wtorek, 23 listopada 2010

Szczepan Twardoch "Zimne wybrzeża"

„Zimne wybrzeża” Szczepana Twardocha w pierwszej chwili mocno skojarzyły mi się z dwiema książkami mistrza Alistaira MacLeana, zresztą moimi ulubionymi: „Noc bez brzasku” i „Stacja arktyczna Zebra”. Ten sam klimat, ten sam chłód Dalekiej Północy i podobny, detektywistyczny motyw.

Akcja toczy się pod koniec lat 50. XX wieku na Spitsbergenie, w ciekawym miejscu, gdzie przenikają się narody norweski z rosyjskim/radzieckim. Bohaterem jest człowiek, o którym wiemy naprawdę mało, nie znamy nawet jego prawdziwego imienia i nazwiska, nie wiadomo także co w zasadzie go sprowadza na Daleką Północ. Jedyne, co jest pewne, to że jest kimś na kształt agenta wywiadu, zbieracza informacji.

Główny motyw jest przeprowadzony niezwykle powoli, i w specyficzny sposób. Autor jak zwykle snuje liczne dygresje, opowieści w opowieści, przedstawia kolejnych bohaterów, poświęcając im naprawdę sporo miejsca, pozwalając im także na opowiadanie ich historii. Kryminalna, główna akcja, jest w zasadzie jedynie pretekstem do objawienia całemu światu rozlicznych przemyśleń na temat Polaków, socjalizmu, komunizmu. Owe przemyślenia, plus wszystkie tu zawarte opowieści poboczne są tak dobre, że sama akcja książki na tym paradoksalnie cierpi. Pod koniec lektury, gdy wreszcie czytelnik dowie się o co chodzi, czujemy ogromny niedosyt, gdyż intryga okazuje się być niezwykle prostą, w ogóle nie dotykając spraw w tego typu literaturze istotnych. Zamiast odkrywać spiski, tajne plany czy choćby bardziej lokalnie przeprowadzać konkretne śledztwo, otrzymujemy historię dość pierdółkowatą, i to jest wielki błąd, gdyż „Zimne wybrzeża” to jednak jest kryminał, i na końcu powinna być jeśli nie zwalająca z nóg, to chociaż lekko zaskakująca puenta.

Zimne wybrzeża, Wydawnictwo Dolnośląskie 2009, 240 stron

Strona książki na LubimyCzytac.pl

piątek, 19 listopada 2010

Szczepan Twardoch "Przemienienie"

Szczepan Twardoch swoimi tekstami należącymi do gatunku fantastyki już wielokrotnie udowodnił, że jest Pisarzem przez duże P. Praktycznie każda kolejna książka jest jeszcze lepsza od poprzedniej, niezależnie od tego, czy mamy zbiór opowiadań, czy powieść.

Ale autor nie zajmuje się jedynie tworzeniem fantastyki. „Przemienienie” to pierwsza nie-fantastyczna książka autora, która trafiła na moją półkę. Rzecz powstała pod wielkim wpływem słynnej publikacji księdza Isakowicza-Zaleskiego „Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej”, co wcześniej, w momencie premiery powieści było wystarczającą antyreklamą dla mnie – obawiałem się że autor zechciał zabrać głos w odwiecznym konflikcie tych złych – komunistów z tymi „dobrymi” - klerem. Oczywiście moje obawy były bezzasadne. Autor wykorzystał sporo z książki księdza Zaleskiego, ale nie po to, by brać udział w polemice z innymi twórcami, ale tylko i wyłącznie po to, by poznając jak najlepiej mechanizm działania Służby Bezpieczeństwa w kontaktach z klerem, przygotować nam jak najbardziej autentyczną, łatwą do przyswojenia powieść z gatunku political fiction.

Od pierwszej do ostatniej strony mamy do czynienia z fabułą, którą można bez krępacji przyrównać do historii snutych przez mistrzów gatunku. W pierwszej fazie powieście mamy sporo klimatów Fredericka Forsytha, z organizacjami niezależnymi od władzy, powiązaniami między służbami poszczególnych krajów satelickich Układu Warszawskiego na czele. Następnie, w miarę odkrywania historii głównego bohatera political fiction nieco zmienia się w sensację najlepszego gatunku, której nie powstydziłby się Jack Higgins czy David Morrell (szczególnie widać pewne nawiązania do „Bractwa Róży”).

Ale historia młodego esbeka to nie wszystko, co autor nam oferuje. Pod samą opowieścią odkryjemy bowiem niezwykle autentyczny świat, licznych bohaterów drugoplanowych, a każdy z nich ma swoją historię, którą Twardoch klimatycznie wplata w opowieść. Całość jest napisana w taki sposób, że od lektury najzwyczajniej w świecie nie można się oderwać, obojętnie czy czytamy właśnie o księdzu i jego rozterkach, homoseksualiście będącym na liście płac SB czy młodej sekretarce, która zakochuje się w koledze z pracy, nie oglądając się na męża.

Nie zabrakło też motywów śląskich, z których autor jest znany. Całość rozgrywa się na Górnym Śląsku, z Katowicami i Gliwicami na czele, i choć dygresji dotyczących samego Śląska tu nie odnajdziemy (poza wpięciem w dialogi gwary śląskiej, pisanej tym samym, specjalnym alfabetem, który poznaliśmy już w „Epifaniach wikarego Trzaski”), to jednak uczucie, jakie Twardoch żywi do swojej ojczyzny i tak jest bardzo widoczne. Jako mieszkaniec tych okolic jeszcze lepiej się bawiłem podczas odrywania fabuły, razem z bohaterem przemieszczając się w wyobraźni po znanych sobie trasach, oglądając opisywane, a znane sobie doskonale miejsca.

„Przemienienie” udowadnia, że dla Szczepana Twardocha nie ma znaczenia, jaki gatunek literacki uprawia – zawsze jest to literatura mocno odstająca od konkurencyjnych produktów (zwanych przez samych zainteresowanych: „dziełami”). Język tego Ślązaka to wspaniała polszczyzna, myśli zamieszczane na kartach uderzają spostrzegawczością, dodatkowo powieść opisuje tamte, szare czasy tak sugestywnie, że czytelnik ma wrażenie, jakby brał udział w wydarzeniach osobiście. Jedna z najlepszych książek, jakie miałem przyjemność przeczytać w roku 2010.

Przemienienie, Dębogóra 2008, 286 stron

Strona książki na LubimyCzytac.pl

poniedziałek, 15 listopada 2010

Jarosław Błotny, Oium ludu rzymskiego tom 1. "Wergeld królów"

Wśród licznych wznowień, kolejnych wydań z jakże istotnymi zmianami (nowa okładka), w Fabryce Słów wreszcie trafiła się prawdziwa nowość. Powieść mniej znanego (ale to się szybko zmieni!) pisarza, Jarosława Błotnego, będąca pierwszym tomem cyklu „Oium ludu rzymskiego” - „Wergeld królów”. Jest to fantastyczna historia alternatywna, rozgrywająca się w czasach cezara Kommodusa, znanego nam jeśli nie z historii, to chociażby z filmu „Gladiator”. Cezar ów, opisywany przez historyków jako tyran, kazał się uważać z wcielenie Herkulesa, stając osobiście na arenach niczym gladiator zabijał osobiście niewolników, krótko mówiąc: był szalony. Jednakże jego historia u Jarosława Błotnego przedstawiona została w inny sposób – po latach owego szaleństwa spojrzenie cezara na świat i Imperium się zmieniło, stał się władcą inteligentnym, wybiegającym myślami daleko w przód.

W ten właśnie sposób wytłumaczona została najbardziej niesamowita część powieści Jarosława Błotnego, czyli fakt istnienia niezwykłych wynalazków, znacznie wyprzedzających swój czas. Broń palna, maszyna parowa czy lot balonem to elementy zadziwiające lud, ale przyjmowane z logiką i spokojem, wynikającym także z faktu, iż religia znana nam jako chrześcijaństwo dopiero próbuje się rozprzestrzenić, pogańskie bóstwa zaś były znacznie mniej rygorystyczne światopoglądowo, niż nauki pierwszych chrześcijan.

Autor tworzy ciekawe postaci, ale znacznie ciekawsze myśli, które wkłada im do głów, a które bohaterowie wypowiadają ze spokojem, budując naprawdę przyjemne w odbiorze dyskusje na tematy głównie poświęcone religii i wierze jako takiej. Różne filozofie mieszają się z przeróżnymi światopoglądami, w książce nie występuje praktycznie żaden durny bohater, będący świadectwem głupoty ludzkiej – wszystkie postaci znajdujące się na odpowiedzialnych stanowiskach są ludźmi światłymi, otwartymi na nowe, co buduje naprawdę wspaniały obraz ludzi władzy – żal ściska serce, że takie rzeczy są możliwe tylko w książkach.

Nie można zapominać także o ukazaniu przez autora plemion germańskich, zamieszkujących krainę zwaną Sarmacją, tereny dzisiejszej Polski. Ich zwyczaje są także mocną stroną powieści, z tytułowym wergeldem na czele, który jest zasadą tak dobrze przemyślaną, że aż szkoda, że dziś nie można takich wprowadzić w życie. No, ale dziś nie ma u władzy ludzi honorowych...

Do pełni szczęścia brakuje tylko mapy, która ukazywała by świat przedstawiony, a dzięki której czytelnik znacznie bardziej wczułby się w lekturę, odnajdując wszelkie miasteczka i rzeki, konfrontując ich nazwy z naszą rzeczywistością. Że Vistula to Wisła, to wie każdy, ale resztę dobrze byłoby mieć narysowaną.

Lektura była przednia, ale krótka - „Wergeld królów” pękł w jeden dzień. W przygotowaniu tom drugi, ciekawe, czy ostatni? Jak na razie zabawa była na tyle dobra, że dwa tomy wydaje mi się liczbą nieco niewielką. Chociaż, z drugiej strony, nie każdy cykl musi liczyć od razu osiem części... :]

Wergeld królów, Fabryka Słów 2010, 312 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

niedziela, 14 listopada 2010

Bernard Cornwell, Kronik Pana Wojny tom 3. "Excalibur"

Ostatni tom Kronik Pana Wojny odrobinę odstaje poziomem od dwóch poprzednich. Historia zaczyna się nieco powtarzać – po każdym zwycięstwie przychodzi przegrana, przyjaciel okazuje się zdrajcą... Czytelnik zaczyna odczuwać lekkie zmęczenie konfliktem Brytów z Saksonami, a nieco większe postawą Artura, który nieco zgorzkniał, ale niczego się nie nauczył. Wciąż wierzy w śluby i przysięgi, choć doskonale wie, że w tej wierze jest osamotniony i w chwili zagrożenia i tak zostanie sam, co prawda z najwierniejszymi przyjaciółmi, lecz bez armii.

Bohater trylogii, Derfer Cadarn, próbuje czytelnikom tłumaczyć sens owego zachowania, jednakże coraz trudniej przychodzi nam wierzyć w sens dochowywania ślubów w świecie, w którym rządzi zawiść i przemoc. Przez pierwsze dwa tomy cyklu Cornwell ukazywał świat kompletnie inny od tego, który znamy z legend, bez papierowych bohaterów, za to z mocno zarysowanymi postaciami, a każda ma swój cel, i nigdy nie jest nim jakaś abstrakcyjna idea w stylu: zapewnić pokój Brytanii czy dbać o ludność i być sprawiedliwym. Tu, w tomie trzecim, jakby od tego założenia odchodzi, pozwalając, by górę wzięły właśnie idiotyczne idee, zamiast twarda konsekwencja w postępowaniu. Można zrozumieć, że słabe umysły poddadzą się silniejszym, ale że silne postaci stale dochowują słowa danego przed wielu laty, choć od dawna wiadomo, że cała Brytania przez to cierpi i cierpieć będzie? Trudno to przyjąć.

Na szczęście mimo to książka wciąż posiada inne cechy, które tak bardzo odróżniają tę trylogię od konkurencyjnych opowieści o tamtych czasach. Świat przedstawiony jest niezwykle brutalny, Merlin i Nimue wciąż szastają sztuczkami na lewo i prawo, oszukując lud i wciskając mu brednie o bóstwach i innych nadprzyrodzonych idiotyzmach, a Derfel ponownie będzie musiał zmierzyć się z licznymi wrogami i poprowadzić armię Artura ku zwycięstwu lub śmierci w chwale.

Excalibur, Da Capo 2000, Erica 2010, 464 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

środa, 10 listopada 2010

Bernard Cornwell, Kronik Pana Wojny tom 2. "Nieprzyjaciel Boga"

Drugi tom Kronik Pana Wojny to ukazanie krajobrazu po bitwie, która zakończyła waśń między Brytami, doprowadzając do zjednoczenia królestw przeciwko wspólnemu wrogowi – Saksonom (zwanym często wymiennie Sasami). Zdawałoby się, że teraz nic już nie stanie na przeszkodzie, by najeźdźców ze stałego kontynentu ostatecznie pognębić, ale... pamiętajmy, że postaci u Cornwella to realistyczne osobowości, a nie papierowi bohaterowie. Dlatego też czytelnik zdaje sobie sprawę, że pokój wcale nie jest taki oczywisty, gdy Lancelot otrzymuje we władanie Królestwo Sylurii, królem Dumnonii zostaje Mordred, a obmierzły sodomita biskup Sansum niczym wąż knuje wciąż nowe spiski, pod pozorem sławienia jednego Boga próbując zagarnąć dla siebie jak najwięcej władzy i zaszczytów, bez względu na ich cenę.

W dodatku zbliża się rok 500. Chrześcijańscy manipulanci z Sansumem na czele zdołali wmówić tępym wieśniakom, iż Chrystus właśnie teraz powróci, w dodatku zjawi się właśnie na terenie Brytanii. Autor przedstawia w bardzo realistyczny sposób mechanizm zachowania się tłuszczy oraz konsekwencje tego zjawiska.

Ciemne wieki wciąż się zbliżają, pamięć o wynalazkach i dokonaniach Rzymu jest coraz słabsza. Powszechna tępota osiąga rozmiary wcześniej nieznane, wynosząc do wszelkich godności głównie oszustów, bawiących się wydarzeniami z przeszłości niczym polscy politycy.

Z legend, na których opiera się mit arturiański, w drugim tomie odnajdziemy przede wszystkim sporo wieści o tzw. „skarbach Brytanii”, z Excaliburem na czele. Ale jest także sporo o miłości, która rozkwita pomiędzy bohaterami mimo wszelkiego brudu i okrucieństwa dookoła, zazna jej główny bohater, Derfel, znacznie bardziej jednak czytelnika uderzy cornwellowska wizja legendy o Tristanie i Izoldzie, o wiele bardziej okrutna i przejmująca, niż pamiętamy.

Enemy of God, Da Capo 1999, Erica 2010, 480 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

środa, 3 listopada 2010

Cormac McCarthy, "Droga"

„Droga” to jeden z niewielu przykładów książek, których opis na tylnej stronie okładki odpowiada rzeczywistości. Obojętnie jakie brednie czy pierdoły tam zostaną napisane, bez znaczenia kto się pod nimi podpisze – jeśli pochwalne, to prawdziwe. „Droga” jest tytułem autentycznie zwalającym z nóg, ukazującym świat po apokalipsie tak realistycznie, jakby autor rzeczywiście apokalipsę przeżył.

Jest to wspaniała historia o ojcu i synu, dorosłym i dziecku, wzajemnej odpowiedzialności jednego za drugiego. Jest tu także mnóstwo przemyśleń na temat stary jak świat, czyli czy warto w ogóle żyć, po co żyjemy, jaki jest sens tego wszystkiego? W końcu jest to także tytuł o ludziach, ładnie nazwanych dobrymi i złymi, gdzie dobroć jest tak rzadko spotykana, że nikt w nią już nie wierzy, z kolei zło traktowane jest jako norma i zwyczajne zachowanie. Piękne przedstawienie ludzkości, która pozbawiona kontroli (prawa, władzy, reguł) ukazuje swoje prawdziwe oblicze, gdzie mało zaradnych można trzymać w piwnicy i odkrajać im kończyny po kawałku, a zajście w ciążę jest świetnym sposobem na zapewnienie sobie po dziewięciu miesiącach lekkiego lunchu.

Książka jest nie tylko pełna prawdziwych, mocnych treści, ale również napisana w sposób zupełnie niestandardowy. Nie ma tu w ogóle dialogów, choć przecież ojciec z synem często rozmawia. Pozbawienie tekstu pauz i cudzysłowów, rezygnacja z mowy niezależnej i zależnej, brak rozdziałów i rozbicie powieści na setki odosobnionych akapitów powoduje wytworzenie się niezwykłego klimatu, gdzie niczym w powieści grozy w każdej chwili spodziewamy się huknięcia, eksplozji jeszcze większego zła. A gdy ono przychodzi, okazuje się, że i tak byliśmy nieprzygotowani.

The Road, Wydawnictwo Literackie 2010, 268 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

wtorek, 2 listopada 2010

Paweł Paliński "Cztery pory mroku"

Autor prezentuje przede wszystkim doskonały język i specyficzny, powolny, senny klimat ukazywanych tu historii. Niezależnie od tego, kim są bohaterowie, zawsze są niezwykle wiarygodnymi postaciami. Twórcy udaje się poprowadzić pierwszoosobową narrację zarówno z pozycji wykształconego lekarza-ordynatora, w dodatku robi to w sposób bardzo umiejętnie naśladujący samego Raymonda Chandlera, jak i z perspektywy lumpa, posługującego się specyficznym językiem ulicy, z mnóstwem dygresji.

Szkoda tylko, że same pomysły na teksty oparte są na niezbyt zaskakujących schematach. Rzadko odczuwamy zaskoczenie z powodu kolejnych wydarzeń, przeważnie czytelnik jest w stanie przewidzieć rozwój wypadków, co skutecznie psuje przyjemność z lektury, mimo języka, który naprawdę odstaje od schematu znanego z powieści i opowiadań innych polskich młodych twórców, zostawiając konkurencję w tyle.

Cztery pory mroku, Fabryka Słów 2009, 424 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

niedziela, 24 października 2010

Poul Anderson "Stanie się czas"

Książka dodana do jednego z numerów Nowej Fantastyki okazała się być bardzo przyzwoitą lekturą science fiction, poruszającą tematyką jedną z najbardziej fascynujących kwestii w nauce – podróżowania w czasie.

Bohaterem jest lekarz rodzinny, Anderson, nieprzypadkowo nazywający się tak, jak autor. Książka jest zapisem jego znajomości z młodym Jackiem Havig, którego żywot obserwujemy od momentu narodzin. Chłopiec jest zamknięty w sobie, przytrafiają mu się także trudne do wytłumaczenia przygody. Jak się okazuje, potrafi on się przenosić w czasie siłą woli, a doktor staje się jego powiernikiem i najbliższym przyjacielem, który będzie miał ogromny wpływ na podejmowane przez Jacka decyzje.

Pierwsze rozdziały opisujące dzieciństwo podróżnika napisane są tak, że nie można się oderwać od lektury. Dalej, gdy prezentowany jest świat przyszłości, nie jest już tak kolorowo – książka napisana w latach siedemdziesiątych dość jednoznacznie określa koleje losu ludzkości, wynikające z ówczesnych myśli i poglądów, skupionych głównie na niszczycielskiej sile człowieka. Niezależnie jednak od tego, czy czytelnikowi mocno się spodoba wymyślona tu organizacja, z którą bohater podejmuje walkę, czy też nie, jedno jest pewne: przypomnienie polskim czytelnikom Poula Andersona było wspaniałym pomysłem, bo po przeczytaniu tej powieści automatycznie nabieramy ochoty na zapoznanie się z pozostałą twórczością autora.

There Will Be Time, Prószyński i s-ka 2010, 232 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

poniedziałek, 18 października 2010

Marek S. Huberath "Druga podobizna w alabastrze"

Tytułowa mikropowieść prezentuje świat, w którym cesarstwo Rzymskie, w zasadzie bardziej imperium, nie rozpadło się i trwa, będąc jednocześnie przy tym tworem znacznie większym, niż znamy z historii. Treść mówi o wysoko postawionym urzędniku, który prowadzi coś na kształt śledztwa w jednej z odległych prowincji. Oficjalnie ma za zadanie sprawdzić czy kraj rzeczywiście się zmienia geograficznie i klimatycznie, co powoduje przestój w gospodarce, czy może władca jest po prostu niegospodarny.

Jednakże całe to otoczenie, prezentacja ciekawie funkcjonującej, gigantycznej państwowości oraz wyraźnie zarysowani bohaterowie to tylko tło dla tematu właściwego, czyli opisaniu religii wyznawanej przez tzw. Nowych Żydów. Tu nie wolno nic dodać, trzeba samemu się z ciekawą myślą zapoznać...

Na uwagę zasługuje precyzja i dopracowanie tekstu. Zresztą nie tylko „Drugiej podobizny...”, ale i trzech kolejnych, znacznie krótszych już opowiadań. Autor za każdym razem buduje świat od samych podstaw, nie pozostawiając czytelnikowi miejsca na zadawanie pytań. Wszystko ma swój początek, rozwinięcie i zakończenie. Momentami może i treść zdaje się być przez ten system zbyt rozbudowana, ale w sumie lepiej jest napisać zbyt wiele, a dokładnie, niż zostawić miejsce na niedopowiedzenia. Koniecznie trzeba też wspomnieć o języku stosowanym przez pisarza – zarówno „Druga podobizna w alabastrze”, jak i „Spokojne, słoneczne miejsce lęgowe” oraz „Maika Ivanna” napisane są w części obcym językiem (w mikropowieści to głównie z rozmysłem pozmieniane nazwy własne), co buduje wspaniały klimat, wymagając jednocześnie od czytelnika jeszcze większego zaangażowania w lekturę.

Druga podobizna w alabastrze, Zysk i s-ka 1997, 218 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

sobota, 16 października 2010

Magda Parus, Wilcze dziedzictwo (1) "Cienie przeszłości"

Cena ebooka w świeżo otwartym dziale książek elektronicznych w Empiku była tak atrakcyjna, że zastanawiałem się może całe osiem sekund, nim powieść kupiłem. Skoro wszyscy atakują wampiry i anioły, najwyższy czas poczytać coś krajowego na temat wilkołaków. A przy okazji sprawdzić na ile sprawnie przygotowywane są obarczone zabezpieczeniami DRM treści elektroniczne, na które od tylu miesięcy czekałem.

Piszę: krajowego, ale jak się okazało, krajowa jest tylko (znaczy się: aż) autorka, a bohaterowie to obcokrajowcy, podobnie miejsce akcji rzadko zahacza o Polskę. Bohaterem jest młody, świadomy swojej odmienności wilkołak (co jest ważne), buntownik o długich włosach (a jakże!), który prowadzi szeroko zakrojone śledztwo, mające na celu odnalezienie siostry. Jednak nim czytelnik to zrozumie, czeka go prawdziwy bój z systemem, w którym powieść została napisana: absolutnie dziwnym, bardzo nietypowym, wymagającym od nas pełnego zaangażowania i sporej cierpliwości.

Książka nie prezentuje żadnych wstępów czy wyjaśnień, od samego początku znajdujemy się w centrum wydarzeń, dookoła panoszy się spora liczba bohaterów, ich wzajemne relacje są na tyle skomplikowane, że dodatkowo utrudniają rozeznanie się w wydarzeniach. Bach! Colin nawiedza w towarzystwie niejakiego Alberta domostwo Antoine'a. Trach! Poznaje jego córkę – wilkołaka. Bęc! Już są zakochani, stale rozmawiają dzięki wspaniałemu darowi telepatii. Rym-cym-cym – szukamy jakiegoś profesora, tajnej kliniki, potem nagle znowu jest mowa o siostrze Emily, pojawia się znikąd młody wilczek Caramel, Antoine przeżywa rozterki przybranego ojca wilkołaka... Często fabuła przypomina czeski film. Najgorsze natomiast jest to, że główny bohater (też nie zamierza ułatwiać poznania treści, raz zwany Vernonem, to znowu Colinem, w zależności kim aktualnie się czuje i z kim rozmawia) jest typem tak beznadziejnie durnym, że wiara, iż jakakolwiek kobieta, a niechby i całe życie odcięta od świata i nieznająca żadnych chłopców się w nim zakocha, jest nie do przyjęcia. Colin to typ totalnego choleryka-histeryka, który w „normalnym świecie” nie przetrwałby ani chwili, natychmiast ktoś by go uspokoił z poczuciem wyższej konieczności usprawiedliwiającej przemoc.

Fakt, iż bohatera nie lubimy, mocno przeszkadza w pełnym zaangażowaniu w fabułę. Śledztwo z czasem zaczyna nabierać rumieńców, nie raz i nie dwa czytelnik zostanie zaskoczony wydarzeniami, znajdzie się całkiem sporo bardzo fajnie opisanych sytuacji. Jednakże całość jest napompowana przydługimi dialogami które najzwyczajniej w świecie szybko zaczynają być nużące, a fakt, iż bohater mimo upomnień z wielu stron w ogóle się nie zaczyna zastanawiać nad sobą, pozwalając by tępy gniew wywołany brakiem wyobraźni nim rządził powoduje, że w zasadzie niezbyt chce się sięgać po kolejny tom... mimo urwania akcji w trudnym momencie. Paskudna sytuacja, gdy czytelnik o zapoznaniu się z kolejną częścią myśli głównie nie z chęci poznania dalszych losów, ale ze względu na czas i pieniądz, który poświęcił dla tomu pierwszego. Wypada się dowiedzieć co było potem...

Na koniec warto zauważyć, że wydawnictwo Virtualo, będące organem odpowiedzialnym za konwersję skanu książki do formatu EPUB nie zasługuje na wielkie brawa i bukiet kwiatów. Mamy sporo pomniejszych błędów, ale ok, wszak w drukowanych książkach też zawsze jakieś znajdziemy. Gorzej jednak, że powieść skonwertowano łącznie ze zbędnymi formularzami zakupu książek w RUNIE (co jest po prostu głupie), a fakt, iż zamieszczone z tyłu reklamy innych pozycji nie zostały oddzielone żadnymi podziałami na chociażby nową stronę woła o pomstę do nieba – jest tak brzydko, że pękają oczy.

Wilcze dziedzictwo. Cienie przeszłości, Runa 2007, 432 strony (w wersji elektronicznej: 348 ;)

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

piątek, 15 października 2010

Joe Haldeman "Wieczna wojna"

„Wieczna wojna” to jedna z najważniejszych powieści science fiction, której tytuł należy rozumieć dosłownie. Akcja rozpoczyna się pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku, a jej głównym bohaterem jest William Mandella, urodzony w latach siedemdziesiątych. Trwa wojna z obcymi, owadopodobnymi Tauranami. Mandella odbywa szkolenie, następnie bierze czynny udział w ważnych dla wojny bitwach, będąc jednym z tych żołnierzy, którzy oglądają wojnę od samego jej początku. Z czasem awansuje, w końcu, po odsłużeniu swojego, postanawia powrócić na Ziemię.

Siłą powieści jest nie tylko sama wojna, która z pewnością zapewni wiele przyjemności fanom militarnej science fiction. Przez zastosowanie zasady efektu relatywistycznego (dylatacji czasu) oglądamy oczami Mandelli nie tylko kolejne stulecia walki z obcymi, ale i zmiany, jakim poddawana jest Ziemia i ludzkość jako społeczeństwo. Wyobraźnia autora stworzyła przerażający obraz naszej planety oraz zasad, jakie nią rządzą.

Autor bazował na swoich doświadczeniach z wojny w Wietnamie, dlatego pierwszoosobowa narracja Mandelli idealnie oddaje strach żołnierza, którego fach – jak sam bohater twierdzi pod koniec książki – polega głównie na odczuwaniu albo nudy, albo przerażenia. Haldeman opisuje ciekawe dodatki, wymyślone w celu zwiększenia poziomu wojska, takie jak pigułki wspomagające naturalną agresję czy terapeutyczne właściwości seksu. „Wieczna wojna” to lektura specyficzna również dlatego, iż wbrew zasadom, jakie rządzą na Ziemi, wojsko u Haldemana zostało stworzone ze specjalnie wybranych jednostek, których inteligencja znacznie przekracza średnią. Ten pomysł otwiera zupełnie nowe perspektywy, z których pisarz skrupulatnie korzysta opisując i wojnę, i chaos panujący na Ziemi.

Mimo że nie jestem fanem militaryzmu, przebrnąłem przez opisy bitew, by zostać sowicie nagrodzonym w momentach prezentujących Ziemię i ludzkość przyszłości. Teraz pozostaje jeszcze tylko przeczytać słynny komiks na podstawie powieści i poczekać na wersję filmową Ridleya Scotta...

The Forever War, Solaris 2009, 318 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

czwartek, 14 października 2010

Jakub Ćwiek, Kłamcy tom 3: "Kłamca 3. Ochłap sztandaru"

Trzecia książka opowiadająca o przygodach nordyckiego bóstwa Lokiego jest jednocześnie pierwszą powieścią, zamiast zbiorem opowiadań. Niestety mimo nagromadzenia sporej ilości wątków i bohaterów, jako całość stoi zdecydowanie niżej od poprzedników.

Tym razem do gry wkracza Lucyfer, którego nieobecność mogła niektórych czytelników zastanawiać. W powieści ważyć będą się losy całej ludzkości w klasycznej, biblijnej wersji apokalipsy. Nasi bohaterowie zostali rozrzuceni w świecie, część przebywa w Stanach, inni w Europie, sam Loki natomiast zwiedza zaświaty, jak zwykle knując i manipulując kim tylko się da, a wszystko ku chwale Nieba – na celowniku jest niemowlę, sam Antychryst.

Autorowi znowu udało się w tekst wpleść sporo odnośników do popkultury (zegarek Bonda wisi na kangurku), przyjemnie też wyszedł Lucyfer jako postać. Szkoda tylko, że reszta ferajny z piekła jest już taka typową bandą kretynów i idiotów, podobnie jak przyjemności nie sprawia poznawanie zaświatów, gdzie Loki napotyka bóstwa, bodajże celtyckie. Nawet jeden z najfajniejszych tematów, czyli prawdziwe, autentyczne zombie, tutaj są jakieś nijakie, pozbawione polotu. Czytelnik ziewa niebezpiecznie często...

Najciekawsze jednak jest to, że „Ochłap sztandaru” wcale nie kończy przygód Lokiego. Jak się okazuje po przeczytaniu dziesięciu rozdziałów, będzie tom kolejny, który dopiero kwestię apokalipsy wyjaśni. Liczę, że wyjaśni też pozostałe niedopowiedziane kwestie i wyjaśni je w dobry sposób, bowiem ostatnie zdania książki zamiast fajnej opowieści przypominają niestety marny scenariusz amerykańskiego filmu klasy D.

Kłamca 3. Ochłap sztandaru, Fabryka Słów 2008, 272 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

środa, 13 października 2010

Ebooki w formacie EPUB - wreszcie są!

Długo czekaliśmy na platformę oferującą elektroniczne wersje książek na tyle otwartą, by nie zmuszała do zakupu dedykowanego im czytnika (jak postąpił Kolporter ze swoim eClicto). Owszem, kilka sklepów z treściami elektronicznymi mieliśmy już wcześniej, lecz przeważnie oferowały one format PDF i dostęp online, zmuszając czytelnika do lektury na ekranie monitora. Wreszcie, po zapowiedziach i przygotowaniach, jeden z największych graczy na polskim rynku – Empik – wzbogacił ofertę swojego sklepu internetowego o e-książki. Warto dodać, iż oferta w pełni pokrywa się z tą, którą znajdziemy w księgarni Virtualo.pl, która też jest firmą odpowiedzialną za jakość konwersji książek.

Stale słyszymy opinie mówiące o zagrożeniach, jakie na wydawców i autorów czyhają w przypadku sprzedaży treści elektronicznych. Że zakupione pozycje będą nielegalnie kopiowane, umieszczane w znanych wszystkim serwisach oferujących wymianę plików i tak dalej. Dlatego też Empik swoje produkty wyposażył w zabezpieczenie Adobe DRM, które uniemożliwia dostęp do ebooka osobom do tego nieuprawnionym. Jednakże taki zabieg wiąże się z kilkoma faktami, które wypada znać przed dokonaniem zakupu.

Zabezpieczenie Adobe DRM jest obecnie najpopularniejszym standardem, w obsługę którego wyposażona jest ogromna większość czytników książek elektronicznych dostępnych na rynku. Szczegółowa lista obsługiwanych urządzeń dostępna jest na tej stronie. Aby móc skorzystać w pełni z oferty księgarni Empik należy się zarejestrować w Adobe, czyli zdobyć tak zwany Adobe ID, pod tym adresem. Zajmuje to kilka sekund, a posiadając Adobe ID możemy przystąpić do ostatniej – najważniejszej czynności, czyli instalacji oprogramowania pozwalającego na odtworzenie zakupionych książek i komunikację między własnymi urządzeniami do ich odtwarzania (komputer, czytnik) – Adobe Digital Editions, do zainstalowania z tej strony, przy pomocy przyjemnego instalatora dostępnego z poziomu przeglądarki internetowej.

Biblioteka Adobe Digital Editions

Po uruchomieniu programu należy dokonać autoryzacji komputera, czyli przypisać dany komputer do użytkownika. To właśnie jest zabezpieczeniem – otwierając zakupioną książkę bez autoryzacji zostanie ona przypisana do tego jednego komputera, czyli straci swoje właściwości licencyjne. Nie będziemy w stanie otworzyć jej na kolejnym urządzeniu (komputerze w pracy/domu, czytniku książek). Dlatego tak ważne jest odpowiednie przygotowanie i rejestracja w Adobe.

Zakupione w Empiku/Virtualo książki, po zarejestrowaniu przez sklep płatności przekazywane są do działu Moja Biblioteka. Po ściągnięciu ich na dysk twardy komputera okazuje się, iż wcale nie mają rozszerzenia EPUB, a ACSM. Podwójne kliknięcie w taki plik powoduje odczytanie go przez program Adobe Digital Editions i ściągnięcie właściwej książki. Od tego momentu jest ona dostępna na komputerze. W tym momencie szczęśliwi posiadacze czytnika książek elektronicznych powinni swoje urządzenie podłączyć do komputera, a program Adobe Digital Editions po wykryciu nowego sprzętu dokona jego autoryzacji. Wówczas czytnik stanie się jedną z półek w programie, na którą w prosty sposób przeniesiemy zakupioną książkę metodą „przeciągnij i upuść”. Oczywiście każdy, kto ma czytnik wyposażony w możliwość przeglądania internetu wcale nie musi go autoryzować przez podłączenie do komputera, może to zrobić bezpośrednio z urządzenia.



Licencja pozwala na otworzenie książki na sześciu urządzeniach. Także nie trzeba się bać, że wykorzystamy wszystkie, osobiście książki kupowałem w pracy, po czym otwierałem na komputerze żony, wrzuciłem do czytnika i odtworzę jeszcze na swoim komputerze. I jeszcze mi pozostaną dwa urządzenia na przyszłość. Dodatkowo z każdym rokiem posiadania Adobe ID otrzymujemy kolejną licencję, z myślą o przenoszeniu danych w przyszłości, przy zmianach czytników czy komputerów.

Jeszcze dwa słowa o jakości książek oferowanych przez Empik/Virtualo. System Adobe Digital Editions nie radzi sobie ze znakami innymi, jak podstawowe, występujące w alfabecie angielskim. Nie ma szans na rozróżnienie polskich znaków diaktrycznych. Mimo to sklepy zapewniają o wsparciu dla 95% czytników dostępnych na polskim rynku. Jak wobec tego osiągnęli swój cel? Jakim sposobem pozycje zakupione w tych dwóch sklepach, pozycje w formacie EPUB wyglądają idealnie nie tylko na czytniku, ale i w programie Adobe Digital Editions? Otóż Virtualo podczas konwersji zastosowało zabieg polegający na twardym, stałym umieszczeniu wybranej czcionki w książce. Dlatego też najprawdopodobniej zmiana czcionki na inną (tu mamy do czynienia z fontem „Iwona”) nie będzie możliwa. Ale coś za coś – jest poprawnie, jest po polsku, jest profesjonalnie. Ja za opcją zmiany czcionki tęsknić nie będę, ciesząc się z jakości w niczym nie ustępującej tej z wydań papierowych.

Także na chwilę obecną, niedługo po premierze treści elektronicznych w sklepach Virtualo.pl i Empik można być zadowolonym z przygotowania systemu, jakości pozycji i sprawności, z jaką sklepy prowadzą sprzedaż. Inną natomiast kwestią pozostają ceny książek (zapowiadano, że będą tańsze), możliwość ich wypożyczenia, a nie kupna (czego na razie nie ma) oraz cena czytnika, który ma wejść do masowej sprzedaży pod koniec roku. Czy naprawdę będzie to cena konkurencyjna? A co z wydawnictwami, których w ofercie brakuje? Uda się je skłonić do współpracy? Na te zagadnienia odpowiedź przyniesie dopiero czas.