czwartek, 30 grudnia 2010

Brian W. Aldiss, Helikonii tom 1. "Wiosna Helikonii"

Trylogia Helikonii Briana W. Aldissa opisywana przez czytelników jest zgodnie, jak rzadko kiedy w przypadku literatury science fiction. Słowo, które używane jest w jej kontekście najczęściej, i z którym naprawdę trudno jest się nie zgodzić, brzmi: monumentalna. Punktem wyjścia dla autora był pomysł prezentacji świata, na którym pory roku rozłożone są na całe tysiąclecia, w wyniku specyficznego układu orbit zarówno samej Helikonii, jak i dwóch słońc, wokół których krąży.

Wiosna Helikonii rozpoczyna się w momencie, gdy szybkimi krokami ku końcowi zbliża się zima. W prologu poznajemy Juliego, chłopca rzuconego w wir wydarzeń, które zupełnie zmienią jego życie, a szczególnie wiedzę o świecie, w jakim przyszło mu żyć. Pozostawiony sam sobie zmuszony jest do podejmowania trudnych decyzji, odrzucenia takiego życia, jakie znał jego lud i poznania nowego. Prolog, niebywale długi, skupia się na ukazaniu sposobu myślenia chłopca, który jest punktem wyjścia do przedstawienia całej historii rasy ludzkiej, zmuszonej do wyjścia z zimowego ukrycia i życia pełnego znoju i wzięcia planety w posiadanie.

Okazuje się bowiem, iż Helikonia zamieszkana jest przez różne rasy, w tym dwie najważniejsze: ludzi i ancipitów. O ile czas zimy, w przeliczeniu na ziemskie lata trwającej wiele stuleci, należy do tych drugich, o tyle czas ciepła to czas ludzi. Jednakże owych wiele wieków śniegu i mrozu kompletnie zniszczyło cywilizację z czasów poprzedniego ciepła, i teraz Juli, po obudzeniu w sobie pragnienia budowy nowego porządku, staje się założycielem plemienia, które od początku będzie budowało przyszłość.

Brian Aldiss w dość powolny sposób, krok za krokiem, przedstawia kolejne etapy budowania cywilizacji, posługując się w tym celu kilkoma bohaterami, należącymi do kolejnych pokoleń. Pod pozorem historii ich życia, czynów i myśli, ukazuje kolejne etapy, nie mając złudzeń co do natury człowieka. Spora część książki spodoba się wielbicielom fantastyki socjologicznej, gdzie obserwować będziemy odejście od zbieractwa i myślistwa, przez handel, w końcu wreszcie uzmysłowienie sobie przez ludzi faktu, iż nie ma innej drogi, jak ta, która polega na stworzeniu zorganizowanej struktury plemiennej, gdzie każdy powinien znać swoje miejsce i wykonywać swoje obowiązki z myślą o dobru wszystkich. Jacy jednakże ludzie są, wiemy wszyscy doskonale, dlatego nie obejdzie się bez awantur, morderstw, przywłaszczania sobie nie swojego mienia, manipulacji. Ostatecznie do głosu dojdzie także nieco rozsądku, w końcu przywódcy dojrzeją do zrozumienia, iż nie ma innej drogi ku przyszłości, jak przede wszystkim pogłębianie wiedzy o otaczającym ich świecie.

Nie jest tak, by cała wiedza poprzedników była utracona. Ale przebić mur tradycji, wyniesionej jeszcze z czasów zimy, nie jest łatwo. Wszystko w dodatku dzieje się niezwykle szybko – ludzie dożywają góra czterdziestu lat, w tak trudnym świecie przyszło im żyć, a wiosna następuje błyskawicznie, by następnie zmienić się w lato, które z kolei trwać będzie wiele wieków. Na przestrzeni życia jednego z bohaterów zmianie ulega absolutnie wszystko. Pojawiają się nowe choroby, nowe plemiona, nowi ludzie i inne istoty. Trwa konflikt z ancipitami, którzy doskonale wiedzą o końcu swojego czasu, lecz mimo wszystko natura każe im jeszcze walczyć o swoje. Aby dodać jeszcze więcej fabularnego zamieszania, okazuje się, iż na orbicie Helikonii znajduje się stacja kosmiczna, zasiedlona przez Ziemian, którzy żywot bohaterów oglądają niczym najlepsze kino, zagłębiając jednocześnie tajemnice planety.

Pewnym problemem książki jest fakt, iż dla niektórych czytelników może być momentami dość trudna do zrozumienia, wymaga uwagi i zastanowienia, wszak to prawdziwe science fiction, więc wszystko opisane jest dokładnie, cały ten mechanizm działania, na którym opiera się system pór roku. Trzeba dać się wciągnąć, by po pewnym czasie za naturalne brać rozliczne różnice między liczeniem lat, małych lat i wielkich, w zależności od słońca, względem którego są liczone. Bez pełnej uwagi, lektura momentami będzie ciężka. Podobnie wygląda kwestia tak wielu zdarzeń na przestrzeni tak niewielu lat – od plemienia do potężnego miasta, które zaczyna nawet bić monetę, więc i pieniądz został ponownie wynaleziony, a wszystko to w czasie żywota jednego pokolenia. Nie są to jednak wady, wszak właśnie o to w tym cyklu chodzi, by ukazać tak wiele, w tak krótkim czasie, to właśnie jest Helikonia. Trudno jest Wiosnę... porównać z innymi książkami, to klasa sama w sobie, a najważniejsze odkrycie, jakie przynosi, to postać samego autora. Trudno zrozumieć, jak słabo znanym pisarzem jest Aldiss na tle od dziesiątek lat wynoszonych na piedestały innych twórców, i jak jest to niesprawiedliwe, gdyż nawet ta jedna książka, zaledwie tom pierwszy znacznie większej całości, bije na głowę niejedną pozycję zaliczaną do ścisłego kanonu science fiction.

Heliconia Spring, Solaris 2008, 480 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

wtorek, 21 grudnia 2010

Jacek Piekara, cyklu "Ja, inkwizytor" tom 2. "Dotyk zła"

Druga część przygód młodego inkwizytora, zawierająca tak, jak poprzednia, dwie mikropowieści, niestety nie jest ostatnią odsłoną tego „prequela” to głównej opowieści. Autor w zanadrzu ma jeszcze jedną, o ile mnie pamięć nie myli, tym razem będzie to powieść. Oczywiście w przypadku TEGO autora, podobnie jak TEGO wydawnictwa, nie możemy być pewni niczego, mimo zapowiedzi ogłoszonych praktycznie w każdym zakamarku internetu.

Już „Wieże do nieba” pokazywały system, na bazie którego cykl „Ja, inkwizytor” powstał: rzecz praktycznie tylko dla fanatycznych wielbicieli Mordimera Madderdina, dla których ważniejszy jest sam fakt nowej przygody do poczytania, niż jej jakość. O ile jednakże w „Wieżach...” bywało ciekawie, mieliśmy bowiem do czynienia z naprawdę młodym i – uwaga, rzecz niesamowita – głupim Madderdinem, tutaj tego elementu zabrakło. Mordimer jest przekonany o własnej słuszności, i wbrew temu, co sam o sobie co chwilę mówi, nie wie co to pokora. Czyli mamy inkwizytora takiego, jakiego uwielbiamy, ale...

...problemem książki są pomysły, na bazie których powstały stanowczo zbyt długie i zbyt nieciekawe historie. Pierwsza mikropowieść jest chyba sposobem autora na ukazanie nieco więcej szczegółów ze świata, w jakim bohaterowi przyszło żyć. Przez pierwsze 150 stron nie dzieje się absolutnie nic, poza chodzeniem, rozmawianiem i przede wszystkim rzucaniem klasycznych, złotych myśli Madderdina na temat otaczającego go świata. Niestety gdzieś dowcip zanikł, nie wiem, czy to zabieg specjalny (młody Mordimer nie jest jeszcze tak wyrobiony), czy autor się mniej wysilił. Zresztą to obojętne, co za różnica, wszak czytelnik i tak się nudzi... Całość można było zmieścić na dwudziestu stronach bez straty (a może nawet z zyskiem) dla książki.

Drugie opowiadanie jest jeszcze słabsze. Nie dość, że autor ZNOWU prezentuje tu swoje poglądy (już chociaż Mordimerowi by dał spokój), to robi to w sposób beznadziejny. Dawno temu w gazecie Piekary recenzent czepiał się książki Marcina Mortki „Karaibska krucjata”, twierdząc, że nazwanie bohatera Brudnym Harrym ze względu na fakt, iż onegdaj sobie zapaskudził mankiet, to słabizna. Cóż, wymyślenie w niczym nie potrzebnego do historii rzezimieszka, który „pali koty”, zatem można go nazwać swobodnie „palikotem”, jest na o wiele niższym poziomie.

Zupełnie nie wiem po co ta książka powstała. Tak, jak uwielbiam twórczość literacką Jacka Piekary, kupuję jego książki w ciemno od lat, tak nie jestem w stanie zrozumieć innego sensu dla wydania „Dotyku zła”, jak tylko zarobienie małej kaski. Tego gniota można postawić w jednym miejscu z „Charakternikiem” i „Przenajświętszą Rzeczpospolitą”, największymi błędami pisarza.

Ja, inkwizytor. Dotyk zła, Fabryka Słówc 2010, 352 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Zbigniew Nienacki, Dagome iudex tom 1. "Ja, Dago"

Zbigniew Nienacki jest znany przede wszystkim z powieści o Panu Samochodziku, muzealniku-detektywie, klasyfikowanymi jako powieści dla młodzieży. Ma w dorobku jednakże autor także powieści inne, zwane najczęściej pozycjami „dla dorosłych”. Bardzo podkreśla się owe „dla dorosłych”, aby jednoznacznie uświadomić czytelnikowi to, co znajduje się w środku. Nienacki bowiem gdy nie pisał o Panu Samochodziku okazywał się być zupełnie innym autorem, którego teksty nawet dziś, w czasach, gdy seks, cielesność i zmysłowość nie są już tematami tabu, mogą niejednego odstraszyć. Ten facet doskonale wiedział czego chce od kobiet, miał na ich temat zdanie wyrobione – i to widać w jego książkach „dla dorosłych”, które życzliwi pisarzowi nazywają „skandalizującymi”, a mniej życzliwi „pornografią”.

Trzy książki składające się na cykl ukazały się w mało sprzyjających czasach, zarówno wydanie pierwsze, jak i drugie, przygotowane przez wdowę po autorze władnym sumptem nie zyskały popularności, omijane także szerokim łukiem przez krytyków. Niedawno jednakże wyszła kolejna edycja, tym razem jednotomowa, będąca doskonałą okazją by sprawdzić, czy Nienacki „dla dorosłych”, w powieści uważanej przez siebie samego za dzieło życia oferuje literaturę strawną.

Bohaterem jest tytułowy Dago, postać niezwykle specyficzna, młodzieniec ogarnięty żądzą władzy, która w połączeniu z jego niezwykłą pewnością siebie pozwala mu wpływać na otoczenie, porażać napotkanych ludzi charyzmą. Dago uważa się za potomka olbrzymów, dzięki czemu jest przekonany, że prawo do ziemi otaczającej rzekę Visulę mu się po prostu należy, że ta ziemia to jego ojcowizna. Wykształcony na zachodzie Europy, znając na pamięć „Księgę Grzmotów i Błyskawic” wraca z zamiarem założenia państwa, będącego równym państwom Franków, panujących nad zachodem. Obserwujemy kolejne poczynania młodzieńca w systemie podzielonych wątków. Rozdziały prezentują dzieje aktualne, proces budowania państwowości przez Dago, jego wpływ na okoliczne ludy oraz dzieje dawniejsze, dzieciństwo i kolejne lata bohatera z czasów, gdy nie posiadał jeszcze imienia.

Spotkałem się z wieloma opiniami twierdzącymi, jakoby „Dagome iudex” było powieścią fantasy. Po zapoznaniu się z tomem pierwszym ośmielę się stwierdzić, że „Ja, Dago” ma z fantasy tyle wspólnego co chociażby „Kroniki Pana Wojny” Bernarda Cornwella. To, że bohaterowie mają swoje wierzenia i dokonują przeróżnych czynów, będących w ich mniemaniu czarami nie oznacza jednak, że rzeczywiście jest tu jakaś magia. Przynajmniej nie w pierwszym tomie. Jedyna magia, z jaką mamy tu do czynienia, to charyzma Dago, dzięki której jest w stanie zapanować nad większością ludzi, wliczając w to także królów (spotykamy m.in. Popiela, tu zwanego Golubem Popiołowłosym. Jest i mowa o zjedzeniu przez myszy, ale... nie tak, jak myślimy). Pewnie, że fakt istnienia plemienia wojowniczych kobiet może brzmi jak fantasy, ale... dlaczegóż miałoby takie plemię nie istnieć? Sam bohater doskonale zdaje sobie sprawę z konieczności stosowania przeróżnych gestów, znaków tajemnych, by wpływać na innych, ukazując swą potęgę dzięki znajomości tzw. „czarów”.

Odnośnie kwestii dotyczących elementu „dla dorosłych” - nie będę bzdurzył o moralności i etyce, jednakże cieszę się, że nie miałem okazji czytać tej pozycji w czasach, gdy zaczytywałem się Samochodzikami, w wieku lat dwunastu czy coś koło tego. Nie ma sensu ukrywać faktu, że pewne fragmenty są w pewien sposób wulgarne, nieraz perwersyjne, bez zahamowań. Autor opisuje świat takim, jakim go sobie wyobraził i nie ma powodu przypuszczać, że nasi przodkowie, ojcowie-założyciele państwa polskiego byli niewiniątkami, znając choćby pobieżnie wierzenia ludów z czasów przedchrześcijańskich można mieć wręcz pewność, że było wprost przeciwnie. Mimo wszystko pojęcie „dla dorosłych” jest jak najbardziej uzasadnione i podpisuję się pod licznymi podkreśleniami owej konieczności bycia „dorosłym” przed sięgnięciem po tę książkę.

„Ja, Dago” to lekko nierealna opowieść, jakby gawęda, słuchana gdzieś przy ognisku, zbierająca przeróżne legendy i podania, które autor w typowy dla siebie, umiejętny, pełen pasji historycznej sposób połączył, przygotowując własną wersję historii opisującej powstanie państwa polskiego. Nie jest to książka dla każdego, nie wiem także, czy jako czytelnik zgadzam się z autorem, iż jest to jego największe dzieło. Może się tego dowiem po ukończeniu całej trylogii, na chwilę obecną wiem natomiast jedno: niewątpliwie książka robi ogromne wrażenie rozmachem wizji, jaką Nienacki przygotował i... tak, mimo wszystko, wrażenie robi także brak skrępowania przy snuciu opowieści jednocześnie pełnej ohydy i brutalności, lecz także wciągającej, z fascynującym bohaterem, którego czyny autentycznie wprawiają w zdumienie, będąc zarazem czynami męża odważnego i charyzmatycznego, doskonale wiedzącego gdzie pragnie dojść i podążającego swą drogą bez wahania.

Dagome iudex, tom 1. Ja, Dago
Wydawnictwa: Pojezierze, Domina, Warmia


Strona książki na LubimyCzytac.pl

wtorek, 23 listopada 2010

Szczepan Twardoch "Zimne wybrzeża"

„Zimne wybrzeża” Szczepana Twardocha w pierwszej chwili mocno skojarzyły mi się z dwiema książkami mistrza Alistaira MacLeana, zresztą moimi ulubionymi: „Noc bez brzasku” i „Stacja arktyczna Zebra”. Ten sam klimat, ten sam chłód Dalekiej Północy i podobny, detektywistyczny motyw.

Akcja toczy się pod koniec lat 50. XX wieku na Spitsbergenie, w ciekawym miejscu, gdzie przenikają się narody norweski z rosyjskim/radzieckim. Bohaterem jest człowiek, o którym wiemy naprawdę mało, nie znamy nawet jego prawdziwego imienia i nazwiska, nie wiadomo także co w zasadzie go sprowadza na Daleką Północ. Jedyne, co jest pewne, to że jest kimś na kształt agenta wywiadu, zbieracza informacji.

Główny motyw jest przeprowadzony niezwykle powoli, i w specyficzny sposób. Autor jak zwykle snuje liczne dygresje, opowieści w opowieści, przedstawia kolejnych bohaterów, poświęcając im naprawdę sporo miejsca, pozwalając im także na opowiadanie ich historii. Kryminalna, główna akcja, jest w zasadzie jedynie pretekstem do objawienia całemu światu rozlicznych przemyśleń na temat Polaków, socjalizmu, komunizmu. Owe przemyślenia, plus wszystkie tu zawarte opowieści poboczne są tak dobre, że sama akcja książki na tym paradoksalnie cierpi. Pod koniec lektury, gdy wreszcie czytelnik dowie się o co chodzi, czujemy ogromny niedosyt, gdyż intryga okazuje się być niezwykle prostą, w ogóle nie dotykając spraw w tego typu literaturze istotnych. Zamiast odkrywać spiski, tajne plany czy choćby bardziej lokalnie przeprowadzać konkretne śledztwo, otrzymujemy historię dość pierdółkowatą, i to jest wielki błąd, gdyż „Zimne wybrzeża” to jednak jest kryminał, i na końcu powinna być jeśli nie zwalająca z nóg, to chociaż lekko zaskakująca puenta.

Zimne wybrzeża, Wydawnictwo Dolnośląskie 2009, 240 stron

Strona książki na LubimyCzytac.pl

piątek, 19 listopada 2010

Szczepan Twardoch "Przemienienie"

Szczepan Twardoch swoimi tekstami należącymi do gatunku fantastyki już wielokrotnie udowodnił, że jest Pisarzem przez duże P. Praktycznie każda kolejna książka jest jeszcze lepsza od poprzedniej, niezależnie od tego, czy mamy zbiór opowiadań, czy powieść.

Ale autor nie zajmuje się jedynie tworzeniem fantastyki. „Przemienienie” to pierwsza nie-fantastyczna książka autora, która trafiła na moją półkę. Rzecz powstała pod wielkim wpływem słynnej publikacji księdza Isakowicza-Zaleskiego „Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej”, co wcześniej, w momencie premiery powieści było wystarczającą antyreklamą dla mnie – obawiałem się że autor zechciał zabrać głos w odwiecznym konflikcie tych złych – komunistów z tymi „dobrymi” - klerem. Oczywiście moje obawy były bezzasadne. Autor wykorzystał sporo z książki księdza Zaleskiego, ale nie po to, by brać udział w polemice z innymi twórcami, ale tylko i wyłącznie po to, by poznając jak najlepiej mechanizm działania Służby Bezpieczeństwa w kontaktach z klerem, przygotować nam jak najbardziej autentyczną, łatwą do przyswojenia powieść z gatunku political fiction.

Od pierwszej do ostatniej strony mamy do czynienia z fabułą, którą można bez krępacji przyrównać do historii snutych przez mistrzów gatunku. W pierwszej fazie powieście mamy sporo klimatów Fredericka Forsytha, z organizacjami niezależnymi od władzy, powiązaniami między służbami poszczególnych krajów satelickich Układu Warszawskiego na czele. Następnie, w miarę odkrywania historii głównego bohatera political fiction nieco zmienia się w sensację najlepszego gatunku, której nie powstydziłby się Jack Higgins czy David Morrell (szczególnie widać pewne nawiązania do „Bractwa Róży”).

Ale historia młodego esbeka to nie wszystko, co autor nam oferuje. Pod samą opowieścią odkryjemy bowiem niezwykle autentyczny świat, licznych bohaterów drugoplanowych, a każdy z nich ma swoją historię, którą Twardoch klimatycznie wplata w opowieść. Całość jest napisana w taki sposób, że od lektury najzwyczajniej w świecie nie można się oderwać, obojętnie czy czytamy właśnie o księdzu i jego rozterkach, homoseksualiście będącym na liście płac SB czy młodej sekretarce, która zakochuje się w koledze z pracy, nie oglądając się na męża.

Nie zabrakło też motywów śląskich, z których autor jest znany. Całość rozgrywa się na Górnym Śląsku, z Katowicami i Gliwicami na czele, i choć dygresji dotyczących samego Śląska tu nie odnajdziemy (poza wpięciem w dialogi gwary śląskiej, pisanej tym samym, specjalnym alfabetem, który poznaliśmy już w „Epifaniach wikarego Trzaski”), to jednak uczucie, jakie Twardoch żywi do swojej ojczyzny i tak jest bardzo widoczne. Jako mieszkaniec tych okolic jeszcze lepiej się bawiłem podczas odrywania fabuły, razem z bohaterem przemieszczając się w wyobraźni po znanych sobie trasach, oglądając opisywane, a znane sobie doskonale miejsca.

„Przemienienie” udowadnia, że dla Szczepana Twardocha nie ma znaczenia, jaki gatunek literacki uprawia – zawsze jest to literatura mocno odstająca od konkurencyjnych produktów (zwanych przez samych zainteresowanych: „dziełami”). Język tego Ślązaka to wspaniała polszczyzna, myśli zamieszczane na kartach uderzają spostrzegawczością, dodatkowo powieść opisuje tamte, szare czasy tak sugestywnie, że czytelnik ma wrażenie, jakby brał udział w wydarzeniach osobiście. Jedna z najlepszych książek, jakie miałem przyjemność przeczytać w roku 2010.

Przemienienie, Dębogóra 2008, 286 stron

Strona książki na LubimyCzytac.pl

poniedziałek, 15 listopada 2010

Jarosław Błotny, Oium ludu rzymskiego tom 1. "Wergeld królów"

Wśród licznych wznowień, kolejnych wydań z jakże istotnymi zmianami (nowa okładka), w Fabryce Słów wreszcie trafiła się prawdziwa nowość. Powieść mniej znanego (ale to się szybko zmieni!) pisarza, Jarosława Błotnego, będąca pierwszym tomem cyklu „Oium ludu rzymskiego” - „Wergeld królów”. Jest to fantastyczna historia alternatywna, rozgrywająca się w czasach cezara Kommodusa, znanego nam jeśli nie z historii, to chociażby z filmu „Gladiator”. Cezar ów, opisywany przez historyków jako tyran, kazał się uważać z wcielenie Herkulesa, stając osobiście na arenach niczym gladiator zabijał osobiście niewolników, krótko mówiąc: był szalony. Jednakże jego historia u Jarosława Błotnego przedstawiona została w inny sposób – po latach owego szaleństwa spojrzenie cezara na świat i Imperium się zmieniło, stał się władcą inteligentnym, wybiegającym myślami daleko w przód.

W ten właśnie sposób wytłumaczona została najbardziej niesamowita część powieści Jarosława Błotnego, czyli fakt istnienia niezwykłych wynalazków, znacznie wyprzedzających swój czas. Broń palna, maszyna parowa czy lot balonem to elementy zadziwiające lud, ale przyjmowane z logiką i spokojem, wynikającym także z faktu, iż religia znana nam jako chrześcijaństwo dopiero próbuje się rozprzestrzenić, pogańskie bóstwa zaś były znacznie mniej rygorystyczne światopoglądowo, niż nauki pierwszych chrześcijan.

Autor tworzy ciekawe postaci, ale znacznie ciekawsze myśli, które wkłada im do głów, a które bohaterowie wypowiadają ze spokojem, budując naprawdę przyjemne w odbiorze dyskusje na tematy głównie poświęcone religii i wierze jako takiej. Różne filozofie mieszają się z przeróżnymi światopoglądami, w książce nie występuje praktycznie żaden durny bohater, będący świadectwem głupoty ludzkiej – wszystkie postaci znajdujące się na odpowiedzialnych stanowiskach są ludźmi światłymi, otwartymi na nowe, co buduje naprawdę wspaniały obraz ludzi władzy – żal ściska serce, że takie rzeczy są możliwe tylko w książkach.

Nie można zapominać także o ukazaniu przez autora plemion germańskich, zamieszkujących krainę zwaną Sarmacją, tereny dzisiejszej Polski. Ich zwyczaje są także mocną stroną powieści, z tytułowym wergeldem na czele, który jest zasadą tak dobrze przemyślaną, że aż szkoda, że dziś nie można takich wprowadzić w życie. No, ale dziś nie ma u władzy ludzi honorowych...

Do pełni szczęścia brakuje tylko mapy, która ukazywała by świat przedstawiony, a dzięki której czytelnik znacznie bardziej wczułby się w lekturę, odnajdując wszelkie miasteczka i rzeki, konfrontując ich nazwy z naszą rzeczywistością. Że Vistula to Wisła, to wie każdy, ale resztę dobrze byłoby mieć narysowaną.

Lektura była przednia, ale krótka - „Wergeld królów” pękł w jeden dzień. W przygotowaniu tom drugi, ciekawe, czy ostatni? Jak na razie zabawa była na tyle dobra, że dwa tomy wydaje mi się liczbą nieco niewielką. Chociaż, z drugiej strony, nie każdy cykl musi liczyć od razu osiem części... :]

Wergeld królów, Fabryka Słów 2010, 312 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

niedziela, 14 listopada 2010

Bernard Cornwell, Kronik Pana Wojny tom 3. "Excalibur"

Ostatni tom Kronik Pana Wojny odrobinę odstaje poziomem od dwóch poprzednich. Historia zaczyna się nieco powtarzać – po każdym zwycięstwie przychodzi przegrana, przyjaciel okazuje się zdrajcą... Czytelnik zaczyna odczuwać lekkie zmęczenie konfliktem Brytów z Saksonami, a nieco większe postawą Artura, który nieco zgorzkniał, ale niczego się nie nauczył. Wciąż wierzy w śluby i przysięgi, choć doskonale wie, że w tej wierze jest osamotniony i w chwili zagrożenia i tak zostanie sam, co prawda z najwierniejszymi przyjaciółmi, lecz bez armii.

Bohater trylogii, Derfer Cadarn, próbuje czytelnikom tłumaczyć sens owego zachowania, jednakże coraz trudniej przychodzi nam wierzyć w sens dochowywania ślubów w świecie, w którym rządzi zawiść i przemoc. Przez pierwsze dwa tomy cyklu Cornwell ukazywał świat kompletnie inny od tego, który znamy z legend, bez papierowych bohaterów, za to z mocno zarysowanymi postaciami, a każda ma swój cel, i nigdy nie jest nim jakaś abstrakcyjna idea w stylu: zapewnić pokój Brytanii czy dbać o ludność i być sprawiedliwym. Tu, w tomie trzecim, jakby od tego założenia odchodzi, pozwalając, by górę wzięły właśnie idiotyczne idee, zamiast twarda konsekwencja w postępowaniu. Można zrozumieć, że słabe umysły poddadzą się silniejszym, ale że silne postaci stale dochowują słowa danego przed wielu laty, choć od dawna wiadomo, że cała Brytania przez to cierpi i cierpieć będzie? Trudno to przyjąć.

Na szczęście mimo to książka wciąż posiada inne cechy, które tak bardzo odróżniają tę trylogię od konkurencyjnych opowieści o tamtych czasach. Świat przedstawiony jest niezwykle brutalny, Merlin i Nimue wciąż szastają sztuczkami na lewo i prawo, oszukując lud i wciskając mu brednie o bóstwach i innych nadprzyrodzonych idiotyzmach, a Derfel ponownie będzie musiał zmierzyć się z licznymi wrogami i poprowadzić armię Artura ku zwycięstwu lub śmierci w chwale.

Excalibur, Da Capo 2000, Erica 2010, 464 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

środa, 10 listopada 2010

Bernard Cornwell, Kronik Pana Wojny tom 2. "Nieprzyjaciel Boga"

Drugi tom Kronik Pana Wojny to ukazanie krajobrazu po bitwie, która zakończyła waśń między Brytami, doprowadzając do zjednoczenia królestw przeciwko wspólnemu wrogowi – Saksonom (zwanym często wymiennie Sasami). Zdawałoby się, że teraz nic już nie stanie na przeszkodzie, by najeźdźców ze stałego kontynentu ostatecznie pognębić, ale... pamiętajmy, że postaci u Cornwella to realistyczne osobowości, a nie papierowi bohaterowie. Dlatego też czytelnik zdaje sobie sprawę, że pokój wcale nie jest taki oczywisty, gdy Lancelot otrzymuje we władanie Królestwo Sylurii, królem Dumnonii zostaje Mordred, a obmierzły sodomita biskup Sansum niczym wąż knuje wciąż nowe spiski, pod pozorem sławienia jednego Boga próbując zagarnąć dla siebie jak najwięcej władzy i zaszczytów, bez względu na ich cenę.

W dodatku zbliża się rok 500. Chrześcijańscy manipulanci z Sansumem na czele zdołali wmówić tępym wieśniakom, iż Chrystus właśnie teraz powróci, w dodatku zjawi się właśnie na terenie Brytanii. Autor przedstawia w bardzo realistyczny sposób mechanizm zachowania się tłuszczy oraz konsekwencje tego zjawiska.

Ciemne wieki wciąż się zbliżają, pamięć o wynalazkach i dokonaniach Rzymu jest coraz słabsza. Powszechna tępota osiąga rozmiary wcześniej nieznane, wynosząc do wszelkich godności głównie oszustów, bawiących się wydarzeniami z przeszłości niczym polscy politycy.

Z legend, na których opiera się mit arturiański, w drugim tomie odnajdziemy przede wszystkim sporo wieści o tzw. „skarbach Brytanii”, z Excaliburem na czele. Ale jest także sporo o miłości, która rozkwita pomiędzy bohaterami mimo wszelkiego brudu i okrucieństwa dookoła, zazna jej główny bohater, Derfel, znacznie bardziej jednak czytelnika uderzy cornwellowska wizja legendy o Tristanie i Izoldzie, o wiele bardziej okrutna i przejmująca, niż pamiętamy.

Enemy of God, Da Capo 1999, Erica 2010, 480 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

środa, 3 listopada 2010

Cormac McCarthy, "Droga"

„Droga” to jeden z niewielu przykładów książek, których opis na tylnej stronie okładki odpowiada rzeczywistości. Obojętnie jakie brednie czy pierdoły tam zostaną napisane, bez znaczenia kto się pod nimi podpisze – jeśli pochwalne, to prawdziwe. „Droga” jest tytułem autentycznie zwalającym z nóg, ukazującym świat po apokalipsie tak realistycznie, jakby autor rzeczywiście apokalipsę przeżył.

Jest to wspaniała historia o ojcu i synu, dorosłym i dziecku, wzajemnej odpowiedzialności jednego za drugiego. Jest tu także mnóstwo przemyśleń na temat stary jak świat, czyli czy warto w ogóle żyć, po co żyjemy, jaki jest sens tego wszystkiego? W końcu jest to także tytuł o ludziach, ładnie nazwanych dobrymi i złymi, gdzie dobroć jest tak rzadko spotykana, że nikt w nią już nie wierzy, z kolei zło traktowane jest jako norma i zwyczajne zachowanie. Piękne przedstawienie ludzkości, która pozbawiona kontroli (prawa, władzy, reguł) ukazuje swoje prawdziwe oblicze, gdzie mało zaradnych można trzymać w piwnicy i odkrajać im kończyny po kawałku, a zajście w ciążę jest świetnym sposobem na zapewnienie sobie po dziewięciu miesiącach lekkiego lunchu.

Książka jest nie tylko pełna prawdziwych, mocnych treści, ale również napisana w sposób zupełnie niestandardowy. Nie ma tu w ogóle dialogów, choć przecież ojciec z synem często rozmawia. Pozbawienie tekstu pauz i cudzysłowów, rezygnacja z mowy niezależnej i zależnej, brak rozdziałów i rozbicie powieści na setki odosobnionych akapitów powoduje wytworzenie się niezwykłego klimatu, gdzie niczym w powieści grozy w każdej chwili spodziewamy się huknięcia, eksplozji jeszcze większego zła. A gdy ono przychodzi, okazuje się, że i tak byliśmy nieprzygotowani.

The Road, Wydawnictwo Literackie 2010, 268 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

wtorek, 2 listopada 2010

Paweł Paliński "Cztery pory mroku"

Autor prezentuje przede wszystkim doskonały język i specyficzny, powolny, senny klimat ukazywanych tu historii. Niezależnie od tego, kim są bohaterowie, zawsze są niezwykle wiarygodnymi postaciami. Twórcy udaje się poprowadzić pierwszoosobową narrację zarówno z pozycji wykształconego lekarza-ordynatora, w dodatku robi to w sposób bardzo umiejętnie naśladujący samego Raymonda Chandlera, jak i z perspektywy lumpa, posługującego się specyficznym językiem ulicy, z mnóstwem dygresji.

Szkoda tylko, że same pomysły na teksty oparte są na niezbyt zaskakujących schematach. Rzadko odczuwamy zaskoczenie z powodu kolejnych wydarzeń, przeważnie czytelnik jest w stanie przewidzieć rozwój wypadków, co skutecznie psuje przyjemność z lektury, mimo języka, który naprawdę odstaje od schematu znanego z powieści i opowiadań innych polskich młodych twórców, zostawiając konkurencję w tyle.

Cztery pory mroku, Fabryka Słów 2009, 424 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

niedziela, 24 października 2010

Poul Anderson "Stanie się czas"

Książka dodana do jednego z numerów Nowej Fantastyki okazała się być bardzo przyzwoitą lekturą science fiction, poruszającą tematyką jedną z najbardziej fascynujących kwestii w nauce – podróżowania w czasie.

Bohaterem jest lekarz rodzinny, Anderson, nieprzypadkowo nazywający się tak, jak autor. Książka jest zapisem jego znajomości z młodym Jackiem Havig, którego żywot obserwujemy od momentu narodzin. Chłopiec jest zamknięty w sobie, przytrafiają mu się także trudne do wytłumaczenia przygody. Jak się okazuje, potrafi on się przenosić w czasie siłą woli, a doktor staje się jego powiernikiem i najbliższym przyjacielem, który będzie miał ogromny wpływ na podejmowane przez Jacka decyzje.

Pierwsze rozdziały opisujące dzieciństwo podróżnika napisane są tak, że nie można się oderwać od lektury. Dalej, gdy prezentowany jest świat przyszłości, nie jest już tak kolorowo – książka napisana w latach siedemdziesiątych dość jednoznacznie określa koleje losu ludzkości, wynikające z ówczesnych myśli i poglądów, skupionych głównie na niszczycielskiej sile człowieka. Niezależnie jednak od tego, czy czytelnikowi mocno się spodoba wymyślona tu organizacja, z którą bohater podejmuje walkę, czy też nie, jedno jest pewne: przypomnienie polskim czytelnikom Poula Andersona było wspaniałym pomysłem, bo po przeczytaniu tej powieści automatycznie nabieramy ochoty na zapoznanie się z pozostałą twórczością autora.

There Will Be Time, Prószyński i s-ka 2010, 232 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

poniedziałek, 18 października 2010

Marek S. Huberath "Druga podobizna w alabastrze"

Tytułowa mikropowieść prezentuje świat, w którym cesarstwo Rzymskie, w zasadzie bardziej imperium, nie rozpadło się i trwa, będąc jednocześnie przy tym tworem znacznie większym, niż znamy z historii. Treść mówi o wysoko postawionym urzędniku, który prowadzi coś na kształt śledztwa w jednej z odległych prowincji. Oficjalnie ma za zadanie sprawdzić czy kraj rzeczywiście się zmienia geograficznie i klimatycznie, co powoduje przestój w gospodarce, czy może władca jest po prostu niegospodarny.

Jednakże całe to otoczenie, prezentacja ciekawie funkcjonującej, gigantycznej państwowości oraz wyraźnie zarysowani bohaterowie to tylko tło dla tematu właściwego, czyli opisaniu religii wyznawanej przez tzw. Nowych Żydów. Tu nie wolno nic dodać, trzeba samemu się z ciekawą myślą zapoznać...

Na uwagę zasługuje precyzja i dopracowanie tekstu. Zresztą nie tylko „Drugiej podobizny...”, ale i trzech kolejnych, znacznie krótszych już opowiadań. Autor za każdym razem buduje świat od samych podstaw, nie pozostawiając czytelnikowi miejsca na zadawanie pytań. Wszystko ma swój początek, rozwinięcie i zakończenie. Momentami może i treść zdaje się być przez ten system zbyt rozbudowana, ale w sumie lepiej jest napisać zbyt wiele, a dokładnie, niż zostawić miejsce na niedopowiedzenia. Koniecznie trzeba też wspomnieć o języku stosowanym przez pisarza – zarówno „Druga podobizna w alabastrze”, jak i „Spokojne, słoneczne miejsce lęgowe” oraz „Maika Ivanna” napisane są w części obcym językiem (w mikropowieści to głównie z rozmysłem pozmieniane nazwy własne), co buduje wspaniały klimat, wymagając jednocześnie od czytelnika jeszcze większego zaangażowania w lekturę.

Druga podobizna w alabastrze, Zysk i s-ka 1997, 218 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

sobota, 16 października 2010

Magda Parus, Wilcze dziedzictwo (1) "Cienie przeszłości"

Cena ebooka w świeżo otwartym dziale książek elektronicznych w Empiku była tak atrakcyjna, że zastanawiałem się może całe osiem sekund, nim powieść kupiłem. Skoro wszyscy atakują wampiry i anioły, najwyższy czas poczytać coś krajowego na temat wilkołaków. A przy okazji sprawdzić na ile sprawnie przygotowywane są obarczone zabezpieczeniami DRM treści elektroniczne, na które od tylu miesięcy czekałem.

Piszę: krajowego, ale jak się okazało, krajowa jest tylko (znaczy się: aż) autorka, a bohaterowie to obcokrajowcy, podobnie miejsce akcji rzadko zahacza o Polskę. Bohaterem jest młody, świadomy swojej odmienności wilkołak (co jest ważne), buntownik o długich włosach (a jakże!), który prowadzi szeroko zakrojone śledztwo, mające na celu odnalezienie siostry. Jednak nim czytelnik to zrozumie, czeka go prawdziwy bój z systemem, w którym powieść została napisana: absolutnie dziwnym, bardzo nietypowym, wymagającym od nas pełnego zaangażowania i sporej cierpliwości.

Książka nie prezentuje żadnych wstępów czy wyjaśnień, od samego początku znajdujemy się w centrum wydarzeń, dookoła panoszy się spora liczba bohaterów, ich wzajemne relacje są na tyle skomplikowane, że dodatkowo utrudniają rozeznanie się w wydarzeniach. Bach! Colin nawiedza w towarzystwie niejakiego Alberta domostwo Antoine'a. Trach! Poznaje jego córkę – wilkołaka. Bęc! Już są zakochani, stale rozmawiają dzięki wspaniałemu darowi telepatii. Rym-cym-cym – szukamy jakiegoś profesora, tajnej kliniki, potem nagle znowu jest mowa o siostrze Emily, pojawia się znikąd młody wilczek Caramel, Antoine przeżywa rozterki przybranego ojca wilkołaka... Często fabuła przypomina czeski film. Najgorsze natomiast jest to, że główny bohater (też nie zamierza ułatwiać poznania treści, raz zwany Vernonem, to znowu Colinem, w zależności kim aktualnie się czuje i z kim rozmawia) jest typem tak beznadziejnie durnym, że wiara, iż jakakolwiek kobieta, a niechby i całe życie odcięta od świata i nieznająca żadnych chłopców się w nim zakocha, jest nie do przyjęcia. Colin to typ totalnego choleryka-histeryka, który w „normalnym świecie” nie przetrwałby ani chwili, natychmiast ktoś by go uspokoił z poczuciem wyższej konieczności usprawiedliwiającej przemoc.

Fakt, iż bohatera nie lubimy, mocno przeszkadza w pełnym zaangażowaniu w fabułę. Śledztwo z czasem zaczyna nabierać rumieńców, nie raz i nie dwa czytelnik zostanie zaskoczony wydarzeniami, znajdzie się całkiem sporo bardzo fajnie opisanych sytuacji. Jednakże całość jest napompowana przydługimi dialogami które najzwyczajniej w świecie szybko zaczynają być nużące, a fakt, iż bohater mimo upomnień z wielu stron w ogóle się nie zaczyna zastanawiać nad sobą, pozwalając by tępy gniew wywołany brakiem wyobraźni nim rządził powoduje, że w zasadzie niezbyt chce się sięgać po kolejny tom... mimo urwania akcji w trudnym momencie. Paskudna sytuacja, gdy czytelnik o zapoznaniu się z kolejną częścią myśli głównie nie z chęci poznania dalszych losów, ale ze względu na czas i pieniądz, który poświęcił dla tomu pierwszego. Wypada się dowiedzieć co było potem...

Na koniec warto zauważyć, że wydawnictwo Virtualo, będące organem odpowiedzialnym za konwersję skanu książki do formatu EPUB nie zasługuje na wielkie brawa i bukiet kwiatów. Mamy sporo pomniejszych błędów, ale ok, wszak w drukowanych książkach też zawsze jakieś znajdziemy. Gorzej jednak, że powieść skonwertowano łącznie ze zbędnymi formularzami zakupu książek w RUNIE (co jest po prostu głupie), a fakt, iż zamieszczone z tyłu reklamy innych pozycji nie zostały oddzielone żadnymi podziałami na chociażby nową stronę woła o pomstę do nieba – jest tak brzydko, że pękają oczy.

Wilcze dziedzictwo. Cienie przeszłości, Runa 2007, 432 strony (w wersji elektronicznej: 348 ;)

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl