Paweł Siedlar to pisarz, w którego książkach i opowiadaniach zawsze znajduję coś, co mi przeszkadza, co mi się nie podoba, co uważam za złe rozwiązanie dobrego pomysłu - a jednocześnie kupuję jego pozycje bez dłuższego zastanowienia. Pewnie dlatego, że mimo tych wszystkich fragmentów, które zabawę mi psują, przyznaję bez bicia, że autor zdecydowanie potrafi pisać. Nie, nie będę się bawił w porównywanie go do innych, jakichś Wielkich Twórców, ani tym bardziej tych mniejszych - bez fajerwerków, po prostu Paweł Siedlar potrafi przykuć uwagę czytelnika, zaoferować pewien przyjemny klimat opowieści, dobrze się Go czyta.
Co ciekawe, właśnie dlatego potem czytelnik bywa tak bardzo zirytowany - wszystko szło tak dobrze, wyrazy same się czytały a strony przewracały, by nagle okazało się, że tak naprawdę nie wiadomo o co chodzi, albo że autor wybrał na zakończenie utworu moment, który równie dobrze mógł być początkiem czegoś jeszcze ciekawszego. Tu zdecydowanie mam na myśli teksty “Między Leckiem a Krztuniem” i “Walczyk z Hortensją”. Słowo daję, rozczarowanie było spore - wydawało się, że całość zmierza ku jakiejś puencie, a okazało się, że opowiadania to bardziej zapisy pewnych wydarzeń czy przemyśleń, które autor chciał nam zaprezentować, byśmy sami dalej się nad nimi głowili. Ja jednak w tym klimacie chętnie bym przeczytał coś nieco bardziej zorganizowanego.
A może to po prostu specyfika tego pisarza? Może Paweł Siedlar lekce sobie waży zasady i trendy, i pisze to, co lubi i co Mu się podoba? Dlatego świetnie się zapowiadające “Rozrywki ludzi umarłych” pozostawiają po sobie równie słabe wrażenie, jak “Ostatni autobus do Thunder”, który przy lekkim ugięciu się przed pisaniem nieco bardziej “dla mas” mógł być hitem. Tak samo “Pies swojego pana” - widzę tam wyraźnie pomysł i to coś, co mogłoby spowodować, że długi czas bym o opowiadaniu nie zapomniał. Nadzieja jednak szybko umiera i tak naprawdę to nie wiem, o co w opowiadaniu chodziło...
Kolejna książka, która nie odstaje niczym od pozostałych tego autora. Jest za dobra, by była słaba, ale za słaba, by była bardzo dobra.
Opowieści okrutne, Fabryka Słów 2006, 304 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
czwartek, 27 października 2011
środa, 26 października 2011
Stephen King "Carrie"
Bohaterką książki jest tytułowa Carrie, szesnastoletnia dziewczyna, która kompletnie nie ma pojęcia o życiu. Od zawsze jest wyśmiewana przez rówieśników, wytykana palcami. Winę za taki stan rzeczy ponosi jej matka, fanatyczka religijna, która nie mogąc znieść własnego grzechu, jakim według niej niewątpliwie jest poczęcie i urodzenie dziecka, tłamsi córkę, zmusza do tkwienia w patologii. Prawdziwym horrorem w tej opowieści nie są wydarzenia do których zmierzamy od pierwszego słowa w powieści. Horrorem jest właśnie dramat młodej dziewczyny tak bardzo odrzuconej i pozbawionej jakiejkolwiek pomocy. Nie ma nikogo, kto próbowałby się nią zainteresować. Aż do genialnie przez Kinga opisanej pierwszej menstruacji. To, co autor tu pokazał to według mnie jedna z najlepszych scen literatury w ogóle. Ludzka podłość obnażona, ukazana w całej swej paskudnej okazałości spięta szybkim, choć konkretnym i nie pozbawionym koniecznych tu wulgaryzmów piórem Kinga zwala z nóg.
Wtedy okazuje się, że znajdą się tacy, którzy do Carrie wyciągną przyjazną dłoń. I bardzo dobrze, bo zawsze się tacy znajdują, mimo szaleństwa i tępoty ogromnej większości członków każdego społeczeństwa. Niestety to samo dotyczy drugiej strony medalu - dopóki Carrie była pośmiewiskiem, była TYLKO pośmiewiskiem. Jednak gdy zdobywa nieoczekiwaną pomoc, chwilową sławę, szybko znajdują się tacy, którzy pragną pokazać jej właściwe miejsce.
Książka we wspaniały sposób opisuje to, z czego ludzie najlepiej są znani: ich prymitywizm i głupotę. Wydarzenia są tak realnie okrutne, tak prymitywnie doskonałe i naturalne, że momentami chce się wyć z rozpaczy nad losem głównej bohaterki. Tego typu sytuacje zdarzają się wszędzie, a jak są bolesne i jak wielkich zmian mogą dokonać w psychice wiedzą tylko dręczeni, nigdy dręczący.
Dla mnie w “Carrie” są tylko dwa problemy. Pierwszy z nich to zbyteczne włożenie w opowieść sporej ilości tekstu dotyczącego telekinezy oraz prawdopodobieństwa występowania tej zdolności u ludzi. Jak rozumiem, autor chciał w ten sposób utwierdzić czytelnika w przekonaniu, że telekineza istnieje, podawał sprytnie spreparowane "naukowe fakty", by zwiększyć mroczny klimat u odbiorcy. Niepotrzebnie, mi to raczej klimat psuło. Drugi problem wynika poniekąd z pierwszego, a jest nim znana z większości książek Kinga skłonność do gadulstwa. Zamiast ładnie zakończyć książkę, raz a dobrze, z przytupem, w dobrym stylu, konkretnie, zmasakrować czytelnika rozgrywającym się tu dramatem przede wszystkim Carrie, a dopiero potem reszty psychopatów i zboczeńców, zwanych dla niepoznaki społeczeństwem, autor bawi się w wywiady i fragmenty przemówień specjalnie powołanej komisji, ględzi i ględzi. Pierwsze dwie części książki dzięki takim wstawkom rzeczywiście budują klimat, ale trzecia to już jakaś farsa. Sama końcówka (nie, nie zdobędę się na określenie jej oficjalnie mianem “puenty”) jest tak hollywoodzko przewidywalna, że aż boli, by Mistrz stosował takie proste sztuczki.
Pamiętajmy jednak, że to pierwsza opublikowana książka Kinga, i jak na pierwszą jest i tak wystarczająco genialna :-)
Carrie, Prószyński i S-ka 2011, wydanie elektroniczne: 169 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Wtedy okazuje się, że znajdą się tacy, którzy do Carrie wyciągną przyjazną dłoń. I bardzo dobrze, bo zawsze się tacy znajdują, mimo szaleństwa i tępoty ogromnej większości członków każdego społeczeństwa. Niestety to samo dotyczy drugiej strony medalu - dopóki Carrie była pośmiewiskiem, była TYLKO pośmiewiskiem. Jednak gdy zdobywa nieoczekiwaną pomoc, chwilową sławę, szybko znajdują się tacy, którzy pragną pokazać jej właściwe miejsce.
Książka we wspaniały sposób opisuje to, z czego ludzie najlepiej są znani: ich prymitywizm i głupotę. Wydarzenia są tak realnie okrutne, tak prymitywnie doskonałe i naturalne, że momentami chce się wyć z rozpaczy nad losem głównej bohaterki. Tego typu sytuacje zdarzają się wszędzie, a jak są bolesne i jak wielkich zmian mogą dokonać w psychice wiedzą tylko dręczeni, nigdy dręczący.
Dla mnie w “Carrie” są tylko dwa problemy. Pierwszy z nich to zbyteczne włożenie w opowieść sporej ilości tekstu dotyczącego telekinezy oraz prawdopodobieństwa występowania tej zdolności u ludzi. Jak rozumiem, autor chciał w ten sposób utwierdzić czytelnika w przekonaniu, że telekineza istnieje, podawał sprytnie spreparowane "naukowe fakty", by zwiększyć mroczny klimat u odbiorcy. Niepotrzebnie, mi to raczej klimat psuło. Drugi problem wynika poniekąd z pierwszego, a jest nim znana z większości książek Kinga skłonność do gadulstwa. Zamiast ładnie zakończyć książkę, raz a dobrze, z przytupem, w dobrym stylu, konkretnie, zmasakrować czytelnika rozgrywającym się tu dramatem przede wszystkim Carrie, a dopiero potem reszty psychopatów i zboczeńców, zwanych dla niepoznaki społeczeństwem, autor bawi się w wywiady i fragmenty przemówień specjalnie powołanej komisji, ględzi i ględzi. Pierwsze dwie części książki dzięki takim wstawkom rzeczywiście budują klimat, ale trzecia to już jakaś farsa. Sama końcówka (nie, nie zdobędę się na określenie jej oficjalnie mianem “puenty”) jest tak hollywoodzko przewidywalna, że aż boli, by Mistrz stosował takie proste sztuczki.
Pamiętajmy jednak, że to pierwsza opublikowana książka Kinga, i jak na pierwszą jest i tak wystarczająco genialna :-)
Carrie, Prószyński i S-ka 2011, wydanie elektroniczne: 169 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
piątek, 21 października 2011
Ben Bova "Mars"
Ben Bova to dość ciekawa postać wśród autorów science fiction. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to pisarz bardzo słabo promowany w naszym kraju, choć jednocześnie Wydawnictwo Solaris zadbało, by całkiem sporo jego książek w Polsce się ukazało. Rzadko się o nim wspomina w artykułach o twórcach science fiction, a niewątpliwie ma wśród nich swoje miejsce.
Na pierwsze spotkanie z Bovą wybrałem sobie książkę “Mars”, która doczekała się dwóch kontynuacji, a żeby wszystko jeszcze bardziej zagmatwać całość historii o Marsie należy do znacznie większego projektu pisarza zwanego “Drogą przez Układ Słoneczny”. Poświęciłem kilka chwil na wyszukanie informacji o chronologii wewnętrznej całego cyklu, ale musiałem się poddać, tyle sprzecznych danych można znaleźć. Na szczęście autor pisze swoje książki w starym, dobrym stylu: nie ważne którą do ręki weźmiesz, dasz sobie radę, znajomość poprzednich nie jest konieczna do zabawy.
“Mars” opowiada, jak łatwo można się domyśleć, o wyprawie na czerwoną planetę. Nie jest to jednak opowieść o kolonizacji - wyprawa jest typowo badawcza, zaplanowana i doprowadzona do skutku tylko i wyłącznie przez sprawne łączenie korzyści politycznych z naukowymi. Świat musi wreszcie ruszyć do przodu po beznadziejnym i krwawym wieku XX, stąd też udało się doprowadzić do sytuacji, w której narody podjęły decyzję o lądowaniu na Marsie.
Wyprawę obserwujemy z perspektywy jednego z uczestników, geologa Jamie’go Watermana, który dostał się na listę załogi w ostatniej chwili. Krok po kroku poznajemy całą historię pół-Indianina oraz reszty załogi, a autor stara się zadbać, by czytelnik miał pełny obraz sytuacji na Ziemi, podczas podróży oraz na Marsie. Książka jest poprzecinana retrospekcjami opowiadającymi o przygotowaniach do misji na przemian z właściwymi rozdziałami opisującymi wydarzenia na czerwonej planecie. Bova mnóstwo miejsca poświęca na opisanie sytuacji politycznej oraz rozlicznych powodów przeróżnych grup społecznych prowadzących do wyprawy. Walka jest brutalna i twarda, podobnie jak misja. Szybko okazuje się, że nie sposób jest przygotować tak doskonałych badań osobowości, by dowiedzieć się wszystkiego o człowieku, kandydacie do załogi. Wśród uczestników także dochodzi do kilku nieprzyjemnych sytuacji i trochę szkoda, że autor nie zdecydował się rozwinąć nieco pewnych wątków, które łatwo mogły by się stać kryminalnymi czy sensacyjnymi, a to by powieści nie zaszkodziło, wręcz przeciwnie.
Autor mocno starał się czytelnika nie nudzić. Prócz fabuły właściwej, opisu reakcji różnych środowisk politycznych na to, co się dzieje podczas misji oraz retrospekcji sprzed startu Bova dodaje także kilka rozdziałów nieco bardziej “mistycznych”, gdzie w lekko mentorskim tonie dywaguje na tematy ogólne, takie jak braterstwo Ziemi i Marsa, życie jako zjawisko, prawdopodobieństwo życia na Marsie, Mars jako osobliwość odrębna, jest nawet scenariusz programu edukacyjnego, który powstał z myślą o dzieciach na Ziemi. Niestety mimo wszystko nie sposób powiedzieć o “Marsie”, że jest powieścią, którą czyta się jednym tchem. Momentami opisywane wydarzenia potrafią czytelnika uśpić, brakuje także rozwinięcia sytuacji między uczestnikami misji. Z jednej strony autor sygnalizuje o problemach natury socjologicznej, jakie pojawić się powinny - przekonanie o nieomylności, wykorzystanie faktu, że w zasadzie są tu sami i politykom mogą się przeciwstawić, że sami sobie są panami. Z drugiej strony wszystkie tego typu zachowania ukazane są zbyt płytko, szkoda że Bova nie rozwinął wątków w tym stylu, wszak kilka tygodni oglądania tych samych ludzi w zamknięciu, tak daleko od reszty społeczeństwa aż się prosi o dokonanie pewnych konkluzji, opisanie wydarzeń, które nastąpić muszą. Trochę zbyt hollywoodzka jest fabuła w tym względzie, trochę za prosta, szczególnie dramatyczne wydarzenia z końca opowieści i efekt, jaki przyniosły w relacjach między uczestnikami. Takie prowadzenie opowieści mi osobiście zabawę zepsuło.
Lektura “Marsa” w bardzo jasny sposób wytłumaczyła mi dlaczego o Benie Bovie wspomina się znacznie rzadziej niż o innych twórcach science fiction. Trudno nazwać go mistrzem, człowiekiem, który odkrywa nowe światy i pomysły. To raczej sprawny rzemieślnik, doskonale się bawiący podczas pisania swoich powieści, momentami potrafiący używać słowa z ogromną wprawą (opisy zachodu słońca na Marsie to wręcz poezja), ale przeważnie piszący z fascynacją naukowca, nie sięgającą jednak zbyt głęboko w stronę technologii czy spraw związanych z inteligencją w kosmosie. W “Marsie” poruszył wiele tematów, ale żadnego nie rozwinął, nie pociągnął dalej, przedstawił każdy po trochu i widać uznał, że tak jest dobrze. Według mnie nie jest, wydaje mi się że jak książka jest o wszystkim, to jest o niczym. Pal sześć technologię, fizykę, statki kosmiczne. Pal sześć inteligentne życie. Ale braku większego zaangażowania w stosunki międzyludzkie wśród najlepszych z najlepszych, dream-teamu wybranego do misji na Marsa wybaczyć już nie potrafię, jestem bardziej zawiedziony, niż zadowolony.
Mars, Solaris 2003, 497 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Na pierwsze spotkanie z Bovą wybrałem sobie książkę “Mars”, która doczekała się dwóch kontynuacji, a żeby wszystko jeszcze bardziej zagmatwać całość historii o Marsie należy do znacznie większego projektu pisarza zwanego “Drogą przez Układ Słoneczny”. Poświęciłem kilka chwil na wyszukanie informacji o chronologii wewnętrznej całego cyklu, ale musiałem się poddać, tyle sprzecznych danych można znaleźć. Na szczęście autor pisze swoje książki w starym, dobrym stylu: nie ważne którą do ręki weźmiesz, dasz sobie radę, znajomość poprzednich nie jest konieczna do zabawy.
“Mars” opowiada, jak łatwo można się domyśleć, o wyprawie na czerwoną planetę. Nie jest to jednak opowieść o kolonizacji - wyprawa jest typowo badawcza, zaplanowana i doprowadzona do skutku tylko i wyłącznie przez sprawne łączenie korzyści politycznych z naukowymi. Świat musi wreszcie ruszyć do przodu po beznadziejnym i krwawym wieku XX, stąd też udało się doprowadzić do sytuacji, w której narody podjęły decyzję o lądowaniu na Marsie.
Wyprawę obserwujemy z perspektywy jednego z uczestników, geologa Jamie’go Watermana, który dostał się na listę załogi w ostatniej chwili. Krok po kroku poznajemy całą historię pół-Indianina oraz reszty załogi, a autor stara się zadbać, by czytelnik miał pełny obraz sytuacji na Ziemi, podczas podróży oraz na Marsie. Książka jest poprzecinana retrospekcjami opowiadającymi o przygotowaniach do misji na przemian z właściwymi rozdziałami opisującymi wydarzenia na czerwonej planecie. Bova mnóstwo miejsca poświęca na opisanie sytuacji politycznej oraz rozlicznych powodów przeróżnych grup społecznych prowadzących do wyprawy. Walka jest brutalna i twarda, podobnie jak misja. Szybko okazuje się, że nie sposób jest przygotować tak doskonałych badań osobowości, by dowiedzieć się wszystkiego o człowieku, kandydacie do załogi. Wśród uczestników także dochodzi do kilku nieprzyjemnych sytuacji i trochę szkoda, że autor nie zdecydował się rozwinąć nieco pewnych wątków, które łatwo mogły by się stać kryminalnymi czy sensacyjnymi, a to by powieści nie zaszkodziło, wręcz przeciwnie.
Autor mocno starał się czytelnika nie nudzić. Prócz fabuły właściwej, opisu reakcji różnych środowisk politycznych na to, co się dzieje podczas misji oraz retrospekcji sprzed startu Bova dodaje także kilka rozdziałów nieco bardziej “mistycznych”, gdzie w lekko mentorskim tonie dywaguje na tematy ogólne, takie jak braterstwo Ziemi i Marsa, życie jako zjawisko, prawdopodobieństwo życia na Marsie, Mars jako osobliwość odrębna, jest nawet scenariusz programu edukacyjnego, który powstał z myślą o dzieciach na Ziemi. Niestety mimo wszystko nie sposób powiedzieć o “Marsie”, że jest powieścią, którą czyta się jednym tchem. Momentami opisywane wydarzenia potrafią czytelnika uśpić, brakuje także rozwinięcia sytuacji między uczestnikami misji. Z jednej strony autor sygnalizuje o problemach natury socjologicznej, jakie pojawić się powinny - przekonanie o nieomylności, wykorzystanie faktu, że w zasadzie są tu sami i politykom mogą się przeciwstawić, że sami sobie są panami. Z drugiej strony wszystkie tego typu zachowania ukazane są zbyt płytko, szkoda że Bova nie rozwinął wątków w tym stylu, wszak kilka tygodni oglądania tych samych ludzi w zamknięciu, tak daleko od reszty społeczeństwa aż się prosi o dokonanie pewnych konkluzji, opisanie wydarzeń, które nastąpić muszą. Trochę zbyt hollywoodzka jest fabuła w tym względzie, trochę za prosta, szczególnie dramatyczne wydarzenia z końca opowieści i efekt, jaki przyniosły w relacjach między uczestnikami. Takie prowadzenie opowieści mi osobiście zabawę zepsuło.
Lektura “Marsa” w bardzo jasny sposób wytłumaczyła mi dlaczego o Benie Bovie wspomina się znacznie rzadziej niż o innych twórcach science fiction. Trudno nazwać go mistrzem, człowiekiem, który odkrywa nowe światy i pomysły. To raczej sprawny rzemieślnik, doskonale się bawiący podczas pisania swoich powieści, momentami potrafiący używać słowa z ogromną wprawą (opisy zachodu słońca na Marsie to wręcz poezja), ale przeważnie piszący z fascynacją naukowca, nie sięgającą jednak zbyt głęboko w stronę technologii czy spraw związanych z inteligencją w kosmosie. W “Marsie” poruszył wiele tematów, ale żadnego nie rozwinął, nie pociągnął dalej, przedstawił każdy po trochu i widać uznał, że tak jest dobrze. Według mnie nie jest, wydaje mi się że jak książka jest o wszystkim, to jest o niczym. Pal sześć technologię, fizykę, statki kosmiczne. Pal sześć inteligentne życie. Ale braku większego zaangażowania w stosunki międzyludzkie wśród najlepszych z najlepszych, dream-teamu wybranego do misji na Marsa wybaczyć już nie potrafię, jestem bardziej zawiedziony, niż zadowolony.
Mars, Solaris 2003, 497 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
wtorek, 18 października 2011
Maja Lidia Kossakowska "Upiór Południa, część 1. Czerń"
Nie jestem wielkim fanem książek Mai Lidii Kossakowskiej. Nie rozumiem cyklu anielskiego, rozbawia mnie w dość nieprzyjemny sposób, który nie pozwala cieszyć się lekturą. Mam jednak spory szacunek dla autorki za “Zakon Krańca Świata”, który jednocześnie uważam za zbyt przegadany, co także odbiło się na ostatecznym odbiorze książek. Jednak nawet porównując już te dwie serie widać, że pisarka nie zamyka się w zawsze tym samym pokoju, że potrafi bez problemu tworzyć rzeczy kompletnie różne, w zupełnie innych klimatach. Stąd też na mojej półce pojawiła się “Czerń”, część pierwsza cyklu “Upiór Południa”, zakupiona z myślą: “może tym razem się uda i do mnie opowieść trafi?”.
I trafiła, jak najbardziej. Obłęd, opętanie, psychoza, gniew, smutek, tragiczne wydarzenia odciskające swoje piętno na zawsze - opis tego typu stanów i emocji w wykonaniu Mai Kossakowskiej jest bardzo, ale to bardzo realistyczny. Nie jest problemem wczuć się w klimat historii opowiadanej przez bohatera, reportera wojennego spędzającego życie na kolejnych konfliktach, jakie co chwilę wybuchają w gorącej Afryce. Sama Afryka zresztą jest tu według mnie pełnoprawnym bohaterem, niemalże postacią fizycznie istniejącą, a autorce udała się sztuka, której nie powstydziłby się największy miłośnik gorącego kontynentu, jakiego w literaturze spotkałem - Mike Resnick. Afryka żyje, ale jest to ostatni oddech, nie potrafi się udźwignąć po licznych ranach, jakie zadały jej własne dzieci, stale dające się omotać paskudnemu, wyrachowanemu złu białego człowieka.
Bohater opowiada o swoim życiu i kolejnych misjach. Mówi o potworności wojny, wspomina Ruandę, walki między Tutsi i Hutu, dzieci biegające z karabinami. Wspomina także swoich towarzyszy, wśród nich tego jednego, który nie żyje, a jednak wciąż jest obecny. Obłęd jest coraz poważniejszy. Składają się na niego nie tylko wojna i ludobójstwo, ale także afrykańskie wierzenia, klątwy i śmiertelnie zmęczone bóstwa. Najstarsze na ziemi, jako że przecież wszyscy z Afryki pochodzimy.
Stosunkowo długie opowiadanie (bo jednak trudno całość nazwać pełnoprawną książką) jest napisane z ogromną konsekwencją w jednym, tym samym, niebywale upiornym tonie. Afryka tu ukazana jest brudna i pobita, wielokrotnie zgwałcona, ale jeszcze ostatkiem sił się trzyma. Z początku co prawda bohater lekko przegina, jego niechęć do wszystkiego wokół i samego siebie jest nieco zbyt nachalna, wręcz egzaltowana, lecz w miarę rozwoju sytuacji to uczucie zanika i można dać się wciągnąć w opowieść, która może i jest dość wtórna, ale jednak nie odrzuca czytelnika i ciągnie go do samego końca. Szkoda, że owa końcówka niezbyt pasuje klimatem do reszty, ale nie wiem, może to jakiś większy zamysł, wszak są trzy kolejne opowieści w cyklu, trudno to oceniać już przy pierwszym tomie.
Upiór Południa. Czerń, Fabryka Słów 2009, 240 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
I trafiła, jak najbardziej. Obłęd, opętanie, psychoza, gniew, smutek, tragiczne wydarzenia odciskające swoje piętno na zawsze - opis tego typu stanów i emocji w wykonaniu Mai Kossakowskiej jest bardzo, ale to bardzo realistyczny. Nie jest problemem wczuć się w klimat historii opowiadanej przez bohatera, reportera wojennego spędzającego życie na kolejnych konfliktach, jakie co chwilę wybuchają w gorącej Afryce. Sama Afryka zresztą jest tu według mnie pełnoprawnym bohaterem, niemalże postacią fizycznie istniejącą, a autorce udała się sztuka, której nie powstydziłby się największy miłośnik gorącego kontynentu, jakiego w literaturze spotkałem - Mike Resnick. Afryka żyje, ale jest to ostatni oddech, nie potrafi się udźwignąć po licznych ranach, jakie zadały jej własne dzieci, stale dające się omotać paskudnemu, wyrachowanemu złu białego człowieka.
Bohater opowiada o swoim życiu i kolejnych misjach. Mówi o potworności wojny, wspomina Ruandę, walki między Tutsi i Hutu, dzieci biegające z karabinami. Wspomina także swoich towarzyszy, wśród nich tego jednego, który nie żyje, a jednak wciąż jest obecny. Obłęd jest coraz poważniejszy. Składają się na niego nie tylko wojna i ludobójstwo, ale także afrykańskie wierzenia, klątwy i śmiertelnie zmęczone bóstwa. Najstarsze na ziemi, jako że przecież wszyscy z Afryki pochodzimy.
Stosunkowo długie opowiadanie (bo jednak trudno całość nazwać pełnoprawną książką) jest napisane z ogromną konsekwencją w jednym, tym samym, niebywale upiornym tonie. Afryka tu ukazana jest brudna i pobita, wielokrotnie zgwałcona, ale jeszcze ostatkiem sił się trzyma. Z początku co prawda bohater lekko przegina, jego niechęć do wszystkiego wokół i samego siebie jest nieco zbyt nachalna, wręcz egzaltowana, lecz w miarę rozwoju sytuacji to uczucie zanika i można dać się wciągnąć w opowieść, która może i jest dość wtórna, ale jednak nie odrzuca czytelnika i ciągnie go do samego końca. Szkoda, że owa końcówka niezbyt pasuje klimatem do reszty, ale nie wiem, może to jakiś większy zamysł, wszak są trzy kolejne opowieści w cyklu, trudno to oceniać już przy pierwszym tomie.
Upiór Południa. Czerń, Fabryka Słów 2009, 240 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
poniedziałek, 17 października 2011
Jakub Ćwiek "Ofensywa szulerów"
“Ofensywa szulerów” to dość nietypowa pozycja, bo na dobrą sprawę jest bardziej prologiem, niż pełnoprawną opowieścią. Autor przedstawia nam trzy postaci w czasach po zakończeniu drugiej wojny światowej, a książka dzieli się na trzy części: każdy bohater otrzymuje czas na zaprezentowanie siebie samego według klucza wyznaczonego przez tajemniczego pracodawcę. I owe trzy historie opowiedziane własnymi słowami przez trójkę postaci są w zasadzie treścią książki, możemy się jedynie domyślać co będzie potem, epilog kończący ów “sporej wielkości prolog” wyjaśnia akurat tyle, by temu, komu opowieści się spodobają narobić chęci na więcej.
Co ciekawe, jak się okazuje nasi bohaterowie to postaci jak najbardziej autentyczne. Jasper Maskelyne był brytyjskim iluzjonistą, który próbował swoich sił w realnej walce z nieprzyjacielem, Jan Zumbach to polski pilot z Dywizjonu 303, a Leni Riefenstahl to niemiecka reżyserka, na której do końca przeraźliwie długiego życia ciążyła sława tej, która tak doskonale tworzyła propagandowe filmy Hitlera. Autor świetnie się bawi w swoich opowieściach mieszając fakty z fikcją i niezależnie od tego, czy czytelnika historie wciągną, czy okażą się nużące, trzeba mu przyznać, że robi to z pasją. Na oficjalnej stronie książki dopowiada nam co nieco i pewne fakty czytelnikowi uświadamia: Agencja Wydawnicza Runa, Ofensywa szulerów
Doceniam zaangażowanie pisarza i jestem pod wrażeniem umiejętności przekształcenia swojej pasji w powieść, dzięki której każdy czytelnik łyknie nieco nieznanych faktów. Ja na ten przykład uprzednio nie słyszałem o żadnej z tych postaci, a jak spojrzeć w sieć to wyraźnie widać, że są one znane znacznie szerszemu gronu, niż tylko zapalonym historykom. Także uznaję książkę za dobrą, choć same historie mnie nieszczególnie zainteresowały, czytałem “jednym okiem”, bez większego zaangażowania, tak samo nie czekam na tom kolejny. Mimo to myślę, że wielbicielom tego typu opowieści, nieco, powiedzmy, sowizdrzalskich, “Ofensywa szulerów” zapewni mnóstwo przyjemności.
Ofensywa szulerów, Runa 2009, wydanie elektroniczne: 207 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Co ciekawe, jak się okazuje nasi bohaterowie to postaci jak najbardziej autentyczne. Jasper Maskelyne był brytyjskim iluzjonistą, który próbował swoich sił w realnej walce z nieprzyjacielem, Jan Zumbach to polski pilot z Dywizjonu 303, a Leni Riefenstahl to niemiecka reżyserka, na której do końca przeraźliwie długiego życia ciążyła sława tej, która tak doskonale tworzyła propagandowe filmy Hitlera. Autor świetnie się bawi w swoich opowieściach mieszając fakty z fikcją i niezależnie od tego, czy czytelnika historie wciągną, czy okażą się nużące, trzeba mu przyznać, że robi to z pasją. Na oficjalnej stronie książki dopowiada nam co nieco i pewne fakty czytelnikowi uświadamia: Agencja Wydawnicza Runa, Ofensywa szulerów
Doceniam zaangażowanie pisarza i jestem pod wrażeniem umiejętności przekształcenia swojej pasji w powieść, dzięki której każdy czytelnik łyknie nieco nieznanych faktów. Ja na ten przykład uprzednio nie słyszałem o żadnej z tych postaci, a jak spojrzeć w sieć to wyraźnie widać, że są one znane znacznie szerszemu gronu, niż tylko zapalonym historykom. Także uznaję książkę za dobrą, choć same historie mnie nieszczególnie zainteresowały, czytałem “jednym okiem”, bez większego zaangażowania, tak samo nie czekam na tom kolejny. Mimo to myślę, że wielbicielom tego typu opowieści, nieco, powiedzmy, sowizdrzalskich, “Ofensywa szulerów” zapewni mnóstwo przyjemności.
Ofensywa szulerów, Runa 2009, wydanie elektroniczne: 207 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Åke Edwardson "Taniec z aniołem"
Kolejny skandynawski kryminał zaliczony. Niestety w przypadku prozy Edwardsona uczucia są dość ambiwalentne, mniej więcej takie, jak po lekturze “Zamachowca” Lizy Marklund. Niby wszystko jest na swoim miejscu: zagadka, moderstwo (nawet kilka), bohater (szkoda że znowu zmęczony życiem glina), trochę kobiet w otoczeniu oraz tło wydarzeń, jakim jest przyjemnie przedstawiona Szwecja i Szwedzi.
Kilka wątków nieuchronnie prowadzi do splecenia, niektóre są nawet bardzo ciekawe, jak chociażby kwestia złodzieja (który wciąż twierdzi, że jest nim z musu, nie z zawodu) trafiającego podczas rabunku na siatkę pełną czegoś, co mogłoby zostać uznane za dowody zbrodni.
Szkoda tylko, że główny bohater książki jest tak potwornie nijaki, że gdyby miał trudniejsze nazwisko niż Winter, to pewnie byśmy go nie zapamiętali po ukończeniu lektury. Towarzysze z jego otoczenia są równie nudni, nawet jeśli autorowi się uda je ciekawie przedstawić z początku, to potem charakteryzują się konkretnym brakiem polotu. Jak i cała książka, a szczególnie jej zakończenie - wszystko jest tak miałkie, takie nijakie, że szczerze mówiąc brakowało mi tu przynajmniej jednego rozdziału, miałem wrażenie, że tak byle jak książka skończyć się nie może. Ale się skończyła.
Ake Edwardson i jego książki wędrują na półkę zawiedzionych nadziei i rozczarowań. Dobrze, że stosunkowo często można trafić na niezłe promocje na eksiążki. Jak sobie pomyślę, że miałbym za “Taniec z aniołem” dać trzy dychy, to aż mnie coś w środku ściska. Nie polecam, lepiej przeczytać Larssona, Nessera, Hjortha i Rosenfeldta w duecie a nawet Lackberg.
Dans med en ängel, Czarna Owca 2011, wydanie elektroniczne: 336 stron
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Kilka wątków nieuchronnie prowadzi do splecenia, niektóre są nawet bardzo ciekawe, jak chociażby kwestia złodzieja (który wciąż twierdzi, że jest nim z musu, nie z zawodu) trafiającego podczas rabunku na siatkę pełną czegoś, co mogłoby zostać uznane za dowody zbrodni.
Szkoda tylko, że główny bohater książki jest tak potwornie nijaki, że gdyby miał trudniejsze nazwisko niż Winter, to pewnie byśmy go nie zapamiętali po ukończeniu lektury. Towarzysze z jego otoczenia są równie nudni, nawet jeśli autorowi się uda je ciekawie przedstawić z początku, to potem charakteryzują się konkretnym brakiem polotu. Jak i cała książka, a szczególnie jej zakończenie - wszystko jest tak miałkie, takie nijakie, że szczerze mówiąc brakowało mi tu przynajmniej jednego rozdziału, miałem wrażenie, że tak byle jak książka skończyć się nie może. Ale się skończyła.
Ake Edwardson i jego książki wędrują na półkę zawiedzionych nadziei i rozczarowań. Dobrze, że stosunkowo często można trafić na niezłe promocje na eksiążki. Jak sobie pomyślę, że miałbym za “Taniec z aniołem” dać trzy dychy, to aż mnie coś w środku ściska. Nie polecam, lepiej przeczytać Larssona, Nessera, Hjortha i Rosenfeldta w duecie a nawet Lackberg.
Dans med en ängel, Czarna Owca 2011, wydanie elektroniczne: 336 stron
Strona książki na LubimyCzytac.pl
niedziela, 16 października 2011
Stephen King "Lśnienie"
Najlepszy horror wszechczasów! Genialna książka! Takie opisy powodują, że bardzo niechętnie sięgam po daną pozycję, przez co tak późno się zabrałem do czytania Stephena Kinga... no i przez to, że dopiero stosunkowo niedawno nabrałem chęci na poczucie dreszczu strachu, wcześniej jakoś tego nie lubiłem ;-) Czy “Lśnienie” rzeczywiście jest najlepszym horrorem, odstającym o kilka długości od konkurencji? Tego nie wiem, zbyt mało powieści grozy przeczytałem, by pozwolić sobie na takie stwierdzenie. Na pewno jednak mogę powiedzieć, że jest to powieść bardzo dobra, i na pewno mogę przyznać rację tym, którzy twierdzą, że jest straszna.
“Lśnienie” opowiada historię trzyosobowej rodziny Torrance’ów. Ojciec jest pisarzem, a raczej próbuje nim być. Po chwili sławy przed laty jakoś pisanie mu niezbyt idzie, ponadto musi sobie radzić z bardzo nieprzyjemną przypadłością, jaką jest choroba zwana alkoholizmem. Wraz z małżonką Wendy byli już o krok od rozwodu, Jack jednak w porę otrzymał ostrzeżenie od losu i od kilkunastu miesięcy żyje w trzeźwości. Problemem Torrance’a jednak pozostaje skłonność do gniewu, przez którą uwikłał się w pracy w nieprzyjemną sytuację i robotę stracił. Teraz nie może przebierać w ofertach, w związku z tym gdy trafia się okazja dobrego zarobku za fuchę, która potrwa tylko kilka zimowych miesięcy - bierze ją bez namysłu. Nie ma wyboru.
Wraz z Wendy i ich pięcioletnim synem Dannym wyjeżdżają do hotelu Panorama, który poza sezonem tkwi osamotniony wśród gór. Robota ma polegać na dozorowaniu ogromnej budowli, dbaniu o nią i przygotowaniu na kolejny sezon. Jack zostaje dozorcą, a żona wraz z synem mu towarzyszą. W hotelu zostają całkiem sami. Przynajmniej jeśli chodzi o żywe, ludzkie towarzystwo...
“Lśnienie” to horror oparty na dwóch częściach składowych. Pierwszą z nich jest alkoholizm Jacka i jego próby pozostania w trzeźwości. Bohater opiera się szaleństwu, ale suma jego życiowych doświadczeń uparcie twierdzi, że opór nie ma sensu. Obserwacja tego, co dzieje się w głowie Jacka jest prawdziwą przyjemnością, a styl Kinga jest niczym stworzony do właśnie przedstawiania takich scen - wewnętrznego rozdarcia, wiecznie toczonych monologów oraz uczucia, że prędzej czy później już nie wiadomo co jest rzeczywiste, a co majakiem. Także książka to nie tylko powieść grozy, ale także doskonały dramat rodziny, w której każdy pragnie, by ich związek trwał jak najdłużej i wszyscy się kochają, ale przyszłość wcale nie jest tak oczywista, wręcz przeciwnie, jeśli spojrzy się w przeszłość.
Drugim elementem, z którego zbudowane jest “Lśnienie” jest opis zjawisk nadprzyrodzonych, czy też paranormalnych, jakie zachodzą w hotelu. Jack bardzo szybko odkrywa porzucony gdzieś w budynku gospodarczym album z wycinkami z gazet, chronologicznie przedstawiającymi straszne wydarzenia, jakich Panorama była świadkiem. Ponadto coraz jaśniejsze jest zarówno dla niego, jak i dla Wendy, że ich syn Danny nie jest zwykłym dzieckiem, że ma pewien talent, którego nie można wytłumaczyć w zwyczajny sposób. Choć nie jestem fanem tajemniczego hokus pokus, to “Lśnienie” napisane jest tak dobrze, że ani przez chwilę nie odczuwałem zniechęcenia opisami wszystkich dziwnych zjawisk. Zaakceptowałem je bez namysłu, za co moje uwielbienie dla (niektórych) powieści Kinga jeszcze bardziej wzrosło. Na czas trwania lektury pozwoliłem się autorowi przekonać, że takie rzeczy są możliwe, dzięki czemu chwilami czułem autentyczny strach. King w cudowny sposób potrafi opowiadać o rzeczach zwykłych, by nagle w tym samym zdaniu, nagle przejść do tych niezwykłych i w ciągu ułamka sekundy zmienić nastrój powieści, a tym samym emocje czytelnika.
Oczywiście nie zabrakło typowych, kingowskich dłużyzn, które jednak nie psują lektury tak, jak zdarzało się to w innych powieściach autora (w “Bastionie” szczególnie). Dopiero pod sam koniec książki, nieco zbyt filmowy, niczym z hollywood, dłużyzny są lekko irytujące, nie na tyle jednak, by zabawę zepsuć w znacznym stopniu. Świetna książka, o której warto myśleć nieco szerzej, niż tylko w kontekście horroru, to dla “Lśnienia” lekka obraza, traktować ją jak tylko powieść grozy. To także świetny dramat rodzinny, podczas opisywania którego autor - kto wie? - czy nie korzystał z własnych doświadczeń, w końcu z alkoholizmem zmagał się całkiem długo... Ciekawe ile Kinga jest w Torransie?
The Shining, Prószyński i S-ka 2007, wydanie elektroniczne: 494 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
“Lśnienie” opowiada historię trzyosobowej rodziny Torrance’ów. Ojciec jest pisarzem, a raczej próbuje nim być. Po chwili sławy przed laty jakoś pisanie mu niezbyt idzie, ponadto musi sobie radzić z bardzo nieprzyjemną przypadłością, jaką jest choroba zwana alkoholizmem. Wraz z małżonką Wendy byli już o krok od rozwodu, Jack jednak w porę otrzymał ostrzeżenie od losu i od kilkunastu miesięcy żyje w trzeźwości. Problemem Torrance’a jednak pozostaje skłonność do gniewu, przez którą uwikłał się w pracy w nieprzyjemną sytuację i robotę stracił. Teraz nie może przebierać w ofertach, w związku z tym gdy trafia się okazja dobrego zarobku za fuchę, która potrwa tylko kilka zimowych miesięcy - bierze ją bez namysłu. Nie ma wyboru.
Wraz z Wendy i ich pięcioletnim synem Dannym wyjeżdżają do hotelu Panorama, który poza sezonem tkwi osamotniony wśród gór. Robota ma polegać na dozorowaniu ogromnej budowli, dbaniu o nią i przygotowaniu na kolejny sezon. Jack zostaje dozorcą, a żona wraz z synem mu towarzyszą. W hotelu zostają całkiem sami. Przynajmniej jeśli chodzi o żywe, ludzkie towarzystwo...
“Lśnienie” to horror oparty na dwóch częściach składowych. Pierwszą z nich jest alkoholizm Jacka i jego próby pozostania w trzeźwości. Bohater opiera się szaleństwu, ale suma jego życiowych doświadczeń uparcie twierdzi, że opór nie ma sensu. Obserwacja tego, co dzieje się w głowie Jacka jest prawdziwą przyjemnością, a styl Kinga jest niczym stworzony do właśnie przedstawiania takich scen - wewnętrznego rozdarcia, wiecznie toczonych monologów oraz uczucia, że prędzej czy później już nie wiadomo co jest rzeczywiste, a co majakiem. Także książka to nie tylko powieść grozy, ale także doskonały dramat rodziny, w której każdy pragnie, by ich związek trwał jak najdłużej i wszyscy się kochają, ale przyszłość wcale nie jest tak oczywista, wręcz przeciwnie, jeśli spojrzy się w przeszłość.
Drugim elementem, z którego zbudowane jest “Lśnienie” jest opis zjawisk nadprzyrodzonych, czy też paranormalnych, jakie zachodzą w hotelu. Jack bardzo szybko odkrywa porzucony gdzieś w budynku gospodarczym album z wycinkami z gazet, chronologicznie przedstawiającymi straszne wydarzenia, jakich Panorama była świadkiem. Ponadto coraz jaśniejsze jest zarówno dla niego, jak i dla Wendy, że ich syn Danny nie jest zwykłym dzieckiem, że ma pewien talent, którego nie można wytłumaczyć w zwyczajny sposób. Choć nie jestem fanem tajemniczego hokus pokus, to “Lśnienie” napisane jest tak dobrze, że ani przez chwilę nie odczuwałem zniechęcenia opisami wszystkich dziwnych zjawisk. Zaakceptowałem je bez namysłu, za co moje uwielbienie dla (niektórych) powieści Kinga jeszcze bardziej wzrosło. Na czas trwania lektury pozwoliłem się autorowi przekonać, że takie rzeczy są możliwe, dzięki czemu chwilami czułem autentyczny strach. King w cudowny sposób potrafi opowiadać o rzeczach zwykłych, by nagle w tym samym zdaniu, nagle przejść do tych niezwykłych i w ciągu ułamka sekundy zmienić nastrój powieści, a tym samym emocje czytelnika.
Oczywiście nie zabrakło typowych, kingowskich dłużyzn, które jednak nie psują lektury tak, jak zdarzało się to w innych powieściach autora (w “Bastionie” szczególnie). Dopiero pod sam koniec książki, nieco zbyt filmowy, niczym z hollywood, dłużyzny są lekko irytujące, nie na tyle jednak, by zabawę zepsuć w znacznym stopniu. Świetna książka, o której warto myśleć nieco szerzej, niż tylko w kontekście horroru, to dla “Lśnienia” lekka obraza, traktować ją jak tylko powieść grozy. To także świetny dramat rodzinny, podczas opisywania którego autor - kto wie? - czy nie korzystał z własnych doświadczeń, w końcu z alkoholizmem zmagał się całkiem długo... Ciekawe ile Kinga jest w Torransie?
The Shining, Prószyński i S-ka 2007, wydanie elektroniczne: 494 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
piątek, 14 października 2011
Håkan Nesser, Barbarotti, tom 1. "Człowiek bez psa"
Uroczystość 105 urodzin miała być ogromna, na grubo ponad 130 osób. 65 lat ojca rodziny i 40 jego ulubionej córki w ten sam dzień, kilka dni przed końcem roku. Dzieci ze swoim potomstwem miały zjechać w wigilię wielkiej imprezy, planowanej od wielu miesięcy. Niestety cała radość solenizantów została zniszczona. Brat Ebby, zarazem syn Karla-Erika stał się pośmiewiskiem całej Szwecji z powodu własnej głupoty i czegoś, co rodzina najprościej zwała “nieprzystosowaniem społecznym”. Niewybredna relacja ze zdarzeń ciągnięta przez kilka tygodni w brukowcach skutecznie zniszczyła nieliczne pozytywne emocje, jakie uroczystość wzbudzała u reszty familii, wywołując wstyd u wszystkich jej członków.
Tak rozpoczyna się powieść Hakana Nessera wydana przez Czarną Owcę w znanej i w pewien sposób już “prestiżowej” Czarnej Serii. Wydarzenia opisane są z perspektywy kolejnych członków rodziny, a autor genialnie wciela się w ich role tak, że nie mamy najmniejszych problemów ze zrozumieniem jakimi są postaciami i w jak skomplikowanej relacji między sobą żyją. Zbyt uwielbiana najstarsza córka, pogardzany wręcz Robert i Kristina, której życie do czasu osiągnięcia pełnoletności wyglądało tak, jak narodziny - dziecko przypadku, zwykła “wpadka”. Teraz mają swoje rodziny i wcale nie pragną spotykać się z rodzicami. Nikt jednak nie chce robić scen, ostatecznie więc do uroczystości dochodzi. Nastroju nie ma, panuje przykra atmosfera, a na domiar złego okazuje się, że aż dwóch członków imprezy nagle znikło...
