Podobnie jak w przypadku "Gry o tron", o tym, że taka powieść w ogóle istnieje dowiedziałem się dopiero, gdy zaczęto tworzyć serial. A że nie mam w zwyczaju oglądać produkcji tv bez znajomości oryginału książkowego, po “Opowieść Podręcznej” sięgnałem. Przeczytałem. I jestem tak zmęczony, że serial na razie zostawiam w spokoju.
Powiedziano już o książce tak wiele, i zinterpretowano ją na tyle możliwych sposobów, że dosłownie każda frakcja osiągnęła już chyba zadowolenie. Tymczasem wydaje mi się, że wpierw wypadałoby powiedzieć, że “Opowieść Podręcznej” jest książką z gatunku fantastyki naukowej, a konkretnie podgatunku fantastyki socjologicznej. I że na półce może spokojnie stać obok Orwella i Zajdla. I że warto rzecz przeczytać bez usilnego poszukiwania fragmentów, którymi można poprzeć jakieś tam tezy, własne czy cudze. Warto spróbować po prostu przeczytać opowiedzianą tu historię, która – info dla tych, którzy nie znają, a się wymądrzają – wcale nie jest wypełnioną seksem i hedonizmem obrzydliwością. Nie jest także – info dla innych, którzy nie znają, ale się wymądrzają – powieścią o biednych, słabych kobietach. Ani twardych, mocnych kobietach. Ani o mężczyznach, którzy myślą tylko o jednym, kobiety mając za przedmioty. Nic ale to nic z tych rzeczy.
Świat przedstawiony jest jaki jest. Rozglądając się dookoła po naszych czasach niespecjalnie trudno jest znaleźć dobre argumenty dlaczego świat “Opowieści Podręcznej” nie miałby być światem realnym. Wszyscy musimy żyć z konsekwencjami wyborów, które wpierw ładnie ubrane w poruszające odpowiednie struny słowa stają się prawem. Widzimy efekty kolejnych praw globalnie i lokalnie, a prawdą jest jednocześnie stwierdzenie, że zmiana chociażby prawa dotyczącego aborcji to zbyt mało, by mówić o totalitaryzmie z książki, ale i stwierdzenie, że każde wielkie zło zaczyna się od tych mniejszych, prostszych do przeforsowania i ukrycia w codziennym chaosie informacyjnym.
Trochę trudno mi sobie wyobrazić jakim cudem można po lekturze “Opowieści Podręcznej” stanąć jednoznacznie po którejś ze stron. Przecież są tu i mężczyźni-świnie, ale i ci, którzy pragną istniejący stan rzeczy zmienić. Są tu kobiety-ofiary, ale i nie brakuje kobiet, które w sposób o wiele gorszy od mężczyzn wykorzystują aktualną sytuację, znajdując przyjemność w cierpieniu innych kobiet. To nie jest książka pisana pod z góry narzuconą tezę, a bohaterka nie oferuje w zasadzie żadnej odpowiedzi, potrafi jedynie zadawać pytania. I w kontekście czasów, w jakich Margaret Atwood książkę pisała te pytania są jak najbardziej na miejscu. Pokazywanie kobietom ich miejsca przez niektórych republikanów z czasów Reagana, panująca epidemia wówczas przerażającej choroby AIDS, nastroje momentami wręcz apokaliptyczne, sprowadzanie tak wielu elementów codzienności do kwestii seksualnych – jakie czasy, taka fantastyka socjologiczna.
Ale i dziś nie brakuje w powieści tematów, które są aktualne, bo i historia lubi się powtarzać. Dobra rzecz, choć nie powiem, żeby z nóg zwalała. Ale zdecydowanie warta lektury.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fanatyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fanatyzm. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 3 marca 2019
środa, 26 października 2011
Stephen King "Carrie"
Bohaterką książki jest tytułowa Carrie, szesnastoletnia dziewczyna, która kompletnie nie ma pojęcia o życiu. Od zawsze jest wyśmiewana przez rówieśników, wytykana palcami. Winę za taki stan rzeczy ponosi jej matka, fanatyczka religijna, która nie mogąc znieść własnego grzechu, jakim według niej niewątpliwie jest poczęcie i urodzenie dziecka, tłamsi córkę, zmusza do tkwienia w patologii. Prawdziwym horrorem w tej opowieści nie są wydarzenia do których zmierzamy od pierwszego słowa w powieści. Horrorem jest właśnie dramat młodej dziewczyny tak bardzo odrzuconej i pozbawionej jakiejkolwiek pomocy. Nie ma nikogo, kto próbowałby się nią zainteresować. Aż do genialnie przez Kinga opisanej pierwszej menstruacji. To, co autor tu pokazał to według mnie jedna z najlepszych scen literatury w ogóle. Ludzka podłość obnażona, ukazana w całej swej paskudnej okazałości spięta szybkim, choć konkretnym i nie pozbawionym koniecznych tu wulgaryzmów piórem Kinga zwala z nóg.
Wtedy okazuje się, że znajdą się tacy, którzy do Carrie wyciągną przyjazną dłoń. I bardzo dobrze, bo zawsze się tacy znajdują, mimo szaleństwa i tępoty ogromnej większości członków każdego społeczeństwa. Niestety to samo dotyczy drugiej strony medalu - dopóki Carrie była pośmiewiskiem, była TYLKO pośmiewiskiem. Jednak gdy zdobywa nieoczekiwaną pomoc, chwilową sławę, szybko znajdują się tacy, którzy pragną pokazać jej właściwe miejsce.
Książka we wspaniały sposób opisuje to, z czego ludzie najlepiej są znani: ich prymitywizm i głupotę. Wydarzenia są tak realnie okrutne, tak prymitywnie doskonałe i naturalne, że momentami chce się wyć z rozpaczy nad losem głównej bohaterki. Tego typu sytuacje zdarzają się wszędzie, a jak są bolesne i jak wielkich zmian mogą dokonać w psychice wiedzą tylko dręczeni, nigdy dręczący.
Dla mnie w “Carrie” są tylko dwa problemy. Pierwszy z nich to zbyteczne włożenie w opowieść sporej ilości tekstu dotyczącego telekinezy oraz prawdopodobieństwa występowania tej zdolności u ludzi. Jak rozumiem, autor chciał w ten sposób utwierdzić czytelnika w przekonaniu, że telekineza istnieje, podawał sprytnie spreparowane "naukowe fakty", by zwiększyć mroczny klimat u odbiorcy. Niepotrzebnie, mi to raczej klimat psuło. Drugi problem wynika poniekąd z pierwszego, a jest nim znana z większości książek Kinga skłonność do gadulstwa. Zamiast ładnie zakończyć książkę, raz a dobrze, z przytupem, w dobrym stylu, konkretnie, zmasakrować czytelnika rozgrywającym się tu dramatem przede wszystkim Carrie, a dopiero potem reszty psychopatów i zboczeńców, zwanych dla niepoznaki społeczeństwem, autor bawi się w wywiady i fragmenty przemówień specjalnie powołanej komisji, ględzi i ględzi. Pierwsze dwie części książki dzięki takim wstawkom rzeczywiście budują klimat, ale trzecia to już jakaś farsa. Sama końcówka (nie, nie zdobędę się na określenie jej oficjalnie mianem “puenty”) jest tak hollywoodzko przewidywalna, że aż boli, by Mistrz stosował takie proste sztuczki.
Pamiętajmy jednak, że to pierwsza opublikowana książka Kinga, i jak na pierwszą jest i tak wystarczająco genialna :-)
Carrie, Prószyński i S-ka 2011, wydanie elektroniczne: 169 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Wtedy okazuje się, że znajdą się tacy, którzy do Carrie wyciągną przyjazną dłoń. I bardzo dobrze, bo zawsze się tacy znajdują, mimo szaleństwa i tępoty ogromnej większości członków każdego społeczeństwa. Niestety to samo dotyczy drugiej strony medalu - dopóki Carrie była pośmiewiskiem, była TYLKO pośmiewiskiem. Jednak gdy zdobywa nieoczekiwaną pomoc, chwilową sławę, szybko znajdują się tacy, którzy pragną pokazać jej właściwe miejsce.
Książka we wspaniały sposób opisuje to, z czego ludzie najlepiej są znani: ich prymitywizm i głupotę. Wydarzenia są tak realnie okrutne, tak prymitywnie doskonałe i naturalne, że momentami chce się wyć z rozpaczy nad losem głównej bohaterki. Tego typu sytuacje zdarzają się wszędzie, a jak są bolesne i jak wielkich zmian mogą dokonać w psychice wiedzą tylko dręczeni, nigdy dręczący.
Dla mnie w “Carrie” są tylko dwa problemy. Pierwszy z nich to zbyteczne włożenie w opowieść sporej ilości tekstu dotyczącego telekinezy oraz prawdopodobieństwa występowania tej zdolności u ludzi. Jak rozumiem, autor chciał w ten sposób utwierdzić czytelnika w przekonaniu, że telekineza istnieje, podawał sprytnie spreparowane "naukowe fakty", by zwiększyć mroczny klimat u odbiorcy. Niepotrzebnie, mi to raczej klimat psuło. Drugi problem wynika poniekąd z pierwszego, a jest nim znana z większości książek Kinga skłonność do gadulstwa. Zamiast ładnie zakończyć książkę, raz a dobrze, z przytupem, w dobrym stylu, konkretnie, zmasakrować czytelnika rozgrywającym się tu dramatem przede wszystkim Carrie, a dopiero potem reszty psychopatów i zboczeńców, zwanych dla niepoznaki społeczeństwem, autor bawi się w wywiady i fragmenty przemówień specjalnie powołanej komisji, ględzi i ględzi. Pierwsze dwie części książki dzięki takim wstawkom rzeczywiście budują klimat, ale trzecia to już jakaś farsa. Sama końcówka (nie, nie zdobędę się na określenie jej oficjalnie mianem “puenty”) jest tak hollywoodzko przewidywalna, że aż boli, by Mistrz stosował takie proste sztuczki.
Pamiętajmy jednak, że to pierwsza opublikowana książka Kinga, i jak na pierwszą jest i tak wystarczająco genialna :-)
Carrie, Prószyński i S-ka 2011, wydanie elektroniczne: 169 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)

