środa, 15 września 2010

Miroslav Žamboch, Jiří Procházka, Agenta JFK tom 1: "Przemytnik"

Bohaterem „Przemytnika” jest John Francis Kovar, czeski twardziel, były kapitan jednostek specjalnych i prawdziwy weteran jeśli chodzi o operacje wojskowe. W pierwszych scenach oglądamy jak utracił stałe zajęcie, w kolejnych jak został sam. Od samego początku widać, że książka będzie niczym stary, dobry film z lat osiemdziesiątych – wielkie łubudu, mnóstwo akcji, niewiele wyjaśnień. Takie historie trzeba lubić, podobnie jak teksty w stylu „Jasne było, że mężczyźni tacy jak on nie są stworzonymi domatorami”, czy „Dostał się do jakiegoś świata spokrewnionego z jego własnym. Lecz, o ile to możliwe, trochę bardziej brutalnego i nieokrzesanego”. Moim pechem jest to, że oczekuję od takich komedii podobnych, komediowych dialogów, w stylu Brudnego Harry'ego czy Johna Maclane'a. A dialogi, pdobnie jak i sama historia, w „Przemytniku” są niestety raczej z gatunku „usypiająco-beznadziejnych”...

Kovar dostał się do innego świata. Niestety nie dowiemy się o tymże świecie zbyt wielu informacji, za to dowiemy się, iż światów jest jeszcze więcej. Tomów cyklu też podobno, więc już się boję. Mimo najszczerszych chęci nie potrafiłem odnaleźć w książce kompletnie nic ciekawego, dobrze wymyślonego, czegoś, co potrafiłoby przykuć uwagę choćby na chwilę. Taka literatura powinna być dodawana do gazet za pięć złotych, przeczytamy w pociągu i zostawimy tamże, bo zabierać tego ze sobą nie ma sensu.

Pašerák, Fabryka Słów 2010, 216

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

sobota, 11 września 2010

Joseph Conrad "Pojedynek"

Po sieci chodzą słuchy, iż słynny film Ridleya Scotta „Pojedynek” został napisany na podstawie prozy niemniej słynnego pisarza, Josepha Conrada Korzeniowskiego. Film pamiętam nie całkiem dobrze, jednego jednak jestem pewien: opowiadał o dwójce francuskich żołnierzy, którzy przy każdej okazji, gdy na siebie wpadną pojedynkują się z powodu, którego praktycznie nie znamy, którego oni sami nawet nie pamiętają. Ich pojedynków było więcej niż jeden, a zwada trwa latami.

Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, iż opowiadanie „Pojedynek” wspomnianego Conrada jest KOMPLETNIE CZYM INNYM. Czyżby napisał dwa o tym samym tytule? :) Nie dość, że toczy się w Polsce, nie we Francji, to bohaterami są zupełnie innej postawy ludzie. Spokojnie, myślę sobie – takie szczegóły jak miejsce akcji czy postaci zawsze można dopasować do różnych realiów. Niestety jednak nie są to jedyne różnice.

Bohaterami opowiadania jest dwóch mężczyzn, owszem. Jeden z nich to starannie wychowany młody człowiek, którego szacunek do starszych, a już w szczególności do własnych rodziców jest tak wielki, że aż przesadny. Drugim z kolei jest człowiek znacznie lżej traktujący życie, wspomagający się spadkami po licznych krewnych, nie posiadający stałego zajęcia – typowy bawidamek, żyjący od balu do balu, od przyjęcia do kolejnego. Rzecz jasna dochodzi między nimi do spięcia, które – ostatecznie – doprowadza do tytułowego pojedynku. Jednakże tylko jednego, nie licznych, ponadto sam pojedynek opisany jest na jednej stronie, pod sam koniec opowieści. Przedtem natomiast musimy zapoznać się z przeróżnymi opisami wewnętrznych rozterek bohaterów, jak to u Conrada – często różnych od postaci głównych, na przykład przyjaciela jednego z pojedynkujących się czy jego ojca.

Dużo się tu mówi o honorze, w klasycznie pojmowany przez Polaków sposób – zwycięstwo albo śmierć, honor albo śmierć... Trzy słowa za dużo wypowiedziane w publicznym miejscu powodują u jednych myśli samobójcze, u innych absolutną zgryzotę, cierpienie nie z tej ziemi... Wszystko jak dla mnie stało się szybko groteskowe, tak pojmowany honor to rzecz typowa dla romantyzmu, przez co o wiele bardziej interesowały mnie powody drugiej postaci, lekko traktującego życie i innych szlachcica, bohatera w domyśle negatywnego, niż starannie wyedukowanego, honorowego Polaka.

Najgorsze jest to, iż nie dość, że akcja brnie przed siebie mozolnie, męczy się bardziej niż mucha w smole, to jeszcze wszystko ostatecznie zostaje sprowadzone do opowieści z morałem, którego człowiek uznający przede wszystkim zdrowy rozsądek nie jest w stanie na trzeźwo przyjąć do wiadomości. Nie polecam. Lepiej obejrzeć film Scotta, nieważne na podstawie czyjego opowiadania zrobiony :)

The Duel, Virtualo 2010, 91 stron

Strona książki na LubimyCzytac.pl

piątek, 10 września 2010

Franz Kafka "Proces"

Człowiek często opiera się na tym, co usłyszy wokół siebie. Przykładamy niewielką uwagę do słów ludzi kompletnie obcych, nieco większą do tych, których widujemy częściej, na przykład nauczycieli w szkole. Taka jest siła rzeczy – zawsze w głowie się coś utrwali. Mnie utrwaliła się w ten sposób świadomość, iż „Proces” Franza Kafki jest powieścią o totalitaryzmie, czymś na kształt państwa policyjnego, gdzie jednostka nie ma znaczenia. Byłem przekonany, że tytułowy Józef K. to ofiara spisku mającego na celu ostatecznie upokorzenie człowieka przez aresztowanie i proces w sprawie, o której sam aresztowany do samego końca się nie orientuje.

Jak się okazało, w pewien sposób można tę powieść tak interpretować. Ale „Proces” jest czymś o wiele większym, niż tylko opowieścią o manipulowanym człowieku. Zresztą, jak się głębiej przyjrzeć, to Józef K. nieźle sobie daje radę z tą sytuacją, nie jest – jak się spodziewałem – wrakiem człowieka, gonionym od ściany do ściany, od urzędu do urzędu. W zasadzie z owej manipulacji w pewien specyficzny sposób zdaje sobie sprawę, co więcej momentami dzielnie się do niej dostosowuje czasem osiągając pewne niewielkie zwycięstwa. Ale nieważne, myślę, że nie jest główną treścią książki jego „sprawa” i tytułowy proces. Myślę, że treścią książki jest szeroko pojęty absurd, bardzo pesymistycznie przedstawiona rzeczywistość, w której nawet grupa Monty Pythona czuła by się najwyżej znośnie.

Świat tu przedstawiony, miejsca i ludzie dobrani zostali w taki sposób, by wywrzeć na czytelniku jak największe wrażenie swoim „poukładanym chaosem”, czymś co najprościej jest mi przyrównać do „teoretycznie kontrolowanego burdelu” jaki panował w wielu polskich urzędach za czasów PRL, niestety w mniejszych miejscowościach obecnego do dziś. Obojętnie z kim Józef K. nie rozmawia czy w jakim miejscu przebywa, widać wyraźnie, iż rzeczywistość dookoła niego jest tak dalece bezsensowna, że człowiek obdarzony chociażby zaledwie przeciętną inteligencją będzie miał problem z odnalezieniem się w niej. Co innego wszelkiego rodzaju tępota – jest u siebie, ściśle przestrzegając durnych zasad, przepisów i restrykcji. W myśl starego, dobrego „ja tu tylko sprzątam, robię co mi każą, nie mnie oceniać”.

Ogólnie rzecz biorąc całkiem niezła rzecz, ten „Proces”. Szkoda, że książkę dorwali w swoje ręce niezrealizowani artystycznie i komercyjnie literaci, którzy najczęściej w ramach zadośćuczynienia za swojego pecha postanowili zostać nauczycielami języka polskiego. Bo jak sobie człowiek przypomni te wszystkie nadinterpretacje, pod które książka została podciągnięta, to się robi po prostu żal autora. Może to i lepiej, iż w momencie gdy pierwsi „krytycy” zabierali się za wymądrzanie, Kafka od dawna gryzł ziemię? Nie warto słuchać wywodów niby mądrzejszych – lepiej „Proces” sprawdzić samemu, absurd tu obecny jest czymś wybitnym.

Der Prozess, Virtualo 2010, 183 strony

Strona książki na LubimyCzytac.pl

Joseph Conrad "Jądro ciemności"

„Jądro ciemności” to jedna z tych książek, do przeczytania których młody człowiek zostaje zmuszony w szkole średniej. I jak to bywa w przypadku tego rodzaju pozycji, nie czyta jej, ukazując wszystkim swój bunt i niezależność :)

O czym jest „Jądro ciemności”? Jest opowieścią o dzikim lądzie, w głębi Afryki. Jest także opowieścią o zbrodniach, jakich dopuszczają się biali ludzie tylko dlatego, iż tubylców mają za nic. Jest sporo powiedziane na temat kompleksów przeróżnych lokalnych „dyrektorów”, które ja osobiście odebrałem jako wskazanie głupoty ludzi, którzy spodziewają się trwać na jakimś stanowisku całe życie przez „zasiedzenie”, o histerii, jaką w nich wzbudza myśl o postępie i progresie, rozwijaniu się oraz zmianach w otaczającym ich dzikim świecie. Jest w końcu „Jądro ciemności” historią o człowieku, który osiągnął wśród tubylców taką władzę, iż stał się niemalże bogiem w ich, a także swoich oczach. Z tym fragmentem książka jest szczególnie kojarzona, i podczas lektury zaskoczył mnie fakt, iż w stu stronicowej książeczce autor zmieścił wiele więcej, niż tylko opis szaleństwa Kurtza. W zasadzie ponad połowę książki czekamy aż wreszcie Kurtz się pojawi na scenie osobiście, nie jedynie we wspomnieniach innych, a gdy już się pojawia okazuje się, iż zaraz będzie koniec lektury.

Często po latach okazuje się, iż niektóre lektury były jednak warte przeczytania, że zawierały w sobie niesamowite ładunki emocjonalne, może bardzo przydatną naukę na przyszłość, czasem zaś tylko (albo aż) pokazywały jak niektórzy pisarze potrafili wspaniale operować słowem. W przypadku „Jądra ciemności” sprawa przedstawia się jednak dość specyficznie. Otóż powieść zdecydowanie mówi o kwestiach niezwykle ważnych, przekazując czytelnikowi sporo brutalnej prawdy. Nie da się ukryć, iż dobrze jest się z utworem zapoznać i przemyśleć samemu to, co autor mówi.

Jest także druga strona. Niestety książka jest potwornie... nudna. Aby skupić swoją uwagę w stopniu pozwalającym na zrozumienie, trzeba dokonać ogromnego wysiłku, bowiem słowa składające się na powieść robią wszystko, by tylko czytelnika uśpić i zniechęcić. Sytuacji nie poprawia podwójna narracja (jeden człowiek opisuje jak drugi siedzi obok i opowiada całą tę historię) oraz monotonia ukazywanej rzeczywistości. Czytelnik zdaje sobie sprawę, iż być to mógł zabieg celowy – jak inaczej opisać męczarnię, wielomiesięczny rejs po rzece gdzie każdy dzień wygląda identycznie? Świadomość tego faktu jednak w ogóle nie pomaga w skupieniu się na opowieści... Na szczęście wszystko zamyka się we wspomnianych stu stronach, więc walka z nudą w celu poznania niezwykle odważnej, mówiącej o ludziach samej prawdy historii, nie będzie trwała dłużej niż jeden wieczór.

Heart of Darkness, Virtualo 2010, 103 strony

Strona książki na LubimyCzytac.pl

czwartek, 9 września 2010

James O. Curwood "Steele z Królewskiej Konnej"

Mając lat kilkanaście rozczytywałem się w powieściach przepełnionych miłością do Dalekiej Północy, autorstwa Jamesa Olivera Curwooda. Przy okazji pojawienia się w jednej z internetowych księgarń z książkami elektronicznymi wielkiej serii Klasyka, pisarz ten był jednym z pierwszych nazwisk, jakie wpisałem do wyszukiwarki. Okazało się, iż jest kilka pozycji, co prawda nie tyle, ile bym sobie życzył, za to niektórych tytułów dawniej w bibliotekach nie widziałem. Nie zastanawiając się długo kupiłem powieść „Steele z Królewskiej Konnej”, po tytule jasno sugerującą, iż rzecz będzie skupiona na przygodach ludzi, a nie zwierząt – Curwood bowiem doskonale pisał też powieści mówiące o życiu dzikich zwierząt. Jednak miałem ochotę na coś z dialogami :)

Bohaterem jest dość tradycyjna dla pisarza postać, czyli mężczyzna, który wcale na Dalekiej Północy się nie urodził, a jedynie pokochał ją z biegiem lat (jak autor). Filip Steele to syn milionera z Chicago, prawdziwy romantyk (jak WSZYSCY bohaterowie Curwooda i... autor), który nie potrafił się odnaleźć w świecie pełnym fałszu, gdzie kobiety nie szukają miłości, a faceta z pieniędzmi, gdzie przyjaźń nie istnieje, panuje typowy, miejski wyścig szczurów... Zabawił się zatem w syna marnotrawnego i wyruszył na poszukiwanie przygód, które po paru latach doprowadziły go na terytorium Kanady, a sam Steele stał się członkiem słynnej Królewskiej Policji Konnej.

Snuta tu historia nie jest szczytem fabularnych możliwości pisarza, jednakże ten fakt nie ma najmniejszego znaczenia. Wartością, jak i główną siłą książki wcale bowiem nie jest opowieść o dzielnych traperach, Indianach żyjących gdzieś w kniei, słynnych przestępcach i pościgach jeden na jednego, z których Królewska Konna słynęła w początkach XX wieku. Tym, co interesuje Curwooda, i czym naprawdę chce czytelnika nakarmić jest opis uczucia, jakie rodzi się w głównym bohaterze, uczucia miłości do przepięknej – choć niedostępnej kobiety.

W tym miejscu się zatrzymałem. Dziś nie jestem takim romantykiem, jakim byłem piętnaście lat temu (co uświadomiłem sobie ze zgrozą). Zacząłem w myślach narzekać na klasyczną głupotę ludzi stawiających serce przed rozumem: puszczenie wolno złoczyńcy z nakazem opuszczenia rejonu jest pomysłem idiotycznym, należało gościa od razu zamknąć w areszcie. Wszak wiadomo, że życie i tak skonfrontuje postaci ponownie, a rzezimieszków powinno się zamykać od razu, bez drugiej szansy. Podobnie zadumała mnie kwestia zakochania się Filipa Steele'a. Było to uczucie nagłe, nie jak sycylijski piorun, lecz i tak miłość zakwitła szybko, w ciągu paru dni, w dodatku miłość do kobiety, z którą bohater zamienił zaledwie kilka słów, i o której doskonale wie, że nigdy nie będzie jego. Kiedyś rozczulały mnie takie sytuacje, dziś w nie niestety nie wierzę. Zacząłem się zastanawiać, czy Curwood miał żonę? Czy jak klasyczny romantyk jedynie bywał często (i zawsze nieszczęśliwie) zakochany? Niestety Wikipedia nie udziela odpowiedzi na to pytanie...

Po połowie książki przestałem kręcić nosem na zachowanie bohatera i innych, podobnych mu z postawy postaci. Bowiem romantyczne podejście do rzeczywistości ma też kilka przyjemnych momentów, na przykład wymierzanie sprawiedliwości na własną rękę. Fakt, że potem będziemy ścigani to fraszka, byle pomścić niesłusznie oskarżonego ojca i braci – to jest to! Podobnie topos prawdziwej, męskiej przyjaźni, o jakiej marzyło się onegdaj i na jaką wciąż się podświadomie czeka. Takie motywy wyzwalają masę pozytywnych uczuć. Także inna kwestia się nie zmieniła od kilkunastu lat – Curwood wciąż wpływa na czytelnika tak, iż nie potrafimy usiedzieć cicho. Podczas lektury nie byłem w stanie powstrzymać się od głośnego wyrażania swoich uczuć względem wydarzeń toczących się na kartach powieści, naturalnie budząc tym samym pozostałych domowników. Dawno mi się to nie przytrafiło.

„Steele z Królewskiej Konnej” z pewnością nie będzie jedyną elektroniczną pozycją tego autora, w którą zaopatrzę swój czytnik. Okazało się bowiem, iż wystarczy lekko zmrużyć oczy, by poczuć się znowu tak, jak w wieku lat trzynastu, kiedy marzenia zajmowały człowiekowi cały dzień, a rzeczywistość nie pokazała jeszcze wszystkiego, na co ją stać.

Steele of the Royal Mounted, Virtualo 2010, 146 stron
Strona ksiażki na LubimyCzytac.pl

wtorek, 7 września 2010

Arthur C. Clarke, Odysei kosmicznej tom 1: "2001. Odyseja kosmiczna"

Podobno najpierw było opowiadanie. Potem – wspólna praca autora z reżyserem Stanleyem Kubrickiem nad scenariuszem filmu, zwanego do dziś przez wielu najsłynniejszym dziełem science fiction w kinematografii światowej. I dopiero na końcu powstała powieść Clarke'a, na podstawie własnego scenariusza, która – trzeba to uczciwie przyznać – wiernie oddaje treść filmu. Złośliwi w dodatku od razu stwierdzą, iż nie tylko wiernie, ale i w sposób bardziej wciągający :)

Powieść podzielona jest na kilka części, które łączy jeden element: tajemniczy Monolit, który towarzyszy ludzkości, jak się okazuje, od dawien dawna. Pierwszą częścią jest genialnie rozpisane powstanie świadomości, czyli jak z małpoluda człowiek stał się człowiekiem. Clarke w tym momencie stosuje niezwykłą narrację, gdzie nie tylko klarownie opisuje proces kształtowania się myśli u prawie zwierzęcia, jego odczucia względem otoczenia, radości i smutki, w końcu satysfakcję z rozwoju. Autor przedstawia wydarzenia wtrącając od siebie dygresje, dzięki którym oderwanie się od lektury jest praktycznie niemożliwe.

Kolejne części rozgrywają się miliony lat po pierwszej, w czasach, gdy ludzkość opanowała już podróże międzyplanetarne. W tym momencie Clarke przedstawia niezwykle spójną wizję podróży kosmicznych, opisując ogrom wynalazków, które – jak dziś wiemy – znalazły zastosowanie w rzeczywistości. Clarke był jednym z największych propagatorów kosmonautyki, na podstawie jego wizji i planów powstała niejedna struktura wykorzystywana w tej dziedzinie, m.in. stacje orbitalne. Obcowanie z tak pełnymi wizjami jest czystą przyjemnością nawet dziś, choć rzecz jasna dzisiejszy fan fantastyki naukowej ma zupełnie inną świadomość niż ten sprzed czterdziestu lat, gdy książka powstała.

Ale to nie wszystko, co oferuje „2001. Odyseja kosmiczna”. Clarke popisuje się także przewidywaniem innych rozwiązań, jakie ludzkość musi przygotować, mianowicie szczegółowo przedstawia mechanizm działania sztucznej inteligencji. W tym momencie mamy już nieco więcej akcji, a poznawanie systemu komputerowego HAL 9000 to naprawdę niezłe doświadczenie. Już widać na podstawie czyich dokonań powstało tak wiele scenariuszy filmowych, powieści i gier dotyczących problemu świadomości AI.

„2001. Odyseja kosmiczna” to w ogromnej mierze science, a fiction to niewielki ułamek tego, co powieść oferuje. Prawdziwy popis możliwości umysłu ścisłego, nie stroniącego jednak od zagadnień znacznie bardziej humanistycznych, takich jak świadomość, wolna wola, w końcu nawet duchowość i Bóg. Niezwykła książka, choć niektórym będzie przeszkadzał nadmiar technicznych opisów, i tak warto przez nie przebrnąć i poznać to, co autor przyszykował czytelnikom na samym końcu podróży.

2001: A Space Oddysey, Świat Książki 1995, 190 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

poniedziałek, 6 września 2010

Isaac Asimov, Fundacji tom 9. "Agent Fundacji"

Licząc wszystkie dodatkowe powieści, dopisane lata po oryginalej "Fundacji" zarówno przez Asimova, jak i innych pisarzy pragnących zrealizować się w tym uniwersum, "Agent Fundacji" jest już dziewiątą jej częścią. Akcja toczy się pięćset lat po założeniu na Terminusie przez Hariego Seldona Fundacji. Na dzień dzisiejszy Federacja Fundacji opanowała ponad połowę całej Galaktyki, i dokonała tego oczywiście dzięki swemu postępowi technologicznemu, bez wywoływania wojen.

Powstaje jednak pytanie: czy główne zadanie Fundacji, jakim jest stworzenie nowego, lepszego, trwalszego Imperium Galaktycznego, nie mogłoby zostać przyspieszone? Czy trzeba kurczowo trzymać się Planu Seldona, skoro wygląda na to, iż stworzenie trwałej organizacji ogólnogalaktycznej jest na wyciągnięcie ręki? W "Agencie Fundacji" Asimov wraca do wszystkich najważniejszych postaci znanych z poprzednich części, a czyni to przy okazji niezłego pomysłu: każe głównym bohaterom poszukiwać mitycznej, zaginionej Ziemi, planety, od której jakoby rozpoczęła się era dominacji rasy ludzkiej w Galaktyce.

Trzeba przyznać, iż seria pomysłów, którymi raczy nas autor na drodze do poznania tej jedynej prawdy na temat Ziemi jest ciekawą przygodą, może chwilami taką z przymrużeniem oka. Asimov jak zwykle nie oparł się pokusie dodania pewnych smaczków przy opisywaniu społeczeństw zamieszkujących przeróżne planety, i naturalnie zrobił to z dużym wdziękiem.

Widać także jak bardzo pokrywa się Saga Fundacji z popkulturą, szczególnie Gwiezdnymi Wojnami. Postęp technologiczny, gigantyczny ośrodek władzy, gdzie każda planeta ma swojego przedstawiciela (niczym senat), burmistrz Terminusa jako Imperator, Druga Fundacja i istoty pokroju Muła jako władcy Mocy, potrafiący wpływać na umysły innych...

Książka ma tylko jedną wadę, mianowicie jest przegadana. Nie sposób się oprzeć wrażeniu, że mogłaby być o połowę krótsza (czyli mieć pojemność poprzednich części) i znacznie bardziej ciekawsza dzięki temu. Momentami oczy się zamykają, gdy autor każe nam czytać kolejne długie wypowiedzi swoich bohaterów, którzy - choć na swój sposób ciekawi - nie są jednak postaciami tak wyrazistymi, że chciałoby się z nimi identyfikować.

Foundation's Edge, Rebis 2002, 360 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

eKsiążki na iPhone, iPod Touch i iPad - Lexcycle Stanza

Zanim stałem się szczęśliwym (przynajmniej na razie) posiadaczem czytnika książek BeBook Plus, z powodzeniem czytałem literaturę przy pomocy wspaniałego wynalazku, jakim jest Apple iPod Touch oraz darmowa aplikacja Stanza, produkcji firmy Lexcycle. Wydaje mi się, że niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z potencjału tego duetu, stąd ten tekst.

Pierwsze uruchomienie
Po wejściu do programu wita nas kompletnie polskie menu, z klasycznymi wskazówkami ukazującymi się przy każdym uruchomieniu (oczywiście można je wyłączyć). Następnie program przechodzi od razu do działu BIBLIOTEKA, zawierającego w domyśle książki użytkownika. Na początek są dwie: "Welcome to Lexcycle Stanza", będąca instrukcją użytkowania, niestety po angielsku oraz "Alice's Adventures in Wonderland" Lewisa Carolla... również po angielsku.


Zanim przejdę do wyliczania zalet aplikacji, uspokoję od razu wszystkich, którzy myślą, iż jedynym sposobem zdobycia nowych książek jest ich zakup w specjalnie do tego przygotowanym katalogu sklepów, gdzie trudno znaleźć coś po polsku. Co prawda mamy tu projekt Gutenberg, gdzie jest dwadzieścia książek w naszym języku, ale są to pozycje co najmniej średnio interesujące przeciętnego czytelnika literatury popularnej: m.in. Adam Asnyk (1 książka, "Pobudka"), Jan Kochanowski ("Threny" - po nazwie już widać, iż nie jest to wcale po polsku, po czesku czy słowacku, nie wiem), obowiązkowo Mickiewicz i aż pięć pozycji... Nie wcale nie jesteśmy zmuszeni korzystać z tej jakże ubogiej oferty. Bez problemu bowiem można wgrać swoje książki, przygotowane w formacie ePub.


Wgrywanie własnych zasobów
Co jest potrzebne do tego przedsięwzięcia? Albo iPhone z jakimś pakietem internetowym, albo iPod Touch podłączony do sieci Wi-Fi. Wystarczy wgrać na dowolny serwer książkę (może to być chociażby darmowy pakiet startowy; republika na Onecie, miasto na Interii czy webpark na WP) po czym w dziale POBIERANIE klikamy UDOSTĘPNIANIE i dodajemy źródło książek. Klikamy +, w NAZWIE należy wpisać dowolną nazwę naszego serwera, w URL pełen adres, łącznie z plikiem książki i rozszerzeniem *.epub. U dołu strony są dwie opcje: KATALOG i STRONA INTERNETOWA. Wybieramy tę drugą. Potem należy wszystko zatwierdzić przyciskiem GOTOWE, i jeśli wszelkie dane były prawidłowe, po kliknięciu adresu aplikacja zada pytanie, czy ściągnąć książkę. Po przetransferowaniu kilkuset kilobajtów pozycja znajdzie się w bibliotece.

Oczywiście wybór KATALOG służy (jak przypuszczam) do ściągania hurtem większej ilości rzeczy; jednakże nie jest taki prosty w opanowaniu, a i mnie nie interesowało ściąganie na raz kilku książek, dlatego specjalnie tej opcji się nie przyglądałem. Koniecznie muszę tu także dodać, że w prosty sposób można zsynchronizować Stanzę na iPhone z tym samym programem uruchomionym na komputerze. Niestety, choć sposób jest prosty i wielu na przeróżnych forach z niego z powodzeniem korzysta - u mnie nigdy nie zadziałał, zupełnie nie wiem dlaczego (może to wina 64 bitowego systemu operacyjnego, a może po prostu robiłem coś źle).

Korzystanie z programu
Biblioteka oferuje spis wszystkich pozycji w ujęciu alfabetycznym. Obok każdej z nich znajduje się niewielkie koło, domyślnie puste, zapełniające się stopniowo wraz z ilością przeczytanych stron. Wbudowany w urządzenie akcelerometr pozwala na znacznie ciekawszy widok, tzw. "cover flow". Wystarczy przechylić iPhone'a (iPoda) na bok, by uzyskać piękny obraz naszych książek, pomiędzy którymi przechadzamy się palcem po ekranie. To zabrzmi jak oczywistość, ale mimo to dodam, iż im lepiej przygotowany będzie plik ePub, tym lepiej będzie wyglądał: zwłaszcza okładki w Stanzy dodają naszej bibliotece uroku...


Przejdźmy wreszcie do otworzenia samej książki. Po krótkiej chwili wczytywania ekran iPhone'a przybiera wygląd kartki. Lekko szarzeje, a na nim pojawia się tekst powieści, z domyślną czcionką Georgia. Przesuwając palcem w górę lub w dół czytelnik sam może wybrać najlepiej odpowiadające mu w danej chwili przyciemnienie. Domyślcie się sami, jak bardzo ułatwia to korzystanie z programu, bez konieczności wychodzenia ze Stanzy do ustawień i przyciemniania systemowego. Ot, lekki ruch palcem i już, diody nie rażą tak mocno oczu, nie rażą wręcz wcale!

Z kolei przesuwania palca w lewo bądź prawo powoduje przewrócenie strony, zobrazowane przepiękną animacją przekładania kartki. Żeby nie było niedomówień: na "obracanej" stronie widać tekst, jak w przypadku prawdziwego woluminu. Oczywiście obrócenie urządzenia w poziomie automatycznie dostosowuje tekst do nowego widoku. Czego brakuje, to dźwięku, szelestu przekładanej kartki - iBooks dla iPada o tym jakże klimatycznym dodatku już nie zapomniało.

Tu warto rzec dwa słowa o ogólnych możliwościach dostosowywania tekstu. Rzecz jasna można zmienić czcionkę na jedną z ponad dwudziestu, oprócz tego dowolnie dostosować jej rozmiar - zarówno przez klasyczne wykorzystanie technologii multitouch (charakterystyczne rozszerzanie/zwężania palców czyli "pinch to zoom") jak i standardowa zmiana ustawień. Zmiana dodajmy typowo Apple'owska, nie mamy tu żadnych cyfr ani liczb odpowiadających kolejnym rozmiarom, po prostu przesuwamy suwak, a przykładowy fragment tekstu od razu obrazuje jak będzie wyglądał efekt. Aplikacja pozwala także na wybór, czy nasza powieść będzie miała odstęp linii pomiędzy akapitami czy też nie, jaka będzie interlinia oraz jak duży będzie rozmiar wcięcia akapitu, a może wcale czytelnik go sobie nie życzy? Edycji podlegają także marginesy, plus kolorystyka tła, tekstu a nawet linków w tych pozycjach, które zawierają takowe. Dodam jeszcze, iż można sobie wgrać nawet obraz jako tło, z dowolną przezroczystością. Fajna laska raczej będzie rozpraszała, ale grafika pergaminu bądź marmuru może niektórym jeszcze bardziej umilić czytanie. Obraz jednak powinien być rozmiaru wyświetlacza, gdyż Stanza mniejszych nie będzie kafelkowała, a po prostu je rozciągnie.


Stanza oferuje jeszcze jedną opcję, taką, która dla mnie jest niezwykle przydatna, a której mój BeBook na przykład nie posiada, przynajmniej nie w przypadku formatu ePub. Potrafi ona bowiem... dzielić wyrazy. Autentycznie, nie tylko przepięknie justuje tekst do obu stron kartki, ale także zapobiega zbyt długim spacjom w co poniektórych wierszach dzięki dzieleniu wyrazów. Algorytm dzielenia opiera się na prostej zasadzie obcinania wyrazu po wystąpieniu samogłoski. Oczywiście w ten sposób nie osiągamy stuprocentowej skuteczności, ale - o dziwo - poziom błędów realnie występujących podczas czytania pozwolę sobie oszacować na nie więcej, niż 10%. Czyli na tyle rzadko mamy z nimi do czynienia, że nie denerwują.

Program w dodatku jest niezwykle szybki. Oczywiście, że ePub to przemyślany format, nie wymagający od czytnika wiele wysiłku, wręcz przeciwnie. Mimo to jeśli dodatkowo się postaramy przy tworzeniu książki osiągniemy jeszcze wspanialsze efekty. Na przykład tworząc w niej rozdziały spowodujemy, iż każdy kolejny będzie się wczytywał osobno (szybko), zamiast przy każdym powrocie do aplikacji wczytywała się zawsze cała książka (jednak widocznie wolniej).


Podsumowanie
Na koniec pozostaje kwestia oszczędzania wzroku - wszak zarówno iPhone, jaki iPod Touch, a nawet iPad, na który też istnieje wersja programu to nie jest e-papier, tylko do bólu klasyczny wyświetlacz z obowiązkowym światłem własnym, które ma prawo razić wzrok. Nie zamierzam nikogo przekonywać, że jest lepszy od e-papieru, bo nie jest. Jednak chciałbym przekazać informację, iż Stanza potrafi tak inteligentnie współpracować z ekranem i użytkownikiem, iż odpowiednio przyciemniając/rozjaśniając wyświetlacz można osiągnąć naprawdę niesamowity efekt. Ujmijmy to tak: po czterech wieczorach (po około 3-4 godziny bez przerw) sam na sam ze Stanzą nie czułem kompletnie żadnego znużenia, bólu głowy czy innych charakterystycznych dla czytania z LCD objawów. Jak już cokolwiek było nie tak, to przyczepiłbym się do wymiarów iPhone'a - z tak niewielkim urządzeniem trudniej znaleźć dobrą pozycję do czytania niż trzymając dedykowany czytnik czy książkę.

Konkludując - choć mało kto się tego spodziewał, a dla niektórych zabrzmi to naprawdę niesamowicie, może nawet niewiarygodnie - Stanza umożliwia autentycznie pełne komfortu czytanie książek; swoich książek, tych, które każdy z nas posiada w domowo-komputerowej biblioteczce. Zdecydowanie, każdy posiadacz dotykowej zabawki marki Apple, który dumny jest ze swej miłości do literatury, powinien zajrzeć do AppStore, Lexcycle Stanza bowiem jest programem, który tacy jak my po prostu muszą mieć.

sobota, 7 sierpnia 2010

Roger Zelazny, Kronik Amberu tom 1: "Dziewięciu książąt Amberu"

Napisany w 1970 roku pierwszy tom cyklu "Amber" od samego początku mocno skojarzył mi się z tomem pierwszym słynnego cyklu Andre Norton "Świat Czarownic". Podobnie jak u Norton, Zelazny umieścił swojego głównego bohatera w naszym świecie, na Ziemi. Mężczyzna budzi się w tajemniczym miejscu, przypominającym szpital, lecz raczej taki dla chorych psychicznie, gdzie po pielęgniarzu można się raczej spodziewać samego zła niż realnie udzielanej pomocy pacjentom. Kolejnym zabiegiem, który z literatury znamy od lat, a który wkleił tu Zelazny jest amnezja - bohater kompletnie nie pamięta kim jest i co mu się przytrafiło. Szczerze mówiąc z początku byłem dość zawiedziony tak standardowym rozpoczęciem akcji, jednak na szczęście okazało się, że fabuła nie będzie znowu taka strasznie standardowa, przynajmniej nie od razu. Mimo utraty pamięci bohater, Corwin, doskonale zdaje sobie sprawę z własnej wyjątkowości, nie waha się przed dokonywaniem nawet najbardziej karkołomnych akcji, nie tylko tych wymagających siły, ale i w równej mierze inteligencji, co skutkuje sprawnie przeprowadzoną ucieczką ze szpitala i rozpoczęciem wędrówki w poszukiwaniu prawdy o sobie samym.

Pierwsza połowa książki to sprawnie napisana, w narracji pierwszoosobowej, opowieść o odnajdywaniu się w nieznanym środowisku. Corwin zręcznie bryluje między coraz większą ilością ludzi, którzy najwyraźniej go znają i to od lat. Proces poznawania podstawowych prawd, zapoznawania się z licznym rodzeństwem Corwina i podstawowymi relacjami między nimi jest napisany tak, że książkę czyta się jednym tchem. Niestety od mniej więcej połowy akcja przenosi się już w wyimaginowany, typowy dla fantasy świat Amberu i wszystko, co było w powieści fajne, staje się nudne, oklepane. Tylko ortodoksyjni fani fantasy będą się tu doskonale bawić. Książka zostawia zakończenie otwarte, starając się zachęcić czytelnika do sięgnięcia po kolejnych dziewięć tomów.

Nine Princes in Amber, Zysk i s-ka 1999, 172 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

czwartek, 5 sierpnia 2010

Janusz A. Zajdel "Lalande 21185"

O ile się nie mylę, "Lalande 21185" to pierwsza powieść naszego prywatnego, rodzimego mistrza fantastyki socjologicznej, jaka ukazała się w druku. I oczywiście nie należy do tegoż gatunku, jest to po prostu bardzo klasyczna tak w formie, jak i treści książka science fiction.

Bohaterami jest grupa astronautów, udających się do tytułowej gwiazdy Lalande 21185. Wśród nich znajdziemy znacznie młodszych członków załogi, wręcz dzieci jeszcze, urodzone w astrolocie. Wyprawa jest typowo badawcza.

Fabuła nie zachwyca. Nie jest oczywiście zła, nic z tych rzeczy. Po prostu historia jest dość przeciętna, a wszelkie ciekawe myśli autor niestety podaje w sposób lekko łopatologiczny, każąc swoim bohaterom wygłaszać gigantycznej długości monologi (zwłaszcza na końcu książki). Mimo to książka jest warta przeczytania nie tylko dlatego, że jej autorem jest twórca "Paradyzji" i "Limes Inferior". Znajdziemy tu nieco typowego, zajdlowskiego poczucia humoru, które doskonale znamy z jego rewelacyjnych opowiadań. Niektórym czytelnikom, zwłaszcza tym, dla których science fiction to absolutnie najważniejszy gatunek literacki spodoba się także bijąca z każdej niemalże strony prawda, którą Zajdel głosił otwarcie wszem i wobec: nauki humanistyczne są ważne, lecz to przedmioty ścisłe są tym, co popycha nas do przodu i to one są najważniejsze.

Lalande 21185, Nasza Księgarnia 1966, 228 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

środa, 4 sierpnia 2010

Jacek Dukaj "Wroniec"

W pierwszej chwili myślałem, że "Wroniec" to coś na kształt "Koraliny" Neila Gaimana, czyli powieść grozy dla najmłodszych, z dużą dawką dowcipu przeznaczonego także dla nieco starszych czytelników. Wszak sam moment porwania ojca bohatera, małego Adasia i zranienia jego matki to groza stuprocentowa. W następnych jednak linijkach tekstu ewentualny horror zmienia się w czystą groteskę i z może nawet lekkim wstydem zmuszony jestem dołączyć do tych, którzy zastanawiają się dla kogo w ogóle "Wroniec" został napisany? Bubeki, Podwójne Agenty, MOMO, Maszyna-Szarzyna... to wszystko fajnie brzmi "na sucho", ale podczas lektury trzeba mocno zagiąć rzeczywistość, by móc się od stanu wojennego uwolnić, i potraktować "Wrońca" po prostu jako dziecięce fantasmagorie, koszmar. To jednak jest temat, przy którym trudno jest się po prostu zabawić przy lekturze, inne spojrzenie autora do mnie nie trafiło, w pierwszej chwili nawet przypuszczałem, że może "Wroniec" miał być Dukajowym głosem w odwiecznym konflikcie, czy stan wojenny był zbrodnią, czy ratunkiem. Na szczęście po ukończeniu lektury to wrażenie zostało zmazane i ostatecznie mogłem uznać książkę za zjawisko ciekawe, jeszcze ciekawszą próbę odkrywania kolejnych horyzontów u pisarza, doskonałą zabawę słowem... jednak gdybym mógł się posłużyć słownictwem Mike'a Valentine'a Smitha, "Wrońca" zdecydowanie nie zgrokowałem.

Wroniec, wydawnictwo Literackie 2009, 248 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

iWoz. Od komputerowego geeka do kultowej ikony

Steve Wozniak to postać, której żadnemu fanowi technologii, komputerów czy też ogólnie nowoczesnego stylu życia przedstawiać nie trzeba. Autentyczny geniusz, wybitny inżynier, a do tego jeszcze zapalony dowcipniś o dość specyficznym poczuciu humoru. Teraz, w pierwszej dekadzie XXI wieku, gdy niezwykle jasno świeci gwiazda Steve'a Jobsa warto sięgnąć po biografię Woza, bez którego słynny prezes Apple miałby znacznie bardziej utrudniony start (bo że Jobs byłby sławny i bez Wozniaka - tu nie ma miejsca na wątpliwości).

Woz zdecydował się sam napisać swą biografię, współautorka Gina Smith jego historię, opowieści po prostu pomogła poskładać, by książkę czytało się wygodniej. Jest to dość klasyczny przedstawiciel gatunku, urodziłem się, mieszkałem, żyłem... Jednak pisany z owym nietypowym humorem, który tak bardzo wyróżnia Wozniaka od innych ludzi. W jego słowach wszystkie fakty, które zadziwiają do dziś, np. samodzielne złożenie Apple I, potem Apple II, czyli praktycznie pierwszego komputera dla każdego na którym każdy mógł coś zrobić, wcale nie jest takie nadzwyczajne. Wozniak podkreśla na każdym kroku, że to nie pieniądze były motorem, nie rywalizacja czy nawet miłość i pasja, jakie odczuwa wielu dziś do technologii. Jemu zawsze po prostu chodziło o samą inżynierię, proces, który zaczyna się na kartce papieru a kończy trzymaniem w dłoniach gotowego, wypieszczonego produktu.

Rewelacyjna książka, z której dowiemy z pierwszej ręki się jak też wyglądała najsłynniejsza komputerowa firma świata. Opisze to człowiek, który lekce sobie ważył wszelkiego rodzaju zarządy, prezesostwa, funkcje. Choć to on właśnie i jego geniusz tworzył komputery, Wozniakowi nigdy nie zależało na niczym innym, jak tylko pracy i jej efekcie. Dlatego może sobie pozwolić na opisanie prawdy, bez upiększania faktów na temat Jobsa oraz innych znanych nam ludzi, którzy wspólnie odmienili świat, czyniąc go takim, jakim dziś znamy.

iWoz: From Computer Geek to Cult Icon, wydawnictwo EMKA, 304 strony
Strona książki na LubimyCzytac.pl

Feliks W. Kres, Księgi Całości tom 3: "Grombelardzka Legenda"

Chodzą słuchy po sieci, że to prawie siedmiuset stronicowe wydawnictwo śmiało może konkurować z nagrodzonym Zajdlem "Królem Bezmiarów". I z pewnością tak jest, pod jednym, konkretnym punktem - książka jest "zlepiona" w podobny sposób z licznych, chronologiczno ułożonych opowiadań, z których wiele było znanych już wcześniej z kart książek "Prawo sępów" i "Serce gór". Dla jasności, to nie zarzut, a pochwała - dzięki temu wszystko, co dotyczy Łowczyni i jej udziale w niezwykle ważnych dla Szereru wydarzeniach mamy razem, w jednym tomie.

Autor prezentuje nam kilku bohaterów, szczególny nacisk położony został jednak na przedstawienie losów kobiety, łuczniczki, z pochodzenia Armektanki, z wyboru przebywającej wśród Gór. W "Grombelardzkiej Legendzie" poznamy dokładnie całą jej historię, od momentu, gdy świat usłyszał jej imię po raz pierwszy, do samego końca.

Twarda, rzemieślnicza robota, dla zdeklarowanego (ortodoksyjnego) miłośnika fantasy książka może być jedną z ulubionych. Jednak pozostałym czytelnikom miejscami może zdawać się nudnawa, lekko przegadana, a same góry Szereru nie potrafią - a przynajmniej mnie nie potrafiły - wciągnąć i zachwycić tak, jak Bezmiary. I tak, jak do "Króla Bezmiarów" na pewno powrócę, to "Legendę" sobie odpuszczę, raz na żywot mi w zupełności wystarczy.

Grombelardzka Legenda, MAG 2000, 680 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl