sobota, 23 kwietnia 2011

George R. R. Martin, Pieśń Lodu i Ognia, tom 3. "Nawałnica mieczy"

 Choć szybko dołączyłem do fanów Pieśni Lodu i Ognia, dopiero w trakcie lektury trzeciego tomu saga zawładnęła mną całkowicie. “Nawałnica mieczy” według mnie bije na głowę obie poprzednie części - bohaterów znamy już doskonale, więc niby wiemy czego po kim można się spodziewać... a tu niespodzianka za niespodzianką.

Będzie nam dana możliwość poznania prawdziwego oblicza jednej z moich ulubionych postaci, Jaime Lannistera, który - jak często się to zdarza w prozie Martina - wcale nie jest do końca takim, jakim widzą go inni, czytelnik, a nawet on sam. Nie inaczej wygląda sprawa jego brata, Tyriona - ta historia jest ciekawa od samego początku tomu pierwszego, ale teraz staje się wręcz porywającą. Podobnie przedstawiają się losy Daenerys, która osiąga naprawdę wiele za morzem, póki co z dala od bliższych nam konfliktów, lecz tkwiąca pośrodku swoich własnych, nie mniej istotnych i sprawnie ukazanych.

W “Nawałnicy mieczy” widać też znacznie wyraźniej kolejną umiejętność autora, który kluczy w czasie, pomiędzy wydarzeniami, wciąż zmieniając głównego bohatera z każdym rozdziałem. Teraz jednakże często poznajemy kolejne losy wcześniej, niż same postaci, którym rozdziały są poświęcone, innym znowu razem kolejne części toczą się w tym samym momencie, ale przekazywane są z punktu widzenia dwóch osobnych uczestników tych samych wydarzeń. Taki system prowadzenia akcji tworzy niezwykły klimat.

Tym, co spowodowało że uważam tom trzeci za (póki co) najlepszy, jest niebywałe okrucieństwo, przez które autor każe przechodzić swoim bohaterom. Od dawna wiemy, że Martin jasno stawia sprawę: najważniejsza jest władza i pieniądze, zdrada jest obecna wciąż, ufać nie można nikomu. Ale losy kilku z postaci, które poznamy w “Nawałnicy mieczy” są tak nasączone okrucieństwem naznaczonym cynizmem, że nawet w najtwardszych kamiennych sercach książka wywoła niezapomniane wrażenie, konkretnie wrażenie pustki, bezcelowości istnienia, świadomości śmierci. Cierpienie bohaterów bardzo często staje się cierpieniem czytelnika. Tak okrutnego, ale jednocześnie realistycznego fantasy nie miałem jeszcze okazji czytać, w trzecim tomie autor udowodnił, że jest lepszy od uważanej przeze mnie do niedawna za najciekawszą autorki - Robin Hobb.

Książka jest tak dobra, że szczerze mówiąc nie przeszkadzała mi nawet magia, której w tym tomie jest coraz więcej, i coraz bardziej też czary (czy jak to nazwiemy) mają wpływ na wydarzenia i rozwiązania niektórych sytuacji. Smutkiem napawa mnie myśl, że pozostał już tylko tom czwarty, a resztę autor dopiero tworzy... czekanie na kolejne, dawno zapowiedziane trzy tomy będzie prawdopodobnie straszną mordęgą.

A Storm of Swords, Zysk i s-ka 2002, 2007, tom 1: 608 stron, tom 2: 574 strony

Strona książki na Tom I - Fantasta.pl
Strona książki na Tom II - Fantasta.pl
Strona książki na Tom I - LubimyCzytac.pl
Strona książki na Tom II - LubimyCzytac.pl

piątek, 15 kwietnia 2011

George R. R. Martin, Pieśń Lodu i Ognia, tom 2. "Starcie królów"

Drugi tom „Pieśni Lodu i Ognia” od początku do końca jest tak samo dobry, jak część pierwsza. Ale to dość oczywiste, skoro obserwujemy dalsze dzieje tych samych bohaterów, a właśnie postaci są największym atutem prozy Martina. Bądźmy szczerzy – fabuła jako taka nie wyróżnia się niczym na tle tysięcy innych książek fantasy. No, dobra, jest jedna wyróżniająca kwestia: autor, ku mojej wielkiej radości, stroni od magii. Choć szeroko pojęte czary w świecie przedstawionym istnieją, mamy z nimi do czynienia stosunkowo rzadko, tak rzadko, że nawet bohaterowie w większości w magię nie wierzą.

„Starcie królów”, tak samo jak „Gra o tron”, to jedna, niebywale długa i rozbudowana opowieść, która kontynuuje historię poprzednika, a przy końcu zostawia nas w środku akcji, zmuszając do sięgnięcia po kolejny tom. Niestety książka nie rozwiązuje najważniejszych wątków, a historia toczy się na zasadzie tworzenia przed postaciami kolejnych przygód/przeszkód, z jakimi muszą się zmierzyć. Momentami taki system prowadzenia akcji może być lekko męczący – człowiekowi ręce opadają gdy co chwilę okazuje się, że żadne plany się nie spełniają, że ledwo co poradzili sobie z jednym zagrożeniem, nadciąga tuzin kolejnych. Na szczęście w tym miejscu najlepiej widać sens budowania kolejnych rozdziałów w oparciu o jedną osobę. Odchodząc od postaci na chwilę i przenosząc się w inne miejsce krainy nie odczuwamy tak bardzo zmęczenia wywołanego trudnościami, na jakie bohaterowie co rusz natrafiają.

Drugi tom „Pieśni Lodu i Ognia” jest znacznie bardziej brutalny od poprzednika, nie tylko w warstwie fabularnej – opisy bitew, gwałtu i okrucieństwa są bardzo plastyczne, zmienił się nawet sam język powieści, mamy tu całkiem sporo wulgaryzmów. Nie zabrakło kilku nowych postaci na scenie, a o paru nam już znanych dowiemy się zaskakujących rzeczy, które jednakże zawsze są zgodne z pewną prawdą, którą autor przekazuje na kartach sagi: i wśród honorowych rycerzy znajdziemy świnie, tak jak wśród rzezimieszków trafimy na dobrego człowieka. Krótko mówiąc – świat niestety nie jest biało-czarny, ale składa się z miliardów odcieni szarości.

A Clash of Kings, Zysk i s-ka 2000, 926 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

George R. R. Martin, Pieśń Lodu i Ognia, tom 1. "Gra o tron"

Szczerze mówiąc, od dłuższego czasu nie miałem przyjemności czytać nic fantasy. Gatunek mnie znudził, miałem wrażenie, jakby każda książka była taka sama, jak poprzednie. Ostatnią autorką, której powieści fantasy do mnie trafiły, była Robin Hobb, a dwa pierwsze tomy Skrytobójcy uważam za jedne z najlepszych książek w gatunku.

Oczywiście od dawna byłem świadom istnienia pisarza takiego jak George R. R. Martin i jego najsłynniejszej sagi, “Pieśń Lodu i Ognia”. Nie wierzyłem jednakże w opisy i recenzje, traktujące “Grę o tron” jak jedno z największych dzieł dla fanów fantasy, znacznie przewyższające pozostałe setki książek. Przecież blurby drukowane na tylnych okładkach o każdej nowej pozycji mówią w ten sposób... Pewnie by tak zostało jeszcze przez długi czas, gdyby nie fakt, iż niebawem będziemy mieli okazję zobaczyć serial, przygotowany przez HBO, z Seanem Beanem w roli głównej. A ponieważ uważam, że oglądanie produkcji kinowych czy telewizyjnych, zbudowanych na podstawie książek nie ma sensu, bez uprzedniej znajomości tychże, sięgnąłem po tom pierwszy sagi.

Nie powiem, że powieść zwaliła mnie z nóg. Mogę za to z czystym sumieniem powiedzieć, że jest to książka bardzo dobra, a treść w niej zawarta z pewnością dorównuje pierwszym tomom Skrytobójcy Robin Hobb.

Od pierwszych stron opowieści widać wyraźnie, że będzie to historia niebywale długa, rozbudowana, posiadająca co prawda stosunkowo niewiele wątków, lecz zaprezentowane one są na przykładzie potężnej liczby bohaterów. I właśnie owe postaci są największym atutem prozy Martina. Nie ma tu bohaterów papierowych, przypadkowych, stworzonych “dla sztuki”. Każdy jest osobowością, nieraz bardzo skomplikowaną. Wielu z nich czekają mocne przeżycia, starsi muszą stawić czoła zmieniającemu się światu, wielkiej polityce, władzy. Młodsi natomiast zmuszeni będą dorosnąć, zostawić dzieciństwo za sobą.

Wielkim plusem książki jest system tworzenia kolejnych rozdziałów. Każdy z nich nazwany jest od jednego z bohaterów, z perspektywy którego oglądamy wydarzenia, a wszystkie one zmierzają ku ostatecznej konkluzji - wielkiej wojnie, która zmieni świat.

Kolejnym plusem, przynajmniej dla mnie, jest znaczne ograniczenie magii oraz brak dziwnych ras, charakterystycznych dla fantasy. Magia co prawda istnieje, lecz jest jej tak niewiele na tych prawie ośmiuset stronach, i jest na tyle tajemnicza i nieobecna w codziennym życiu bohaterów, że w ogóle mi nie przeszkadzała. A zamiast tworzyć nowe rasy, Martin umieścił akcję w dwóch różniących się krainach: Zachodnie Krainy to dość klasyczne średniowiecze, z kolei potomkowie poprzedniego, szalonego króla próbują swoich sił za morzem, w krainie pełnej wojowników o specyficznych zwyczajach, przypominających nieco nomadów. I to w zupełności wystarczy, po co komu elfy czy krasnoludy?

Jedyna rzecz, która niektórym czytelnikom może przeszkadzać w lekturze, to fakt, iż powieść mimo prawie ośmiuset stron nie zamyka żadnego ważnego wątku. Koniecznym jest natychmiastowe sięgnięcie po następne tomy, których póki co mamy trzy, lecz w pięciu książkach. A ponieważ autor planuje kolejne trzy, które są dopiero w trakcie powstawania, na zakończenie historii przyjdzie nam jeszcze długo poczekać.

A Game of Thrones, Zysk i s-ka 2003, 776 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

wtorek, 29 marca 2011

Anne Rice, "Wywiad z wampirem"

Gdy pierwszy raz oglądałem film “Wywiad z wampirem”, zrobił on na mnie ogromne wrażenie. Do dziś lubię na tę produkcję rzucić okiem, głównie ze względu na doskonałą rolę Toma Cruise’a. Sentyment do filmu powoduje, że nie zauważam w nim tych momentów, które w książce rzucają się w oczy od razu, psując zabawę.

Pewnie, że powieść jest jedną z najważniejszych wśród licznych historii o wampirach. Anne Rice w latach siedemdziesiątych mocno zmieniła wizerunek nocnego łowcy ludzkiej krwi. Mogę się jedynie domyślać, jak niesamowita musiała być lektura książki w tamtych czasach, przedstawiająca wampiry niemal jak ludzi, ale jednocześnie trzymająca się mocno zwyczajów, które żywot wampira określają.

Dziś jednak odbiór jest zupełnie inny. W zalewie wampirów, którymi literatura jest atakowana od kilku lat, historia wiecznie smutnego, pełnego cierpienia Louisa średnio do mnie trafia. Jakże ciekawszą postacią jest Lestat, co zresztą w filmie zostało podkreślone o wiele bardziej, niż w książce. To on dla mnie stał się bohaterem opowieści, jego podejście do życia i roli, jaka przypadła mu w udziale gdy stał się wampirem. Nawet wiedząc, jaki los przygotowała mu Klaudia, postać w książce jeszcze lepiej skrojona, niż w filmie, i tak Lestatowi kibicowałem do końca. I jeśli kiedykolwiek sięgnę po któryś z kolejnych tomów cyklu (a jest ich... dziesięć!), będzie to tom drugi, czyli “Wampir Lestat”. Louis bowiem przypomina mi bohatera romantycznego, rozdartego pomiędzy swą wampirzą naturą, a nie do końca umarłym człowieczeństwem - o ile takie postaci rozumiem, tak wczuć się w ich światopogląd nie potrafię.

Interview with the wampire, Rebis 2007, 400 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

niedziela, 20 marca 2011

Marek Baraniecki "Głowa Kasandry"

W wielu miejscach polskiego internetu można odnaleźć prawdziwe peany pochwalne dla mikropowieści “Głowa Kasandry” i innych opowiadań Marka Baranieckiego. I trudno się z nimi nie zgodzić - pierwszy kontakt z twórczością tego pisarza wywiera na czytelniku mniej więcej takie samo wrażenie, jak pierwszy kontakt z dziełami Marka S. Huberatha. Krótko mówiąc: lektura nie przypomina tego, co już znamy - jest to coś zupełnie innego, coś, co posiada własny, charakterystyczny styl.

Nie zamierzam się rozwodzić nad kolejnymi tekstami ze zbioru. Wystarczy powiedzieć krótko: każdy z nich jest co najmniej dobry, nawet jeśli tytułowa “Głowa...” lekko się zestarzała. Obojętnie jakiego tematu dotyka autor, w tle widać dziesiątki tematów kolejnych, które go fascynują. Nie są to teksty proste, lekkie i przyjemne. Tu należy się nieco wysilić, by dać się wciągnąć w lekturę, lecz jeśli ten proces się uda, momentami nie można wyjść z podziwu nad klasą pisarza. Nie ważne, czy mówi o zagładzie, grach wirtualnych czy podświadomości albo miłości. Zawsze ma do powiedzenia coś niebywale ciekawego, oferując inne spojrzenie na przeróżne kwestie.

Aż się chce więcej. Ciekawe, czy autor pracuje nad czymś nowym? Czy wyda nieco więcej? Jestem za.

Głowa Kasandry, superNOWA 2008, 334 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

Robert A. Heinlein "Wkładaj kombinezon i w drogę"

Bohaterem tej powieści o dziwnym tytule jest młody chłopak, nazywany przez przyjaciół Kip. Jest narratorem książki, i w jego własnych słowach poznajemy dzieciństwo, naznaczone jednym głównym marzeniem: pragnie polecieć na Księżyc. Problemem jest fakt, iż rodzice nie zarabiają zbyt wiele, a turystyczny lot jest wciąż niezwykle drogi. Ojciec, swoją drogą bardzo ciekawa postać, pokazuje synowi możliwe drogi do osiągnięcia celu.

Książka jest tak samo dziwna, jak jej tytuł. Do pewnego momentu jest to lektura wręcz fascynująca - życie młodzieńca w Ameryce dawnych lat naznaczone jest wieloma wydarzeniami, które znamy z historii. Co jednak najlepsze, przypomina biografię jednego z geniuszy, jakimi USA dysponowało w tamtych czasach, geniuszy inżynierii. Kip krok po kroku dąży do celu, poznając wszystkie zasady, jakimi poddawani są astronauci, poznając także naukę, dzięki której loty kosmiczne w ogóle są możliwe. W konkursie wygrywa oryginalny kombinezon, i sukcesywnie wyposaża go we wszystko, co powinno być częściami składowymi prawdziwego skafandra.

I nagle, dość niespodziewanie, książka nieco się zmienia - zaczyna przypominać pod wieloma względami trylogię Imperium Galaktyczne Isaaca Asimova. Kip dostaje się w kosmos, choć w stylu, jakiego sobie z pewnością nie życzył. Zostaje uwikłany w pełną hollywoodzkiej akcji rozgrywkę, gdzie nie ma ani chwili na zaczerpnięcie oddechu, przygoda goni przygodę, stale jest coś, co natychmiast trzeba zrobić...

Heinlein jednak ani przez chwilę nie zapomina o realiach, w jakich przyszło mu żyć. Nawet wtedy, gdy Kip przebywa z Obcymi, gdy rozwiązuje trudne zagadki, gdy obserwuje to, czego jeszcze żaden inny człowiek nie widział, czytelnik dowiaduje się mnóstwa cennych informacji ze świata nauki, szczególnie fizyki, biologii i chemii. Z niby przygodowej powieści, która stale puszcza do nas oko, mamy okazję poznać bardzo wiele prawdy, którą kierowali się pierwsi astronauci w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych.

Nie jest to lektura na miarę “Władców marionetek” czy “Kawalerii kosmosu”, ale i tak robi wrażenie i pozostawia w umyśle czytelnika przekonanie, że jest to jedna z tych książek, które - chociażby dla poczucia humoru - będziemy chcieli przeczytać więcej niż raz.

Have Space Suit - Will Travel, Rebis 1995, 260 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

sobota, 12 marca 2011

Greg Bear - Darwin, tom 2: "Dzieci Darwina"

Po kontynuację “Radia Darwina” sięgnąłem z ogromną chęcią poznania dalszych losów bohaterów; rodziny składającej się z małżeństwa naukowców i córki należącej do tzw. “nowych dzieci”, obciążonych wirusem SHEVA. I pierwsze strony powieści mnie nie zawiodły - tak samo wciągająca akcja, z mnóstwem ciekawych, naukowych faktów. Stella Nova dorasta, w samotności, nie całkiem świadoma otaczającego ją świata, chroniona przez rodziców przed rządem, skupiającym wszystkie “nowe dzieci” w specjalnych szkołach, będących czymś na kształt zamkniętych obozów.

Niestety gdy dotrzemy do końca pierwszej części, coś w książce zaczyna się psuć. Każdy kolejny rozdział to przeskok w wątku, podobnie jak w tomie pierwszym, lecz w “Dzieciach Darwina” nie wszystkie wątki okazują się być tak wciągającymi. Jesteśmy bombardowani opisami komisji rządowych do spraw wirusa, które średnio interesują czytelnika, podobnie jak dalsze losy Dickena, znanego nam naukowca, czy przygody jednego z głównych bohaterów, Mitcha, który nawiązuje chwilowy romans z antropologią, próbując powrócić do zawodu. Jedyne, co trzyma czytelnika przy lekturze i skutecznie walczy z ogarniającą sennością to rozdziały poświęcone samej Stelli, coraz starszej.

Na jej przykładzie obserwujemy kim tak naprawdę są “nowe dzieci”, później zwane Szewitami. Jak wygląda organizacja ich społeczeństwa, jakie są relacje między nimi i w jaki sposób natura ich zmieniła względem nas, homo sapiens sapiens, wyposażając w dodatkowe funkcje, pomocne w komunikacji. I te fragmenty powieści są doskonałe, i doskonale świadczą o wiedzy ale i wyobraźni autora.

“Dzieciom Darwina” brakuje charyzmy poprzednika, która jest w stanie porwać czytelnika od pierwszego rozdziału. Ale nie ma to dużego znaczenia - tom drugi świetnej opowieści i tak trzeba przeczytać, by ogarnąć całość wizji, jaką przygotował czytelnikom Greg Bear.

Darwin's Children, Solaris 2009, 480 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

wtorek, 8 marca 2011

Greg Bear - Darwin, tom 1: "Radio Darwina"

W wyniku przebudzenia od tysięcy lat uśpionego w ludzkim DNA wirusa, dochodzi do rozprzestrzenienia się tajemniczej choroby, zwanej grypą Heroda. Tak okrutna nazwa nie wzięła się znikąd - grypa atakuje płody powodując u wszystkich zarażonych kobiet poronienia. Świat (czyli jak zwykle Ameryka) musi odpowiedzieć sobie na pytanie: co robić, by w ogóle powstało kolejne pokolenie? Sytuacja jest dramatyczna.

To był telegraficzny skrót niezwykle rozbudowanej z naukowego punktu widzenia fabuły, w której odnajdziemy nie tylko dowody na istnienie tajemniczego schorzenia w przeszłości, a nawet nie tylko o ludzi (jako homo sapiens sapiens), ale i u neandertalczyków. Okazuje się, poronienie nie jest jedynym efektem działalności wirusa, bowiem natychmiast po nim kobieta jest znowu w ciąży, tym razem bez udziału mężczyzny, z niepokalanego poczęcia. Dochodzi do potwornych zamieszek, otwiera się raj dla wszelkiego rodzaju kaznodziejów, demagogów i innych prymitywnych istot głoszących nadejście piekła i sądu ostatecznego, a z drugiej strony co odważniejsi naukowcy zaczynają zastanawiać się czy Herod to choroba, czy może nie ewolucja... Rząd nie potrafi opanować sytuacji, pojawiają się coraz częściej trupy, dochodzi do pomysłów rodem prosto z totalitarnego państwa, o rejestracji zarażonych, odbieraniu potomstwa do badań.

A wszystko to obserwujemy przez poznawanie kolejnych losów kilkorga naukowców, badających różne aspekty tej samej sprawy, z różnych punktów i dla różnych instytucji. “Radio Darwina” stara się być bowiem też po prostu opowieścią o miłości dwojga ludzi, pragnieniu posiadania potomstwa i szczęścia. Tu warto dodać, że Greg Bear świetnie prowadzi dialogi naukowe, umiejętnie przepycha czytelników przez gąszcz wiedzy, jeśli nawet nie potrafimy jej pojąć, to możemy ją przyjąć, przełknąć, strawić i czytać dalej - to wielka sztuka. Nieco gorzej natomiast wychodzą mu fragmenty “życiowe”, wszelkie opisy miłości czy dialogi nie dotyczące głównego tematu (choć jest takich naprawdę niewiele).

Najlepsza jednak w książce jest odwaga autora, który po zgromadzeniu tak potężnego SCIENCE odsłania przed nami niezwykłe wręcz FICTION, z elementami, które u wielu innych pisarzy mogły brzmieć po prostu śmiesznie, okazać się nie do przyjęcia. Greg Bear jednak nie waha się ani chwili i to, co ostatecznie prezentuje czytelnikowi jest tak dobre, że sięgnięcie po tom drugi - “Dzieci Darwina” - jest jedynym odpowiednim odruchem po zakończeniu lektury.

Darwin's Radio, Solaris 2009, 504 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

sobota, 5 marca 2011

Rafał Dębski "Zoroaster. Gwiazdy umierają w milczeniu"

Rafał Dębski to pisarz, który potrafi napisać nie tylko fantastykę, choć z nią głównie jest kojarzony. Ale pisał też przecież rzeczy nasiąknięte po brzegi historią, jest w stanie także stworzyć książki sensacyjne i kryminały. “Zoroaster” obudził we mnie nadzieję na lekturę bardzo science fiction, ale z zagadką dorównującą tym z rewelacyjnych opowieści o komisarzu Wrońskim, które w wielu miejscach przewyższają bestsellerowe kryminalne historie zza granicy, zalewającymi nasz rynek.

Rzeczywistość jednak okazała się nieco inna. Owszem, jest to książka jednocześnie bardzo science fiction, ale i z zagadką, obejmującą kilka trupów, kilkoro zaginionych i pewną tajemnicę. Rzecz rozgrywa się na księżycu pewnej planety, hen, w odległym zakątku Wszechświata. Trafia tam bohater, Adam Bartold, i rozpoczyna coś na kształt śledztwa. Ten wątek jest pełen zwrotów akcji, oczywiście nic nie okaże się takie, jakim wygląda i czeka nas niejedna niespodzianka. Uwagę czytelnika zwrócą przede wszystkim wymyślne sposoby dochodzenia do prawdy, idealnie wpisane w klimat science fiction, to fakt, ale... jednocześnie brzmiące jak dla mnie nieco naiwnie, a czasem nawet sztucznie.

Jednak nie same wynalazki, planeta, jej książyc, nauka i kryminalna zagadka składają się na całość “Zoroastra”. Jest tu coś więcej, mianowicie bardzo charakterystyczny dla tego autora język, którym już raz czy dwa potrafił się popisać (opowiadnie “Człowiek w krzystałowym płaszczu” jest najlepszym przykładem specyficznego stylu, jakiem pan Dębski potrafi zaskoczyć). Adam opisuje Valhallę, planetę wokół której krąży księżyc, bardzo dokładnie, taką, jaką ją widzi swoimi wszystkimi zmysłami. Dotyczy to wszelkich tajemnic i niezwykłości z tym rejonem kosmosu związanych, a lektura w tych momentach nabiera zupełnie nowego wymiaru - nie można oderwać wzroku od liter zapisanych na kolejnych stronach pełnych fascynacji bohatera (a pewnie i autora). Język robi się poetycki, a gwiazdy, zjawiska, czy czarne dziury oglądane oczami Adama są nieraz wręcz boleśnie piękne.

I ten właśnie język powoduje, że “Zoroaster. Gwiazdy umierają w milczeniu” stał się w moich oczach powieścią wartą uwagi, naprawdę dobrą. Bo intryga niestety do mnie nie trafiła, ale za to jak wspaniale została opisana! :)

Zoroaster. Gwiazdy umierają w milczeniu, Fabryka Słów 2010, 373 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

środa, 2 marca 2011

Zbigniew Nienacki, Dagome iudex tom 3. "Ja, Dago Władca"

Trzeci tom “Dagome iudex” znacznie bardziej, niż na samym Dago Panu i Piastunie skupia się ne jego czterech potomkach: Lestku, Siemowicie, Awdańcu i Pałuce. Sytuacja ta zostaje wyjaśniona zmianami, jakie w Piastunie zaszły - osiągnąwszy siłę wieku przestał brać czynny udział w życiu Państwa Polan, co miało dwie przyczyny. Pierwszą z nich był prosty fakt, iż na chwilę obecną nie zostało mu wiele ziem do podbicia - jedynie południe, lecz tam trwa Wielka Morawa, rządzona przez Svatopluka (Świętopełka I), władcy mocarnego i groźnego. Drugą przyczyną była miłość i sentyment, uczucia, których u Piastuna nikt się nie spodziewał.

Jak na lud, który ma w sobie tyle samo z olbrzymów, co z karłów, przystało, między synami władcy szybko dochodzi do politycznych konfliktów. Książka opowiada o wszelakich manipulacjach, jakich dopuszczają się potomkowie, którym zdaje się, iż są olbrzymami podobnymi ojcu. Dago zostaje uznany za karła, mówią, iż choruje na Brak Woli... Czytelnik poznając losy bohaterów czeka niecierpliwie na koniec, zastanawiając się, jak autor zdecyduje się przejść z legendy do historii, kiedy wreszcie pojawi się Mieszko? I jak życia dokona Dago?

Trzeci tom stara się ukazać czytelnikom ludzkie oblicze Piastuna, który nie wahał się przecież ani chwili przed dokonywaniem nawet niegodziwych czynów. Wszystkie jego grzechy, w tym największy - pozbycie się pierworodnego syna - tu powrócą, i trzeba będzie się zmierzyć nie tylko z przyszłością, nie tylko odnaleźć tego, który Państwo Polan poprowadzi dalej, ale i z przeszłością, która wbrew pozorom wcale nie jest martwa.

Podobno autor uznawał “Dagome iudex” za swe największe dzieło. Szczerze mówiąc, rozmach wizji, znajomość historii i przemyślane łączenie ze sobą motywów, legend i podań autentycznie potrafią czytelnika zwalić z nóg. To jest Wielkie Dzieło.

Ja, Dago Władca, Pojezierze 1990, 267 stron

Strona książki na LubimyCzytac.pl

poniedziałek, 28 lutego 2011

Isaac Asimov, Imperium Galaktycznego tom 2: "Prądy przestrzeni"

Drugi tom "Imperium Galaktycznego" to taka sama powieść akcji, jak Gwiazdy jak pył. Tym razem rzecz rozgrywa się wiele lat później, gdy mało kto już pamięta Ziemię, a twierdzenie, jakoby to z niej pochodziła ludzkość brane jest za dowcip.

Bohaterów jest kilku. Mamy tu człowieka z wykasowaną pamięcią, odkrywaną powoli, stopniowo. Jest jego kobieta, wpierw opiekunka, potem ktoś więcej. Jest inteligent, którego postępowanie stale zadziwia, aż Asimov nie odkryje kim tak naprawdę jest. Skoro to cykl Imperium Galaktyczne, to wiadomo, że musi paść nieco informacji o Trantorze i ostatecznie kształtującej się państwowości w centrum Galaktyki, czyli słynnego Imperium, z którego następnie wyłoniła się wspaniała Fundacja.

Książka jest pełna akcji, mocne uderzenie science fiction, z rzadka przerywane dygresjami autora. Owe dygresje jednak, gdy już je wyłowimy, robią - jak zawsze u Asimova - gigantyczne wrażenie.

The Currents of Space, Prima 1993, 208 stron

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl

Zbigniew Nienacki, Dagome iudex tom 2. "Ja, Dago Piastun"

Środkowa część trylogii “Dagome Iudex” to kontynuacja drogi Dago Pana i Piastuna do zdobycia pełni władzy. Wszystkie wydarzenia z tomu pierwszego prowadzą do ostatecznej konfrontacji bohatera z rodami zamieszkującymi trzy duże grody: Kruszwic, Poznanię i Gniazdo, od której zaczynamy lekturę.

Każdy kolejny rozdział przedstawia nową na scenie postać, która ma dwa wyjścia: ukorzyć się przed przedziwnym Piastunem, wejść pod jego biały płaszcz i oddać się w jego piastowanie bądź podjąć walkę - i zginąć. W ten sposób poznajemy Helgundę - kobietę tak pewną siebie, iż w niej jednej zmieścił Nienacki aż dwie niezwykle ważne legendy opowiadające o początkach państwa Polskiego. Żona Goluba Popiołowłosego bowiem okazuje się nie tylko tą, która zamknęła Popiela w wieży, ale także wytruła stryjów z kolejnej legendy, by wreszcie opuściwszy dzisiejszą Wielkopolskę udać się do Małopolski, państwa Visulan i wcielić się w... Wandę, której usypano kopiec.

Ogromną siłą powieści jest oczekiwanie na właśnie kolejne legendy dopasowane do biegu książki. Dwa zwalczające się plemiona, z siedzibami w Gnieździe i Karradononie (Krakowie), władca Visulan Karak (Krak) mordujący nie syna, jak w podaniu, a ojca, spotkanie Piastuna z Piastem Kołodziejem, narodziny synów władcy Lestka i Siemowita - od lektury nie można się oderwać.

Stała akcja czasem zostaje przerywana ciekawymi myślami, pochodzącymi z “Księgi Grzmotów i Błyskawic”. Dago zaczyna rozumieć, iż bycie “olbrzymem” oznacza nie tylko posiadanie majestatu i siły - przede wszystkim oznacza stan umysłu właściwy ludności zamieszkującej tereny wokół Visuli. W ten sposób Nienacki ujął prawdę o Polakach, którzy są jednocześnie olbrzymami i karłami i nigdy nie wiadomo, jaka natura się w nich ostatecznie odezwie, gdy przyjdzie im wybierać. Tworząc coś nowego, pod wodzą wielkiego władcy są niezwyciężeni, lecz zdobywszy bogactwa karleją, większą uwagę skupiając na sobie, niż na dobru ogólnym.

Drugi tom czyta się nieco łatwiej, głównie ze względu na brak częstych retrospekcji, ukazujących dzieciństwo i pobieranie nauk przez Dagona. Akcja toczy się tym razem już ciągiem, od bitwy do bitwy, od zdrady do zdrady, i oczywiście od łóżka do łóżka, gdyż drugi tom “Dagome Iudex” ani trochę nie jest lżejszy pod tym względem od pierwszego, wciąż pozostając powieścią, delikatnie mówiąc, skandalizującą i obawiam się, że tylko dla dorosłych.

Ja, Dago Piastun, Pojezierze 1989, 296 stron

Strona książki na LubimyCzytac.pl

piątek, 25 lutego 2011

Brian W. Aldiss, Helikonii tom 3. "Zima Helikonii"

Ostatni tom trylogii Helikonii wydaje się być nieco łatwiejszym w odbiorze, głównie ze względu na stosunkowo niewiele (patrząc na dwie poprzednie części) wątków. Właściwie cała opowieść dotyczy jednego bohatera, Luterina. Oczywiście, że nie jest to powieść, gdzie każdy rozdział przedstawia jego dalsze przygody, taki system nie pasowałby do trylogii, która przyzwyczaiła nas do “skakania” od postaci do postaci, z kontynentu na kontynent.

To, co było przyjemne wcześniej, pozostaje tak samo dobre w “Zimie Helikonii” - matematyka, czyli zabawa czytelnika w przeliczanie helikońskich lat na ziemskie, obliczanie ile czasu minęło od poprzednich wydarzeń, jak wiek bohaterów liczony w latach helikońskich ma się do wieku człowieka z ziemi. Przyjemnie czyta się także o plemionach i ośrodkach władzy, które tak dobrze poznaliśmy w “Wiośnie...” i “Lecie...”. Z ciekawością dowiadujemy się które z nich aktualnie są w cieniu, ich wpływ na wydarzenia zmalał, a które jeszcze trwają, jak zmienił się świat przez kilkaset lat od lata.

Nie zabrakło także wątków poświęconych stacji kosmicznej Avernus, które chociaż nie mają wielkiego wpływu na fabułę, tym razem przyciągają uwagę swego rodzaju rewolucją, która się na stacji dokonała. Doszło tam do złamania wszelkich zasad, rozpoczęły się orgie godne Kaliguli, tworzenie potwornych stworzeń w celu zaspokojenia własnej chuci. Z drugiej strony wreszcie dowiadujemy się konkretów na temat Ziemi i wojen nuklearnych, które miały tam miejsce oraz jak teraz wygląda nasz świat, ile wieków trwało odrodzenie cywilizacji i jakie zmiany zaszły w ludziach.

Autor wiele miejsca poświęca na opisywanie swoich ulubionych tematów - w tym wypadku odrodzenia się licznych religii, co jest bezpośrednim skutkiem strachu ludzi przed zbliżającą się zimą, która na kilka wieków skuje lodem i śniegiem planetę. Mnóstwo miejsca jest poświęconego kapłanom i ich okrutnej polityce, kolejnych wojnach.

Ostatecznie jednakże muszę z żalem powiedzieć, że choć “Zima Helikonii” ma swoje momenty i bywa interesująca, odstaje od poprzedników. Epilog rozbudowanej na kilkaset lat historii czterech pór roku jest lekturą, którą warto poznać, tak, jak warto zmierzyć się z każdą książką science fiction zaliczaną do kanonu, ale... z nóg książka nie zwala i niestety bywa lekturą męczącą. Tylko jedno pozostaje tak samo niezmienne - podziw dla autora, który był w stanie przygotować coś tak monumentalnego. Bez względu na słabsze momenty trylogia Helikonii i tak pozostaje gigantyczną, doskonale rozplanowaną historią, która spowoduje, że czytelnik nawet lekko zmęczony i tak sięgnie po pozostałe powieści Briana W. Aldissa, zachwycony jego wiedzą i wizjami przyszłości, które z taką łatwością przelewa na papier.

Heliconia Winter, Solaris 2009, 372 strony

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl