Andreas Eschbach wydaje mi się być pisarzem, który ma dość konkretne, “twarde” podejście do kościoła, szczególnie katolickiego. Jego powieść "Gobeliniarze" zajmowała się w dużej mierze religią jako taką właśnie, a poglądy autora były widoczne także w powieści dotyczącej zupełnie innego tematu, "Bilion dolarów".
Należę do tych czytelników, którzy lubią otwarte podejście do kwestii wiary samej w sobie, a także eksperymentów i rozważań na temat katolicyzmu. Znając podejście autora do tematu obiecywałem sobie wiele po “Video z Jezusem”, niestety chyba zbyt wiele.
Powieść opowiada o niezwykłym znalezisku jakiego dokonano na terenie Izraela. Odnaleziono kości człowieka, który trzymał niezwykłą rzecz: instrukcję obsługi kamery video. Niezwykłość odkrycia polega na tym, że nie ma najmniejszych wątpliwości, że kości leżą tu od około dwóch tysięcy lat. Skąd zatem instrukcja sprzętu, który nie tylko nie pasuje do tamtych czasów, ale także do naszych? Jak się bowiem okazuje, kamera jeszcze nie powstała, będzie gotowa dopiero za trzy lata...
Mamy kilku bohaterów. Pierwszym z nich jest pisarz science fiction, szybko zawołany na miejsce przez potężnego biznesmena, kolejną ważną postać. Do tego dochodzi jeszcze młody mężczyzna, który odkrył znalezisko, dość ciekawy bohater, ambitny człowiek, pracujący dla zabawy i przygody, a nie pieniędzy. Pisarz wraz z biznesmenem podejmują próbę odnalezienia wszystkich możliwych wytłumaczeń zjawiska i dochodzą do przeróżnych wniosków.
Brzmi ciekawie, nawet bardzo ciekawie. Rzeczywiście; momentami rozważania pisarza są zajmujące, ale niestety podane w taki sposób, że nie są w stanie zawalczyć o pełną uwagę czytelnika, który z każdą kolejną stroną popada w coraz większe otępienie. Eschbach tworzy niestety bardzo typową fabułę, wszystko co się dzieje dookoła zaczyna szybko przypominać powieść sensacyjną w stylu “Kodu Leonarda da Vinci”, i to nie jest komplement. Nie mam nic do “Kodu...”, po prostu ta powieść obiecywała co innego. W dodatku jak na sensację z elementami thrillera akcja toczy się za wolno, a zabawie przeszkadza coraz większe rozczarowanie - ja naprawdę się spodziewałem i liczyłem na książkę odważnie podejmującą temat religii i wiary, w której jasno i klarownie zostaną ukazane wszystkie wady kościoła katolickiego i jego trwających od dwóch tysięcy lat manipulacji. Gdzie Jezus mógłby zostać przedstawiony jako... bo ja wiem? Ofiara ludzkiej podłości? Zwykły, odważny człowiek? Cholera, a niechby to była nawet głowa licznej rodziny albo szef jakiejś szemranej organizacji, w końcu w książkach wolno wszystko. A autor jakby się tematu w pewnym momencie wystraszył...
Jego wnioski dotyczące postaci Jezusa są bardzo standardowe, bardzo grzeczne i poukładane. Pewnie, że są do zaakceptowania, ale... zapowiadało się na coś więcej. Podobnie w kwestii kościoła - nie dowiemy się niczego nowego, pisarz powiela słowa setek twórców i filozofów przed nim. Sama końcówka powieści z kolei wygląda tak, jakby Eschbach sam się w tym wszystkim pogubił i nie potrafił zdecydować czy w końcu pisze science fiction, czy sensację, czy thriller.
Wydaje mi się, że mogło być z tego świetne opowiadanie, ale powieść wyszła średnia, nie tylko rozczarowująca pod względem obiecywanej treści, ale też po prostu nudna, monotonna, wcale nie odkrywcza. Szkoda.
Das Jesus Video, Solaris 2004, 600 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andreas Echsbach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andreas Echsbach. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 1 grudnia 2011
niedziela, 20 listopada 2011
Andreas Eschbach "Gobeliniarze"
“Gobeliniarze” to zbiór powiązanych ze sobą opowiadań toczących się gdzieś w odległej przyszłości. Na jednym ze światów celem życia większości mężczyzn jest tkanie dywanu, splecionego z włosów ich żon i córek. Tenże dywan, gdy będzie gotowy, odsprzedany zostaje do pałacu cesarza, który w oczach swoich poddanych jest jednak znacznie bardziej bogiem, niż tylko władcą. Specyficznie pojmowana religia składa się jak zwykle z licznych obowiązków, wśród których najstraszniejszym jest możliwość posiadania przez gobeliniarza tylko jednego syna. Córek i żon może mieć wiele - tym lepiej, więcej kolorów, więcej barw znajdzie się w dywanie. Ale gdy na świat przyjdzie kolejny syn, musi zginąć z ręki ojca.
Pierwsze opowiadanie, “Gobeliniarze”, doskonale prezentuje pomysł autora, a swoim wykonaniem jeszcze bardziej zachęca do lektury. Andreas Eschbach pisze niezwykle starannie, bardzo dokładnie, można dać się porwać magii opowieści. W kolejnych tekstach na przykładzie często małych historii pojedynczych ludzi poznajemy dalsze losy cesarstwa, w którym dochodzi do znienawidzonych przez prostych ludzi zmian. Dzięki temu autor ma okazję nie tylko coraz bardziej rozbudowywać swój (wszech)świat, ale także pokazuje nam kilka bardzo dobrych historii, w których bohaterami są różni ludzie, na różnych stanowiskach, o różnych poglądach. A by nie zacząć nużyć czytelnika, zmienia się także styl kolejnych opowieści, kierując się od strony dość mrocznego fantasy w kierunku space opery.
“Gobeliniarze” to opowieść o religii i władzy - dwóch elementach, które chyba nie mogą istnieć bez siebie nawzajem. Autor przedstawiając relacje pomiędzy nimi nie waha się pokazywać wszystkich zależności, a dzięki specyficznemu językowi, który momentami brzmi niemal jak biblijny, niektórzy czytelnicy w książce mogą odkryć kilka prawd o wierze, które mogą się nie spodobać, a które wydają się być jak najbardziej prawdziwymi. Jest to jedna z tych książek, które co chwilę odkłada się na bok, przerywając lekturę i pogrążając się w rozmyślaniach nad treścią i zawartymi tu spostrzeżeniami. I obojętnie, czy z autorem się czytelnik zgodzi, czy nie, jedno trzeba mu przyznać: potrafi zmusić do myślenia.
Die haarteppichknupfer, Solaris 2006, 250 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Pierwsze opowiadanie, “Gobeliniarze”, doskonale prezentuje pomysł autora, a swoim wykonaniem jeszcze bardziej zachęca do lektury. Andreas Eschbach pisze niezwykle starannie, bardzo dokładnie, można dać się porwać magii opowieści. W kolejnych tekstach na przykładzie często małych historii pojedynczych ludzi poznajemy dalsze losy cesarstwa, w którym dochodzi do znienawidzonych przez prostych ludzi zmian. Dzięki temu autor ma okazję nie tylko coraz bardziej rozbudowywać swój (wszech)świat, ale także pokazuje nam kilka bardzo dobrych historii, w których bohaterami są różni ludzie, na różnych stanowiskach, o różnych poglądach. A by nie zacząć nużyć czytelnika, zmienia się także styl kolejnych opowieści, kierując się od strony dość mrocznego fantasy w kierunku space opery.
“Gobeliniarze” to opowieść o religii i władzy - dwóch elementach, które chyba nie mogą istnieć bez siebie nawzajem. Autor przedstawiając relacje pomiędzy nimi nie waha się pokazywać wszystkich zależności, a dzięki specyficznemu językowi, który momentami brzmi niemal jak biblijny, niektórzy czytelnicy w książce mogą odkryć kilka prawd o wierze, które mogą się nie spodobać, a które wydają się być jak najbardziej prawdziwymi. Jest to jedna z tych książek, które co chwilę odkłada się na bok, przerywając lekturę i pogrążając się w rozmyślaniach nad treścią i zawartymi tu spostrzeżeniami. I obojętnie, czy z autorem się czytelnik zgodzi, czy nie, jedno trzeba mu przyznać: potrafi zmusić do myślenia.
Die haarteppichknupfer, Solaris 2006, 250 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
poniedziałek, 14 listopada 2011
Andreas Eschbach "Bilion dolarów"
Gdy pierwszy raz w oko wpadło mi nazwisko Eschbach jednocześnie zupełnie umknęła mi informacja, że człowiek ten pisze jednak fantastykę. Rozpoczynając lekturę “Biliona dolarów” nic na to nie wskazywało - książka bardziej przypominała produkt, którego nie powstydziłby się np. Jeffrey Archer, uwielbiający stawiać swoich bohaterów w takich sytuacjach, w jakiej znalazł się John Salvatore Fontanelli.
Jeszcze niedawno był roznosicielem pizzy, człowiekiem praktycznie bez wykształcenia, patrzącym swobodnie jak życie ucieka mu między palcami. Dziś jednak siedzi w towarzystwie czterech adwokatów, należących nie tylko do jednej firmy prawniczej, ale także do jednej rodziny. Okazuje się, że John otrzymał spadek. Prolog do opowieści rewelacyjnie opisuje procedurę otrzymania kwoty pełnego biliona dolarów, czyli miliona milionów, ewentualnie tysiąca miliardów. Kwoty większej niż PKB większości krajów na świecie, czyniącej z Fontanellego nie tylko najbogatszego człowieka na Ziemi, ale także mocno zostawiającego w tyle wszystkich innych, od Billa Gatesa począwszy, na sułtanie Brunei skończywszy.
Jest rok 1995. Fontanelli decyduje się przyjąć spadek, i wtedy dowiaduje się, skąd się wziął. Jest to absolutnie fantastyczna historia, jak najbardziej możliwa do zrealizowania, lecz sposób, w jaki ów bilion dolarów powstał i tak jest trudny do przyjęcia. Odsetki składane przez pięćset lat...? A skoro ktoś przed połową milenium powziął tego typu decyzję, z pewnością miał niezły powód. I może nawet plan co należałoby z taką kwotą uczynić.
John Fontanelli dowiaduje się o proroctwie i odpowiedzialności, jaka na nim spoczywa. Ma przywrócić ludziom ich utraconą przyszłość, dokonać zmian na naszej planecie tak, by wreszcie uczynić coś z samonapędzającą się gospodarką i ekonomią, której niewolnikami jesteśmy wszyscy, począwszy od pozbawionego dochodu, niedożywionego rybaka z Filipin, skończywszy na papieżu, prezydencie USA, sekretarzu generalnym ONZ i dziesiątkach prezesów wszelakich korporacji, dziś właściwie rządzących światem niczym królewięta i książęta w feudalizmie.
Dzięki “Bilionowi dolarów” czytelnik dowie się jak wygląda władza na tym świecie i czym właściwie jest. Dowiemy się, że mając tak potężne pieniądze, wręcz niewyobrażalne, możemy wszystko - kompletnie wszystko. Nie tylko wszystko mieć: zamki, wyspy, firmy, seks z uwzględnieniem zaspokajania KAŻDEJ fantazji zupełnie bez skrępowania, wręcz z oczywistością i... zrozumieniem. Można sterować życiem na planecie, której system ekonomiczny, ten sam, z którego wszyscy korzystamy, jest rozpędzonym pociągiem bez hamulców, i jedyne, co go czeka, to wykolejenie. Dzisiejszy kryzys wydaje się być tego doskonałym potwierdzeniem. Przejmowanie firm to mały pikuś przy rozmowach z prezydentami, premierami, kardynałami i innymi możnymi tego świata. Krótka piłka, wystarczy im uświadomić jak wiele stracą, gdy wszystkie posiadane przez Johna Fontanellego firmy na całym globie przestaną robić z nimi interesy - i nagle okazuje się, że wszystko jest do kupienia. A nawet do wzięcia za darmo, bowiem im człowiek bogatszy, tym mniej płaci za tym droższe przedmioty czy usługi.
Styl autora bardzo mi się kojarzy ze stylem kanadyjskiego twórcy, Roberta J. Sawyera. Mamy sporo wątków, częste zmiany klimatu opowieści, od szaleńczej radości, przez obserwację Johna i jego otoczenia z czysto socjologicznego punktu widzenia, do wręcz depresji wywołanej prostym wnioskiem płynącym z bogactwa: im więcej pieniędzy rozdaję, tym więcej do mnie wraca. “Bilion dolarów” jest i powieścią obyczajową, i delikatną fantastyką, w której uwzględnione zostały największe wydarzenia drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, ale mamy tu także romans oraz - chyba najczęściej - thriller.
O ile pod koniec powieści (znowu wzorem Sawyera) autor zdaje się wycofywać z proroctwa, przedstawiając kilka wizji, które osobiście odebrałem jako stanowczo zbyt naiwne i idealistyczne, tak nie mam wątpliwości, że prawdziwą wartością książki nie jest historia Johna Fontanellego, ale opis pieniądza jako boga wszystkich ludzi i jedynej rzeczy na tym świecie, która ma znaczenie. Można dowiedzieć się sporo o ekonomii globalnej i wzajemnym uzależnieniu od siebie praktycznie wszystkich instytucji na tej planecie. Bez teorii spiskowych, zaznaczam - ani przez chwilę autor nie próbuje nam wmówić czegokolwiek, nie próbuje prać mózgu czytelnika w myśl najnowszej mody. Po prostu szczerze opisuje to, jak działa kapitalizm i na czym on tak właściwie polega. I robi to z zaangażowaniem, doskonale prowadzoną narracją i mimo idealizmu ekonomicznego nie stroni od brutalnej prawdy mówionej o ludziach, którzy nie zmienią się nigdy, na zawsze żyjąc w myśl zasady: “po mnie choćby potop”.
Billion Dollar, Solaris 2006, 688 stron
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Jeszcze niedawno był roznosicielem pizzy, człowiekiem praktycznie bez wykształcenia, patrzącym swobodnie jak życie ucieka mu między palcami. Dziś jednak siedzi w towarzystwie czterech adwokatów, należących nie tylko do jednej firmy prawniczej, ale także do jednej rodziny. Okazuje się, że John otrzymał spadek. Prolog do opowieści rewelacyjnie opisuje procedurę otrzymania kwoty pełnego biliona dolarów, czyli miliona milionów, ewentualnie tysiąca miliardów. Kwoty większej niż PKB większości krajów na świecie, czyniącej z Fontanellego nie tylko najbogatszego człowieka na Ziemi, ale także mocno zostawiającego w tyle wszystkich innych, od Billa Gatesa począwszy, na sułtanie Brunei skończywszy.
Jest rok 1995. Fontanelli decyduje się przyjąć spadek, i wtedy dowiaduje się, skąd się wziął. Jest to absolutnie fantastyczna historia, jak najbardziej możliwa do zrealizowania, lecz sposób, w jaki ów bilion dolarów powstał i tak jest trudny do przyjęcia. Odsetki składane przez pięćset lat...? A skoro ktoś przed połową milenium powziął tego typu decyzję, z pewnością miał niezły powód. I może nawet plan co należałoby z taką kwotą uczynić.
John Fontanelli dowiaduje się o proroctwie i odpowiedzialności, jaka na nim spoczywa. Ma przywrócić ludziom ich utraconą przyszłość, dokonać zmian na naszej planecie tak, by wreszcie uczynić coś z samonapędzającą się gospodarką i ekonomią, której niewolnikami jesteśmy wszyscy, począwszy od pozbawionego dochodu, niedożywionego rybaka z Filipin, skończywszy na papieżu, prezydencie USA, sekretarzu generalnym ONZ i dziesiątkach prezesów wszelakich korporacji, dziś właściwie rządzących światem niczym królewięta i książęta w feudalizmie.
Dzięki “Bilionowi dolarów” czytelnik dowie się jak wygląda władza na tym świecie i czym właściwie jest. Dowiemy się, że mając tak potężne pieniądze, wręcz niewyobrażalne, możemy wszystko - kompletnie wszystko. Nie tylko wszystko mieć: zamki, wyspy, firmy, seks z uwzględnieniem zaspokajania KAŻDEJ fantazji zupełnie bez skrępowania, wręcz z oczywistością i... zrozumieniem. Można sterować życiem na planecie, której system ekonomiczny, ten sam, z którego wszyscy korzystamy, jest rozpędzonym pociągiem bez hamulców, i jedyne, co go czeka, to wykolejenie. Dzisiejszy kryzys wydaje się być tego doskonałym potwierdzeniem. Przejmowanie firm to mały pikuś przy rozmowach z prezydentami, premierami, kardynałami i innymi możnymi tego świata. Krótka piłka, wystarczy im uświadomić jak wiele stracą, gdy wszystkie posiadane przez Johna Fontanellego firmy na całym globie przestaną robić z nimi interesy - i nagle okazuje się, że wszystko jest do kupienia. A nawet do wzięcia za darmo, bowiem im człowiek bogatszy, tym mniej płaci za tym droższe przedmioty czy usługi.
Styl autora bardzo mi się kojarzy ze stylem kanadyjskiego twórcy, Roberta J. Sawyera. Mamy sporo wątków, częste zmiany klimatu opowieści, od szaleńczej radości, przez obserwację Johna i jego otoczenia z czysto socjologicznego punktu widzenia, do wręcz depresji wywołanej prostym wnioskiem płynącym z bogactwa: im więcej pieniędzy rozdaję, tym więcej do mnie wraca. “Bilion dolarów” jest i powieścią obyczajową, i delikatną fantastyką, w której uwzględnione zostały największe wydarzenia drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, ale mamy tu także romans oraz - chyba najczęściej - thriller.
O ile pod koniec powieści (znowu wzorem Sawyera) autor zdaje się wycofywać z proroctwa, przedstawiając kilka wizji, które osobiście odebrałem jako stanowczo zbyt naiwne i idealistyczne, tak nie mam wątpliwości, że prawdziwą wartością książki nie jest historia Johna Fontanellego, ale opis pieniądza jako boga wszystkich ludzi i jedynej rzeczy na tym świecie, która ma znaczenie. Można dowiedzieć się sporo o ekonomii globalnej i wzajemnym uzależnieniu od siebie praktycznie wszystkich instytucji na tej planecie. Bez teorii spiskowych, zaznaczam - ani przez chwilę autor nie próbuje nam wmówić czegokolwiek, nie próbuje prać mózgu czytelnika w myśl najnowszej mody. Po prostu szczerze opisuje to, jak działa kapitalizm i na czym on tak właściwie polega. I robi to z zaangażowaniem, doskonale prowadzoną narracją i mimo idealizmu ekonomicznego nie stroni od brutalnej prawdy mówionej o ludziach, którzy nie zmienią się nigdy, na zawsze żyjąc w myśl zasady: “po mnie choćby potop”.
Billion Dollar, Solaris 2006, 688 stron
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)


