie zbyt wiele tu pomieszania z poplątaniem. Momentami, choć bardzo rzadko fabuła nieco zbliża się do tematyki znanej z komiksu "Żywe trupy", jednocześnie w innych fragmentach mocno czerpie z komedii "Zombieland". Osobno obie pozycje są niezrównane, ale połączenie ich razem kompletnie mi się nie podoba. 

Pokazanie blogerów to pomysł udany, pojawia się jednak pytanie: czy naprawdę trudno jest wymyślić, stworzyć inną fabułę niż wieczne spiski, teorie konspiracyjne i - obowiązkowo - stawiać młodych idealistów na przeciw starej gwardii polityków-wyjadaczy? Nuda, nuda, nuda.

Szkoda, bo ogólny klimat świata przedstawionego nie jest najgorszy. W miarę ciekawie i logicznie pokazana jest codzienność bez dostępu do czerwonego mięsa (infekcja), problemy natury społecznej (czy wolno hodować zwierzęta wiedząc, że też mogą zaatakować, gdy zainfekowane) czy zmieniony system wartości i wzorów do naśladowania, w którym George Romero jest narodowym bohaterem. Szkoda tylko, że zabrakło dobrych, ciekawych bohaterów, bo ci, których tu znajdziemy to prosto, na szybko niemalże sklecone zlepki klasycznych dla hollywoodzkiego kina postaw, pozbawionych osobowości. Szczerze, "Igrzyska śmierci" były lepsze, choć bez zombie.

Feed
Sine Qua Non 2012

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl

niedziela, 20 stycznia 2013

Yrsa Sigurdardóttir - "Pamiętam cię"

Odczuwam niemalże fizyczny ból na myśl o tym, jak niewiele brakowało tej książce do absolutnej doskonałości. Słowo daję, “Pamiętam cię” autorki, którą poznałem tylko dzięki szczęściu (promocja na ebooka), to kawałek świetnie napisanej literatury z gatunku horror. Czytając kolejne rozdziały późnym wieczorem, w absolutnej ciszy, odczuwałem realny strach, niepokój, wyobraźnia zaczęła płatać figle - słowem: było tak, jak przy literaturze grozy być powinno.

Rzecz dzieje się na Islandii, a książka prezentuje dwa wątki. Pierwszy mówi o małżeństwie, które w wyniku kryzysu szuka nowego sposobu zarabiania - zamierzają otworzyć coś w stylu pensjonatu na odciętym od świata kawałku kraju, gdzie niegdyś znajdowała się wioska, teraz opuszczona. Bez prądu, bez zasięgu w telefonie komórkowym zostają sami wśród domów, a remont zamienia się w koszmar. Drugim wątkiem jest historia lekarza psychologa, który próbuje sobie ułożyć życie po tragicznym wydarzeniu - trzy lata temu zaginął jego sześcioletni synek, z żoną wziął rozwód, teraz trzeba jakoś trwać. Obie opowieści poznajemy na przemian, a autorka praktycznie każdy rozdział kończy swego rodzaju cliffhangerem, trudno jest przestać czytać, nawet mimo strachu :)

Historia w pewnym momencie zaczyna układać się w jedną całość, która nie tylko przeraża zarówno dramatem, jak i grozą, ale także poraża doskonałością w budowaniu klimatu, trzymaniu przez autorkę napięcia i stopniowym układaniem jej w logiczną jedność. Oczywiście zarówno bohaterów, jak i pobocznych wątków jest coraz więcej, a gdy wreszcie się coś wyłania, coś robi się coraz bardziej jasne... no i tu właśnie napotkałem problem. Przez chwilę miałem wrażenie, że autorka mając do dyspozycji stworzone przez siebie narzędzia: wydarzenia i postaci, pójdzie nieco inną drogą, tworząc thriller doskonały. Jednakże pani Yrsa zdecydowała konsekwentnie trwać w ramach gatunku zwanego horrorem, co w pełni rozumiem, doceniam.... ale jednak trochę mnie boli świadomość, jak niewiele brakowało do osiągnięcia pełnej doskonałości, w stu procentach zgodnej z moim gustem. Nie mogę wyrażać się jaśniej, sorry, nie chcę zepsuć zabawy. Książkę oczywiście gorąco polecam - tak czy siak jest świetna, jak ktoś lubi się wystraszyć poczuje się bardzo usatysfakcjonowanym.

Ég man þig
MUZA 2012

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

sobota, 19 stycznia 2013

Dan Simmons - "Hyperion"

Do Dana Simmonsa podchodziłem dwa razy. Za pierwszym do książek “Ilion” i “Olimp”, za drugim do słynnego “Hyperiona”. Niestety oba podejścia okazały się klęską, następnych raczej nie będzie. Jest to bowiem pisarz, który w takim samym stopniu jest mnie w stanie zaciekawić, jak znudzić, i którego sposób pisania brzmi mi tak samo pięknie, jak monotonnie.

Pomysł jest fajny - mamy stan zagrożenia, pewną fabułę, której nie sposób odmówić uroku. Jest ciekawe miejsce do zwiedzenia, jest także tajemnica, nie brakuje różnorodnych postaci. A dalej jest jeszcze lepiej, bowiem ogromna większość akcji nie odnosi się do teraźniejszości, a do czasów przeszłych, nieraz naprawdę dawnych. Istotą książki są bowiem opowieści, jakie snują bohaterowie. Jest ich sześć, a każda pokazuje inną stronę planety Hyperion i w inny sposób opisuje jej odmienność, badając tajemnice.

Dan Simmons zarówno w cyklu inspirowanym wojną trojańską, jak i w “Hyperionie” posługuje się językiem który nie tylko sam mocno zahacza o szeroko rozumianą poezję, co jeszcze do niej nawiązuje. To się może podobać, więc o tym wspominam z myślą o fanach wszelkich poematów. Niestety ja od poezji trzymam się z daleka, trudno mnie zadowolić w kwestii szeroko rozumianych wierszy, prosty ze mnie człowiek. Stąd też z zawartych tu historii doceniłem zaledwie dwie: o Żydzie i smutnym przypadku jego córki oraz o tajemniczym plemieniu liczącym zawsze siedemdziesięciu członków. Pierwsza po prostu chwyta za serce, z kolei druga być może pokazuje jak autor próbuje odpowiedzieć na pytanie: dlaczego tak wielu ludzi potrzebuje wiary. To bywało ciekawe. Reszta mnie zwyczajnie nie zainteresowała i po prostu nudziła, powiem z pewnym wstydem, za to szczerze.

Rzeczywiście, książka jest czymś odmiennym, odstającym od wielu innych obsypanych nagrodami. A porównywanie jej z “Diuną” uważam za udane, bo “Hyperion” tak samo, jak opowieść o Muad’Dibie jest bardzo konsekwentny w przekazaniu nie tego, co chcą czytelnicy, ale tego, co chce autor powieści. A Simmons zdaje się wiedzieć, czego chce. Tak wiele pozytywnych opinii nie wzięło się przecież znikąd.

Hyperion
Amber 1994, wydanie dwutomowe

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl

piątek, 18 stycznia 2013

Ken Follett - "Upadek gigantów"

Tom pierwszy trylogii opowiadającej o potwornym wieku XX rozpoczyna się wraz z początkiem stulecia, kończy zaś w połowie lat dwudziestych. Ken Follett na przykładzie kilku postaci prezentuje czytelnikom totalne zmiany; jak w ciągu kilku zaledwie lat dotychczasowy, znany od dawna porządek został totalnie zniszczony.

“Upadek gigantów” skupia się tak naprawdę na jednej, za to zasadniczej kwestii: losu robotników. Autor świetnie pokazuje czym jest kapitalizm i z jakiego powodu tak popularnym stał się ruch socjalistyczny, a później komunistyczny. Jednak Follett nie jest radykałem, nie ma także na oczach klapek - pisząc doskonale sobie zdaje sprawę, że nie ma idealnego porządku, najprawdopodobniej nigdy nie będzie, a każda władza narażona jest na takie same pokusy. Co więcej jest w stanie zaskoczyć czytelników refleksją, jak dzisiejszy świat niewiele różni się od tego sprzed dokładnie stu lat, i to jest przerażające.

Drugim elementem historii tu pokazanej jest oczywiście pierwsza wojna światowa. Follett wspaniale opisuje jej genezę i tłumaczy klarownie wszystkie powody, przez które do takiej potworności doszło. Polityka jest przedstawiona w tak jasny sposób, a jednocześnie tak bardzo wciągający, że chwilami można zapomnieć o bohaterach biorących w tym wszystkim udział - pełnoprawna powieść historyczna zmienia się w ideał podręcznika do historii.

Sami bohaterowie pochodzą z najważniejszych dla epoki krajów: Wielkiej Brytanii, Niemiec, Rosji i Stanów Zjednoczonych. Mamy tu przekrój klas, zatem poznamy nie tylko los proletariatu, ale i sposób myślenia arystokracji, zarówno brytyjskiej, jak i niemieckiej, a także politykę izolacji wyznawaną przez amerykanów. Niestety z pewnym rozczarowaniem muszę zauważyć, że postaci nie są wybitnie przygotowane, raczej zręcznie dopasowane do historii, niż starannie skrojone. Ken Follett w “Upadku gigantów” prezentuje jakby pewien dystans do wykreowanych przez siebie bohaterów, brakuje tu większych emocji.

Książka to kawałek bardzo dobrej lektury, jednak nie nazwałbym jej dziełem monumentalnym, jak często się ją określa. No, chyba że chodzi o ilość stron - tysiąc to ładna liczba. Jednak ów tysiąc nie przekłada się na jakość. Pewne fragmenty są zbyt mocno rozbudowane, z kolei inne w widoczny sposób skrócone, między innymi koniec, który zdecydowanie mógłby być inaczej przemyślany, bardziej zachęcający do sięgnięcia po kolejną część. Ostatecznie efekt jest podobny do tego, jaki widziałem w słynnych “Filarach ziemi” - czytało się lekko i przyjemnie, ale tak gruba pozycja zwyczajnie obiecywała coś więcej, niż po prostu bardzo dobrą powieść. Mimo ogólnego zadowolenia coś mi tu jednak nie pasuje, czegoś brakuje, nieco więcej polotu może, zaangażowania, uczucia? Coś tędy w każdym razie.

Fall of Giants
Albatros 2010

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

piątek, 11 stycznia 2013

Marcin Wolski - "Mocarstwo"

W “Wallenrodzie” Marcin Wolski opowiedział świetną historię, jak to Polska nie tylko wyszła obronną ręką z zagrożenia ze strony faszyzmu i komunizmu, ale jeszcze na dodatek uzyskała status pierwszej siły Europy. Nic dziwnego, że Autor zechciał do wykreowanego przez siebie świata powrócić, by pokazać nam teraz co działo się w Rzeczypospolitej po latach czterdziestych i wydarzeniach, które kończyły “Wallenroda”.

Bohaterem jest Marek Kopiński, który żyje w “naszej” wersji historii. Nie dość, że właśnie rozstał się z małżonką, to jeszcze ma kłopoty z pracą - trwa bowiem stan wojenny. Pewnego dnia w tymże PRL-u wkracza w przedziwną mgłę... i wychodzi z niej w Rzeczypospolitej Polsce, europejskim mocarstwie.

I bez zbędnych słów wracamy do wypełnionej akcją historii, gdzie nie ma ani chwili na złapanie oddechu. Dzieje się dużo, dzieje się szybko, spotkamy bohaterów znanych z “Wallenroda”, poznamy dalszy ciąg tej absolutnie niewiarygodnej, kompletnie nierealnej, ale strasznie sympatycznej opowieści i pooglądamy zmagania o zachowanie statusu mocarstwa - przyszedł bowiem kryzys.

“Mocarstwo” często bawi tak, jak bawił poprzednik, jednak prawem kontynuacji specjalnie czytelnika nie zaskakuje. Autorowi udało się wrzucić tu sporo informacji o różnych znanych nam postaciach, pokazując czym się zajmują w alternatywnym świecie. Czasem są to zagrania pomysłowe, czasem dowcipne, czasem żenujące, podobnie kolejne wydarzenia, z jakich zbudowana została fabuła. Czyta się “Mocarstwo” jednak całkiem znośnie, i warto książkę polecić, jednak tylko po uprzedniej lekturze mimo wszystko lepszego “Wallenroda”.

Mocarstwo
Zysk i S-ka 2012

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl

środa, 9 stycznia 2013

Marcin Wolski - "Wallenrod"

Z serii “Zwrotnice czasu” kupiłem najpierw “Wieczny Grunwald” Szczepana Twardocha, bo to Szczepan Twardoch, kupić mus. Minął dłuższy czas i zachciało mi się posiąść więcej tak ładnie wydanych książek, nie samymi ebookami człowiek żyje...

Wybór następnej książki z serii wydawanej przez Narodowe Centrum Kultury był prosty - “Wallenrod” Marcina Wolskiego, bowiem o Autorze tyle się mówi tu i ówdzie, tyle o Nim legend, że już nie wiadomo kogo słuchać. No to najlepiej samego Autora, oczywiście.

“Wallenrod” okazał się być powieścią ze wszech miar rozrywkową, w której naprawdę nie sposób odnaleźć ani nachalnie przemycanych poglądów politycznych, ani przeróżnych teorii spiskowych. Nie, wręcz przeciwnie: jest to książka wypełniona akcją, napisana przy pomocy świetnej, wciągającej narracji i opowiadająca historię kompletnie niewiarygodną, ale za to tak barwną i sympatyczną, że bardzo trudno jest się od lektury oderwać. Jeszcze przed osiągnięciem połowy książki zakupiłem tom kolejny, “Mocarstwo” (tym razem już w ebooku, bez szaleństw:).

Bohaterką jest Halina Silberstein, która staje się tytułowym Wallenrodem. Wkracza do nazistowskich Niemiec jako Niemka i osiągając dzięki swoim wybitnym umiejętnościom coraz wyższą pozycję przekazuje skrzętnie zbierane i analizowane informacje polskiemu wywiadowi. Punktem wyjścia całej historii jest nieco dłuższy żywot Marszałka Piłsudskiego i jego sojusz, jaki zawarł z Adolfem Hitlerem i Trzecią Rzeszą. Marcin Wolski przedstawia opowieść, jak to Polska dzięki odpowiednim zagraniom i odważnym decyzjom nie tylko oparła się faszystom, ale stała się drugą siłą w Europie, aż w końcu... będzie się działo :)

Odradzam lekturę miłośnikom wnikania w szczegóły historyczne - alternatywna historia nie ma obowiązku trzymania się ściśle faktów i popularnych, czy też najbardziej oczywistych teorii. Alternatywna historia może być także zwyczajną opowieścią w stylu “co by było, gdyby...”, a wyobraźnia Autora wcale nie musi być, wręcz nie powinna być ograniczana. Jak ktoś pragnie dokładności i rozmachu, że tak powiem, “historycznego”, temu polecam “Asymetrię” Piotra Gibowskiego. Fanom czystej rozrywki jednak polecam “Wallenroda”, gdzie jest sporo przegięć (głupawy Hitler, kompletnie tępy Stalin, Piłsudski z kolei jako mędrzec nad mędrcami), ale pokazana tu bohaterka, jej losy oraz całokształt tego, co przygotował Marcin Wolski zdecydowanie ma ręce i nogi, może się podobać, a przede wszystkim jest bardzo fajnie, konkretnie i z polotem napisane.

Polecam książkę w tej właśnie, wydanej przez Narodowe Centrum Kultury wersji, bowiem jest wypełniona dodatkowymi smaczkami. Pośród tekstu znajdziemy sporo plakatów z lat dwudziestych i trzydziestych, są reklamy, okładki gazet, także znaczki pocztowe - świetny klimat. Zresztą czasem trzeba dać czytnikowi odpocząć, a tak wydawane książki to po prostu sama przyjemność. Jeszcze raz polecam i wracam do lektury “Mocarstwa”.

Wallenrod
Narodowe Centrum Kultury 2010

Strona książki na portalu Fantasta.pl
Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

niedziela, 6 stycznia 2013

Szczepan Twardoch - "Morfina"

Istnieje tak wielka przepaść w emocjach i wrażeniach, jakich doznać można przy lekturze “Morfiny”, a dziesiątkami książek, które przeczytałem poprzednio, że chwilami miałem odczucie, jakby Szczepan Twardoch w swojej pozycji Pisarza swoich konkurentów zostawił na pozycji zaledwie “opowiadaczy”. Takich, którzy mają bohatera, fabułę, cel - i się ich trzymają. Podczas gdy pisarstwo bardzo rzadko, ale jednak czasem potrafi stać się czymś znacznie więcej, niż poprawnie sformułowanymi akapitami pokazującymi pomysł na zapełnienie kilkuset stron tekstem. Trochę brutalnie powiedziane, wiem, ale trudno inaczej oddać to uczucie, jakie pojawia się bardzo szybko po rozpoczęciu lektury “Morfiny”, trwa do samego jej końca, a po odłożeniu książki na stół się jeszcze potęguje, zmuszając do zastanowienia się, zabraniając sięgnięcia, ot tak, po prostu, po kolejną pozycję na liście książek do przeczytania. Zwyczajnie się nie da, trzeba odsapnąć, w radości z doznań, jakie książka przyniosła i smutku, że już się skończyła. Choć i tak była długa, jak na poprzednie powieści Pisarza.

Wymienianie o czym “Morfina” jest, kto jest bohaterem i jak mniej więcej przebiega fabuła to idiotyzm podobny do powiedzenia o “Ojcu chrzestnym” że jest powieścią o mafii, albo o “Dallas ‘63” że jest książką o podróżach w czasie. Pewnie, w pewnym stopniu są. Ale przecież obejmują o wiele, wiele więcej tematów.

Szczepan Twardoch pisze o kompletnie wszystkim, co w danej chwili chce napisać, pisząc po prostu, nie opowiadając, przekazując to, co w danej chwili chce przekazać. Bo Pisarz potrafi każdy temat wrzucić do swojej książki tak, by się o nim czytało. Bez znaczenia dla pomysłu, bohatera i fabuły. A jednocześnie zupełnie odwrotnie: z ogromnym znaczeniem dla fabuły, bohatera i pomysłu. Pisze pięknie, jak zwykle, a nawet lepiej, niż zwykle, bo “Morfina” oddziałuje tak samo mocno, jak “Wieczny Grunwald”, będąc jednak od “Grunwaldu” książką prostszą w odbiorze, zatem dostępną znacznie szerszemu gronu czytelników, także tym nieco mniej wytrwałym, czy dopiero poznającym możliwości Pisarzy. Przy lekturze “Morfiny” będzie można cynicznie się śmiać, i rzewnie płakać, obgryzać paznokcie ze zdenerwowania, kląć na czym świat stoi, poznać ból złamanego serca i niespełnionych marzeń, doznać zdrady od najbliższych, samemu ich zdradzić... A przy tym bawić się świetnie i dać się oszołomić urodą języka polskiego.

Morfina
Wydawnictwo Literackie 2012

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

środa, 2 stycznia 2013

Daniel H. Wilson - "Robokalipsa"

Troszkę się obawiałem tej książki, a to ze względu na wybite na okładce słowa Stephena Kinga, obiecujące że “Robokalipsa” jest świetnym tytułem. Ostatnio jak dałem się Mistrzowi nabrać sięgnąłem po “Przejście” Justina Cronina, i była to lektura zdecydowanie słaba. Na szczęście tym razem King wiedział, co mówi.

“Robokalipsa” podejmuje stary jak świat temat buntu maszyn. I co najdziwniejsze wcale nie próbuje być nowatorska, nie oferuje spojrzenia na całość innego, niż to, które fani szeroko rozumianej fantastyki już znają. A mimo to Danielowi H. Wilsonowi udało się napisać powieść i tak bardzo dobrą.

Główną jej zaletą jest sposób prezentowania historii. Otóż brakuje tu klasycznej fabuły, z narratorem i kolejnymi rozdziałami opowiadającymi o walce. Nie, już na wstępie dowiadujemy się, że ludzie rzecz jasna zwyciężyli. A teraz, po zagładzie, ze znacznie uszczuplonymi zasobami ludzkimi i sporą nieufnością kierowaną w stronę technologii trzeba się pozbierać. Najlepiej zacząć od opisu jak to było.

Szybko okazuje się, że kolejne rozdziały książki to nic innego jak coś w stylu krótkich opowiadań, pokazujących sceny sprzed wybuchu wojny, z godziny zero, z samego konfliktu i z ostatecznego rozwiązania problemu. Często zmieniają się narratorzy, przy czym jednak nie każdy tekst jest o kimś innym. Właśnie doskonałym zabiegiem jest przypominanie postaci podczas kolejnych etapów konfliktu. Także sposób narracji często się zmienia, bowiem kolejni narratorzy znacznie się od siebie różnią, co buduje bardzo przyjemny klimat.

Sami bohaterowie także mogą się podobać. Znajdziemy tu zarówno bardzo klasycznych, takich jak żołnierze czy haker, ale nie brakuje i tych najciekawszych, wyjątkowych. Takich jak córka pani senator walczącej od lat o większą kontrolę nad urządzeniami automatycznymi, czy japoński wielbiciel maszyn, robotów, który zamiast je eliminować przeciąga na stronę ludzi dzięki modyfikacjom oprogramowania.

Największą wadą powieści według mnie jest praktycznie brak ukazania typowej, strachliwej strony ludzkiej natury. Owszem, część ludzi idzie przed siebie na rzeź zupełnie bez zastanowienia, niektórzy jednak próbują walczyć. Brakuje pokazania trzeciej strony, która zawsze w obliczu takiego chaosu musi się pojawić: ludzi, którzy z własnej woli służą maszynom, lub którzy zwyczajnie wykorzystują prawo silniejszego do gnębienia słabszych. Ale książka nie jest tylko o ludziach, zatem można na ten brak przymknąć oko. Książka jest przecież także o robotach i oferuje ciekawe, choć według mnie stanowczo zbyt idealistyczne podejście, pokazując nam różnicę między człowiekiem, robotem i androidem.

Trudno by było nazwać “Robokalipsę” tytułem zwalającym z nóg, ale z pewnością jest świetną pozycją rozrywkową, z pomysłowo przeprowadzoną fabułą, pełnymi dynamiki opisami i ciekawie pokazanymi bohaterami. Rzecz nadaje się w sam raz na miłe spędzenie paru godzin i rzeczywiście, aż się prosi o sfilmowanie.

Robopocalypse
ZNAK 2011

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl