Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert J. Sawyer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert J. Sawyer. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 marca 2019

Czy to jeszcze radosny idealizm, czy już okropna naiwność? Czyli o zakończeniu trylogii WWW (Robert J. Sawyer)

Robert J. Sawyer to jeden z moich ulubionych pisarzy SF. Jednak nie potrafię udawać ślepoty, i doskonale zdaję sobie sprawę, że końcówki jego książek (lub całych serii) bywają… specyficznie radosne, pełne nadziei, a w zasadzie to po prostu nierealne. Nie inaczej jest w przypadku długo wyczekiwanego zakończenia trylogii WWW, które ostatecznie zdecydowałem się kupić także w naszym ojczystym języku, mimo pewnych kontrowersji towarzyszących wydaniu tej powieści (ograniczona ilość, cena).

Istota nazywająca siebie Webmindem, czyli powstała w światowej sieci prawdziwa Sztuczna Inteligencja nie dała się pokonać i trwa. Aby uzmysłowić ludziom, że nie stanowi zagrożenia przygotowuje szereg zadziwiających projektów, które mnie osobiście wydawały się jednak zbyt przesadzone. Oto pojawia się twór, który mając do dyspozycji dane stworzone przez ludzi potrafi je zanalizować lepiej, i ot tak, po prostu, oferuje rozwiązania graniczące z cudem? Ale to tylko mój pierwszy problem z fabułą, drugim bowiem jest traktowanie przez autora ludzi jako istot z gruntu dobrych i rozsądnych. O ile można się zgodzić z takim postawieniem sprawy w przypadku tak zwanych „zwykłych ludzi”, ukazanie światowych agencji bezpieczeństwa jako skłonnych do kompromisu, rozważnych, trzeźwo myślących ludzi o analitycznych umysłach to absolutna przesada. W całym cyklu jest tylko jedna osoba aktywnie próbująca zwalczyć SI, i to razi, tak nie funkcjonuje świat. Sawyer chce pokazać nam dobro w nas samych, ale mógł się bardziej postarać, bo to, co prezentuje jest co najmniej naiwne, a momentami wręcz infantylne. Facet wydaje się być bezkrytyczny. Rozumiem powód, jasne, ale literatura oprócz ogromnej dawki idealizmu i nadziei powinna oferować też dobrą akcję, a „Wolność” momentami wygląda tak, jakby Arnold pod postacią T-800, ze strzelbą wymierzoną w moją czaszkę powiedział: „nie stanowię żadnego zagrożenia”, a ja odpowiadam z uśmiechem: „no przecież, trzymasz w ręce parasol”.

Na całe szczęście pod historią o przetrwaniu Webmindu zostało poruszonych nieco istotnych tematów, w tym ten o przemocy w sieci. Autor pozwolił sobie zanalizować potrzebę anonimowości w sieci nie atakując jej, i utrzymując, że w pewnych momentach jest niezbędna, że bez anonimowości sieć nie będzie już tym, za co ją kochamy. Zaprezentował jednak także mocne argumenty dla rezygnacji z „bezimienności” na rzecz podpisywania się pełnym imieniem i nazwiskiem, a nawet próbuje czarować pomysłem na weryfikację tożsamości, a wszystko w celu słusznym. Chyba warto sobie ten temat przemyśleć, bowiem pokolenie ludzi oglądających narodziny internetu jest dość odporne, ale ludzie młodzi, z internetem dorastający, reagują zupełnie inaczej, i potrzebuje czegoś, co ich obroni przed całym złem, jakie można tu spotkać.

To druga, po „Mindscan” książka Roberta J. Sawyera, do której mam tyle zarzutów. Co nie zmienia faktu, że obiektywnie jest bardzo dobra i szczerze całą trylogię polecam. Nie da się ukryć, że oferuje zupełnie inne przedstawienie Sztucznej Inteligencji niż to dotychczas znane z popkultury. I może warto takie podejście poznać, i samemu przemyśleć, bo czas powstania SI jest coraz bliższy.

www.wonder
Wydawnictwo Solaris 2015

piątek, 22 lutego 2019

Robert J. Sawyer – „Calculating God”

Robert J. Sawyer we wszystkich książkach, które czytałem, zadawał pytania dotyczące tego, co jest niepojęte dla naszego rozumu. Zawsze zdawał się być tym, który stoi twardo na ziemi, ale w żadnym wypadku nie jest zamknięty na mistycyzm. Często to zjawisko krytykuje, owszem, ale ludzka działalność tłumaczona mistycyzmem wszelkiego rodzaju w większości wypadków na krytykę zasługuje, stąd także i w „Calculating God” znajdziemy maniaków, którzy głęboko wierzą w to, że świat powstał sześć tysięcy lat temu, jego kreacja trwała 6 dni, wszelkiego rodzaju skamieniałości to bujda środowisk naukowych, a klinika aborcyjna najlepiej wygląda jako lej po bombie.

Razem z autorem badaliśmy kwestię istnienia duszy („Eksperyment terminalny”), zajmowaliśmy się także dywagacjami na temat: po co człowiekowi w ogóle religia, skąd ta potrzeba („Neandertalska paralaksa” m.in.). Przyszedł jednak czas na dużo bardziej dosłowne podejście do tematu Boga – kim, lub też czym on (ona, ono) w ogóle jest? Sawyerowi nie brakuje wyobraźni do tworzenia zadziwiających hipotez, a sama opowieść zaczyna się jak u Hitchcocka, od prawie że trzęsienia ziemi…

Do paleontologa pracującego w Royal Ontario Museum w Toronto przychodzi… Obcy. Także paleontolog, którego nic nie interesuje tak bardzo, jak skamieliny wszelkiego rodzaju. Sawyer z typową dla siebie swobodą człowieka pozbawionego kompleksów tworzy wizję Kontaktu, zupełnie oddzielając ją od tego, co znamy z literatury SF. Tu Kontakt nie jest spowodowany chęcią poznania innych inteligentnych form życia – tu ma o wiele bardziej istotny cel – wymianę informacji. Obcy, przedstawiający się jako Hollus, opowiada bohaterowi o Masowych Wymieraniach. Okazuje się, że nie tylko na Ziemi mieliśmy do czynienia z takim zjawiskiem już pięć razy, ale na każdej planecie, na której istnieje życie. A to nie wszystko – każdy z tych procesów rozgrywał się dokładnie w tym samym czasie na wszystkich planetach!

Obcy nie mają wątpliwości – wszystko jest dziełem siły wyższej, którą dla wygody nazywają Bogiem. Jednak Obcy, w widoczny sposób mądrzejsi od ludzi, nie dodali całej zbędnej otoczki religijnej, gdzie mamy milion wzajemnie wykluczających się zasad, budzących wyraz politowania na twarzach każdego, kto ma choć odrobinę otwarty umysł. O tym jak Bóg wygląda według innych ras, o tym, jak wyglądają i funkcjonują same owe rasy, o genetyce, o prawdopodobieństwie, o przypadku, o kreacji oraz – przede wszystkim – o konieczności pogodzenia się z własną śmiertelnością – o tych kwestiach opowiada „Calculating God”. Jest tu tak dużo fizyki, ale przedstawionej tak doskonale, tak łatwo, banalnie wręcz, że chyba nie znajdzie się czytelnik, który po lekturze w znaczący sposób nie zwiększy zasobu swojej wiedzy. A przy tym, jak zwykle u Sawyera, będzie bawił się świetnie.

Jasne, że końcówka książki jest także bardzo typowa dla autora. Znowu mamy coś na kształt wielkiego pokazu sztucznych ogni, wielkiego WOW, ale – znowu jak zwykle – nic a nic to nie przeszkadza w odbiorze całości. Książka jest bardzo inspirująca, zmusza do myślenia, i robi to z wdziękiem. Nie zliczę ile razy zamykałem czytnik i rozmawiałem sam ze sobą, kompletnie nieświadomy otoczenia, całkowicie pochłonięty wizją i pomysłami pisarza. Kurczę, chyba nawet światopogląd mi się po „Calculating God” nieco zmienił. A to dopiero jest wartość :)

Calculating God
Tor Books 2009

piątek, 15 lutego 2019

Robert J. Sawyer – „Mindscan”

Ten moment musiał kiedyś nadejść: oto trafiłem na powieść jednego z moich ulubionych pisarzy, która w ogóle do mnie nie trafiła, co do której mam ogromne wątpliwości, która wydaje mi się zbyt prosta, naiwna i w ogóle obejmująca temat z zupełnie nie tej strony, co trzeba. Punktem wyjścia w „Mindscan” jest praktycznie ten sam motyw, co w genialnym „Eksperymencie terminalnym”: wydobycie ze słabego ludzkiego ciała świadomości oraz przeniesienie jej do „ciała zastępczego”, które nie będzie tak wątłe, tak łatwo poddające się chorobom, które będzie po prostu o wiele trudniejsze do zniszczenia. Co więcej: owa przeniesiona świadomość będzie mogła być przenoszona dalej, i wraz z rozwojem technologii kolejne ciała będą coraz trwalsze, a zarazem oferować będą coraz bardziej przypominającą prawdziwe życie egzystencję.

Bohaterem jest Jacob Sullivan, dobrze sytuowany mężczyzna cierpiący na rzadką chorobę. Całe swoje życie wie, że nie ma co liczyć na żywot dłuższy niż czterdzieści parę lat. Dlatego podejmuje decyzję o zaangażowaniu się w program Mindscan. Jego świadomość zostaje skopiowana i powstaje coś na kształt „drugiego” Jacoba Sullivana. Bohater resztę swoich dni ma spędzić na Księżycu, w specjalnym ośrodku, nie podlegającemu jurysdykcji żadnego z państw na Ziemi, a jego Mindscan zajmuje miejsce Jacoba na Ziemi, z zamiarem lepszego, pełniejszego wykorzystania danych mu lat.

No i zaczynają się problemy. Bardzo typowe i w sumie nietrudne do przewidzenia, a sama powieść nagle skręca w zupełnie innym, niż bym się spodziewał kierunku, w dodatku mało apetycznym. Robert J. Sawyer w pewnej chwili zamienia się w Johna Grishama i całą treść książki zaczyna wypełniać opisem procesu, jaki został wytoczony jednemu z Mindskanów przez członka rodziny po śmierci „prawdziwej” postaci. A nasz bohater stoi z boku i się wszystkiemu przygląda, tymczasem czytelnik zaczyna rozmyślać o wszystkim, tylko nie o treści, potem ziewać, a końcu budzi się z czytnikiem leżącym na podłodze obok łóżka.

Problem z książką jest podstawowy: od samego początku nie potrafiłem wziąć na klatę rozwiązania, które jest punktem wyjścia. Jak zatem miałem się zaangażować? Ten motyw był już przerabiany w literaturze SF wielokrotnie, kopiowanie świadomości. Jednakże to nie jest dosłowne przedłużanie życia, ale swego rodzaju kreacja innego. Przecież człowiek, który zrobi swoją kopię sam pozostaje na takim samym poziomie, etapie, jak przed kopiowaniem. Wciąż będzie chory, wciąż będzie narażony na wypadki, dalej będzie istotą śmiertelną. Jest dla mnie oczywistym, że widok swojej własnej kopii, lub nawet zwykła świadomość, że kopia powstała, że istnieje i nie jest ograniczona tak bardzo, jest czymś na kształt „człowieka 2.0” będzie dla „oryginału” irytujący. Świadomość, że ktoś inny zajmie nasze miejsce? Bo choć ta postać jest w pewnym stopniu mną, to jednak od momentu „narodzin” jest już kompletną całością, której życie kształtować będą wydarzenia, na jakie trafi i ludzie, z którymi będzie przebywać.

Dlatego wszystkie problemy, jakie szybko pojawiają się zarówno w życiu Mindskanów, jak i oryginałów pozostałych w bazie na Księżycu były tylko potwierdzeniem moich obaw. Niestety ich rozwiązanie, tak typowe dla Roberta J. Sawyera, pełne wiary w ludzkość, która jest często niczym innym, jak naiwnością, tym razem do mnie zupełnie nie trafiło. Odniosłem wrażenie, że autor sam nie wiedział co zrobić, dlatego zdecydował się na najgorsze z możliwych rozwiązań, które kompletnie dobiły tę i tak już bardzo słabą powieść.

Także jeśli czytelnik pragnie poczytać o kreacji świadomości – temacie często poruszanym przez autora, i często z ogromnym wdziękiem – niech sięgnie po „Eksperyment terminalny”. Ta książka bowiem autentycznie zwala z nóg, oferując nie tylko genialne rozważania naukowe, ale także wspaniałą akcję i bardzo interesujących bohaterów. „Mindscan” tymczasem jest kompletnym przeciwieństwem „Eksperymentu…” – temat niby ten sam, ale wdzięku brak, kurde, chwilami brak nawet logiki.

Mindscan
Tor Books 2005

Robert J. Sawyer – „Rollback”

Jak już czasem wspominałem przy okazji wyrażania opinii na temat powieści Roberta J. Sawyera – uwielbiam tego gościa. Od lat nie trafiłem na autora, który miałby chociaż cień szansy na zajęcie miejsca tego wesołego Kanadyjczyka na mojej top liście. Powód uwielbienia jest prosty: Robert J. Sawyer to człowiek, który jest urodzonym nauczycielem, facet przekazując wiedzę czuje się jak ryba w wodzie, a przy tym jest także bardzo dokładnym, pedantycznym wręcz twórcą literatury. W jego książkach wszystko jest zawsze przemyślane do ostatniej kropki, każda postać, każdy profil psychologiczny, każde wydarzenie oraz powiązanie tych elementów z nauką. Talent do nauczania i pieczołowitość przy kreowaniu fabuły powodują, że trudno znaleźć drugiego twórcę, który tak, jak ten potrafiłby opowiedzieć świetną historię, będącą jednocześnie porządnym, mocnym, bardzo naukowym science fiction.

Podobnie jak w niedawno przeze mnie odłożonej na półkę “End of an Era”, tak i tutaj pisarz nie ogranicza się do jednego, podstawowego pomysłu, wokół którego kręcić będzie się fabuła. W pierwszej chwili bowiem na warsztat wzięty jest program SETI oraz wyjaśnienie czym tak naprawdę program powinien być. O ile w naszym świecie SETI radzi sobie średnio (choć kto wie, odpowiedź może przyjść w każdej chwili), tak u Sawyera jest nieco lepiej – kontakt został nawiązany! Wiadomość pochodząca z układu Sigma Draconis długo pozostawała tajemniczą, aż wreszcie rozszyfrowała ją Sarah Halifax, w roku 2010, stając także na czele zespołu przygotowującego odpowiedź. Na odzew przychodzi czekać aż trzydzieści osiem lat. Sarah właśnie świętuje swoje diamentowe wesele, i wraz z mężem tak naprawdę to psychicznie jest już przygotowana na odejście z tego świata. Wiadomość od Obcych jednak jest… zaszyfrowana. Potężny biznesmen przedstawia teorię, że to właśnie Sarah powinna pokierować procesem deszyfracji. Ponadto także ona jest najodpowiedniejszą osobą do tego, by odebrać następną wiadomość. Za kolejnych trzydzieści osiem lat.

Biznesmen oferuje jej, a w perspektywie także jej mężowi – Donowi – tak zwany rollback. Czyli proces pełnego odmłodzenia, powrotu do biologicznego wieku dwudziestu pięciu lat. I tu dopiero zaczyna się zabawa.

Nauki jest mnóstwo. Zaczyna się właśnie od prezentacji zasady istnienia programu SETI – a dla Roberta J. Sawyera prezentacja jest powodem do przedstawienia naprawdę przeróżnych stanowisk i teorii. Przy czym facet opowiada tak, że każdy jest w stanie go natychmiast zrozumieć. A fani Star Treka to w ogóle od lektury “Rollback” się nie oderwą. :) A dalej jest tylko lepiej, z tymi wszystkimi teoriami dotyczącymi naszego codziennego życia, zwyczajów, które tak często wydają się być trwałe jak monolit, podczas gdy zupełnie niespodziewanie stają się przeżytkiem. Perspektywa “drugiego życia” mocno otwiera oczy. Sawyer nie potrafi sobie odmówić także pokazania życia w świecie przyszłości, tej niedalekiej. Tym razem szczególnie dużo uwagi poświęca temu, co każdy fan Asimova lubi najbardziej, i czym rządzą znane chyba każdemu fanowi fantastyki trzy słynne prawa (plus czwarte, zwane także zerowym).

A dalej jest tylko lepiej. Książka nie skupia się tylko na roku 2048, a często wraca do lat 2009-2010, byśmy mogli zrozumieć lepiej metodę komunikacji z Obcymi. Ale powroty przeprowadzane są też dlatego, byśmy mogli lepiej poznać Sarę i Dona oraz ich miłość. Jest bowiem “Rollback” także książką o przepięknej miłości, uczuciu, o którym marzy chyba każdy z nas. A przy tym jest to tak naprawdę dramat, i słowo daję, chwilami trudno jest powstrzymywać wzruszenie mocno ściskające gardło.

Jak zwykle pod koniec książki Sawyer trochę przesadza, trochę szaleje, ale… tak sobie myślę, że to chyba taki stereotypowy Kanadyjczyk: bardzo uprzejmy, grzeczny, dokładny, stąd w jego książkach finały z reguły przypominają duże fajerwerki, które u kogoś innego były by trudniejsze do przełknięcia, takie lekko nasiąknięte naiwnością, zbyt dużą wiarą w ludzi, w ludzkość w ogóle. Ale ja się już do tego tak przyzwyczaiłem, że właściwie uważam te nieco przesadzone końcówki za element charakterystyczny dla książek Roberta J. Sawyera, taki znak rozpoznawczy. Ostatecznie jeśli najmądrzejsi ludzie na Ziemi także staną się zgorzkniałymi, pełnymi niechęci pesymistami, to już żadnej nadziej dla nas nie będzie – niech zatem fajerwerki Roberta Sawyera nam wybuchają jak najdłużej; i fajnie by było, by ktoś o polskiego czytelnika zadbał i tak dobre książki, jak tego twórcy w Polsce wydał.

Tor Books 2007

Robert J. Sawyer – „End of an Era”

Bohaterem powieści “End of an Era” jest naukowiec Brandon Thackeray. Jest archeologiem w czasach, gdy nauka ta ma coraz mniej fajerwerków do zaoferowania. Uwielbia skamieliny, godzinami może rozprawiać o dinozaurach oraz o możliwych przyczynach ich zagłady. Mamy rok 2013. Brandonowi trafia się niezwykła okazja do osobistego sprawdzenia jak wyglądał świat mniej więcej 65 milionów lat temu, powstała bowiem maszyna do podróżowania w czasie. Jednak metoda podróży jest na tyle skomplikowana, że wyklucza wędrówkę do czasów historycznych – stąd decyzja o podróży do prehistorii.

Okej, zatem “End of an Era” jest o podróżach w czasie i dinozaurach? A skąd, Robert J. Sawyer wrzucił do tej stosunkowo niegrubej książki o wiele, wiele więcej. Przez moment nawet obawiałem się, że za dużo. Bowiem jakby sam fakt podróży i możliwość osobistego ujrzenia dinozaurów i ich zwyczajów to było za mało, szybko okazuje się, że świat sprzed 65 milionów lat jest zupełnie inny, także fizycznie. Mamy o wiele mniejszą grawitację (czyżby dlatego dinozaury były tak ogromne?) i… więcej planet w Układzie Słonecznym, a jakby tego było mało, to jeszcze… Marsjan.

Robert J. Sawyer znany jest z tego, że po prostu uwielbia dotykać temat boskości, świadomości i kreacji. Nie mogło zatem zabraknąć tematyki i tutaj. A metoda, dzięki której autor zadał bardzo istotne pytania jest doskonała, wzięta prosto z innej genialnej, klasycznej powieści science fiction – “Cieplarni” Briana W. Aldissa. Każdy, kto pamięta niejakiego Smardza mniej więcej wie, czego można się spodziewać. Czytelnik zdaje sobie z tego sprawę od samego początku. Naukowcy nie – i to też jest charakterystyczne dla tego kanadyjskiego twórcy. U Sawyera bohaterowie zawsze są nieskłonni do przemocy, ale pragnący wszelkie konflikty załatwić przez rozmowę, poznanie i zrozumienie. Finał jest dla nas jasny, jednak i tak pełen emocji, bowiem – znowu! – Robert J. Sawyer wie, co robi. I do tej opowieści, w której i tak jest już wiele, dorzuca wciąż więcej i więcej. Skoro podróże w czasie, to i o “efekcie motyla” oraz “teorii chaosu” wypada poopowiadać. Dodajmy do tego, że bohaterowie to ludzie z krwi i kości, mają swoje zwyczaje, swoje problemy, różne zależności rządzą ich życiem, są i dramaty, i miejsce na uczucia, i poświęcenie…

No i data powstania tej książki, też jest interesująca. “End of an Era” pierwszy raz została opublikowana przed dwudziestu laty, w roku 1994. A Robert J. Sawyer – wielki fan technologii, maniak internetu – już wówczas pisał o roku 2013 tak, jak ten rok wyglądał! Mamy tu mnóstwo technologii, która naprawdę już istnieje. Oczywistym dla pisarza jest korzystanie ze smartfonów i tabletów (co prawda nazwanych inaczej) oraz praca z nimi bez udziału dłoni, a dzięki komunikacji głosowej, która w języku angielskim przecież już doskonale się sprawdza. Facet doskonale wiedział, co przed nami.

Jak zwykle końcówka powieści jest nieco słabsza, bardzo filmowa, w stylu amerykańskich klasyków science fiction. Ale nie szkodzi, bo w powieściach tego twórcy znacznie bardziej interesujące są pomysły, pytania i odpowiedzi, więc ja zawsze jestem w stanie przełknąć ewentualny fajwerwerk na końcu bez problemu. Oczywiście polecam, bardzo mądra lektura, ociekająca nauką, i bardzo przystępnie tę naukę przedstawiająca.

Tor Books 2001

niedziela, 11 listopada 2012

Robert J. Sawyer - "WWW, tom 2. Wiedza"

W drugim tomie trylogii WWW powracamy do Caitlin, do niedawna ociemniałej nastolatki, która dzięki nauce mogła poznać co to wzrok. A odzyskując go stała się świadkiem narodzin świadomości w sieci internetowej, powstania istoty, którą nazwała WebMindem. Dziewczyna staje przed trudnym zadaniem: trzeba nauczyć nowy byt podstaw rozróżniania dobra i zła oraz ustanowić jakiś cel jego istnienia. Robert J. Sawyer z właściwym sobie zaangażowaniem, rozmachem i swobodą zaczyna snuć opowieść pełną wtrętów, odniesień do zarówno rozważań naukowców na temat Sztucznej Inteligencji, jak i widoku tego fenomenu w kulturze masowej. I trzeba przyznać, że chwilami rozmowy Caitlin z WebMindem przypominają te, które dwadzieścia lat temu toczył młody John Connor z niejakim T-800 w pewnym świetnym filmie.

Sawyer mimo że jest pełen wiary w ludzi, nie popada w przesadę ze swoim idealizmem. Stąd oczywistym jest, że pewne organizacje zwane rządowymi szybko na trop WebMindu wpadną i naturalnie pierwszą reakcją na wieść o powstaniu czegoś takiego będzie szybka konkluzja: zlikwidować! Książka jednakże nie zmienia się (na szczęście!) w kolejną opowieść jak to dzielna nastolatka ucieka przed agentami przez cały świat i pół Polski by na końcu dobro zwyciężyło. Nie, Robert J. Sawyer radzi sobie z tym problemem po swojemu: głupiec nigdy nie zwycięży z istotą inteligentną, dzięki czemu książka jest jednocześnie realna, gdzie nie brakuje bohaterów ograniczonych (szczególnie na najwyższych szczeblach władzy, czyli jak w życiu), a przy tym piękna tak bardzo, jak tylko opowieść o dążeniu do powszechnego szczęścia, wyższości nauki nad zabobonem i mądrości nad tępotą może piękną być.

Drugi tom jest doskonałym rozwinięciem poprzednika, gdzie pewne wątki zaczynają się wreszcie ze sobą wiązać, a osobowość WebMinda staje się zdecydowanym centrum historii. Przy tym Autor na szczęście nie zapomniał o pokazywaniu nie tylko wiedzy i mądrości, ale także ludzi. Caitlin mając do dyspozycji swojego nowego przyjaciela stanie przed trudnymi wyborami, pozna co to kuszenie, czy nie wykorzystać siły WebMinda dla siebie samej. Zmierzy się z urzędnikami i agentami, ale przyjdzie jej się także zmierzyć ze zwykłymi problemami nastolatki. Od książki nie można się oderwać, ten facet po prostu tak ma - jak pisze, to się czyta :-)

Watch
Robert J. Sawyer
Solaris 2012
450 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

piątek, 14 września 2012

Robert J. Sawyer - "WWW, tom 1. Wzrok"


Niech będzie wszystkim wiadomo, że UWIELBIAM tego faceta. Dlatego też ta opinia nie ma NIC wspólnego z obiektywizmem - Robert J. Sawyer, którego poznałem dzięki wspaniałomyślności i zaangażowaniu Wydawnictwa Solaris to mój guru. Mistrz. Człowiek, przez którego po prostu CHCE SIĘ zdobywać wiedzę. I przeprowadzić do Kanady ;-)

“Wzrok” to tom pierwszy trylogii nazwanej wszystkomówiącym skrótem: WWW. Bohaterką jest nastolatka, Amerykanka, która jednak właśnie przeprowadziła się wraz z rodzicami do Kanady (ojczyzny pisarza). Jest ona chora na bardzo rzadkie schorzenie, które - w wielkim skrócie mówiąc - nie pozwala jej widzieć. Jednak nie jest to ślepota - co i rusz naukowcy próbują nowych rozwiązań, dlatego też Caitlin jest przyzwyczajona do wywoływania w sobie ogromnej nadziei, że tym razem się uda, i będzie widziała... po czym okazuje się, że nie, znowu nic z tego. Oczywiście tylko do czasu. Wreszcie trafił się utalentowany naukowiec z Japonii, który biorąc sprawy w swoje ręce dokonał niemożliwego.

Jednak wraz ze wszczepieniem Caitlin za oko implantu, mającego pobudzać wzrok do pracy, stało się coś więcej. Coś się obudziło, coś powstało, coś zyskało ŚWIADOMOŚĆ.

Temat świadomości jako zjawiska, przez które właśnie człowiek jest Absolutnym Władcą Ziemi, powraca u tego pisarza już kolejny raz. Jednak Robert Sawyer ZAWSZE pisze o tym zjawisku inaczej. Obojętnie czy rozważa istnienie duszy (“Eksperyment terminalny” - czysty geniusz), czy związuje świadomość z faktem zdobycia uprzywilejowanej pozycji wśród różnych podgatunków homo sapiens (Neandertalska paralaksa - świetna rzecz!), za każdym razem tylko jedno jest wspólne - pasja pisarza do tematu. Natomiast pomysły, które nam pokazuje i teorie, które snuje to za każdym razem inna para kaloszy, z jednym tylko wspólnym mianownikiem - lektura zawsze jest fascynująca.

Obserwujemy narodziny cudu zwanego świadomością. Świadomością istnienia, bycia, samego siebie, zrozumienia, że nie jesteśmy tutaj sami, że jest coś (ktoś) więcej. Niesamowita sprawa. A wszystko to przedstawione w typowy dla Sawyera sposób - przy pomocy barwnej, bardzo naturalnej narracji i tak genialnego przedstawiania faktów matematycznych, fizycznych, ogólnie naukowych, że po prostu każdy wszystko zrozumie, ogarnie, zaakceptuje, nauczy się sporo i - co najlepsze - będzie chciał dowiedzieć się jeszcze więcej.

Życie Caitlin to oczywiście nie jedyny wątek w powieści. Pozostałe jednak są zdecydowanie dopiero budowaniem gruntu pod znacznie więcej, lecz by zrozumieć w pełni zamysł autora, trzeba będzie poczekać do wydania kolejnych tomów. Tymczasem, po zamknięciu książki (przy okazji: okładka to katastrofa) zostajemy sami w towarzystwie miliona myśli, pomysłów, pytań, pozostajemy maksymalnie zaangażowani w opowieść i w pełnym zachwycie nad pomysłami pisarza i jego wszechstronnością, także nad umiejętnością przekazywania wiedzy w ten przyjemny, nieskomplikowany sposób.

Powiedziałem sobie: poczekam, aż wyjdzie cała trylogia i kupię wszystkie części na raz. Wytrzymałem tylko nieco ponad trzy miesiące w tym postanowieniu. A teraz będę usychał z pragnienia wzięcia do ręki kolejnych części. Wiedziałem, że tak się to skończy, po prostu wiedziałem :-)

WWW: Wake
Robert J. Sawyer
Wydawnictwo Solaris 2012
404 strony (szkoda, że nie 4004!)

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

czwartek, 24 lutego 2011

Robert J. Sawyer "Futurospekcja"

“Futurospekcja” to szósta powieść Roberta J. Sawyera wydana w Polsce. Dopiero szósta, po obsypanych nagrodami “Eksperymencie terminalnym” (cudowna powieść!), trylogii “Neandertalska Paralaksa” (rewelacja!) i nieco innym w odbiorze, trochę przekombinowanym, ale jednak równie ciekawym “Starpleksie”. Dla niektórych fanów science fiction powieść nie zapowiadała się zbyt ciekawie, gdyż każdy z nas miał w zeszłym roku możliwość zapoznać się z serialem “Flash Forward”, który okazał się być na poziomie zaledwie dostatecznym, co zgodnie ocenili widzowie na zachodzie, powodując zakończenie po pierwszym sezonie.

Ale książka Sawyera to nie serial. To bardzo konkretna, zamknięta opowieść, napisana z takim samym wdziękiem jak poprzednie powieści autora.

Akcja rozpoczyna się w roku 2009, gdy podczas eksperymentu z pierwszą próbą uruchomienia Zderzacza Hadronów CERN, w Szwajcarii, na niecałe dwie minuty cała ludzkość traci przytomność. Jest to ogromna katastrofa na zachodniej półkuli planety, gdzie akurat trwał dzień - wiele samolotów spadło, wielu ludzi zginęło. Jednakże ci, którzy przeżyli, zostają postawieni przed niebywałą sytuacją - przez ów krótki czas każdy doświadczył pewnej wizji, która okazała się być fragmentem jego własnego życia z roku 2030.

Szybko zostaje zorganizowana strona internetowa, zwana Mozaiką, która ma za cel zbieranie informacji o świecie, jaki został w wizjach przedstawiony. Prowadzi to do przedziwnych, ale wspaniale opisanych sytuacji, z których wyłania się obraz świata przyszłości, w której doszło do wielu zmian, np. kobiety mogą być wyświęcane na księży, ChRL wciąż pozostaje krajem komunistycznym, samochody potrafią poruszać się nad ziemią, dzięki czemu odwieczny problem jakości dróg w Europie Wschodniej przestaje istnieć. Ale to jedna strona opowieści. Drugą jest życie bohaterów, fizyków CERNu, gdzie jeden widział się z inną kobietą, niż ta, którą właśnie ma poślubić, inny w wizji kochał się z kompletnie sobie nieznaną osobą, natomiast kolejny nie miał wizji wcale - czyli za dwadzieścia jeden lat będzie martwy.

Powstaje pytanie, czy przyszłość jest niezmienna, tak, jak przeszłość i teraźniejszość. Do głosu dochodzą przeróżne teorie, które Saywer opisuje tak wspaniale, że od lektury po prostu nie można się oderwać. Jest dokładnie wyjaśniona teoria “kontinuum czasprzestrzennego”, mamy wiele informacji o naukowcach, którzy życie poświęcili badaniu tej sprawy. Czytałem tę książkę, stale pod ręką trzymając smartfon z uruchomioną stroną wikipedii, sprawdzając wszystkie dane, potwierdzając ich autentyczność i oczywiście potwierdziły się wszystkie.

Sporo mówi się także o paradoksach, między innymi paradoksie Nivena, innego pisarza SF. Bohaterowie reprezentują zupełnie inne poglądy, nie tylko czysto naukowe - obarczeni świadomością, że to ich eksperyment pozbawił życia tylu ludzi (a innych pozbawił złudzeń, wszak wielu ujrzało się za dwie dekady w sytuacjach nie do pozazdroszczenia: bezdomnymi, samotnymi, w więzieniach itp.) próbują odnaleźć taki system, który pozwoli im dalej żyć i pracować bez wyrzutów sumienia. Odnajdziemy tu także ciekawe rozważania dotyczące posiadania wolnej woli lub jej braku, jest świetny przykład wyjęty z Biblii, klasyczna sprawa Piotra, który zarzekał się, iż nie wyprze się Jezusa - a jednak się wyparł, gdzie tu wolna wola?

Trzecia część powieści przenosi nas do roku 2030, gdzie wiele się wyjaśnia. Osobiście nie całkiem podeszło mi zakończenie, nieco zbyt hollywoodzkie, jak gigantyczny fajerwerk, idealnie nadające się do hitu kinowego dla mas, potężna wizja odległej przyszłości (kłania się “Starplex”), lecz nawet ten fakt nie przeszkodził mi w uznaniu “Futurospekcji” za jedną z najlepszych książek, jakie czytałem w życiu. To smutne, że autora, który potrafi napisać SF jak powieść obyczajową, którego każdy czytelnik zrozumie od razu, gdzie nie trzeba być “mózgowcem”, by pojąć istotę przedstawianych tu kwestii drukuje się w naszym kraju tak mało. Ja chcę więcej.

Flash Forward, Solaris 2011, 400 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl