Po “Dżozefa” sięgnąłem wspominając bardzo udany zbiór opowiadań “Zaksięgowani” oraz równie przyjemną powieść “W odbiciu”. Teraz jednak spodziewałem się książki nie zahaczającej o fantastykę, zupełnie nie wiem zresztą czemu się tego spodziewałem. Takie wrażenie skądś się u mnie wzięło. Tymczasem “Dżozefa” bez kłopotu można by podciągnąć pod ten gatunek, może nawet chwilami pod horror?
Rzecz zaczyna się doskonale, autor przedstawia nam bohatera powieści – Grzesia – i dzięki narracji pierwszoosobowej odłożenie czytnika staje się bardzo trudne. Poznajemy naszego dwudziestoparolatka, dowiadujemy się skąd pochodzi i dlaczego w ogóle znalazł się w szpitalu. Bowiem akcja rozgrywać się będzie w szpitalu, w sali przeznaczonej dla czterech pacjentów.
Grzegorz poznaje swoich towarzyszy. Pana w sile wieku, którego nazywa Kurzem, pana Marudę oraz pana Czwartego. Początkowo książka doskonale przedstawia różne sytuacje znane nam wszystkim; historie o małżeństwach, miłościach, sposobach na życie, mentalności ludzkiej – te cztery postaci zamknięte w pokoju wystarczają, by poznać spostrzeżenia autora na temat naszej dziwnej rzeczywistości. W pewnym momencie jednak sprawa się zmienia, gdy na scenę wkracza tytułowy “Dżozef”.
I nawet nie będę próbował o Dżozefie nic napisać, ze strachu, że zepsuję zabawę. Powiem tylko, że akcja robi się nieco bardziej zamknięta, wkracza “element fantastyczny”, i rozpoczyna się kolejna historia, tkwiąca jednak w tej już nam opowiadanej.
Chwilami miałem wrażenie, jakby autor podczas pisania “Dżozefa” kilka razy zmieniał pomysł na tę powieść. Pewne rozwiązania sugerują mi taki plan, ale nie mówię tego jako przedstawienie ewentualnej wady. Przez cały czas klimat powieści jest na tyle mocny, a treść interesująca, że owo uczucie to drobnostka przy efekcie pracy Jakuba Małeckiego. A efekt ten jest bardzo sympatyczny, gdyż “Dżozef” okazuje się być książką, która – kto wie? – może niejednego czytelnika skłoni do przemyśleń na temat własnego życia, może nawet skłoni kogoś do zmian, do podjęcia wyzwania? Serdecznie polecam, warto się dowiedzieć o co chodzi z “Dżozefem”; nawet jeśli kilka razy trzeba będzie przymknąć oko na drobne niedopracowania, to lektura i tak jest warta uwagi.
Dżozef
W.A.B. 2011
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joseph Conrad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joseph Conrad. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 12 lutego 2019
sobota, 11 września 2010
Joseph Conrad "Pojedynek"
Po sieci chodzą słuchy, iż słynny film Ridleya Scotta „Pojedynek” został napisany na podstawie prozy niemniej słynnego pisarza, Josepha Conrada Korzeniowskiego. Film pamiętam nie całkiem dobrze, jednego jednak jestem pewien: opowiadał o dwójce francuskich żołnierzy, którzy przy każdej okazji, gdy na siebie wpadną pojedynkują się z powodu, którego praktycznie nie znamy, którego oni sami nawet nie pamiętają. Ich pojedynków było więcej niż jeden, a zwada trwa latami.
Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, iż opowiadanie „Pojedynek” wspomnianego Conrada jest KOMPLETNIE CZYM INNYM. Czyżby napisał dwa o tym samym tytule? :) Nie dość, że toczy się w Polsce, nie we Francji, to bohaterami są zupełnie innej postawy ludzie. Spokojnie, myślę sobie – takie szczegóły jak miejsce akcji czy postaci zawsze można dopasować do różnych realiów. Niestety jednak nie są to jedyne różnice.
Bohaterami opowiadania jest dwóch mężczyzn, owszem. Jeden z nich to starannie wychowany młody człowiek, którego szacunek do starszych, a już w szczególności do własnych rodziców jest tak wielki, że aż przesadny. Drugim z kolei jest człowiek znacznie lżej traktujący życie, wspomagający się spadkami po licznych krewnych, nie posiadający stałego zajęcia – typowy bawidamek, żyjący od balu do balu, od przyjęcia do kolejnego. Rzecz jasna dochodzi między nimi do spięcia, które – ostatecznie – doprowadza do tytułowego pojedynku. Jednakże tylko jednego, nie licznych, ponadto sam pojedynek opisany jest na jednej stronie, pod sam koniec opowieści. Przedtem natomiast musimy zapoznać się z przeróżnymi opisami wewnętrznych rozterek bohaterów, jak to u Conrada – często różnych od postaci głównych, na przykład przyjaciela jednego z pojedynkujących się czy jego ojca.
Dużo się tu mówi o honorze, w klasycznie pojmowany przez Polaków sposób – zwycięstwo albo śmierć, honor albo śmierć... Trzy słowa za dużo wypowiedziane w publicznym miejscu powodują u jednych myśli samobójcze, u innych absolutną zgryzotę, cierpienie nie z tej ziemi... Wszystko jak dla mnie stało się szybko groteskowe, tak pojmowany honor to rzecz typowa dla romantyzmu, przez co o wiele bardziej interesowały mnie powody drugiej postaci, lekko traktującego życie i innych szlachcica, bohatera w domyśle negatywnego, niż starannie wyedukowanego, honorowego Polaka.
Najgorsze jest to, iż nie dość, że akcja brnie przed siebie mozolnie, męczy się bardziej niż mucha w smole, to jeszcze wszystko ostatecznie zostaje sprowadzone do opowieści z morałem, którego człowiek uznający przede wszystkim zdrowy rozsądek nie jest w stanie na trzeźwo przyjąć do wiadomości. Nie polecam. Lepiej obejrzeć film Scotta, nieważne na podstawie czyjego opowiadania zrobiony :)
The Duel, Virtualo 2010, 91 stron
Strona książki na LubimyCzytac.pl
piątek, 10 września 2010
Joseph Conrad "Jądro ciemności"
„Jądro ciemności” to jedna z tych książek, do przeczytania których młody człowiek zostaje zmuszony w szkole średniej. I jak to bywa w przypadku tego rodzaju pozycji, nie czyta jej, ukazując wszystkim swój bunt i niezależność :)
O czym jest „Jądro ciemności”? Jest opowieścią o dzikim lądzie, w głębi Afryki. Jest także opowieścią o zbrodniach, jakich dopuszczają się biali ludzie tylko dlatego, iż tubylców mają za nic. Jest sporo powiedziane na temat kompleksów przeróżnych lokalnych „dyrektorów”, które ja osobiście odebrałem jako wskazanie głupoty ludzi, którzy spodziewają się trwać na jakimś stanowisku całe życie przez „zasiedzenie”, o histerii, jaką w nich wzbudza myśl o postępie i progresie, rozwijaniu się oraz zmianach w otaczającym ich dzikim świecie. Jest w końcu „Jądro ciemności” historią o człowieku, który osiągnął wśród tubylców taką władzę, iż stał się niemalże bogiem w ich, a także swoich oczach. Z tym fragmentem książka jest szczególnie kojarzona, i podczas lektury zaskoczył mnie fakt, iż w stu stronicowej książeczce autor zmieścił wiele więcej, niż tylko opis szaleństwa Kurtza. W zasadzie ponad połowę książki czekamy aż wreszcie Kurtz się pojawi na scenie osobiście, nie jedynie we wspomnieniach innych, a gdy już się pojawia okazuje się, iż zaraz będzie koniec lektury.
Często po latach okazuje się, iż niektóre lektury były jednak warte przeczytania, że zawierały w sobie niesamowite ładunki emocjonalne, może bardzo przydatną naukę na przyszłość, czasem zaś tylko (albo aż) pokazywały jak niektórzy pisarze potrafili wspaniale operować słowem. W przypadku „Jądra ciemności” sprawa przedstawia się jednak dość specyficznie. Otóż powieść zdecydowanie mówi o kwestiach niezwykle ważnych, przekazując czytelnikowi sporo brutalnej prawdy. Nie da się ukryć, iż dobrze jest się z utworem zapoznać i przemyśleć samemu to, co autor mówi.
Jest także druga strona. Niestety książka jest potwornie... nudna. Aby skupić swoją uwagę w stopniu pozwalającym na zrozumienie, trzeba dokonać ogromnego wysiłku, bowiem słowa składające się na powieść robią wszystko, by tylko czytelnika uśpić i zniechęcić. Sytuacji nie poprawia podwójna narracja (jeden człowiek opisuje jak drugi siedzi obok i opowiada całą tę historię) oraz monotonia ukazywanej rzeczywistości. Czytelnik zdaje sobie sprawę, iż być to mógł zabieg celowy – jak inaczej opisać męczarnię, wielomiesięczny rejs po rzece gdzie każdy dzień wygląda identycznie? Świadomość tego faktu jednak w ogóle nie pomaga w skupieniu się na opowieści... Na szczęście wszystko zamyka się we wspomnianych stu stronach, więc walka z nudą w celu poznania niezwykle odważnej, mówiącej o ludziach samej prawdy historii, nie będzie trwała dłużej niż jeden wieczór.
Heart of Darkness, Virtualo 2010, 103 strony
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)