Hakan Nesser akcję swojej powieści prowadzi w dość nietypowy dla gatunku zwanego kryminałem sposób. Otóż wielka tajemnica, którą należy wyjaśnić dzieje się pod nosem czytelnika i to w taki sposób, że właściwie wiemy znacznie więcej, niż sam inspektor policji, pojawiający się po jakimś czasie. Taki system wymaga od autora nadzwyczajnych umiejętności utrzymania uwagi czytelnika i takiego zagęszczenia akcji, by mimo wszystko nas zaskoczyć i by szczęka opadła tak, jak w kryminalnej zagadce opaść powinna. I pisarz je zdecydowanie posiada - zdaje się, że wszystko jest jasne, klarowne, gdy nagle okazuje się, że może jednak nie wiemy tak wiele, jak nam się zdawało?
Drugim wielkim plusem powieści jest brutalny realizm wydarzeń. Chwilami podczas lektury ogarniało mnie autentyczne przerażenie, choć to kryminał, a nie horror! Hakan Nesser postarał się nam wszystkim uświadomić, a następnie udowodnić, jak ogromne zło tkwi w człowieku, w tym nam najbliższym i jak niewiele potrzeba, by stać się narzędziem w rękach zmyślnego zbrodniarza. A wszystko jest napisane bez najmniejszego zaginania rzeczywistości i bez hollywoodzkich fajerwerków - to, co poznamy w “Człowieku bez psa” jest bardzo rzeczywiste i jestem przekonany, że może się przytrafić każdemu, w wydarzeniach tu pokazanych nie ma nic nadzwyczajnego - tym bardziej są przerażające.
Świetna książka, już przy czterdziestej stronie, czyli w zasadzie jeszcze przed poznaniem właściwych wydarzeń, dopiero na etapie poznawania bohaterów wiedziałem, że Hakan Nesser to nazwisko, które warto zapamiętać, dowiedzieć się co jeszcze napisał i zacząć szukać promocji na kolejne ebooki ;-) Posiada on wielki talent opisywania zwyczajnych sytuacji, w odrobinę depresyjny sposób, ale tym bardziej realnie przedstawia otaczający nas świat i zamiast skupiać się na intrydze, zwraca uwagę przede wszystkim na bohaterów i ich emocje oraz przemyślenia. Taki system pisania kryminału bardzo przypadł mi do gustu i szczerze książkę wszystkim polecam, ja tymczasem zaczynam kolejną :-)
Människa utan hund, Wydawnictwo Czarna Owca 2011, wydanie elektroniczne: 386 stron
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Tak rozpoczyna się powieść Hakana Nessera wydana przez Czarną Owcę w znanej i w pewien sposób już “prestiżowej” Czarnej Serii. Wydarzenia opisane są z perspektywy kolejnych członków rodziny, a autor genialnie wciela się w ich role tak, że nie mamy najmniejszych problemów ze zrozumieniem jakimi są postaciami i w jak skomplikowanej relacji między sobą żyją. Zbyt uwielbiana najstarsza córka, pogardzany wręcz Robert i Kristina, której życie do czasu osiągnięcia pełnoletności wyglądało tak, jak narodziny - dziecko przypadku, zwykła “wpadka”. Teraz mają swoje rodziny i wcale nie pragną spotykać się z rodzicami. Nikt jednak nie chce robić scen, ostatecznie więc do uroczystości dochodzi. Nastroju nie ma, panuje przykra atmosfera, a na domiar złego okazuje się, że aż dwóch członków imprezy nagle znikło...
Hakan Nesser akcję swojej powieści prowadzi w dość nietypowy dla gatunku zwanego kryminałem sposób. Otóż wielka tajemnica, którą należy wyjaśnić dzieje się pod nosem czytelnika i to w taki sposób, że właściwie wiemy znacznie więcej, niż sam inspektor policji, pojawiający się po jakimś czasie. Taki system wymaga od autora nadzwyczajnych umiejętności utrzymania uwagi czytelnika i takiego zagęszczenia akcji, by mimo wszystko nas zaskoczyć i by szczęka opadła tak, jak w kryminalnej zagadce opaść powinna. I pisarz je zdecydowanie posiada - zdaje się, że wszystko jest jasne, klarowne, gdy nagle okazuje się, że może jednak nie wiemy tak wiele, jak nam się zdawało?
Drugim wielkim plusem powieści jest brutalny realizm wydarzeń. Chwilami podczas lektury ogarniało mnie autentyczne przerażenie, choć to kryminał, a nie horror! Hakan Nesser postarał się nam wszystkim uświadomić, a następnie udowodnić, jak ogromne zło tkwi w człowieku, w tym nam najbliższym i jak niewiele potrzeba, by stać się narzędziem w rękach zmyślnego zbrodniarza. A wszystko jest napisane bez najmniejszego zaginania rzeczywistości i bez hollywoodzkich fajerwerków - to, co poznamy w “Człowieku bez psa” jest bardzo rzeczywiste i jestem przekonany, że może się przytrafić każdemu, w wydarzeniach tu pokazanych nie ma nic nadzwyczajnego - tym bardziej są przerażające.
Świetna książka, już przy czterdziestej stronie, czyli w zasadzie jeszcze przed poznaniem właściwych wydarzeń, dopiero na etapie poznawania bohaterów wiedziałem, że Hakan Nesser to nazwisko, które warto zapamiętać, dowiedzieć się co jeszcze napisał i zacząć szukać promocji na kolejne ebooki ;-) Posiada on wielki talent opisywania zwyczajnych sytuacji, w odrobinę depresyjny sposób, ale tym bardziej realnie przedstawia otaczający nas świat i zamiast skupiać się na intrydze, zwraca uwagę przede wszystkim na bohaterów i ich emocje oraz przemyślenia. Taki system pisania kryminału bardzo przypadł mi do gustu i szczerze książkę wszystkim polecam, ja tymczasem zaczynam kolejną :-)
Människa utan hund, Wydawnictwo Czarna Owca 2011, wydanie elektroniczne: 386 stron
Strona książki na LubimyCzytac.pl
czwartek, 13 października 2011
Peter V. Brett, trylogii demonów tom 2. "Pustynna włócznia"
Kończąc “Malowanego człowieka” miałem wielką nadzieję, że autor w kolejnej części znowu mocno skupi się na stworzonych przez siebie postaciach, że akcję oglądać będziemy z różnych perspektyw kolejnych bohaterów, że opowieść nie zmieni się w typowe fantasy, gdzie dzielna drużyna maszeruje na spotkanie przeznaczenia by uratować świat. Dziwne, że mimo właśnie takiego sposobu kontynuowania historii, “Pustynna włócznia” i tak stworzyła mi sporo problemów podczas lektury, do której czasem musiałem się wręcz zmuszać, do której nie chciało mi się wracać.
W poprzednim tomie oglądaliśmy kilkoro postaci, przeżywając wraz z nimi mnóstwo czasu, od wczesnego dzieciństwa, aż do dorosłości. Aby tradycji stało się zadość, autor w ten sam sposób w drugim tomie przedstawił kolejnego bohatera - co ciekawe znanego nam już Jardira, przywódcę kraju będącego w książce czymś na kształt Arabii. Przeraźliwie długi rozdział pierwszy ukazuje tym razem jego dzieciństwo i wszystkie wydarzenia, które doprowadziły go do osiągnięcia statusu, który poznaliśmy już w “Malowanym człowieku”.
Potem wracamy do Arlena, Leeshy i Rojera, przez ich kolejne przygody obserwując świat przedstawiony. Obiektywnie przyznaję, że całość jest ładnie zamknięta, opięta, przemyślana i na pewno fanom fantasy w zupełności wystarczy do zadowalającej lektury. Mniej obiektywnie jednakże muszę się przyznać, że książka jest... nudna. Nie potrafiłem utrzymać uwagi, choć jednocześnie pragnąłem dowiedzieć się “co było potem”, potrafiłem znaleźć sobie sto innych zajęć na samą myśl o kontynuowaniu lektury. Autor zaczął się powtarzać, wybrał sobie kilka motywów do rozwijania (wykorzystywanie seksualne własnych córek przez co poniektórych wieśniaków, niezrealizowane marzenia o przyszłości, polityka - jak zwykle na tronie siedzi ktoś beznadziejny, otaczający się doradcami częściej myślącymi o sobie, niż o poddanych) i tak, jak w tomie poprzednim, tak i tutaj oglądamy właściwie to samo, tylko kilka lat później. Spodziewane wydarzenia nastąpiły: mobilizacja, nauka, walka z demonami, zmiana sposobu myślenia przez sporą ilość ludzi. Szkoda tylko, że ukazane zostały w taki nijaki sposób.
“Pustynna włócznia” to dobra powieść, mimo wszystko. Ale raczej skierowana przede wszystkim do fanów czystej fantasy, którzy ten akurat gatunek uznają za najwspanialszy. Zaangażowanie autora o uwagę czytelnika gdzieś się zgubiło, jakby starczyło mu go tylko na tom pierwszy i wzbudzenie zainteresowania, a teraz po prostu lecimy dalej z tym koksem. Dla mnie to za mało, jak zauważyłem chciałbym czegoś więcej, czegoś, co napisane zostało z polotem, a nie tylko przy pomocy rzemieślniczych umiejętności.
The Desert Spear, Fabryka Słów 2009, tom 1: 528 stron, tom 2: 664 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
W poprzednim tomie oglądaliśmy kilkoro postaci, przeżywając wraz z nimi mnóstwo czasu, od wczesnego dzieciństwa, aż do dorosłości. Aby tradycji stało się zadość, autor w ten sam sposób w drugim tomie przedstawił kolejnego bohatera - co ciekawe znanego nam już Jardira, przywódcę kraju będącego w książce czymś na kształt Arabii. Przeraźliwie długi rozdział pierwszy ukazuje tym razem jego dzieciństwo i wszystkie wydarzenia, które doprowadziły go do osiągnięcia statusu, który poznaliśmy już w “Malowanym człowieku”.
Potem wracamy do Arlena, Leeshy i Rojera, przez ich kolejne przygody obserwując świat przedstawiony. Obiektywnie przyznaję, że całość jest ładnie zamknięta, opięta, przemyślana i na pewno fanom fantasy w zupełności wystarczy do zadowalającej lektury. Mniej obiektywnie jednakże muszę się przyznać, że książka jest... nudna. Nie potrafiłem utrzymać uwagi, choć jednocześnie pragnąłem dowiedzieć się “co było potem”, potrafiłem znaleźć sobie sto innych zajęć na samą myśl o kontynuowaniu lektury. Autor zaczął się powtarzać, wybrał sobie kilka motywów do rozwijania (wykorzystywanie seksualne własnych córek przez co poniektórych wieśniaków, niezrealizowane marzenia o przyszłości, polityka - jak zwykle na tronie siedzi ktoś beznadziejny, otaczający się doradcami częściej myślącymi o sobie, niż o poddanych) i tak, jak w tomie poprzednim, tak i tutaj oglądamy właściwie to samo, tylko kilka lat później. Spodziewane wydarzenia nastąpiły: mobilizacja, nauka, walka z demonami, zmiana sposobu myślenia przez sporą ilość ludzi. Szkoda tylko, że ukazane zostały w taki nijaki sposób.
“Pustynna włócznia” to dobra powieść, mimo wszystko. Ale raczej skierowana przede wszystkim do fanów czystej fantasy, którzy ten akurat gatunek uznają za najwspanialszy. Zaangażowanie autora o uwagę czytelnika gdzieś się zgubiło, jakby starczyło mu go tylko na tom pierwszy i wzbudzenie zainteresowania, a teraz po prostu lecimy dalej z tym koksem. Dla mnie to za mało, jak zauważyłem chciałbym czegoś więcej, czegoś, co napisane zostało z polotem, a nie tylko przy pomocy rzemieślniczych umiejętności.
The Desert Spear, Fabryka Słów 2009, tom 1: 528 stron, tom 2: 664 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
czwartek, 6 października 2011
Peter V. Brett, trylogii demonów tom 1. "Malowany człowiek"
Tom pierwszy “Trylogii Demonów”, w Polsce podzielony na dwie księgi, opowiada o świecie, w którym ludzkość jest nękana przez wychodzące co noc z Otchłani demony. Jedyną metodą obrony przed kreaturami jest stosowanie runów ochronnych, malowanych czy rytych na domach i osadach. Dużych miast jest tylko kilka, są one bronione przez Patronów Run, dbających o regularne sprawdzanie znaków ochronnych wymalowanych na murach - reszta upadła zniszczona przez nocne stwory,. Poza miastami ludzie żyją w niewielkich wsiach i próbują sobie dawać radę, żyć z dnia na dzień, wiecznie w strachu gdy zapadają ciemności.
Zapowiada się na prostą lekturę raczej tylko dla wielbicieli gatunku, którym wiecznie mało drużyn bohaterów, walki ze złem i ratowania pięknych księżniczek przez blond rycerzy na śnieżnobiałych rumakach... I nie ma co ukrywać - powieść jest właśnie typowym fantasy, w którym próżno szukać ciekawych rozwiązań fabularnych. Niezależnie od siebie poznajemy troje bohaterów, każdego od ich wczesnego dzieciństwa, wiedząc od samego początku, że gdzieś w przyszłości ich drogi się przetną. Arlen, chłopiec z niebywałym talentem do rysowania run pragnie innego życia, niż to w ciągłym strachu we wsi. Leesha z kolei marzy o miłości i spokoju, lecz w wyniku splotu okoliczności zostaje Zielarką, uzdrowicielką i rusza w świat. Rojen natomiast, osierocony we wczesnym dzieciństwie zostaje przygarnięty przez Minstrela i w tym też zawodzie upatruje swojej przyszłości. Z czasem okazuje się, że każdy z nich posiada pewien talent, który skutecznie niszczy wszystko to, w co ludzie wierzą: że demonów nie można zabić, że walka z nimi jest bezsensowna, że nic nigdy nie ulega zmianie a plaga demonów będzie trwała wiecznie.
Dlaczego więc tak niby zwykłej historii daję cztery gwiazdki, uznając tym samym za bardzo dobrą? Z jednego i TYLKO jednego powodu: autor posiada wielki talent w kreowaniu swoich bohaterów. Właściwie cała powieść jest o nich, nie o walce ludzi z demonami. Krok po kroku poznajemy całe ich życie, bez problemu wczuwając się w sytuacje, w których zostali postawieni. Wpierw próbują normalnie żyć, jak ich rodzice czy najbliżsi. A nawet gdy to okazuje się niemożliwe, wciąż pozostają ludźmi z krwi i kości, ze swoimi problemami, marzeniami, pragnieniami, radościami i smutkami. Autor z polotem kreśli ich losy, prowadząc akcję przez wiele, wiele lat, aż dochodzi do spotkania. Czytelnik wie od pierwszych stron, że tak będzie, tym bardziej na to spotkanie czeka... Ono jednak następuje dopiero na samym końcu powieści, pozostawiając nas w niepewności co do dalszych losów postaci. Czy akcja zmieni się w sztampowe fantasy, gdzie drużyna trojga dzielnych stawi czoło hordom demonów? Czy autor w kolejnym tomie wprowadzi nowe postaci? Tego dopiero się dowiemy.
“Malowany człowiek” to naprawdę dobra książka, w której prosty pomysł (nie ma sensu ukrywać, że już parę razy w historii wykorzystany) dzięki świetnym bohaterom jest ukazany w sposób wciągający, z polotem. Zresztą dotyczy to nie tylko głównych bohaterów, ale też postaci drugo- czy trzecioplanowych. Każda jest pewną osobowością, ludzie zgodnie ze swoją naturą posotają głupcami, posłusznymi kretyńskim ideałom, wyszukującymi każdej okazji do sprawienia innym bólu. Brett bywa okrutnie realistyczny w przedstawianiu ludzkiej natury, co nadaje powieści inny wymiar i z typowego fantasy robi się opowieść znacznie bardziej zajmująca, niż mogłoby się wydawać.
Autor po prostu ma talent i jak sobie uświadomiłem, że powieść jest właściwie debiutem pisarza, to aż musiałem przysiąść. Takiego debiutu można tylko zazdrościć :-) Liczę na ciekawe rozwiązania w kolejnych tomach, bo taki talent szkoda było by zmarnować. Niech drużyna dzielnie prze przed siebie, zbawia ludzkość i ratuje świat, ale mam nadzieję, że autorowi starczy siły na stworzenie czegoś więcej, co pozwoli kolejny tom potraktować tak, jak ten: jako ZDECYDOWANIE WYRÓŻNIAJĄCE SIĘ fantasy.
The Painted Man, Fabryka Słów 2008-9, tom 1: 504 strony, tom 2: 320 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Zapowiada się na prostą lekturę raczej tylko dla wielbicieli gatunku, którym wiecznie mało drużyn bohaterów, walki ze złem i ratowania pięknych księżniczek przez blond rycerzy na śnieżnobiałych rumakach... I nie ma co ukrywać - powieść jest właśnie typowym fantasy, w którym próżno szukać ciekawych rozwiązań fabularnych. Niezależnie od siebie poznajemy troje bohaterów, każdego od ich wczesnego dzieciństwa, wiedząc od samego początku, że gdzieś w przyszłości ich drogi się przetną. Arlen, chłopiec z niebywałym talentem do rysowania run pragnie innego życia, niż to w ciągłym strachu we wsi. Leesha z kolei marzy o miłości i spokoju, lecz w wyniku splotu okoliczności zostaje Zielarką, uzdrowicielką i rusza w świat. Rojen natomiast, osierocony we wczesnym dzieciństwie zostaje przygarnięty przez Minstrela i w tym też zawodzie upatruje swojej przyszłości. Z czasem okazuje się, że każdy z nich posiada pewien talent, który skutecznie niszczy wszystko to, w co ludzie wierzą: że demonów nie można zabić, że walka z nimi jest bezsensowna, że nic nigdy nie ulega zmianie a plaga demonów będzie trwała wiecznie.
Dlaczego więc tak niby zwykłej historii daję cztery gwiazdki, uznając tym samym za bardzo dobrą? Z jednego i TYLKO jednego powodu: autor posiada wielki talent w kreowaniu swoich bohaterów. Właściwie cała powieść jest o nich, nie o walce ludzi z demonami. Krok po kroku poznajemy całe ich życie, bez problemu wczuwając się w sytuacje, w których zostali postawieni. Wpierw próbują normalnie żyć, jak ich rodzice czy najbliżsi. A nawet gdy to okazuje się niemożliwe, wciąż pozostają ludźmi z krwi i kości, ze swoimi problemami, marzeniami, pragnieniami, radościami i smutkami. Autor z polotem kreśli ich losy, prowadząc akcję przez wiele, wiele lat, aż dochodzi do spotkania. Czytelnik wie od pierwszych stron, że tak będzie, tym bardziej na to spotkanie czeka... Ono jednak następuje dopiero na samym końcu powieści, pozostawiając nas w niepewności co do dalszych losów postaci. Czy akcja zmieni się w sztampowe fantasy, gdzie drużyna trojga dzielnych stawi czoło hordom demonów? Czy autor w kolejnym tomie wprowadzi nowe postaci? Tego dopiero się dowiemy.
“Malowany człowiek” to naprawdę dobra książka, w której prosty pomysł (nie ma sensu ukrywać, że już parę razy w historii wykorzystany) dzięki świetnym bohaterom jest ukazany w sposób wciągający, z polotem. Zresztą dotyczy to nie tylko głównych bohaterów, ale też postaci drugo- czy trzecioplanowych. Każda jest pewną osobowością, ludzie zgodnie ze swoją naturą posotają głupcami, posłusznymi kretyńskim ideałom, wyszukującymi każdej okazji do sprawienia innym bólu. Brett bywa okrutnie realistyczny w przedstawianiu ludzkiej natury, co nadaje powieści inny wymiar i z typowego fantasy robi się opowieść znacznie bardziej zajmująca, niż mogłoby się wydawać.
Autor po prostu ma talent i jak sobie uświadomiłem, że powieść jest właściwie debiutem pisarza, to aż musiałem przysiąść. Takiego debiutu można tylko zazdrościć :-) Liczę na ciekawe rozwiązania w kolejnych tomach, bo taki talent szkoda było by zmarnować. Niech drużyna dzielnie prze przed siebie, zbawia ludzkość i ratuje świat, ale mam nadzieję, że autorowi starczy siły na stworzenie czegoś więcej, co pozwoli kolejny tom potraktować tak, jak ten: jako ZDECYDOWANIE WYRÓŻNIAJĄCE SIĘ fantasy.
The Painted Man, Fabryka Słów 2008-9, tom 1: 504 strony, tom 2: 320 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
piątek, 30 września 2011
Andrzej Pilipiuk "Czerwona gorączka"
Andrzej Pilipiuk od lat prowadzi swoją kampanię na rzecz pisarstwa. Pomaga radą tym, którzy chcą zaistnieć na rynku, często w felietonach porusza tematy dotyczące sposobu pisania i swoich metod pracy, zachęca do tworzenia dla młodszych czytelników, by zasiać w nich miłość do szeroko rozumianej fantastyki... i zapewnić sobie czytelników, a tym samym źródło utrzymania na kolejne lata. Autor ten znany jest także z podjęcia wyzwania, jakim było udowodnienie wszystkim, że w Polsce można wyżyć z pisarstwa. Tworzy jak szalony kolejne powieści, ba, wręcz całe cykle, opowiadania o Jakubie W., opowiadania bez Jakuba W... Ma swoją metodę na pracę, tym lepiej dla niego. Czasem jednak odnoszę wrażenie, że gdyby autor pisał bardziej dla samego tworzenia, a nie także z myślą o zarobku, jego zbiory opowiadań byłby jednymi z najlepszych w kraju. Mógłby wtedy skupić się na naprawdę ciekawych rzeczach, szlifować opowiadania tak, by osiągnęły kolejny poziom. Jednakże jeśli ktoś siada do komputera (kartki zeszytu, maszyny do pisania) jak w kieracie, równo kilka godzin dziennie i tworzy, trudno oczekiwać, by dzieła były na wyrównanym poziomie. Można było to zauważyć już w przypadku zbioru “2586 kroków”, można także w “Czerwonej gorączce”.
Opowiadania tu zawarte są bardzo nierówne - niektóre nadają się do nagradzania za pomysł, jakość wykonania, puentę, nawet wizję. Inne z kolei według mnie są klasycznymi zapchajdziurami, które szkoda widzieć na papierze w książce, może nadawały by się do czasopisma, ale upychając je w zbiorku książka jako całość znacznie traci na wartości.
Chociażby tytułowa “Czerwona gorączka”. Jeśli ktoś się spodziewał, że opowiadanie, w którym bohaterem jest Paweł Skórzewski, znany z liczenia kroków lekarz, musi być doskonałe - dowie się, że wcale nie musi. Ba, wręcz może być kiepskie. “Czerwona gorączka” to dokładnie ta sama fabuła, co oryginalne “2586 kroków”, z tym, że autor wymyślając chorobę jednocześnie wyraził (znowu) dobitnie swoje poglądy (to jest już nudne) i wyszedł potworek. Tak samo “Grucha” - tekst, który pewnie zachwyci wszystkich gimnazjalistów, kto wie, czy nie stanie się wręcz ich “mokrym snem” - że sobie pozwolę na odrobinę wulgarności. Jak dla mnie tragedia. Podobnie “Operacja: szynka” i “Piórko w żywopłocie” - to nie jest ten Andrzej Pilipiuk, który potrafił zaczarować czytelnika “Samolotem do dalekiego kraju” czy “Marsem 1899”.
Są tu także teksty średnie (“Błękitny trąd”) i takie, gdzia autor kopiuje samego siebie (“Samolot Von Ribbentropa”). Pierwsze to typowe fantasy, o którym czytelnik zapomni natychmiast po zakończeniu lektury, drugie spodoba się miłośnikom starszej “Atomowej ruletki”.
Na szczęście oryginalny, nie do podrobienia Andrzej Pilipiuk jest obecny w pozostałych opowiadaniach. Dowcipnie wypada “Silnik z Łomży” i “Gdzie diabeł mówi dobranoc”, w specyficzny dla autora sposób prezentują ciekawe postaci lub miejsca, zaskakując przyjemną puentą. Zwłaszcza w przypadku “Gdzie diabeł...” - wyzwala zdrowy śmiech. “Zeppelin L-59/2” kolejny raz udowadnia ilość trudu, jaki autor sobie zadaje przy tworzeniu, poznając dokładnie, a potem przyjemnie i bez zbytecznych słów prezentując ciekawe wynalazki, do jakich z pewnością można zaliczyć niemiecki sterowiec. Szkoda, że reszta fabuły jest przeciętna...
W końcu dochodzimy do dwóch najlepszych według mnie tekstów w zbiorku. “Po drugiej stronie” pokazuje inną twarz autora, w której pisarz wykorzystuje fantastyczny rekwizyt tylko jako środek do osiągnięcia celu - zbudowania całkiem konkretnego klimatu. Opowiadanie spokojnie można zaliczyć do gatunku grozy, i osobiście życzyłbym sobie więcej takich tekstów. I na końcu “Wujaszek Igor”, czyli doskonałe opowiadanie, w którym znajdziemy i fantastykę, i grozę, a autor ukazując (znowu) brud komunizmu i mentalności człowieka socjalistycznego zahaczy też o czasy przedwojenne i samego Marszałka, jednakże malując go nieco bardziej realnie, niż w dzisiejszych czasach się przyzwyczailiśmy. Szacuneczek.
Tak sobie myślę, że z połowy zbioru “2586 kroków” i połowy “Czerwonej gorączki” można by zbudować naprawdę dobrą pozycję, której ocena byłaby o wiele wyższa. Ma autor talent, ale często korzysta też po prostu z samego rzemiosła. Jest dobrze, ale tylko dobrze, mam wrażenie, że mogło by być o wiele, wiele lepiej.
Czerwona gorączka, Fabryka Słów 2007, 432 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Opowiadania tu zawarte są bardzo nierówne - niektóre nadają się do nagradzania za pomysł, jakość wykonania, puentę, nawet wizję. Inne z kolei według mnie są klasycznymi zapchajdziurami, które szkoda widzieć na papierze w książce, może nadawały by się do czasopisma, ale upychając je w zbiorku książka jako całość znacznie traci na wartości.
Chociażby tytułowa “Czerwona gorączka”. Jeśli ktoś się spodziewał, że opowiadanie, w którym bohaterem jest Paweł Skórzewski, znany z liczenia kroków lekarz, musi być doskonałe - dowie się, że wcale nie musi. Ba, wręcz może być kiepskie. “Czerwona gorączka” to dokładnie ta sama fabuła, co oryginalne “2586 kroków”, z tym, że autor wymyślając chorobę jednocześnie wyraził (znowu) dobitnie swoje poglądy (to jest już nudne) i wyszedł potworek. Tak samo “Grucha” - tekst, który pewnie zachwyci wszystkich gimnazjalistów, kto wie, czy nie stanie się wręcz ich “mokrym snem” - że sobie pozwolę na odrobinę wulgarności. Jak dla mnie tragedia. Podobnie “Operacja: szynka” i “Piórko w żywopłocie” - to nie jest ten Andrzej Pilipiuk, który potrafił zaczarować czytelnika “Samolotem do dalekiego kraju” czy “Marsem 1899”.
Są tu także teksty średnie (“Błękitny trąd”) i takie, gdzia autor kopiuje samego siebie (“Samolot Von Ribbentropa”). Pierwsze to typowe fantasy, o którym czytelnik zapomni natychmiast po zakończeniu lektury, drugie spodoba się miłośnikom starszej “Atomowej ruletki”.
Na szczęście oryginalny, nie do podrobienia Andrzej Pilipiuk jest obecny w pozostałych opowiadaniach. Dowcipnie wypada “Silnik z Łomży” i “Gdzie diabeł mówi dobranoc”, w specyficzny dla autora sposób prezentują ciekawe postaci lub miejsca, zaskakując przyjemną puentą. Zwłaszcza w przypadku “Gdzie diabeł...” - wyzwala zdrowy śmiech. “Zeppelin L-59/2” kolejny raz udowadnia ilość trudu, jaki autor sobie zadaje przy tworzeniu, poznając dokładnie, a potem przyjemnie i bez zbytecznych słów prezentując ciekawe wynalazki, do jakich z pewnością można zaliczyć niemiecki sterowiec. Szkoda, że reszta fabuły jest przeciętna...
W końcu dochodzimy do dwóch najlepszych według mnie tekstów w zbiorku. “Po drugiej stronie” pokazuje inną twarz autora, w której pisarz wykorzystuje fantastyczny rekwizyt tylko jako środek do osiągnięcia celu - zbudowania całkiem konkretnego klimatu. Opowiadanie spokojnie można zaliczyć do gatunku grozy, i osobiście życzyłbym sobie więcej takich tekstów. I na końcu “Wujaszek Igor”, czyli doskonałe opowiadanie, w którym znajdziemy i fantastykę, i grozę, a autor ukazując (znowu) brud komunizmu i mentalności człowieka socjalistycznego zahaczy też o czasy przedwojenne i samego Marszałka, jednakże malując go nieco bardziej realnie, niż w dzisiejszych czasach się przyzwyczailiśmy. Szacuneczek.
Tak sobie myślę, że z połowy zbioru “2586 kroków” i połowy “Czerwonej gorączki” można by zbudować naprawdę dobrą pozycję, której ocena byłaby o wiele wyższa. Ma autor talent, ale często korzysta też po prostu z samego rzemiosła. Jest dobrze, ale tylko dobrze, mam wrażenie, że mogło by być o wiele, wiele lepiej.
Czerwona gorączka, Fabryka Słów 2007, 432 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
czwartek, 29 września 2011
Neal Stephenson, cyklu barokowego tom 1. "Żywe srebro, tom 1"
“Żywe srebro” to moje pierwsze spotkanie z twórczością niezwykle wychwalanego, wręcz uwielbianego na zachodzie Neala Stephensona. I po zakończeniu lektury zacząłem się zastanawiać, czy dobrze zrobiłem rozpoczynając akurat tą książką. Może jednak trzeba było zacząć od czegoś pojedynczego, nie tak rozbudowanego...
Jest to pierwsza część pierwszego tomu cyklu “barokowego”. Rzecz rozpoczyna się w drugiej dekadzie osiemnastego wieku, lecz akcja właściwa to wspomnienia i retrospekcje głównego bohatera, Daniela Waterhouse’a, które sięgają połowy wieku siedemnastego. Dzięki postaci Daniela autor prowadzi nas przez najważniejsze odkrycia tego ciekawego okresu, i razem z nim poznamy największych filozofów i myślicieli tamtych czasów: od Isaaca Newtona, przez Johna Wilkinsa, aż do Godfryda Wilhelma Leibniza, którego z lekcji historii czy też j. polskiego nie kojarzyłem, a którego filozofia pozytywnie mnie zaskoczyła.
Razem z Waterhousem i Newtonem obserwujemy jak tworzy się filozofia naturalna, czyli sposób myślenia i poznawania świata empirycznie, przez poznanie każdej jednej rzeczy, jej istoty i właściwości oraz mechaniki działania. Przypuszczam, że każdy, kto ma się za fana filozofii momentami od lektury nie będzie mógł się oderwać. Problem jednak polega na tym, że wszyscy pozostali czytelnicy mogą się nudzić... Stephenson bowiem nigdzie się nie spieszy, wyraźnie ma czas na snucie rozbudowanej tekstowo opowieści, w której każdy szczegół tamtych czasów, który zainteresował jego samego jest opisany niczym u Stephena Kinga: długo, szczegółowo, wręcz rozwlekle.
“Żywe srebro” to nie tylko opowieść o nauce, a właściwie jej początkach w dzisiejszym tego słowa znaczeniu, ale także o czasach, w jakich przyszło odkrywcom żyć. Krok po kroku poznajemy życie w Wielkiej Brytanii, przeżywamy z bohaterami silne wciąż wspomnienia po Cromwellu, wojnę z Holandią, spory z pozostałymi krajami. Jesteśmy także świadkami zarazy, która według wielu miała być początkiem apokalipsy roku 1666, na własne oczy zobaczymy także wielki pożar Londynu. Tu z kolei fani historii będą w siódmym niebie.
Niezależnie od tego, czy brak akcji jako takiej będzie się czytelnikowi podobał, czy też znudzony prędzej czy później odłoży książkę, jedno trzeba Stephensonowi przyznać. Ma facet nieziemski talent do używanie samego słowa - jego metafory zrobiły na mnie ogromne wrażenie, ten sposób porównywania do siebie niby odmiennych kwestii. Są bardzo rozbudowane, często autor potrzebuje dwóch, trzech stron tekstu by ukazać nam myśl, którą można by zawrzeć w jednym zdaniu - ale to ma swój klimat. Są takie momenty w książce, w których nawet znudzony czytelnik otrząśnie się z otępienia i senności, bo ukazywanie fascynacji bohaterów dzięki tego typu metaforom pozwala docenić całość lektury, nawet jeśli pod jej koniec czujemy strach, że przed nami jeszcze... siedem książek.
Warto też zauważyć jak Stephenson bawi się tym, co pisze. Akcja, mimo retrospekcji i chwilowych powrotów do czasu obecnego, pisana jest w czasie teraźniejszym (bohater nie wziął tego czy tamtego, ale bierze; nie poszedł tam czy tam, ale idzie). Autor nie konstruuje tradycyjnych zdań, gdzie czytelnik dowiaduje się kolejno o dalszych przygodach i losach postaci. Stephenson często klasyczną formę powieści zmienia na sposób dramatu, i często czytając zwarty tekst, akapit za akapitem, ma się wrażenie uczestnictwa w sztuce.
Do wyjaśnienia pozostaje tu jeszcze jedna kwestia: ile w “Żywym srebrze” jest fantastyki? Bo w książce nie znajdziemy jej tradycyjnych atrybutów. Nie okaże sie nagle, że byli alchemicy, a dzisiejszy filozofowie naturalni to magicy. Nikt nie zacznie czarować, nikt także nie wymyśli nagle super technologii. Jest to znacznie bardziej powieść przypominająca historyczną, w której fikcyjni bohaterowie spotykają się z realnie żyjącymi postaciami, a autor z dziką przyjemnością (w każdym zdaniu książki widać, że Stephenson kocha to, o czym pisze) wszystko razem miesza, korzysta z przeróżnych filozofii i sposobów myślenia oraz tego, co wiemy o naukowcach tamtych czasów i serwuje nam opowieść, którą sam chciałby przeczytać. Nie kłania się żadnej modzie, nie zwraca uwagi na fakt, że większość czytelników będzie miała z książką różne problemy, podobnie nie wydaje się pisać dla tych w mniejszości, którzy “Żywym srebrem” się zachwycą. Świetnie się bawi w swoim własnym świecie.
Z pewnością będę dążył do zapoznania się z resztą “Żywego srebra”, ambitnie planuję przeczytać także tomy kolejne: “Zamęt” i “Ustrój świata”. Lecz najpierw sobie odetchnę przy czymś lżejszym... ;-)
Quicksilver, MAG 2005, 398 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Jest to pierwsza część pierwszego tomu cyklu “barokowego”. Rzecz rozpoczyna się w drugiej dekadzie osiemnastego wieku, lecz akcja właściwa to wspomnienia i retrospekcje głównego bohatera, Daniela Waterhouse’a, które sięgają połowy wieku siedemnastego. Dzięki postaci Daniela autor prowadzi nas przez najważniejsze odkrycia tego ciekawego okresu, i razem z nim poznamy największych filozofów i myślicieli tamtych czasów: od Isaaca Newtona, przez Johna Wilkinsa, aż do Godfryda Wilhelma Leibniza, którego z lekcji historii czy też j. polskiego nie kojarzyłem, a którego filozofia pozytywnie mnie zaskoczyła.
Razem z Waterhousem i Newtonem obserwujemy jak tworzy się filozofia naturalna, czyli sposób myślenia i poznawania świata empirycznie, przez poznanie każdej jednej rzeczy, jej istoty i właściwości oraz mechaniki działania. Przypuszczam, że każdy, kto ma się za fana filozofii momentami od lektury nie będzie mógł się oderwać. Problem jednak polega na tym, że wszyscy pozostali czytelnicy mogą się nudzić... Stephenson bowiem nigdzie się nie spieszy, wyraźnie ma czas na snucie rozbudowanej tekstowo opowieści, w której każdy szczegół tamtych czasów, który zainteresował jego samego jest opisany niczym u Stephena Kinga: długo, szczegółowo, wręcz rozwlekle.
“Żywe srebro” to nie tylko opowieść o nauce, a właściwie jej początkach w dzisiejszym tego słowa znaczeniu, ale także o czasach, w jakich przyszło odkrywcom żyć. Krok po kroku poznajemy życie w Wielkiej Brytanii, przeżywamy z bohaterami silne wciąż wspomnienia po Cromwellu, wojnę z Holandią, spory z pozostałymi krajami. Jesteśmy także świadkami zarazy, która według wielu miała być początkiem apokalipsy roku 1666, na własne oczy zobaczymy także wielki pożar Londynu. Tu z kolei fani historii będą w siódmym niebie.
Niezależnie od tego, czy brak akcji jako takiej będzie się czytelnikowi podobał, czy też znudzony prędzej czy później odłoży książkę, jedno trzeba Stephensonowi przyznać. Ma facet nieziemski talent do używanie samego słowa - jego metafory zrobiły na mnie ogromne wrażenie, ten sposób porównywania do siebie niby odmiennych kwestii. Są bardzo rozbudowane, często autor potrzebuje dwóch, trzech stron tekstu by ukazać nam myśl, którą można by zawrzeć w jednym zdaniu - ale to ma swój klimat. Są takie momenty w książce, w których nawet znudzony czytelnik otrząśnie się z otępienia i senności, bo ukazywanie fascynacji bohaterów dzięki tego typu metaforom pozwala docenić całość lektury, nawet jeśli pod jej koniec czujemy strach, że przed nami jeszcze... siedem książek.
Warto też zauważyć jak Stephenson bawi się tym, co pisze. Akcja, mimo retrospekcji i chwilowych powrotów do czasu obecnego, pisana jest w czasie teraźniejszym (bohater nie wziął tego czy tamtego, ale bierze; nie poszedł tam czy tam, ale idzie). Autor nie konstruuje tradycyjnych zdań, gdzie czytelnik dowiaduje się kolejno o dalszych przygodach i losach postaci. Stephenson często klasyczną formę powieści zmienia na sposób dramatu, i często czytając zwarty tekst, akapit za akapitem, ma się wrażenie uczestnictwa w sztuce.
Do wyjaśnienia pozostaje tu jeszcze jedna kwestia: ile w “Żywym srebrze” jest fantastyki? Bo w książce nie znajdziemy jej tradycyjnych atrybutów. Nie okaże sie nagle, że byli alchemicy, a dzisiejszy filozofowie naturalni to magicy. Nikt nie zacznie czarować, nikt także nie wymyśli nagle super technologii. Jest to znacznie bardziej powieść przypominająca historyczną, w której fikcyjni bohaterowie spotykają się z realnie żyjącymi postaciami, a autor z dziką przyjemnością (w każdym zdaniu książki widać, że Stephenson kocha to, o czym pisze) wszystko razem miesza, korzysta z przeróżnych filozofii i sposobów myślenia oraz tego, co wiemy o naukowcach tamtych czasów i serwuje nam opowieść, którą sam chciałby przeczytać. Nie kłania się żadnej modzie, nie zwraca uwagi na fakt, że większość czytelników będzie miała z książką różne problemy, podobnie nie wydaje się pisać dla tych w mniejszości, którzy “Żywym srebrem” się zachwycą. Świetnie się bawi w swoim własnym świecie.
Z pewnością będę dążył do zapoznania się z resztą “Żywego srebra”, ambitnie planuję przeczytać także tomy kolejne: “Zamęt” i “Ustrój świata”. Lecz najpierw sobie odetchnę przy czymś lżejszym... ;-)
Quicksilver, MAG 2005, 398 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
poniedziałek, 26 września 2011
Peter Watts "Ślepowidzenie"
Naprawdę brzydzę się faktem, że nie znajduję słów na nieco bardziej konkretne wyrażenie swojej opinii o powieści “Ślepowidzenie” Petera Wattsa. Pal sześć, gdybym jeszcze uznał ją za dzieło wybitne - wtedy nieumiejętność wypowiedzenia się w temacie świadczyłaby na plus dla książki. Ale choć doceniam wyobraźnię oraz pomysłowość autora, jednocześnie będę się upierał przy stwierdzeniu, że rzecz mogłaby być napisana... no właśnie, jak? Czy wypada napisać: ciekawiej? No, raczej nie wypada... To może: jaśniej? Kurczę, też nie, bo w sumie AUTENTYCZNIE NAPRAWDĘ BARDZO skomplikowana książka nie jest, da się ją zrozumieć. To może spróbuję w ten sposób: powieść zawiera w sobie mnóstwo pomysłów, przemieszanych razem, z których wyszło coś zdecydowanie godnego uwagi, coś nowego, niespotykanego. Ale - bo musi być ale - mimo wszystko jako czytelnik miałem problemy z utrzymaniem uwagi (co brzmi żałośnie, wiem) i momentami potrafiłem sobie znaleźć inne zajęcia tylko po to, by jeszcze do lektury nie wracać (profanacja, wiem). Coś tu nie pasuje, czegoś brakuje, jakiegoś magicznego elementu, który spajałby wszystkie pomysły, wciśniętą tu bez problemu filozofię i nauki humanistyczne oraz znajdujące się tutaj także nauki ścisłe w jedną, konkretną całość.
Oczywiście, że wizja Kontaktu według Petera Wattsa musi się podobać. To proste - takiej formy spotkania jeszcze nie znałem, a wszystko, co pierwsze, jest najlepsze. To jak z płytami Ozzy’ego Osbourne’a - każda taka sama jak poprzednia, zatem która najlepsza? Rzecz jasna ta, którą poznaliśmy najwcześniej.
Sam nie wiem, co mi się bardziej podobało - i wbrew pozorom nie jest to zaleta, a właśnie wada, ta niemożność zdecydowania się nad najlepszym pomysłem, ona zbyt mocno miesza w głowie ;-) Czy przedstawienie postaci, po operacjach pozbawionych półkul mózgowych, w celu sprawniejszego i zdrowego dorastania? A może wplecenie wampira do załogi, albo Bandy Czworga, czyli czterech osób zamieszkujących jedno ciało? Mogłaby to być też wizja Nieba, sztucznie stworzonego świata wirtualnego, gdzie sami jesteśmy sobie wszystkim. Albo “chiński pokój”, czyli masakrująca umysł teoria, w myśl której możliwe jest porozumiewanie się z innymi, jednocześnie bez zrozumienia siebie nawzajem. Ha! Świetne. Mam wrażenie, że wiele razy tego doświadczyłem, szczególnie w przypadku rozmów z księżmi i nauczycielami ;-)
Żeby przeczytać i “zrozumieć to, co autor miał na myśli” trzeba mieć otwarty umysł. A pod koniec lektury i tak może się okazać, że owej otwartości nie wystarczyło i że teraz, po zabawie ze “Ślepowidzeniem” trzeba będzie sobie kilka spraw przemyśleć i od nowa poukładać, o ile to jeszcze w ogóle możliwe :-)
Blindsight, MAG 2008, 328 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Oczywiście, że wizja Kontaktu według Petera Wattsa musi się podobać. To proste - takiej formy spotkania jeszcze nie znałem, a wszystko, co pierwsze, jest najlepsze. To jak z płytami Ozzy’ego Osbourne’a - każda taka sama jak poprzednia, zatem która najlepsza? Rzecz jasna ta, którą poznaliśmy najwcześniej.
Sam nie wiem, co mi się bardziej podobało - i wbrew pozorom nie jest to zaleta, a właśnie wada, ta niemożność zdecydowania się nad najlepszym pomysłem, ona zbyt mocno miesza w głowie ;-) Czy przedstawienie postaci, po operacjach pozbawionych półkul mózgowych, w celu sprawniejszego i zdrowego dorastania? A może wplecenie wampira do załogi, albo Bandy Czworga, czyli czterech osób zamieszkujących jedno ciało? Mogłaby to być też wizja Nieba, sztucznie stworzonego świata wirtualnego, gdzie sami jesteśmy sobie wszystkim. Albo “chiński pokój”, czyli masakrująca umysł teoria, w myśl której możliwe jest porozumiewanie się z innymi, jednocześnie bez zrozumienia siebie nawzajem. Ha! Świetne. Mam wrażenie, że wiele razy tego doświadczyłem, szczególnie w przypadku rozmów z księżmi i nauczycielami ;-)
Żeby przeczytać i “zrozumieć to, co autor miał na myśli” trzeba mieć otwarty umysł. A pod koniec lektury i tak może się okazać, że owej otwartości nie wystarczyło i że teraz, po zabawie ze “Ślepowidzeniem” trzeba będzie sobie kilka spraw przemyśleć i od nowa poukładać, o ile to jeszcze w ogóle możliwe :-)
Blindsight, MAG 2008, 328 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)














