Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytnik książek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytnik książek. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 grudnia 2012

O "Czytaniu bez limitów", Legimi i chmurach słów kilka

Że Legimi jako pierwsi w Polsce próbowali jeszcze bardziej rozpowszechnić XXI wiek - to wiemy. Że potraktowano ich po polsku właśnie - wiemy także. Na szczęście w miesiąc po spektakularnej klęsce nowoczesnego myślenia Legimi powraca ze swoją usługą “Czytaj bez limitów”. No to kilka słów ode mnie na ten temat, wraz z wyjaśnieniem dlaczego wczoraj gorliwie się zapisałem, a dziś, nawet nie czekając do końca darmowego okresu trwania usługi się wypisałem.


Sam pomysł oceniam za genialny. To właśnie jest przyszłość - chmura. Kto tego nie wie albo nie rozumie, tego - głęboko wierzę - już niebawem czeka wielkie zdziwienie. Póki co wraz z upowszechnieniem się technologii mobilnych (smartfony, tablety, netbooki) praktycznie każdy liczący się gracz na rynku szeroko rozumianych treści do konsumowania dąży ku stworzeniu stabilnej, przyjemnej w użytkowaniu chmury. Czyli takiego specjalnego miejsca gdzieś tam, w internecie, gdzie przechowywane są dobra przeznaczone głównie z myślą o rozrywce. Na Zachodzie, gdzie rządy nie blokują inicjatyw, a nawet je wspomagają, od dawna można oglądać filmy i seriale bezpośrednio z dowolnego urządzenia podłączonego do internetu. W ten sam sposób można słuchać muzyki. Jest to coś na kształt “wypożyczenia” filmu czy albumu na jakiś czas. I w taki sam sposób fani literatury mogą poznawać kolejne książki - zapłaciwszy z góry określony abonament, dzięki któremu w każdej chwili można sobie pobrać na urządzenie nową powieść, komiks, czasopismo. Nie na własność, nie stać się posiadaczem owego pliku - pobieramy go w celu przeczytania. Nie posiadania.

W Polsce mamy raczkującą internetową telewizję (internetowa telewizja to baaaardzo szeroko rozumiany skrót myślowy z mojej strony). Jest TVN Player, ipla i inne tego typu usługi. Część zawartości jest za darmo, część wymaga opłacenia. I tak powinno być - nie rozumiem dążenia wielu użytkowników internetu do posiadania za darmo wszystkiego. Jak coś jest free, to trudno to coś traktować poważnie. Nie płacąc za aplikację i jej zawartość trudno oczekiwać stabilności, stałej poprawy działania programu oraz rzecz jasna nowych filmów, seriali, programów i tak dalej.

Identycznie sprawa wygląda z muzyką. Jest coraz więcej serwisów, które za miesięczny abonament oddają w nasze ręce (i ku uciesze naszych uszu) potężną ilość albumów muzycznych, long play’ów, singli, składanek, koncertówek, a nawet playlist stworzonych przez innych użytkowników, które mogą odpowiadać kształtem także i nam. Tu moim ulubionym przykładem jest Deezer, z którego od wielu miesięcy gorliwie korzystam. Pewnie, że nie znajdę tam wszystkiego, co chciałbym posłuchać. Ale taka aplikacja, która zaspokoi 100% oczekiwań użytkownika NIE POWSTANIE NIGDY, NA ŻADNĄ PLATFORMĘ. Doskonałość bowiem nie jest możliwa do osiągnięcia, mimo wszystko należy ku niej dążyć :-)

Teraz przyszedł czas na książki. Jest całkiem sporo tytułów, które chciałbym przeczytać, ale wcale nie czuję potrzeby ich posiadania, ani w formie fizycznej, ani w formie elektronicznej. Ot chociażby w moim przypadku są to kryminały, thrillery, literatura typu sensacja. Puenta dobra jest zazwyczaj tylko raz. Przeczytać - i owszem, koniecznie, umrę jak tego nie zrobię. Ale posiadać? Na półce będzie tylko zajmować miejsce, w którym może stać coś co przeczytam kilka(naście? dziesiąt?) razy - jakiś Philip K. Dick, może Mario Puzo, pewnie kilka pozycji Stephena Kinga, na pewno parę rzeczy Szczepana Twardocha, jakiś Asimov, Łukjanienko, Card, Robert J. Sawyer czy Mike Resnick. Zatem dobrze byłoby właśnie opłacić swego rodzaju abonament, dzięki któremu będę miał dostęp do takich książek, które wystarczy mi “zaliczyć”, mówiąc brutalnie. Dobrze się bawić podczas czytania, a potem o książce zwyczajnie zapomnieć, iść po kolejną. Każdy z nas zna taki gatunek, który lubi, jednak nie na tyle mocno, by wydawać pieniądze z taką samą chęcią, jak na gatunek inny - ten najważniejszy, ten jedyny, ten, od którego jesteśmy uzależnieni. Gatunek to oczywiście kolejny skrót myślowy, może to być autor, wydawnictwo, tematyka i tak dalej.



Legimi domaga się od nas 19 złotych miesięcznie za dostęp do około dwóch tysięcy książek. Jeśli usługa odniesie sukces, ilość książek w ofercie się zwiększy. Nie od dziś wiadomo, że polscy wydawcy nie należą do tych zorientowanych w temacie. Gdyby im dać wybór, pewnie cofnęliby się do czasów z początku lat dziewięćdziesiątych, gdy nie było praktycznie żadnej kontroli, gdy wydawnictwa powstawały hurtem, każdy mógł takowe założyć, a autorzy często nie dostawali ani grosza za ich dzieła, szczególnie ci z zachodu. Byle wydać, byle zarobić, nie ważne jakiej jakości będzie redakcja, tłumaczenie, papier, ilustracja na okładce, czcionka, marginesy, interlinie... ważna będzie cena. Dlatego właśnie tytułów w Legimi jest tysięcy dwa, nie pięć, jak miało być.

Przy okazji: tym większe brawa dla tych wydawnictw, które w “Czytaniu bez limitów” pozostały. Są to między innymi: W.A.B., MUZA, Buchmann, Insignis, Drzewo Babel. 

I tak na przykład od dawna miałem chęć na zaliczenie dwóch powieści Mankella, których cena jako ebooka jest zwyczajnie śmieszna, by nie powiedzieć: nieprzyzwoita. A w “Czytaniu bez limitów” - proszę, jest dostępny zarówno “Powrót nauczyciela tańca”, jak i “Gdy nadejdzie mróz”. Co prawda ten drugi nie chciał mi się ściągnąć, ale “Powrót...” już zacząłem czytać.

Aplikacja Legimi na iPada działa szybko i w miarę poprawnie. Z pewnością nie odstaje od podobnych programów do czytania od konkurencyjnych księgarni - Virtualo, Nexto, Woblink - z tym, że tam książki trzeba kupować osobno. Można tu wybrać jedną z kilku czcionek, bawić się justowaniem, bezpośrednio z programu zwiększać i zmniejszać jasność ekranu. Po obróceniu iPada ekran zostaje podzielony na dwie “kartki”, co jak dla mnie jest rozwiązaniem idealnym - bardzo nie lubię czytać wielgachnych książek. Podział na dwie strony w widoku poziomym jest bardzo udany i znacznie wygodniejszy.

19 złotych za miesiąc to cena skromna. Chyba, że ktoś męczy jedną powieść przez miesiąc czy dłuższy czas. Ale nawet wtedy wejście w usługę jest opłacalne, wszak większość eksiążek kosztuje więcej. A wyobraźmy sobie, że ktoś czyta tak, jak ja - przynajmniej kilka, a czasem i kilkanaście książek miesięcznie. Poważnie się obawiam, że gdyby tylko tacy czytelnicy weszli w usługę, Legimi nie dałoby rady owych książek opłacać... ;-)

Okej, to dlaczego zrezygnowałem, skoro uwielbiam chmury i nie odczuwam ciśnienia na posiadanie fizycznego (lub wirtualnego, w postaci pliku) woluminu na własność? Kurczę, powód jest tylko jeden, za to bardzo poważny. Otóż od ponad dwóch lat rozpieszczam swoje wcale nie takie zdrowe oczy ekranem typu e-papier. I zwyczajnie to, co oferuje iPad (w moim przypadku jest to iPad2) jest na tle BeBooka, Kindle’a czy innego czytnika zbyt słabe, zbyt bolesne dla wzroku, zbyt męczące dla oka, by móc się “Czytaniem bez limitów” cieszyć. Próbowałem, dzielnie walczyłem. Całą dobę. I z wielkim bólem serca, z żalem nad utraconymi lekturami, które miałem na wyciągnięcie ręki, rezygnuję, bo po prostu nie dam rady. Co chwilę mam ochotę zrobić sobie przerwę, co i rusz muszę iPada odłożyć, zająć wzrok czymś mniej wymagającym. Zwyczajnie się nie nadaję, ze swoimi okularami. 

Jedna z konkurencyjnych księgarni już zarobiła, bowiem “Powrót nauczyciela tańca” zakupiłem, mimo katastrofalnej ceny, wszak lekturę należy zakończyć. A ja życzę wszystkim, by nie mieli mojego problemu, by docenili wysiłek Legimi, by im kibicowali, by aplikacje na pozostałe systemu operacyjne, a także na smartfony, nie tylko tablety, powstały jak najszybciej. Bo to jest przyszłość. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. A teraz oddam się marzeniom o "Czytaniu bez limitu" dla czytników z e-papierem...

poniedziałek, 26 listopada 2012

Żegnaj, BeBooku, witaj Kindle!

Dwa i pół roku temu kupiłem sobie pierwszy czytnik wyposażony w epapier. Był to model BeBook One 2010, zwany także BeBookiem Plus. Urządzenie działa sprawnie do dziś i nigdy nie żałowałem obłędnej sumy 1104 złotych, które wtedy musiałem wydać.

Dla maniaka technologii dwa lata to bardzo dużo. Sam jestem zaskoczony, że przez tyle czasu nie zmieniłem urządzenia, których w międzyczasie nie brakowało. Pojawiały się coraz ciekawsze i coraz lepsze, bijące na głowę BeBooka pod względem specyfikacji, szybkości, jakości ekranu. Rynek także mocno się zmienił. W 2010 roku ebooki w Polsce dopiero startowały, księgarnie sprzedawały epuby zabezpieczone przy pomocy nieprzyjemnego mechanizmu Adobe DRM, większość fanów formatu mobi musiała sobie książki sama konwertować. Potem jednak przyszedł wielki boom i dziś nie ma tygodnia, w którym nie kupiłbym choć paru pozycji, dzięki bogatej (i stale się powiększającej) ofercie kilku wybranych księgarń, dobrze zorganizowanym promocjom oraz możliwości pobierania różnych formatów eksiążek za raz wydane pieniądze. Szczególnie ten ostatni element namawiał mnie od dawna na zakup najbardziej znanego, najsłynniejszego czytnika, tego produkcji Amazonu - Kindle.

Piękne jest to, że Kindle piątej generacji w roku 2012 jest pod prawie każdym względem lepszy od BeBooka, a przy tym lekko licząc kosztuje zaledwie połowę jego ceny sprzed dwóch lat. Zresztą jeśli trochę pokombinować można wersję With Special Offers (czyli tę, którą kupiłem) mieć za jeszcze mniejsze pieniądze.

Za swojego Kindla dałem mniej niż 500 zł, a w cenie jeszcze się zmieściło całkiem znośne etui. Cena po prostu szokująca na tle konkurencji.

Różnice
Podstawową różnicą między Kindlem i BeBookiem jest oczywiście format książek. BeBook potrafił połknąć zarówno epub, jak i mobi oraz kilkanaście innych. W praktyce korzystałem tylko z epub, bowiem średnio mi się podobało bebookowe przedstawienie mobi. Ponadto kilka razy z niewyjaśnionych przyczyn książek mobi nie potrafił doczytać.

W Kindlu oczywiście w grę wchodzi tylko mobi. Z moich doświadczeń wynika, że jest to format o wiele szybszy w ładowaniu, nie musi być także sztucznie pompowany przez dodawanie osobnych czcionek i inne tego typu zabawy, znane z epub. Mobi po prostu działa, czyta się świetnie. A tworzy? Cóż, bawiłem się wieloma programami do robienia plików mobi i krótko powiem: wygodniej jest zrobić epub, a potem dokonać konwersji, chociażby w nieśmiertelnym Calibre.

Drugą wielką różnicą jest typ ekranu. W BeBooku mam szesnaście odcieni szarości na wyświetlaczu typu Vizplex, Kindle daje tyle samo, ale na ekranie typu Pearl. Różnicę rzeczywiście widać położywszy oba urządzenia obok siebie. Nagle okazało się, że na BeBooku czcionki były ciemnoszare na jasnoszarym tle. Na Kindlu widać jakby fonty były czarne na tle białym, co jest oczywiście wygodniejsze.

Poza tym zadziwia prędkość Kindla. Urządzenie można wziąć do ręki po czym bardzo szybko klikać przycisk zmieniania strony, a Kindle w czasie rzeczywistym je zmienia. Jak to zobaczyłem po raz pierwszy doznałem szoku. BeBook musiał każdą kolejną stronę zaczytać, co trwało chwilę. Byłem przyzwyczajony do klikania przycisku zmiany strony już w momencie, gdy zostało mi jeszcze kilka linii tekstu. Zmiana druku następowała po czasie, jaki był mi potrzebny na doczytanie. W Kindlu jest to niemożliwe - gdy kliknę przycisk zmiany strony natychmiast pojawia się kolejna. Szybkość jest zadziwiająca. Znawcą nie jestem, ale nawet nie przypuszczałem, że technologia epapieru może być tak szybka.

Oczywiście ta prędkość nie wynika tylko z dobrych parametrów urządzenia, ale także sprytu Amazonu. Kindle na ekranie Pearl nie musi odświeżać strony co chwilę, jak Vizplex w BeBooku. Tam rzeczywiście było czasem widać pozostałości po poprzednich kartkach, szczególnie na obrazkach. W Kindlu pełne odświeżenie epapieru następuje raz na około pięć zmian strony - a artefaktów nie widać.

Podobieństwa, czyli znowu różnice ;-)
Zarówno BeBook, jak i Kindle posiadają ekrany o tej samej przekątnej (6 cali) i rozdzielczości (600x800 pikseli). Jednak Amazon wydaje się zwracać o wiele większą uwagę na detale i dzięki temu książka wygląda o niebo lepiej na Kindlu. Przede wszystkim mamy więcej możliwości formatowania tekstu. Domyślna wielkość czcionki jest idealna, a sprawne zagęszczenie tekstu oraz dopracowane marginesy powodują, że na jednym ekranie można przeczytać o wiele więcej linii, znaków, niż na BeBooku, wcale przy tym nie wysilając wzroku.

Genialnie został potraktowany w Kindlu problem justowania. Na BeBooku najlepiej czytało się książki justowane do lewej strony. Dzięki temu nie trafialiśmy na linie tekstu, w którym bywały zbyt wielkie dziury wywołane przez nadmuchane spacje. Amazon jednak wymyślił świetny sposób, by tekst był jednocześnie pozbawiony owych dziur, ale i justowany do obu stron, co wygląda według mnie po prostu ładniej.

Otóż Kindle ma ograniczenie długości spacji, odstępu między wyrazami. Jeśli owo ograniczenie miałoby zostać przekroczone, dana linia... przestaje być justowana do obu marginesów, a staje się justowana tylko do lewego. I szczerze mówiąc widok tych kilku wersów justowanych na lewo, wśród ogromnej większości justowanych do obu stron w ogóle nie przeszkadza, a całość jest i tak niezwykle zwarta, przejrzysta i uporządkowana.

Internet
Choć Kindle’a zamówiłem 19 listopada (w piąte urodziny czytnika, zbieg okoliczności), to jeszcze nie uruchomiłem przeglądarki internetowej w moim modelu. Pod pojęciem internet jednak mam na myśli coś zupełnie innego - wysyłanie książek na urządzenie bez kabla. Po rejestracji czytnika w Amazonie dostałem unikalny email w domenie @kindle.com, na który mogę wysyłać maile z załącznikami w postaci książek. Trafiają one bezpośrednio na mój nowy czytnik, wystarczy włączyć połączenie WiFi. Fajne rozwiązanie, precz z kablami! :-)

Kilka księgarni już uruchomiło wysyłkę na Kindle. Wystarczy dodać ich maile do czegoś na kształt “białej listy” na swoim koncie w Amazon.com, by swobodnie, jednym kliknięciem wysyłać zakupione książki bezpośrednio na czytnik. Świetne rozwiązanie - nawet teraz, pisząc te słowa, w chmurze amazonowej (amazońskiej?) już czekają dwie kolejne książki. Niech tylko wezmę czytnik do ręki i zaraz będą gotowe do lektury.

Jak na razie...
…jest wspaniale. Biedny BeBook chyba będzie musiał poszukać nowego właściciela. Zwyczajnie nie dorasta Kindlowi do pięt, choć fizycznie jest urządzeniem większym i cięższym :-) Tak dobry sprzęt, za tak (relatywnie) niewielkie pieniądze - wreszcie zrozumiałem dlaczego jedno z ulubionych pytań fanów eliteratury brzmi: “jaki masz czytnik i dlaczego Kindle?”. No właśnie dlatego.

czwartek, 15 września 2011

Próba zainteresowania problematyką nie nadających się do czytania książek oficjalny serwis Jacka Piekary

Podczas lektury kolejnych tomów o przygodach inkwizytora Mordimera Madderdina kilka razy można było trafić na bardzo osobiste przedmowy/posłowia autora. Pisarz znany z ciętego języka oraz określonych poglądów okazał się być także człowiekiem, który wspaniale potrafił docenić czytelnika i podnieść jego samoocenę, chwaląc nas wszystkich za wybór książek, nie tylko jego, ale literatury w ogóle, w czasach gdy są tak drogie. Pamiętam porównania autora, chylącego czoła przed ludźmi, którzy wolą posiedzieć z przygodami Madderdina w ręce, niż iść na pizzę i piwo z przyjaciółmi.

Jakiś czas temu pisarz zdecydował się na autoryzację strony internetowej poświęconej jego twórczości. Od teraz mamy w sieci miejsce, w którym teoretycznie powinny pojawiać się najświeższe newsy i wieści dotyczącego jego pracy, zautoryzowane, czyli po prostu w miarę prawdziwe. Co więcej, można dokonać założenia, że skoro strona jest oficjalna, to autor pozostaje w swego rodzaju kontakcie z administracją. Tylko z tego powodu postanowiłem napisać tam w sprawie książki Jacka Piekary, którą po konwersji dokonanej przez Virtualo.pl sprzedaje Empik, a która jest zrobiona z błędami, niezdatna do lektury, a reklamacja póki co nie przynosi rezultatu. Opisałem tam sytuację nas, e-czytelników, płacących te same pieniądze za powieści pisarza, tak samo czekających na kolejne tomy. Odpowiedź z oficjalnego serwisu Jacka Piekary mnie zamurowała, wbiła w fotel i by nie doznać trwałego urazu psychiki musiałem potraktować ją jak dobry dowcip.

Oto cała treść odpowiedzi:

Kupuj wydania papierowe, nie będziesz miał problemu.
Pozdrawiam
Jacek Piekara - Oficjalny serwis
Dobre, co? :-)

Wygląda na to, że jesteśmy na jeszcze długi czas skazani na getto. Musimy sobie radzić sami, znikąd pomocy.

środa, 14 września 2011

Reklamacja książki w sklepie Empik, konwertowanej przez Virtualo.pl - zapis dla niezadowolonych czytelników

Jako że wczorajszy zakup ostatecznie uświadomił mi, że nie można czekać na lepsze czasy, tylko trzeba im na miarę możliwości pomóc, by w końcu nadeszły, w tym poście zamieszczam swoją reklamację ze wszech miar zepsutej, niechlujnej i przygotowanej przez najwyraźniej średnio rozgarniętych ludzi książki Jacka Piekary "Ja, inkwizytor. Bicz Boży". Jeśli doczekam się odpowiedzi, pojawi się ona poniżej.

Treść reklamacji:
14 września 2011, przed 9.00 rano
Uprzejmie proszę o poprawienie elektronicznej wersji książki - jest przygotowana w najwyższym stopniu niechlujnie, wyświetla się na czytniku niepoprawnie, jest niemożliwe zwiększenie czcionki, potrafi wręcz zawiesić zarówno czytnik, jak i nawet program Digital Editions na komputerze.
Proszę także o wpłynięcie na Virtualo.pl tak, by wreszcie zaczęli przygotowywać książki na poziomie europejskim. Proszę zauważyć, że wydania np. Czarnej Owcy są przygotowane profesjonalnie, z dbałością o klienta. Czy naprawdę jest tak trudne wymuszenie na Virtualo zatrudnienia specjalisty? Mamy w kraju tylu fanów literatury, znających się przy okazji na informatyce - dlaczego Virtualo wciąż po roku od oficjalnej premiery nie potrafi zrobić książki w formacie epub na światowym poziomie?
Liczę na szybką reakcję oraz możliwość przeczytania legalnie zakupionej książki.

A oto odpowiedź, 14 września, godzina 11.05:
Szanowny Panie,

Dziękuję za przesłaną wiadomość i jednocześnie uprzejmie
informuję, że wskazany EPUB został wydany w poprawnej formie. Czcionka
ulega powiększeniu, czytanie ebooka nie powoduje chwilowych przestojów w
pracy komputera. Wydanie ebooka nie odbiega jakościowo od przyjętej normy
na rynku. Nie stwierdziłem zastrzeżeń jakie przedstawił pan w
przesłanej wiadomości.



Jak widać, sklep/producent elektronicznych książek w formacie epub twardo obstaje przy swoim zdaniu. Szczególnej uwadze polecam ten fragment: "Wydanie ebooka nie odbiega jakościowo od przyjętej normy na rynku". Fakt, że książka na dwóch komputerach oraz czytniku działa niepoprawnie, potrafi zarówno program Digital Editions jak i sam czytnik zawiesić przy próbie korzystania z nieco większej czcionki niż najmniejszej nie ma znaczenia, podobnie jak znaczenia nie ma fakt kolejny - wpis we właściwościach książki, sam Digital Editions zdaje sobie sprawę z błędów oraz niestandardowej konwersji.

Pytania dotyczące konwersji, jej jakości oraz ludzi za nią odpowiedzialnych pozostały bez odpowiedzi. Znaleźliśmy się w trudnej sytuacji. Otóż najwyraźniej okazuje się, że "przyjęte normy" według Virtualo/Empik są zupełnie inne od tych, które uznajemy my - czytelnicy, zarazem sprawni twórcy książek elektronicznych, uwielbiający epub nie tylko za czytelność, ale i właśnie prostotę tworzenia. Z ciekawości: czyżby książka wyświetlała się poprawnie na niebywałym wynalazku, sprzęcie XXII wieku, sprzedawanemu przez Empik czytniku Oyo? A beznadziejny BeBook Plus One może po prostu sobie nie daje rady? Podobnie Digital Editions - jedyny sposób na otworzenie i zautoryzowanie legalnie zakupionej książki w formacie epub zabezpieczonej ADEPTEM DRM - według "przyjętych norm" jest może programem przygotowanym niechlujnie i z błędami? A może to Virtualo/Empik wie, jak książki tworzyć i sprzedawać, a my, durnie czepiamy się, nie znając się w ogóle na rzeczy? Im się strona tytułowa otworzyła, czcionka powiększyła. Do strony jedenastej raczej nie dotarli...

Choć nie wierzę w teorie spiskowe, nim opublikowałem tego posta ściągnąłem ponownie książkę, od zera, przez plik ACSM. Zgodnie z tego typu teoriami logicznym byłoby, gdyby uprzejmy Sprzedawca szybko książkę poprawił, po czym udawał głupiego. Niestety - ponownie ściągnięta książka otwiera się w dokładnie ten sam sposób, czyli nie otwiera poprawnie.

Na chwilę obecną jedyna nauka, jaką możemy wyciągnąć z modelu sprzedaży i traktowania klientów przez Virtualo/Empik brzmi następująco: książkę zakupujemy tylko w celu wejścia w posiadanie jej treści, nie przyjemności czytania. Aby lektura była na poziomie zdecydowanie odbiegającym od "przyjętych norm", czyli po prostu możliwa, należy sobie ową treść z epuba wydobyć, po czym książkę przygotować samemu. To tak, jak gdybyśmy kupili wersję papierową w formie rozrzuconych i nieponumerowanych pojedynczych stron. Co, nie da się czytać? No pewnie, że się da! Tylko wpierw trzeba jakiś czas poświęcić na zrobienie porządku...


Ale nie będziemy się poddawać. Ponowna reklamacja, 14 września, godzina 11.47:
Jeszcze raz w tej samej sprawie.
Nie wątpię, że książka została przygotowana według "przyjętych norm", jakich trzyma się firma odpowiedzialna za konwersję. Pozwolę sobie jednak zapytać: czy owe "przyjęte normy" zakładają, by każda pozycja konwertowana przez Virtualo.pl we własnych właściwościach zawierała informację o możliwych do wystąpienia błędach? Program Digital Editions wyraźnie je wskazuje, po kliknięciu w opcję "ITEM INFO".
Owszem, czcionkę możemy powiększyć - lecz tylko do pewnego momentu. Ani na czytniku, ani w Digital Editions nie jest możliwe czytanie od strony 10-11. Lektura zamiera. Przypuszczalny powód: zła konwersja obrazów, ilustracji znajdujących się w książce.
Lektura jest możliwa jedynie przy wybraniu czcionki najmniejszej. Epub nie po to oferuje możliwość zwiększania wielkości fontów, by móc używać jedynie jednego. Najmniejszy jest naprawdę niewielki.
Proszę o ponowne rozpatrzenie sprawy - książka naprawdę jest źle przygotowana.

-------------------------------------

W międzyczasie, oczekując na odpowiedź na kolejnego maila, postanowiłem rzucić (jednak) okiem do wnętrza książki. Zajrzałem do sekcji "style" w kodzie książki, i znalazłem taki oto wpis we fragmencie dotyczącym obrazów:

display: block;

Usunąłem. I działa. Nic innego nie zmieniałem.

Ciąg dalszy historii, czyli odpowiedź Empiku na kolejne zgłoszenie, 15 września, godzina 8.58:
Szanowny Panie,

Dziękuję za przesłaną wiadomość i jednocześnie uprzejmie
informuję, że obecnie trawa sprawdzanie poprawności pliku. Jak tylko
zostanie ono zakończone skontaktujemy się z Panem mailowo.



Minął dzień, o 17.59 dnia 16 września otrzymałem kolejnego maila. Sprawa została przekazana dalej, do osób odpowiedzialnych za konwersję. Znowu sobie pozwolę przytoczyć jego treść w całości:


Szanowny Panie,

Otrzymaliśmy informację od naszego Partnera Empik.com na temat problemów z odczytaniem ebooka pt. "Ja inkwizytor. Bicz Boży." wydawnictwa Fabryka Słów.
Przyczyną problemów, które opisał Pan również na swoim blogu, jest przede wszystkim niewystarczające wsparcie softwarowe dla niektórych poprawnych (ale złożonych) konstrukcji HTML w formacie EPUB.   Na rynku dostępnych jest wiele różnych urządzeń opartych na innych specyfikacjach i przy braku jednolitego standardu dla formatu EPUB, niektóre urządzenia mają problem z obsługiwaniem poprawnych plików.

Część problemów jest wyjątkowo trudna do wychwycenia i tak stało się niestety również w tym przypadku. Staramy się wykrywać możliwie najwięcej tego typu problemów, ale przy mnogości urządzeń na rynku i liczbie plików, nad którymi pracujemy, niestety nie zawsze jest to możliwe.   Możemy jednak zapewnić, że dokładamy wszelkich starań w modernizowaniu procesu tworzenia ebooków w formacie EPUB, aby e-czytniki mogły obsługiwać nasze książki niezależnie od marki.

Jednocześnie chcielibyśmy przeprosić za zaistniałą sytuację i zapewnić, że problem zostanie wyeliminowany, a do struktury naszego EPUBa zostaną wprowadzone odpowiednie poprawki.



Jak widać, jest lepiej. Jest nadzieja. Odpisując pozwoliłem sobie zaznaczyć, że błędne wyświetlanie tej książki nie dotyczyło tylko mojego czytnika. Jestem świadomy, że książka na innych urządzeniach działa poprawnie (szczególnie na tabletach i smartfonach). Jednakże prawda jest taka, że wyświetlanie książki nawet w programie Digital Editions jest uzależnione od wielkości fontów, co z kolei powodują zamieszczone ilustracje. W tym programie także książkę można unieruchomić - więc sprawa jest poważna.
Podsumowując reklamację - myślę, że już prawie się udało. Wydaje mi się, że zainteresowałem problemem osoby odpowiedzialne nie tylko za sprzedaż, ale także za proces konwersji plików. Teraz pozostaje mi, a raczej nam, e-czytelnikom, czekać, aż książka rzeczywiście zostanie poprawiona, co namiętnie będę sprawdzał i o czym z pewnością tu napiszę.


-----
...i jest. Pewnie już od kilku dni, nie mogłem sprawdzić (piszę to 25 września). Faktem pozostaje, że "Ja, inkwizytor. Bicz Boży" Jacka Piekary w formie epub jest książką poprawioną i od teraz można swobodnie bawić się wraz z bohaterami.


Co ciekawe, nie tylko problem opisany przeze mnie został poprawiony. Książka w ogóle wygląda inaczej... tak zaskakująco dobrze, w stosunku do jakości, do której nas Virtualo.pl przyzwyczaiło, że nawet jestem skłonny zgodzić się z twierdzeniem, iż została przygotowana "według przyjętych norm". Poprawiono błędne wyświetlanie się podziękowań autora, zmieniono marginesy i - co według mnie najbardziej istotne - zmieniono czcionkę. Z paskudnej Iwony zrezygnowano (choć jej pliki wciąż są obecne wewnątrz pliku epub, przez co osiągnął rekordową wielkość ponad 3 MB), a czytając oglądamy o wiele przyjemniejszą dla oka czcionkę DejaVu Serif.


Na koniec całej sprawy tak sobie myślę... gdyby znalazło się więcej niezadowolonych czytelników, którzy głośno będą protestowali, może byśmy sobie "wychowali" ludzi od konwersji i doprowadzili do sytuacji, w której bez obaw można kupować książki? Bo jak widać, czasem się uda coś zdziałać :-)

wtorek, 13 września 2011

Kolejna książka kupiona w Virtualo.pl/Empik - kolejny bubel

Mimo że stale narzekam na sposób konwersji książek, którego duet Virtualo.pl/Empik się uczepił jak rzep psiego ogona, z braku alternatywy wciąż kupuję ich pozycje. Pewnie, że widząc książki przygotowane przez profesjonalistów (wydania Czarnej Owcy, Znaku, Powergraphu) jestem o wiele bardziej skłonny wydać kasę, o czym duet by wiedział, gdyby zatrudniał fachowców po marketingu i miłośników literatury a nie krewnych i znajomych królika. Cóż, czasem nie mamy wyboru. Zachciało mi się wreszcie zaliczyć trzeci tom przygód młodego inkwitzytora, nazwany “Bicz Boży”. Zakupiłem, ciesząc się jak głupi do sera na myśl o (oby znośnej) lekturze popołudniem. I dupa - nic z tego nie wyszło, książka po przewróceniu jedenastu wirtualnych stron odmówiła posłuszeństwa.

Siedziałem i myślałem. Kombinowałem. Zacząłem nawet rozważać pomysł zdjęcia zabezpieczeń DRM i osobistego poprawienia znowu zmasakrowanego kodu książki. Po chwili jednak do mnie dotarło, że z jakiej racji ja mam to robić? Wysiłek włożony w poprawianie po kimś, kto wziął za bubel pieniądze może zaowocować tylko jednym sposobem odreagowania - udostępnieniem poprawionej wersji w sieci. Ale znowu szkoda pisarza, to nie jego wina. Mam nadzieję, że nie wie, jak żenująco przygotowywane są jego książki w formie elektronicznej, bo jeśli wie i ma to gdzieś - tym gorzej dla niego.

Po paru kwadransach ciągłego wgrywania na czytnik, kasowania, reinstalacji programu Adobe Digital Editons (tonący chwyta się brzytwy), uruchamiania książki w przeróżnych programach na komputerze znalazłem błąd. Nie był trudny, wręcz przeciwnie - błąd okazał się być kolejnym dowodem na to jak beznadziejna jest obsługa w Virtualo.pl, jak pozbawionymi elementarnej wiedzy są tam pracownicy oraz jak niefrasobliwie tworzą coś, za co każą sobie płacić. Nikt nawet nie sprawdził książki przed umieszczeniem jej w katalogu i na serwerze - gdyby ktoś to zrobił, błąd znalazłby od razu. Wyobraźcie sobie, że człowiek przygotowujący książkę w wydaniu elektronicznym zapragnął zrobić wreszcie coś, co mogłoby konkurować z wydaniami Czarnej Owcy czy Powergraphu. Postanowił, że powrzuca do książki obrazki - nic nowego, wszak Fabryka Słów znana jest z nadmuchiwania książek często wątpliwej jakości ilustracjami, a skoro są w wydaniu papierowym, jest logicznym, że i wydanie elektroniczne powinno je zawierać.

Problem polega na tym, że owe ilustracje w tekście zostały umieszczone w taki sposób, że akapity się ich kurczowo trzymają, mówiąc obrazowo. Objawia się to sztucznym podziałem na strony w formacie epub, który, jak wie każdy średnio rozgarnięty chłop, jest formatem bezstronicowym. Cóż to oznacza? Ni mniej ni więcej tyle, że wystarczy powiększyć czcionkę by czytnik (obojętnie czy e-ink, czy nawet program Adobe Digital Editions) stanął w jednym miejscu i nie potrafił przejść do kolejnej strony. Słowo daję, takiego byka bym się nigdy w życiu nie spodziewał - aby książka poprawnie się wyświetlała, należy używać najmniejszej możliwej czcionki, a nawet wtedy przewracając stronę obejrzymy fragmenty tekstu już przeczytanego, które są sztucznie wstawione i dopasowane do obrazków. Nic nowego - wszyscy wiedzą, że obrazki są dodatkiem do treści, widać w Virtualo.pl ktoś uznał, że jest na odwrót... Nikt nie wpadł na pomysł oddzielania obrazów od tekstu, o umieszczeniu ich w specjalnie dostosowanej rozdzielczości na osobnych stronach, po wymuszonym podziale też nike nie pomyślał. Brawo, fachowcy, gratuluję. Znowu zostało udowodnione, że o wiele lepiej jest książkę ukraść z sieci i zrobić sobie porządnego epuba, zamiast uczciwie kupić - o wiele mniej nerwów.

PS. Nawet program widzi, że plik jest zrobiony w dziwny sposób:


PS2. Co śmieszniejsze, wchodząc ze spisu treści głębiej w książkę, po czym zwiększając czcionkę czytnik (tak samo jak Digital Editions na kompie!) mi się śmiertelnie zawiesza, resecik albo wyjmowanie baterii dopiero pomaga... Półtora roku używania czytnika i NIGDY takiego czegoś nie widziałem.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Jetem monopolistą i mam cię w d... czytelniku, czyli jak w Polsce przygotowuje się elektroniczne wersje książek

Około rok minął od uruchomienia w naszym kraju pierwszej POWAŻNEJ (czytaj: z ofertą na 95% czytników na rynku, nie na jedną sztukę) księgarni z literaturą w formie elektronicznej. Na półkach duetu Virtualo.pl/EMPiK.com pojawiło się całkiem sporo wydawnictw, a ich ilość rosła z miesiąca na miesiąc.

Ten wpis jednak nie będzie o tym, co możemy w sklepach zakupić, ale o formie, w jakiej książki są sprzedawane. Jakąś część całego kontentu do formatu elektronicznego epub konwertuje samo Virtualo, co dumnie zaznacza w książkach. Inne pozycje przygotowywane są przez kogoś innego - czy samego oryginalnego wydawcę, czy osoby (firmy) trzecie, tego niestety nie wiem. Wiem natomiast, iż jest ogromna różnica w jakości tych konwersji.

Z początku system prowadzony przez Virtualo mi w ogóle nie przeszkadzał. Ważniejsza była dla mnie sama możliwość zakupienia polskich książek w formacie epub, książek ulubionych wydawców. Także stałem się posiadaczem kilku pozycji, które jednak już od początku robiły złe wrażenie, a dziś, po roku, już na nie patrzeć nie można.

Virtualo stosuje się do wymogów, jakie należy spełnić by jednocześnie móc wykorzystywać zabezpieczenie Adobe DRM, ale i mieć w książce polskie znaki. W telegraficznym skrócie - system Adobe Digital Editions, na którym oparty jest format epub i jego zabezpieczenie nie umożliwia na chwilę obecną wyświetlanie żadnych innych znaków, niż te należące do tzw. alfabetów zachodnich. W przypadku Polski oznacza to, że książki zamiast polskich liter wyświetlają znaki zapytania. Lektura jest oczywiście niemożliwa. Rozwiązaniem problemu jest takie przygotowanie pliku epub, by książka już sama w sobie zawierała pliki fontów, po czym odpowiednie zakodowanie epuba, tak, by do tych właśnie czcionek książka się odwoływała. Dzięki temu mamy polskie znaki diakrytyczne, a z drugiej strony tracimy możliwość samodzielnego zmieniania czcionek na inny krój na większości dostępnych aktualnie czytników książek elektronicznych.

Wydawca ebooków w języku polskim zadbał o wrzucenie odpowiedniej czcionki do każdej przygotowanej przez siebie książki. Co ciekawe zamiast idealnego do lektury kroju Liberation, będąym fontem opartym na licencji GPL (czytaj: za darmo, można używać bez strachu) Virtualo wynalazł przedziwną czcionkę o nazwie Iwona, której krój nie przypomina w żadnym fragmencie typów zazwyczaj stosowanych w druku, do której trzeba się przyzwyczaić.

Znacznie gorszym rozwiązaniem od wyboru czcionki jest jednak system, w jakim książki powstały - bezduszna konwersja średnio dopracowanego tekstu, wyglądająca tak, jakby nikt nie poświęcił ani chwili na jego sprawdzenie czy korektę. Epuby Virtualo wyglądają tak, jakby surowy wynik skanowania książki został zaczytany do aplikacji konwertującej, która następnie “wypluła” gotową do sprzedaży pozycję.

Ebooka powinno się tworzyć zupełnie inaczej. Niezależnie od tego, czy dysponujemy oryginalnym zapisem elektronicznym książki, udostępnionym przez wydawcę wersji papierowej, czy też należy wpierw pozycję zeskanować - plik ten trzeba odpowiednio przygotować do konwersji. Ale zanim do tego dojdziemy, trzeba znać przynajmniej w ogólnym zarysie treść i wygląd oryginalnej książki, by poznać jej styl, ilość tekstu formatowanego w sposób specjalny. Zaliczymy do tego częstotliwość występowania kursyw, pogrubień, szczególnych akapitów, list. Są to także rozdziały i podrozdziały, ilość odstępów, pustych linii czy też gwiazdek oddzielających w tekście kolejne wątki oraz przypisy. Te podstawowe elementy powinny interesować konwertera. Ów człowiek, nim przejdzie do tworzenia pliku wynikowego - epub - powinien przygotować sobie plik wejściowy, obojętnie w jakim formacie lubi. Osobiście sugerowałbym plik html, ale droga wolna, można epub zrobić praktycznie ze wszystkiego, co ma w treści litery i cyfry.

Skan, tudzież elektroniczną wersję pochodząca od wydawcy oryginału należy przerobić z głową, nie bezmyślnie. Zadbać o odstępy i gwiazdki, nie można pozostawić czytelnika w sytuacji, gdy akapit płynnie przechodzi w kolejny, a lektura nagle dotyczy zupełnie innych kwestii. A tak wyglądały książki Virtualo, taką formę otrzymałem po zakupie kilku pozycji należących do polskiej fantastyki. Runa i Fabryka Słów zaufały - bo musiały zaufać - ludziom, którzy nie wiedzą, co robią.

Dalej: trzeba także odpowiednio przygotować książkę pod kątem obrazów oraz tekstu zbędnego z punktu widzenia czytelnika. Jeśli mamy obrazki, ilustracje - dlaczego nikt nie wpadł na pomysł by od tekstu oddzielić je sztucznym podziałem strony? Albo lepiej - przypisując ich wyświetlenie do odpowiedniego akapitu, wybranego przez konwertera? Jeśli chodzi natomiast o tekst “zbędny”, to jest to chociażby drukowany w niektórych wydawnictwach na ostatniej stronie formularz zamówienia kolejnych książek. Czyż nie jest oczywistością pominięcie go przy konwersji? Dla Virtualo nie jest - tak właśnie wygląda końcówka książek oryginalnie wydanych przez Runę.

Ktoś może pomyśleć, że przesadzam, że to nieprawda. Otóż niestety, tak właśnie wygląda polska myśl technologiczna, tak pracują ludzie, którzy zajęli się tworzeniem epubów dla potrzeb Virtualo.pl/EMPiK.com. Długo siedziałem cicho, ale z tym koniec - nie trzeba być ani polonistą, ani korektorem, ani redaktorem, ani tym bardziej informatykiem, by przygotować profesjonalnie wyglądającą książkę w formacie epub, która będzie ustępowała papierowemu oryginałowi tylko przez brak zapachu druku. Wystarczy choć odrobinę liznąć tematykę tworzenia eksiążek, by przygotować coś doskonałego, za co z czystym sumieniem można brać pieniądze. Uświadomiły mi to dwa zdarzenia.

Pierwszym z nich był zakup trylogii Millennium Stiega Larssona. Pominąwszy cenę, która, o dziwo, jest wyższa, niż wydania papierowego, książki są doskonałym przykładem profesjonalnego podejścia do tematyki eliteratury. Cóż, brak podpisu “konwersja do formatu epub wykonana przez Virtualo” wiele wyjaśnia... Autorzy tych książek przygotowali pozycje, przy których nie dość, że nie ma się do czego przyczepić, to jeszcze ich jakość fanów eliteratury, lubiących przygotować czasem swojego epuba jest w stanie nauczyć czegoś nowego. Dopiero po ujrzeniu tych książek na czytniku uznałem, że w Polsce naprawdę zaczął się tworzyć rynek ebooków.

Drugim zdarzeniem, które wymusiło na mnie ten tekst był zakup książki Marka Krajewskiego “Śmierć w Breslau”. Specjalnie podaję tytuł, by każdy kto przeczyta te słowa trzymał się od elektronicznej wersji z daleka. Książka bowiem wygląda dokładnie tak, jak wyobrażałem sobie literacko-informatyczny koszmar. Jakby skan powieści, skan krążący w sieci, skan autentycznie żenującej jakości został wykorzystany przy jej tworzeniu. Zaczytany do aplikacji konwertującej, która wypluła potworka, za którego my płacimy. Błąd goni błąd, słowa sklejone z innymi tworzą zupełnie nowe, nieistniejące wyrazy, połowa książki stosuje oddzielanie wątków dużymi, połowa małymi literami, brakuje podziałów stron, przez co czytnik bardzo długo uruchamia pozycję, próbując jak najdokładniej trafić w to miejsce, gdzie lekturę zakończyliśmy... Nikt nie pomyślał o sztucznym podzieleniu tekstu na więcej niż oferowane przez autora trzy rozdziały, co przecież można było osiągnąć bez ingerencji w tekst, można było dokonać podziału tak, by tylko czytnik był jego świadomy... Można było zrobić wiele, nawet jeśli wydawca nie zaoferował swojej wersji książki (co byłoby dziwne tym bardziej, że wydawców powieści jest dwóch).

Jest dla mnie rzeczą niemożliwą pojęcie tak potężnej dawki cynizmu, tumiwisizmu, braku wyobraźni, braku umiejętności, braku znajomości tematu własnej pracy i braku szacunku dla czytelnika-klienta, z jakimi mamy do czynienia obcując z półproduktami, jakie oferuje duet Virtualo.pl/EMPiK.com. Podobnie nie rozumiem stanowiska autorów. Wiem, że w dzisiejszych czasach oni niestety mają najmniej do powiedzenia, rządzi wydawca - ale czy naprawdę wśród ludzi, którzy próbują zarobić pieniądze na literaturze nie ma takich, którzy chociażby z ciekawości obejrzeliby finalny produkt konwersji dokonanej przez tych pseudowydawców?

Czy Andrzeja Pilipiuka, Krzysztofa Kochańskiego, Magdę Parus, Marka Krajewskiego (między innymi ich książki kupiłem) nie denerwuje sytuacja, w której czytelnik decyduje się na zakup eksiążki, choć z sieci może ściągnąć ją z darmo, i otrzymuje produkt gorszy od tego ściągniętego/kradzionego? Czy Fabryka Słów, Runa, W.A.B. lub Znak nie irytuje okaleczenie ich najlepszych książek? I w końcu: czy firmie Virtualo.pl lub EMPiK naprawdę tak trudno znaleźć ludzi, którzy znają się na swojej robocie i nigdy w życiu nie zdecydowaliby się na wypuszczenie takiego bubla? Dlaczego na zachodzie klient w dziewięciu przypadkach na dziesięć otrzymuje produkt udany i pełnoprawny, a u nas wciąż zatrudnia się ludzi, którzy dopiero będą się uczyć, zamiast takich, którzy już od dawna potrafią?

Jak już wydawca nie potrafi zatrudnić profesjonalistów, woli krewnych i znajomych (bo jakość książek takie rozwiązanie jednoznacznie sugeruje), to niech chociaż napisze przy każdej pozycji nie tylko nazwę oryginalnego wydawcy, ale także tego, który konwertował. Bo ja radośnie i z szacunkiem wychwalałbym wszędzie gdzie się da ludzi odpowiedzialnych za konwersję książek Larssona i kupował ich pozycje w ciemno, tak samo, jak wolałbym już nigdy nie mieć do czynienia z książkami stworzonymi przez tych, którzy sprzedali mi przysłowiową cegłę (by nie powiedzieć gorzej) w postaci “Śmierci w Breslau”. Ja bym im ani ręki, ani nawet lewej nogi nie podał.

środa, 13 października 2010

Ebooki w formacie EPUB - wreszcie są!

Długo czekaliśmy na platformę oferującą elektroniczne wersje książek na tyle otwartą, by nie zmuszała do zakupu dedykowanego im czytnika (jak postąpił Kolporter ze swoim eClicto). Owszem, kilka sklepów z treściami elektronicznymi mieliśmy już wcześniej, lecz przeważnie oferowały one format PDF i dostęp online, zmuszając czytelnika do lektury na ekranie monitora. Wreszcie, po zapowiedziach i przygotowaniach, jeden z największych graczy na polskim rynku – Empik – wzbogacił ofertę swojego sklepu internetowego o e-książki. Warto dodać, iż oferta w pełni pokrywa się z tą, którą znajdziemy w księgarni Virtualo.pl, która też jest firmą odpowiedzialną za jakość konwersji książek.

Stale słyszymy opinie mówiące o zagrożeniach, jakie na wydawców i autorów czyhają w przypadku sprzedaży treści elektronicznych. Że zakupione pozycje będą nielegalnie kopiowane, umieszczane w znanych wszystkim serwisach oferujących wymianę plików i tak dalej. Dlatego też Empik swoje produkty wyposażył w zabezpieczenie Adobe DRM, które uniemożliwia dostęp do ebooka osobom do tego nieuprawnionym. Jednakże taki zabieg wiąże się z kilkoma faktami, które wypada znać przed dokonaniem zakupu.

Zabezpieczenie Adobe DRM jest obecnie najpopularniejszym standardem, w obsługę którego wyposażona jest ogromna większość czytników książek elektronicznych dostępnych na rynku. Szczegółowa lista obsługiwanych urządzeń dostępna jest na tej stronie. Aby móc skorzystać w pełni z oferty księgarni Empik należy się zarejestrować w Adobe, czyli zdobyć tak zwany Adobe ID, pod tym adresem. Zajmuje to kilka sekund, a posiadając Adobe ID możemy przystąpić do ostatniej – najważniejszej czynności, czyli instalacji oprogramowania pozwalającego na odtworzenie zakupionych książek i komunikację między własnymi urządzeniami do ich odtwarzania (komputer, czytnik) – Adobe Digital Editions, do zainstalowania z tej strony, przy pomocy przyjemnego instalatora dostępnego z poziomu przeglądarki internetowej.

Biblioteka Adobe Digital Editions

Po uruchomieniu programu należy dokonać autoryzacji komputera, czyli przypisać dany komputer do użytkownika. To właśnie jest zabezpieczeniem – otwierając zakupioną książkę bez autoryzacji zostanie ona przypisana do tego jednego komputera, czyli straci swoje właściwości licencyjne. Nie będziemy w stanie otworzyć jej na kolejnym urządzeniu (komputerze w pracy/domu, czytniku książek). Dlatego tak ważne jest odpowiednie przygotowanie i rejestracja w Adobe.

Zakupione w Empiku/Virtualo książki, po zarejestrowaniu przez sklep płatności przekazywane są do działu Moja Biblioteka. Po ściągnięciu ich na dysk twardy komputera okazuje się, iż wcale nie mają rozszerzenia EPUB, a ACSM. Podwójne kliknięcie w taki plik powoduje odczytanie go przez program Adobe Digital Editions i ściągnięcie właściwej książki. Od tego momentu jest ona dostępna na komputerze. W tym momencie szczęśliwi posiadacze czytnika książek elektronicznych powinni swoje urządzenie podłączyć do komputera, a program Adobe Digital Editions po wykryciu nowego sprzętu dokona jego autoryzacji. Wówczas czytnik stanie się jedną z półek w programie, na którą w prosty sposób przeniesiemy zakupioną książkę metodą „przeciągnij i upuść”. Oczywiście każdy, kto ma czytnik wyposażony w możliwość przeglądania internetu wcale nie musi go autoryzować przez podłączenie do komputera, może to zrobić bezpośrednio z urządzenia.



Licencja pozwala na otworzenie książki na sześciu urządzeniach. Także nie trzeba się bać, że wykorzystamy wszystkie, osobiście książki kupowałem w pracy, po czym otwierałem na komputerze żony, wrzuciłem do czytnika i odtworzę jeszcze na swoim komputerze. I jeszcze mi pozostaną dwa urządzenia na przyszłość. Dodatkowo z każdym rokiem posiadania Adobe ID otrzymujemy kolejną licencję, z myślą o przenoszeniu danych w przyszłości, przy zmianach czytników czy komputerów.

Jeszcze dwa słowa o jakości książek oferowanych przez Empik/Virtualo. System Adobe Digital Editions nie radzi sobie ze znakami innymi, jak podstawowe, występujące w alfabecie angielskim. Nie ma szans na rozróżnienie polskich znaków diaktrycznych. Mimo to sklepy zapewniają o wsparciu dla 95% czytników dostępnych na polskim rynku. Jak wobec tego osiągnęli swój cel? Jakim sposobem pozycje zakupione w tych dwóch sklepach, pozycje w formacie EPUB wyglądają idealnie nie tylko na czytniku, ale i w programie Adobe Digital Editions? Otóż Virtualo podczas konwersji zastosowało zabieg polegający na twardym, stałym umieszczeniu wybranej czcionki w książce. Dlatego też najprawdopodobniej zmiana czcionki na inną (tu mamy do czynienia z fontem „Iwona”) nie będzie możliwa. Ale coś za coś – jest poprawnie, jest po polsku, jest profesjonalnie. Ja za opcją zmiany czcionki tęsknić nie będę, ciesząc się z jakości w niczym nie ustępującej tej z wydań papierowych.

Także na chwilę obecną, niedługo po premierze treści elektronicznych w sklepach Virtualo.pl i Empik można być zadowolonym z przygotowania systemu, jakości pozycji i sprawności, z jaką sklepy prowadzą sprzedaż. Inną natomiast kwestią pozostają ceny książek (zapowiadano, że będą tańsze), możliwość ich wypożyczenia, a nie kupna (czego na razie nie ma) oraz cena czytnika, który ma wejść do masowej sprzedaży pod koniec roku. Czy naprawdę będzie to cena konkurencyjna? A co z wydawnictwami, których w ofercie brakuje? Uda się je skłonić do współpracy? Na te zagadnienia odpowiedź przyniesie dopiero czas.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

eKsiążki na iPhone, iPod Touch i iPad - Lexcycle Stanza

Zanim stałem się szczęśliwym (przynajmniej na razie) posiadaczem czytnika książek BeBook Plus, z powodzeniem czytałem literaturę przy pomocy wspaniałego wynalazku, jakim jest Apple iPod Touch oraz darmowa aplikacja Stanza, produkcji firmy Lexcycle. Wydaje mi się, że niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z potencjału tego duetu, stąd ten tekst.

Pierwsze uruchomienie
Po wejściu do programu wita nas kompletnie polskie menu, z klasycznymi wskazówkami ukazującymi się przy każdym uruchomieniu (oczywiście można je wyłączyć). Następnie program przechodzi od razu do działu BIBLIOTEKA, zawierającego w domyśle książki użytkownika. Na początek są dwie: "Welcome to Lexcycle Stanza", będąca instrukcją użytkowania, niestety po angielsku oraz "Alice's Adventures in Wonderland" Lewisa Carolla... również po angielsku.


Zanim przejdę do wyliczania zalet aplikacji, uspokoję od razu wszystkich, którzy myślą, iż jedynym sposobem zdobycia nowych książek jest ich zakup w specjalnie do tego przygotowanym katalogu sklepów, gdzie trudno znaleźć coś po polsku. Co prawda mamy tu projekt Gutenberg, gdzie jest dwadzieścia książek w naszym języku, ale są to pozycje co najmniej średnio interesujące przeciętnego czytelnika literatury popularnej: m.in. Adam Asnyk (1 książka, "Pobudka"), Jan Kochanowski ("Threny" - po nazwie już widać, iż nie jest to wcale po polsku, po czesku czy słowacku, nie wiem), obowiązkowo Mickiewicz i aż pięć pozycji... Nie wcale nie jesteśmy zmuszeni korzystać z tej jakże ubogiej oferty. Bez problemu bowiem można wgrać swoje książki, przygotowane w formacie ePub.


Wgrywanie własnych zasobów
Co jest potrzebne do tego przedsięwzięcia? Albo iPhone z jakimś pakietem internetowym, albo iPod Touch podłączony do sieci Wi-Fi. Wystarczy wgrać na dowolny serwer książkę (może to być chociażby darmowy pakiet startowy; republika na Onecie, miasto na Interii czy webpark na WP) po czym w dziale POBIERANIE klikamy UDOSTĘPNIANIE i dodajemy źródło książek. Klikamy +, w NAZWIE należy wpisać dowolną nazwę naszego serwera, w URL pełen adres, łącznie z plikiem książki i rozszerzeniem *.epub. U dołu strony są dwie opcje: KATALOG i STRONA INTERNETOWA. Wybieramy tę drugą. Potem należy wszystko zatwierdzić przyciskiem GOTOWE, i jeśli wszelkie dane były prawidłowe, po kliknięciu adresu aplikacja zada pytanie, czy ściągnąć książkę. Po przetransferowaniu kilkuset kilobajtów pozycja znajdzie się w bibliotece.

Oczywiście wybór KATALOG służy (jak przypuszczam) do ściągania hurtem większej ilości rzeczy; jednakże nie jest taki prosty w opanowaniu, a i mnie nie interesowało ściąganie na raz kilku książek, dlatego specjalnie tej opcji się nie przyglądałem. Koniecznie muszę tu także dodać, że w prosty sposób można zsynchronizować Stanzę na iPhone z tym samym programem uruchomionym na komputerze. Niestety, choć sposób jest prosty i wielu na przeróżnych forach z niego z powodzeniem korzysta - u mnie nigdy nie zadziałał, zupełnie nie wiem dlaczego (może to wina 64 bitowego systemu operacyjnego, a może po prostu robiłem coś źle).

Korzystanie z programu
Biblioteka oferuje spis wszystkich pozycji w ujęciu alfabetycznym. Obok każdej z nich znajduje się niewielkie koło, domyślnie puste, zapełniające się stopniowo wraz z ilością przeczytanych stron. Wbudowany w urządzenie akcelerometr pozwala na znacznie ciekawszy widok, tzw. "cover flow". Wystarczy przechylić iPhone'a (iPoda) na bok, by uzyskać piękny obraz naszych książek, pomiędzy którymi przechadzamy się palcem po ekranie. To zabrzmi jak oczywistość, ale mimo to dodam, iż im lepiej przygotowany będzie plik ePub, tym lepiej będzie wyglądał: zwłaszcza okładki w Stanzy dodają naszej bibliotece uroku...


Przejdźmy wreszcie do otworzenia samej książki. Po krótkiej chwili wczytywania ekran iPhone'a przybiera wygląd kartki. Lekko szarzeje, a na nim pojawia się tekst powieści, z domyślną czcionką Georgia. Przesuwając palcem w górę lub w dół czytelnik sam może wybrać najlepiej odpowiadające mu w danej chwili przyciemnienie. Domyślcie się sami, jak bardzo ułatwia to korzystanie z programu, bez konieczności wychodzenia ze Stanzy do ustawień i przyciemniania systemowego. Ot, lekki ruch palcem i już, diody nie rażą tak mocno oczu, nie rażą wręcz wcale!

Z kolei przesuwania palca w lewo bądź prawo powoduje przewrócenie strony, zobrazowane przepiękną animacją przekładania kartki. Żeby nie było niedomówień: na "obracanej" stronie widać tekst, jak w przypadku prawdziwego woluminu. Oczywiście obrócenie urządzenia w poziomie automatycznie dostosowuje tekst do nowego widoku. Czego brakuje, to dźwięku, szelestu przekładanej kartki - iBooks dla iPada o tym jakże klimatycznym dodatku już nie zapomniało.

Tu warto rzec dwa słowa o ogólnych możliwościach dostosowywania tekstu. Rzecz jasna można zmienić czcionkę na jedną z ponad dwudziestu, oprócz tego dowolnie dostosować jej rozmiar - zarówno przez klasyczne wykorzystanie technologii multitouch (charakterystyczne rozszerzanie/zwężania palców czyli "pinch to zoom") jak i standardowa zmiana ustawień. Zmiana dodajmy typowo Apple'owska, nie mamy tu żadnych cyfr ani liczb odpowiadających kolejnym rozmiarom, po prostu przesuwamy suwak, a przykładowy fragment tekstu od razu obrazuje jak będzie wyglądał efekt. Aplikacja pozwala także na wybór, czy nasza powieść będzie miała odstęp linii pomiędzy akapitami czy też nie, jaka będzie interlinia oraz jak duży będzie rozmiar wcięcia akapitu, a może wcale czytelnik go sobie nie życzy? Edycji podlegają także marginesy, plus kolorystyka tła, tekstu a nawet linków w tych pozycjach, które zawierają takowe. Dodam jeszcze, iż można sobie wgrać nawet obraz jako tło, z dowolną przezroczystością. Fajna laska raczej będzie rozpraszała, ale grafika pergaminu bądź marmuru może niektórym jeszcze bardziej umilić czytanie. Obraz jednak powinien być rozmiaru wyświetlacza, gdyż Stanza mniejszych nie będzie kafelkowała, a po prostu je rozciągnie.


Stanza oferuje jeszcze jedną opcję, taką, która dla mnie jest niezwykle przydatna, a której mój BeBook na przykład nie posiada, przynajmniej nie w przypadku formatu ePub. Potrafi ona bowiem... dzielić wyrazy. Autentycznie, nie tylko przepięknie justuje tekst do obu stron kartki, ale także zapobiega zbyt długim spacjom w co poniektórych wierszach dzięki dzieleniu wyrazów. Algorytm dzielenia opiera się na prostej zasadzie obcinania wyrazu po wystąpieniu samogłoski. Oczywiście w ten sposób nie osiągamy stuprocentowej skuteczności, ale - o dziwo - poziom błędów realnie występujących podczas czytania pozwolę sobie oszacować na nie więcej, niż 10%. Czyli na tyle rzadko mamy z nimi do czynienia, że nie denerwują.

Program w dodatku jest niezwykle szybki. Oczywiście, że ePub to przemyślany format, nie wymagający od czytnika wiele wysiłku, wręcz przeciwnie. Mimo to jeśli dodatkowo się postaramy przy tworzeniu książki osiągniemy jeszcze wspanialsze efekty. Na przykład tworząc w niej rozdziały spowodujemy, iż każdy kolejny będzie się wczytywał osobno (szybko), zamiast przy każdym powrocie do aplikacji wczytywała się zawsze cała książka (jednak widocznie wolniej).


Podsumowanie
Na koniec pozostaje kwestia oszczędzania wzroku - wszak zarówno iPhone, jaki iPod Touch, a nawet iPad, na który też istnieje wersja programu to nie jest e-papier, tylko do bólu klasyczny wyświetlacz z obowiązkowym światłem własnym, które ma prawo razić wzrok. Nie zamierzam nikogo przekonywać, że jest lepszy od e-papieru, bo nie jest. Jednak chciałbym przekazać informację, iż Stanza potrafi tak inteligentnie współpracować z ekranem i użytkownikiem, iż odpowiednio przyciemniając/rozjaśniając wyświetlacz można osiągnąć naprawdę niesamowity efekt. Ujmijmy to tak: po czterech wieczorach (po około 3-4 godziny bez przerw) sam na sam ze Stanzą nie czułem kompletnie żadnego znużenia, bólu głowy czy innych charakterystycznych dla czytania z LCD objawów. Jak już cokolwiek było nie tak, to przyczepiłbym się do wymiarów iPhone'a - z tak niewielkim urządzeniem trudniej znaleźć dobrą pozycję do czytania niż trzymając dedykowany czytnik czy książkę.

Konkludując - choć mało kto się tego spodziewał, a dla niektórych zabrzmi to naprawdę niesamowicie, może nawet niewiarygodnie - Stanza umożliwia autentycznie pełne komfortu czytanie książek; swoich książek, tych, które każdy z nas posiada w domowo-komputerowej biblioteczce. Zdecydowanie, każdy posiadacz dotykowej zabawki marki Apple, który dumny jest ze swej miłości do literatury, powinien zajrzeć do AppStore, Lexcycle Stanza bowiem jest programem, który tacy jak my po prostu muszą mieć.

czwartek, 15 lipca 2010

Zamiast "Hello, world!" damy recenzję czytnika BeBook Plus

BeBook Plus to lekko ulepszona wersja znanego, dwuletniego już czytnika produkcji Endless Ideas. Słowo Plus przekłada się na zwiększenie potencjału urządzenia pod względem technicznym: urosła ilość pamięci RAM (z 32 do 64 MB), dodano złącza USB 2.0, z oficjalnej specyfikacji wynika także dodanie szybszego procesora (400 Mhz), co przekłada się na szybsze działanie samego czytnika. Kolejną ważną zmianą, jaką oferuje BeBook Plus, jest zwiększenie ilości odcieni szarości ekranu - do 16.

Zawartość zestawu
Czytnik znalazłem już umieszczony we wzmacnianym metalem etui - elementy metalowe (pokryte naturalnie tworzywem nierysującym czytnika) mocno trzymają urządzenie, aby je wyjąć należy się popisać umiejętnością logicznego myślenia, lub przeczytać krótką, obrazkową instrukcję. Sugeruję to zrobić, by nie uszkodzić zabawki.


Wyjąć z futerału BeBooka trzeba, gdyż domyślnie nie ma on włożonej baterii - czynność tę producent zostawił użytkownikowi do samodzielnego wykonania. Bateryjkę o wielkości typowego akumulatorka z telefonu komórkowego należy umieścić w odpowiednim slocie. Piny ułożone zostały tak, że nie ma absolutnie żadnej możliwości pomyłki. Zaślepka z baterii jest nie zatrzaskiwana, lecz zakręcona na stałe przy pomocy śrubki. Na szczęście w zestawie znajduje się niewielki, poręczny śrubokręt (i nawet dwie śrubki zapasowe), przy pomocy którego każdy sobie da radę.

Oprócz tego znajdziemy instrukcję w języku angielskim, zawierającą także odpowiedzi na najczęściej zadawane producentowi pytania. Instrukcja znajduje się także domyślnie w urządzeniu, jako plik PDF o rozmiarach odpowiadających wielkości sześciocalowego ekranu. Jest także zestaw słuchawkowy z klasycznym wejściem mini jack 3.5 mm. O jakości samego zestawu a także brzmieniu muzyki na czytniku nie powiem ani słowa - są dla mnie zbędne, wątpię bym kiedykolwiek ich użył.

Oczywiście w zestawie nie ma czegoś tak abstrakcyjnego, jak ładowarka, jest natomiast klasyczny, typowy kabel USB z wtyczką mini. BeBook wg specyfikacji potrafi wytrzymać 7000 odświeżeń ekranu, a każde podłączenie go do komputera automatycznie doładowuje baterię. Każdy, kto jednak chciałby w podróż zabrać sam czytnik bez komputera, może sobie sprawić wtyczkę do gniazd z wyjściem USB - kosztuje to grosze, a sprawdza się wyśmienicie. Karty SD, podobnie jak w przypadku eClicto, brak. Trzeba wyłożyć dodatkowe pieniądze.

Czytnik leży w rękach (a nawet w jednej) po prostu doskonale. Nie jest zbyt ciężki, dużo natomiast waży pokrowiec. Razem zdecydowanie ważą więcej niż Cybook Gen3 w pokrowcu lub eClicto w podobnej konfiguracji. Tu warto też wspomnieć, iż etui skonstruowane jest tak, że można okładkę zagiąć na pół (patrz: zdjęcie obok), przez co czytnik trzyma się o wiele wygodniej (niczym bez pokrowca) - a przy tym wszystkie brzydkie kwestie, jak ewentualny pot lub brud z dłoni (feee) wciąż zostają na oprawie. Strony zmieniamy przez klikanie klawiszy 9 i 0 (u dołu z prawej, prawą ręką) lub dedykowanymi do tej czynności guzikami z lewej strony (lewą ręką). Także podczas czytania swobodnie można przekładać zabawkę z dłoni do dłoni, dzięki czemu można przybierać do woli swoje ulubione pozycje.

Pierwsze uruchomienie i podłączenie do PC
BeBook Plus z domyślnym firmware uruchamia się w dokładnie dwanaście sekund. Po tym czasie zostaje wyświetlone coś na kształt menu głównego - dość specyficznego zresztą - każdej opcji odpowiada jeden z klawiszy umieszczonych pod ekranem. BeBook nie posiada d-pada znanego z Cybooka Gen3 lub eClicto.

Oczywiście początkowo w czytniku nie ma żadnej książki, prócz wspomnianej instrukcji oraz pliku TXT zawierającego GNU General Public License, czyli dokument, na którym oparte jest oprogramowanie BeBooka, napisane na jądrze Linuksa. Język menu swobodnie można przełączyć na polski, lecz tu jedna uwaga - część tekstu jest wciąż w języku angielskim, zwłaszcza menu wywoływane z poziomu czytanej książki ("Go to page" zamiast "Idź do strony"). Niby nic, ale jednak wywołuje pewien niesmak w sytuacji gdy obsługa języka polskiego miała być jego jedną z głównych zalet.


Czytnik bez problemu instaluje się w systemie operacyjnym komputera, jakiegokolwiek akurat używamy. Dedykowanego oprogramowania nie posiada. W pamięci urządzenia znajdują się foldery o dokładnie takich nazwach, jakie pozycje odnaleźliśmy w menu BeBooka. Aby wgrać coś od siebie, można sobie po prostu stworzyć folder, klasycznie, jak na dysku lub pendrive. Jest on widoczny natychmiast po odłączeniu kabla od komputera.

Pamiętam, jak niemile zaskoczony byłem widząc Cybooka Gen3, który po podłączeniu kabla... nie potrafił odczytywać książek! Po prostu się na luzie ładował, pozbawiając czytelnika dostępu do zawartych w nim treści. BeBook, podobnie jak eClicto, takiej wady nie posiada: po podłączeniu kabelka uprzejmie pyta, czy chcemy wymieniać się danymi między czytnikiem i PC - wówczas tracimy dostęp do danych. Ale jest i druga opcja, czyli samo ładowanie, z równoczesnym dostępem do wszystkich zgromadzonych książek.

Inną metodą wgrywania książek jest wykorzystanie programu Calibre, który błyskawicznie wykrywa BeBooka (jako model Hanlin V5) i pozwala na bezpośrednie kopiowanie zawartości, tworząc samodzielnie foldery po nazwach autorów naszej biblioteki. Calibre wykrywa także kartę pamięci i tu mała ciekawostka: często kartę wyświetla jako czytnik, a czytnik jako kartę - informują o tym specjalne ikony w programie. Trzeba zwracać uwagę na pojemność tychże urządzeń przy kopiowaniu książek, by wgrać swoje zasoby w odpowiednie miejsce.


Obsługiwane formaty
Według specyfikacji czytnik obsługuje potężną liczbę formatów, z najpopularniejszymi na czele: ePub, mobi, RTF, DOC, HTML, TXT, FB2, LIT, PDF, JPG, GIF, BMP, DJVU. I owszem, po sprawdzeniu tychże typów jedno jest pewne: działają. Lecz ponieważ nie ma urządzeń doskonałych, sam fakt działania nie oznacza jeszcze, że jest to działanie komfortowe. Prawdopodobnie wielbicieli któregoś konkretnego formatu czeka zabawa z konwertowaniem, przymierzaniem, wielokrotnym przerabianiem pliku w poszukiwaniu jak najlepszej jakości. Na tę chwilę bez problemu działa TXT i MOBI - z pełną obsługą polskich znaków. W przypadku tego drugiego nie ma najmniejszego znaczenia czy przygotowany został przy pomocy Calibre, czy Mobipocket Creator - oba wyglądają świetnie, ten z Creatora tylko odrobinę lepiej (pamięta o każdym enterze, tworzony w Calibre puste entery oddzielające akapity czasem omija). Podobnie rewelacyjnie wygląda FB2 - wystarczy po prostu wrzucić i czytać.

Nieco gorzej jest w przypadku RTF, DOC, ePub i HTML. Tu wiele zależy od samego formatowania tekstu - wiadomo, że jeśli RTF ściągnięty gdzieś z netu ma formatowanie np. na język portugalski, BeBook nie wyświetli polskich znaków. Mała, prosta do naprawienia rzecz, ale trzeba o niej pamiętać. Gorzej, gdy nasz RTF jest przygotowany niechlujnie i nieprofesjonalnie - zawiera np. różne rodzaje myślników odpowiadających za dialogi (długie i krótkie) - wówczas niektóre z nich zamieniają się w ukośniki. Podobnie jest w przypadku DOC, tylko... gorzej. Pliki nie chcą zachować nawet poprawnego justowania, przez co ekran już na starcie wygląda paskudnie, mamy jeden wielki bałagan. Człowiek spodziewa się, że gdy nie ma justowania do obu stron, to czytnik nie będzie próbował dzielić wyrazów, bo i po co? Ale BeBook w DOC dzieli, w dodatku byle jak. DOC raczej odradzam, jak już używać formatu z edytora tekstowego, to najlepiej RTF. Niestety ODT z OpenOffice'a BeBook nie widzi.

W przypadku HTML wiele zależy od programu, którym ów HTML tworzymy. Można np. eksportować do HTML bezpośrednio z edytora tekstu, np. OpenOffice. Jeśli tekst był przygotowany w porządku, to i plik wyjściowy wygląda ok. Sytuacja podobna jak w przypadku RTF. Jeśli chodzi o LIT, to tu albo Calibre mi spłatał psikusa, albo to szersza wada - niestety nie wiem do końca. Przygotowałem książkę, wczytałem, zachwyciłem się niewielką czcionką, jak w ePub (MOBI ma tylko trzy rozmiary czcionki, są ok, ale ja wolałbym nieco mniejsze)... ale okazało się, że książka ma tylko dwie(!) strony, w tym druga pusta...? Rzecz wymaga głębszego zbadania.

No i ePub, format, na który decyduje się najwięcej wydawców. Choć w specyfikacji urządzenia język polski jest wymieniony, to niestety ePub nie działa jak powinien. Nie ma polskich znaków, zastąpione są przez znaki zapytania, po czym można wnioskować, iż zawinił tu DRM stosowany przez Adobe, nie wiedzący, iż na świecie są także inne zestawy znaków, niż tylko WESTERN. Są na to sposoby: można dołożyć czcionki w osobnym folderze, można dorzucić czcionki do samego pliku książki (na forum krąży książka przygotowana w ten sposób, w BeBooku wygląda bardzo przyzwoicie). Można wreszcie zmienić oprogramowanie w BeBooku, skorzystać z projektu openinkpot. Także ePub ostatecznie będzie działał, lecz nie działa od razu - co według mnie powinno być jasno powiedziane przed zakupem urządzenia. Ten sam plik, który lekko czytam w Calibre i Stanzy na iPodzie Touch nie odtwarza się poprawnie na dedykowanym czytniku...

Pliki graficzne wyglądają przepięknie, śmiem twierdzić, że to właśnie tu najbardziej widoczne jest zwiększenie ilości odcieni. Dorzucam do tekstu zdjęcie Steve'a Jobsa wyświetlone na BeBooku. Zaskakująco dobra jakość.

Komfort czytania
Osobiście uważam, że docelowym formatem czytników książek może być wszystko, nawet PDF - pod warunkiem, że jest odpowiednio przygotowany, tzn. dopasowany do ekranu 6". Producent chwali się, że BeBook potrafi powiększyć PDF do dziewięciu razy! Urządzenie inteligentnie powiększa nie całą kartkę, ale sam tekst, ale robi to kolejnymi wersami. Powiększa cały wers, robi odstęp, potem kolejny wers. Można tak czytać podręczniki i instrukcje, opisy i tutoriale, jednak beletrystykę? Chyba tylko masochiści dadzą radę.

Prawdziwy komfort osiągniemy wrzucając książki w wyżej wymienionych, poprawnie się wyświetlających formatach. Najlepiej oczywiście wyglądają MOBI, FB2 i ePub (z zaznaczeniem, że zrobiliśmy coś, co pozwala na osiągnięcie polskich czcionek).

E-papier nie nazywa się tak bez powodu. Ekran naprawdę wygląda jak strona z książki, i tak też należy BeBooka traktować. Nie poczytamy, gdy zabraknie dobrego światła, chyba że ze szkodą dla wzroku. Tu nie ma żadnego własnego podświetlenia, trzeba je zdobyć z zewnątrz. Przy dobrym miejscu przeznaczonym do czytania, dobrze oświetlonym, szybko przestaniemy zauważać różnicę między e-papierem a prawdziwą książką. A raczej zaczniemy zauważać różnice, ale tylko pozytywne: np. BeBooka trzyma się bardzo wygodnie, można go bez problemu obsłużyć jedną ręką, w każdej chwili odłożyć bez zapamiętywania strony czy szukania zakładki - urządzenie wszak nie zgaśnie samo z siebie, będzie trwało z wyświetloną aktualnie stroną tak długo, jak długo będzie trzeba.

Oczywiście BeBook pozwala na robienie zakładek w każdym czytanym tekście. W pełni obsługuje spisy treści - jeśli nasze książki takowe posiadają, rzecz jasna. No i naprawdę szybko wczytuje kolejne strony. Robi to oczywiście z charakterystycznym przyciemnieniem ekranu na ułamek sekundy, ale tak działa e-papier, w ten sposób pozbywa się poprzedniego i nadaje kartce nowy druk. Przewracanie strony trwa mniej niż sekundę.

Podsumowanie
W ciągu półtora tygodnia zabawy wciąż miałem jedną (z czterech) kreskę na wskaźniku baterii. Jednak nie ograniczałem sie jedynie do przewracania stron, trudno zliczyć ile razy BeBook był włączany/wyłączany, wgrywane były kolejne książki, porównywane ich różne formaty, zmieniane czcionki oraz przeprowadzane różnorakie tego typu zabawy. Należy przy tym pamiętać, iż bateria sama w sobie pełną pojemność osiągnie gdzieś dopiero po czwartym, piątym ładowaniu, dlatego wydaje mi się, iż nawet jeśli reklamowane 7000 odświeżeń okaże się przesadą, to niewielką.


Czytnik zapakowany był przyzwoicie, oblepiony ostrzeżeniami o delikatnej zawartości itp. Razem z czytnikiem faktura, na niej także gwarancja (rok). Kupiłem w sklepie w czytio.pl, sklepie chwalącym się pierwszeństwem we wprowadzeniu tego czytnika w naszym kraju. Cena: 1079 zł, kurier dodatkowe 25 zł. Zamówione w niedzielę, we wtorek w okolicach południa czytnik już był w domu.

Czy jestem zadowolony? Oczywiście, że tak, przynajmniej odkąd zmusiłem go do używania niestandardowych czcionek, przez co moje ePuby mają polskie ogonki - a przy tej operacji nie ma wiele pracy, można zmusić program Calibre by robił to automatycznie. Powstaje jednak pytanie, jak będzie się spisywał w czasach, gdy będziemy mogli kupić książkę w sklepie? I zabezpieczenie owej książki nie pozwoli na edycję jej pliku, a tym samym zdobycie polskich liter? Wówczas BeBook w stanie takim, jakim go otrzymujemy może nie być najlepszym wyborem dla polskiego czytelnika, chyba że zdecydujemy się wgrać system openinkpot albo sam Adobe zorientuje się, ale w ten ostatni scenariusz kompletnie nie wierzę.

Opublikowane 22 kwietnia 2010.
Tekst dostępny także na portalu eksiazki.org

----------

...i na tym recenzja się kończyła. Ale dziś jestem już mądrzejszy i zdecydowanie muszę sprostować pewne twierdzenie, którego w tekście się dopuściłem: niestety BeBook Plus, zwany także BeBookiem 2010 nie obsługuje na dzień obecny projektu openinkpot. Zdarzyło mi się parę dni temu zaktualizować oprogramowanie w czytniku do najnowszej wersji i podczas przygotowań do tegoż działania ostatecznie przekonałem się, że na razie na openinkpota nie ma szans. Ewentualnych zainteresowanych odsyłam do znanego forum poświęconego czytnikom i eksiążkom: