“Fizjonomika” to jedna z tych książek, które całkowicie mnie zwaliły z nóg. Już w trakcie lektury pierwszego rozdziału wybuchałem to dzikim, histerycznym śmiechem, to znowu wydawałem z siebie okrzyki zdumienia i niedowierzania. Tak mocno uderza w czytelnika tak zwane Dobrze Skonstruowane Miasto, bohaterowie - Fizjonomista Klasy Pierwszej o imieniu Cley oraz jego zwierzchnik, niejaki Drachton Nadolny, ale przede wszystkim doskonały i przeprowadzony w idealny sposób system prowadzenia lektury. Szybki i nie pozwalający na dłuższe zastanawianie się, ale przy tym opisujący świat dziwny, nad którym jednak wypadałoby się zastanowić. To jedyne słowo, jakie przychodzi do głowy przy lekturze - dziwna. Dziwne są miejsca akcji, dziwne są postaci, dziwne jest samo Dobrze Skonstruowane Miasto, a kiedy owej dziwności wydaje się być już maksimum, następuje zwrot akcji, który jest jeszcze bardziej dziwny.
Tak naprawdę “Fizjonomika” to powieść fantasy, która zalicza się do gatunku fantastyki socjologicznej. Dobrze Skonstruowane Miasto nie jest takie, jak Cleyowi się wydaje, podobnie Mistrz Nadolny oraz to, co poza Miastem, czyli Rubieże i Zarubieże. Struktura gatunku została zachowana - wpierw poznajemy świat, dostrzegając to, co w nim nie gra, a potem obserwujemy bohatera, który również zdał sobie sprawę z fałszu otoczenia. Co jednak jest ciekawe i w pewnym stopniu nietypowe, Jeffrey Ford nie przekształca Cleya z wiernego sługi Miasta w jego przeciwnika w procesie, jaki zazwyczaj towarzyszy tego typu przemianom. Wszystko dzieje się niejako samo, a Cley nie poświęca zbyt wielu chwil na dumanie o życiu i tym, co go otacza. Dopasowuje się do sytuacji niczym pierwszej klasy oportunista. Którym zresztą jest... przynajmniej przez pierwszą połowę książki. Konstrukcja jego postaci jest absolutnie genialna - Cley nie jest tylko egoistą, egocentrykiem, chamem i przekonanym o własnej lepszości i wyższości fizjonomistą. Jest doskonałym przykładem wrednego sukinsyna, u którego nie ma ani jednej pozytywnej cechy, a którego interesuje tylko i wyłącznie koniec własnego, zadbanego nosa, będącego zresztą dowodem na nieomylność fizjonomiki. W drugiej połowie książki trochę tego brakuje, gdyż po “przebudzeniu”, czy też “oświeceniu” z Cleya wraz z przekonaniem o doskonałości Mistrza i Dobrze Skonstruowanego Miasta znika też poczucie własnej jakości i nie jest już tak kapitalną postacią, jaką był wcześniej. Dziwne, jak dziwna jest książka, ale prawdziwe.
Lektura prowadzona jest w narracji pierwszoosobowej, przez samego fizjonomistę. Ale przez całkiem spory fragment książki tego nie odczuwamy, gdyż Cley, często oszołomiony narkotykiem (strzykawka czystego piękna wbita w ulubioną żyłę) doznaje przeróżnych (oczywiście dziwnych) wizji i narracja pierwszoosobowa gubi się gdzieś w tle, a czytelnik przewracając kolejne strony pędzi wraz z fabułą do przodu, jednocześnie próbując ogarnąć całość wizji, wędrując z bohaterem w przeszłości, oglądając wydarzenia, w których Cley nigdy nie brał udziału, a jednak wiemy, że są stosunkowo dokładnym i realnym zapisem tego, co kiedyś się zdarzyło. Zupełnie niespotykanym przeżyciem jest lektura “Fizjonomiki”... tak jak niespotykana jest sama fizjonomika - nauka ścisła, kombinacja rzeczywistości i obiektywizmu, zdolnego do wydania idealnie sprawiedliwego wyroku. I tak, jak doskonale brzmi definicja owej nauki, doskonałą jest lektura książki. Pełna parsknięć śmiechu znad kartek, z mnóstwem okrzyków zdumienia, uderzając czytelnika jak młot w nos. Genialna rzecz.
The Physiognomy, Solaris 2007, 252 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
środa, 15 czerwca 2011
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Anna Kańtoch, cyklu o Domenicu Jordanie tom 2. "Zabawki diabła"
Drugi tom przygód Domenica Jordana oferuje taki sam poziom zabawy, jak pierwszy. Wielkim plusem jest przemyślany i sprawnie przedstawiony świat, w jakim toczy się akcja - w “Zabawkach diabła” dowiemy się o nim jeszcze więcej, a niektóre pomysły autorki zasługują na wielkie uznanie. Szczególnie motyw ze świętymi, czyli “jak to z nimi jest naprawdę?”. Kolejnym plusem jest obnażenie przeszłości bohatera. To, co jest w Domenicu najbardziej interesujące to właśnie jego przeszłość, która może wyjaśnić dlaczego jest tym, kim jest i dlaczego zachowuje się wedle specyficznych norm, które sobie sam ustalił.
Podobnie jak w tomie poprzednim kolejne rozdziały opisują kolejne sprawy, z tym, że teraz mamy tu więcej spraw osobistych. Są one tak samo przeciętne i pozbawione większego polotu, jak było to uprzednio, ale coraz lepiej znając bohatera zamiast obserwować rozwój wypadków, można się skupić na Jordanie. Czy zdąży zagadkę wyjaśnić? Czy znowu na przeszkodzie stanie mu on sam, pragnienie wiedzy, skupienie się na samej kwestii do wyjaśnienia, a nie na ewentualnych ofiarach?
Zabawki diabła, Fabryka Słów 2006, 472 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Podobnie jak w tomie poprzednim kolejne rozdziały opisują kolejne sprawy, z tym, że teraz mamy tu więcej spraw osobistych. Są one tak samo przeciętne i pozbawione większego polotu, jak było to uprzednio, ale coraz lepiej znając bohatera zamiast obserwować rozwój wypadków, można się skupić na Jordanie. Czy zdąży zagadkę wyjaśnić? Czy znowu na przeszkodzie stanie mu on sam, pragnienie wiedzy, skupienie się na samej kwestii do wyjaśnienia, a nie na ewentualnych ofiarach?
Zabawki diabła, Fabryka Słów 2006, 472 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
niedziela, 12 czerwca 2011
Anna Kańtoch, cyklu o Domenicu Jordanie tom 1. "Diabeł na wieży"
Pierwszy tom opowiadań o kolejnym, obok Mordimera i Kłamcy, “fabrycznym” bohaterze prezentuje bardzo ciekawy świat, w który autorka wrzuciła wiele dobrych pomysłów, równie udanego głównego bohatera i... niestety stosunkowo przeciętne zagadki, z którymi tenże będzie miał przyjemność. Siłą Domenica Jordana jest specyficzne poczucie humoru, prawie czarne, cyniczno-ironiczne nastawienie do życia oraz lekceważenie wszelkich pozorów, począwszy od spraw poważnych, jak chociażby odpowiednie traktowanie szlachetnie urodzonych, skończywczy na mniej istotnych, jak dobór aktualnie modnego koloru do ubrania. Bohater należy do tych ludzi, którzy nie lubią strzępić języka na daremno, ale gdy już coś powie, to przeważnie dobór słów oraz ich znaczenie czytelnikowi się bardzo spodobają. I nie jest przy tym pozerem-cynikiem, który uważa się za kogoś lepszego czy mądrzejszego - Jordan po prostu nie dba, nie zależy mu na poprawnych kontaktach z innymi ludźmi. Ale wszystko przychodzi mu naturalnie, ot, po prostu - nawet sobie nie zdaje sprawy z czasem powstałego po jego słowach wrażenia.
Świat wymyślony przez autorkę przypomina nasz z osiemnastego wieku, z kilkoma różnicami. Przede wszystkim mamy tu magię, zaklęcia, którymi parać się może i wioskowa wiedźma, i prawdziwy czarownik, zgłębiający tajemnice prastarych ksiąg. Kościół nie ma większego wyboru i na swój sposób zgadza się na istnienie magii wokół, choć dopuszcza wykorzystywanie jej tylko w sytuacjach, gdy moc pochodzi od któregoś ze świętych. Bardzo fajnie autorka wymyśliła także samych świętych, jako istoty realne, kompletne, a nie tak abstrakcyjne jak w naszej wersji rzeczywistości.
Domenic Jordan sam nie para się magią, lecz zawsze ciągnie go ku sprawom z zaklęciami i urokami związanymi. Pozostaje jednak uczonym i badaczem, dla którego przede wszystkim liczy się inteligencja oraz wiedza, zdobywana z prawdziwą przyjemnością. Największym atutem książki jest jednak fakt, iż nasz bohater ma z całą pewnością bardzo ciekawą przeszłość, to ją chcemy koniecznie poznać i to właśnie umiejętnie wrzucone w kolejne opowieści wskazówki dotyczące młodości i dzieciństwa Jordana trzymają czytelnika przy lekturze. Bowiem same przygody, zagadki do rozwiązania, napotkani bohaterowie są stworzeni w sposób jak najbardziej poprawny, ale niestety pozbawiony większego polotu. Czasami można wręcz utracić uwagę i dać się ponieść myślom z powieścią nie związanym, przyłapać się na automatycznym przewracaniu kartek bez znajomości teoretycznie przeczytanych stron. Cóż, takie rzeczy właśnie zdarzają się w przypadkach książek, którym czegoś brak.
Mimo wszystko sam bohater wystarczył, by oczywistością była chęć sięgnięcia po drugi tom opowiadań. Wszak niektóre książki mogą się po prostu podobać, nie każda musi pozostawić czytelnika w stanie totalnego zachwytu...
Diabeł na wieży, Fabryka Słów 2009, 364 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Świat wymyślony przez autorkę przypomina nasz z osiemnastego wieku, z kilkoma różnicami. Przede wszystkim mamy tu magię, zaklęcia, którymi parać się może i wioskowa wiedźma, i prawdziwy czarownik, zgłębiający tajemnice prastarych ksiąg. Kościół nie ma większego wyboru i na swój sposób zgadza się na istnienie magii wokół, choć dopuszcza wykorzystywanie jej tylko w sytuacjach, gdy moc pochodzi od któregoś ze świętych. Bardzo fajnie autorka wymyśliła także samych świętych, jako istoty realne, kompletne, a nie tak abstrakcyjne jak w naszej wersji rzeczywistości.
Domenic Jordan sam nie para się magią, lecz zawsze ciągnie go ku sprawom z zaklęciami i urokami związanymi. Pozostaje jednak uczonym i badaczem, dla którego przede wszystkim liczy się inteligencja oraz wiedza, zdobywana z prawdziwą przyjemnością. Największym atutem książki jest jednak fakt, iż nasz bohater ma z całą pewnością bardzo ciekawą przeszłość, to ją chcemy koniecznie poznać i to właśnie umiejętnie wrzucone w kolejne opowieści wskazówki dotyczące młodości i dzieciństwa Jordana trzymają czytelnika przy lekturze. Bowiem same przygody, zagadki do rozwiązania, napotkani bohaterowie są stworzeni w sposób jak najbardziej poprawny, ale niestety pozbawiony większego polotu. Czasami można wręcz utracić uwagę i dać się ponieść myślom z powieścią nie związanym, przyłapać się na automatycznym przewracaniu kartek bez znajomości teoretycznie przeczytanych stron. Cóż, takie rzeczy właśnie zdarzają się w przypadkach książek, którym czegoś brak.
Mimo wszystko sam bohater wystarczył, by oczywistością była chęć sięgnięcia po drugi tom opowiadań. Wszak niektóre książki mogą się po prostu podobać, nie każda musi pozostawić czytelnika w stanie totalnego zachwytu...
Diabeł na wieży, Fabryka Słów 2009, 364 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
piątek, 10 czerwca 2011
Mariusz Czubaj "21:37"
Książka zaczyna się konkretnie, wedle najlepszych wzorców gatunku. Poznajemy pierwsze ofiary oraz głównego bohatera, policyjnego profilera, zajmującego się opracowywaniem charakteru postaci przestępcy. Przez pierwsze 40-50 stron “21:37” bawi czytelnika zupełnie tak, jak przyzwyczaiły nas do tego zachodnie powieści. Niestety potem coś się psuje. Wydaje mi się, że namnożenie wątków pobocznych, zwykłych szczegółów, mających nadać powieści więcej realizmu, niestety książce zaszkodziły. Trudno jest się skupić, bohaterowie niestety nie są tak fascynującymi postaciami, by czytelnika interesowały szczegóły ich życia, przeszłości czy zainteresowania. Brakuje tu choć jednej postaci autentycznie dopracowanej, której los czy przemyślenia rzeczywiście byłyby interesujące.
Trafimy na nieco śmiesznych, ale prawdziwych spostrzeżeń na temat otaczającej nas rzeczywistości, autor pośmieje się z wszelkiej maści managerów i innych z tzw. “wykształceniem wyższym” po marketingu i zarządzaniu, oberwie się księżom, policji, dziennikarzom... Niestety nic nowego, mieszkamy tu, więc znamy to. “21:37” zawiera w sobie wszystko to, co kryminał zawierać powinien i raczej nie odstaje od setek książek tego typu pochodzących ze Szwecji, Wielkiej Brytanii czy USA. Ale to za mało, napisać książkę tak dobrą, jak te na zachodzie, tylko dziejącą się w Polsce. To nie wystarczy, bo skoro rzecz dzieje się u nas, powinna być od konkurencji lepsza i umiejętniej wykorzystywać polski realizm, powinna być napisana z polotem, nawet jeśli fabuła jest do bólu klasyczna. A ponieważ właśnie polotu tu najbardziej brakuje, kolejne tomy przygód Rudolfa Heinza sobie odpuszczę.
W.A.B., 272 strony
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Trafimy na nieco śmiesznych, ale prawdziwych spostrzeżeń na temat otaczającej nas rzeczywistości, autor pośmieje się z wszelkiej maści managerów i innych z tzw. “wykształceniem wyższym” po marketingu i zarządzaniu, oberwie się księżom, policji, dziennikarzom... Niestety nic nowego, mieszkamy tu, więc znamy to. “21:37” zawiera w sobie wszystko to, co kryminał zawierać powinien i raczej nie odstaje od setek książek tego typu pochodzących ze Szwecji, Wielkiej Brytanii czy USA. Ale to za mało, napisać książkę tak dobrą, jak te na zachodzie, tylko dziejącą się w Polsce. To nie wystarczy, bo skoro rzecz dzieje się u nas, powinna być od konkurencji lepsza i umiejętniej wykorzystywać polski realizm, powinna być napisana z polotem, nawet jeśli fabuła jest do bólu klasyczna. A ponieważ właśnie polotu tu najbardziej brakuje, kolejne tomy przygód Rudolfa Heinza sobie odpuszczę.
W.A.B., 272 strony
Strona książki na LubimyCzytac.pl
piątek, 3 czerwca 2011
Simon Beckett, "Wołanie grobu"
Simon Beckett napisał parę powieści, które jednak szerszego rozgłosu nie zdobyły. Sytuacja zmieniła się dopiero kilka lat temu, gdy wydał “Chemię śmierci”, thriller w najlepszym słowa tego znaczeniu, w którym może nie było rewelacyjnie stworzonych postaci ani rzeczywiście ciekawej zagadki kryminalnej czy puenty, była za to śmierć - realna, odarta z całej idiotycznej otoczki hokus-pokus, duszy, nieba, piekła i innych bajek. Śmierć u Becketta to zgnilizna i robaki, larwy buszujące w oczodołach zwłok, rozwijające się we wszelkich otworach, jakie ciało posiada. Plugastwo, którego poziom życia i nasycenia jest najlepszym sposobem na zbadanie czasu, jaki upłynął od zgonu ofiary.
Nic dziwnego, że po napisaniu bestsellera autor do postaci sądowego antropologa powrócił jeszcze kilkukrotnie. O ile “Zapisane w kościach” i “Szepty zmarłych” oferowały jednak pewną przyjemność lektury, o tyle niestety najnowsza, czwarta odsłona przygód Davida Huntera jest już tylko próbą odcięcia kuponów od zdobytej popularności i wyciśnięcia z czytelników małej kaski.
Brak pomysłów na przygotowanie kolejnej zagadki widać już od samego początku, od pierwszej strony. Akcja rozpoczyna się bowiem osiem lat wcześniej, czyli w czasach sprzed wydarzeń znanych nam z “Chemii śmierci”. Problem polega na tym, że wprowadzenie kilku postaci, które Hunter spotkał przed ośmioma laty nic fabule nie daje - książka i bez tego zabiegu byłaby tak samo leniwa i monotonna. Autentycznie, robi się nieco słabo, gdy zrozumiemy że cała jedna trzecia objętości książki, czyli właśnie owa retrospekcja, jest zbędna. Większy wysiłek autora byłby mile widziany, bo można było wydarzenia sprzed ośmiu lat przedstawić ciekawiej i w bardziej interesujący sposób.
Gdy wracamy do czasów obecnych - kolejne rozczarowanie. Następna jedna trzecia powieści to bezsensowne bieganiny, monologi bohatera wypowiadane w myślach, świadczące zamiast o jego inteligencji, to o głupocie. Rozważania na tematy, które my, czytelnicy dawno już ogarnęliśmy, kombinacje, kretyńskie pytania... Krótko mówiąc: od początku wiadomo, że przedstawiona tu opowieść będzie miała drugie dno, czekamy tylko na ten moment, gdy Hunter zrozumie co i jak. Czyli w miarę dobrej lektury zostaje nam nieco mniej niż ostatnia jedna trzecia książki.
Z odcinka na odcinek coraz słabiej. Simon Beckett zamiast skupić się na tym, co tak dobrze mu wyszło w “Chemii...”, czyli opisywaniu konkretnie, z niemal akademicką precyzją procesu rozkładu i zaangażowania poszczególnych rodzajów insektów w oczyszczanie kości z mięsa, próbuje konkurować z Jeffreyem Deaverem, Thomasem Harrisem czy z Alex Kavą. Zły pomysł! Niech oni piszą fabuły z puentą - bo czasem potrafią takowe stworzyć. Beckettowi powinna wystarczyć sama śmierć, bo niestety zagadki tworzy coraz bardziej beznadziejne, bohaterów coraz bardziej płaskich, a śmierć i zwłoki, które antropologowi towarzyszyć powinny często, stają się tu niestety rzadkością.
The Calling of the Grave, Amber 2011, 368 stron
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Nic dziwnego, że po napisaniu bestsellera autor do postaci sądowego antropologa powrócił jeszcze kilkukrotnie. O ile “Zapisane w kościach” i “Szepty zmarłych” oferowały jednak pewną przyjemność lektury, o tyle niestety najnowsza, czwarta odsłona przygód Davida Huntera jest już tylko próbą odcięcia kuponów od zdobytej popularności i wyciśnięcia z czytelników małej kaski.
Brak pomysłów na przygotowanie kolejnej zagadki widać już od samego początku, od pierwszej strony. Akcja rozpoczyna się bowiem osiem lat wcześniej, czyli w czasach sprzed wydarzeń znanych nam z “Chemii śmierci”. Problem polega na tym, że wprowadzenie kilku postaci, które Hunter spotkał przed ośmioma laty nic fabule nie daje - książka i bez tego zabiegu byłaby tak samo leniwa i monotonna. Autentycznie, robi się nieco słabo, gdy zrozumiemy że cała jedna trzecia objętości książki, czyli właśnie owa retrospekcja, jest zbędna. Większy wysiłek autora byłby mile widziany, bo można było wydarzenia sprzed ośmiu lat przedstawić ciekawiej i w bardziej interesujący sposób.
Gdy wracamy do czasów obecnych - kolejne rozczarowanie. Następna jedna trzecia powieści to bezsensowne bieganiny, monologi bohatera wypowiadane w myślach, świadczące zamiast o jego inteligencji, to o głupocie. Rozważania na tematy, które my, czytelnicy dawno już ogarnęliśmy, kombinacje, kretyńskie pytania... Krótko mówiąc: od początku wiadomo, że przedstawiona tu opowieść będzie miała drugie dno, czekamy tylko na ten moment, gdy Hunter zrozumie co i jak. Czyli w miarę dobrej lektury zostaje nam nieco mniej niż ostatnia jedna trzecia książki.
Z odcinka na odcinek coraz słabiej. Simon Beckett zamiast skupić się na tym, co tak dobrze mu wyszło w “Chemii...”, czyli opisywaniu konkretnie, z niemal akademicką precyzją procesu rozkładu i zaangażowania poszczególnych rodzajów insektów w oczyszczanie kości z mięsa, próbuje konkurować z Jeffreyem Deaverem, Thomasem Harrisem czy z Alex Kavą. Zły pomysł! Niech oni piszą fabuły z puentą - bo czasem potrafią takowe stworzyć. Beckettowi powinna wystarczyć sama śmierć, bo niestety zagadki tworzy coraz bardziej beznadziejne, bohaterów coraz bardziej płaskich, a śmierć i zwłoki, które antropologowi towarzyszyć powinny często, stają się tu niestety rzadkością.
The Calling of the Grave, Amber 2011, 368 stron
Strona książki na LubimyCzytac.pl
poniedziałek, 30 maja 2011
Steven Erikson, Malazańskiej Księgi Poległych tom 1. "Ogrody Księżyca"
Mówią, że cykl “Malazańska Księga Poległych” Eriksona przy odrobinie dobrej woli można stawiać przy “Kronikach Czarnej Kompanii” Cooka i “Pieśni Lodu i Ognia” Martina. O ile “Kompania...” dopiero przede mną, o tyle “Pieśń...” zaliczyłem i wpadłem podczas tego zaliczania w totalny zachwyt. Tym większe było moje rozczarowanie twórczością Stevena Eriksona, która, choć godna uwagi i dla wielu okaże się strzałem w dziesiątkę, do mnie nie trafia.
Erikson po lekturze pierwszego tomu “Malazańskiej...” wydaje się być niezwykle konkretnym gościem, który doskonale wie, czego chce i dokąd zmierza. Bohaterów powieści poznajemy w samym środku wojny, i pisarz ani razu nie podejmuje próby naświetlenia sytuacji, wyjaśnienia co i jak - wszystko, co zdarzyło się wcześniej i co doprowadziło do aktualnej sytuacji musimy wyławiać spomiędzy wydarzeń aktualnych. To doskonały sposób na wejście do zupełnie nowego świata, zwłaszcza gdy wiadomo, że opowieść jest potwornie długa i rozbudowana, wszak już jest dziewięć tomów cyklu. Powolne odkrywanie świata przedstawionego może dać ogromną przyjemność.
Nie zgadzam się z opiniami, jakie można wyczytać na niektórych forach internetowych, jakoby lektura była trudna. Nic z tych rzeczy, nawet nie trzeba specjalnie wysilać mózgownicy bo rzecz ogarnąć, po prostu trzeba dać się porwać akcji i bohaterom lub się skupić. Niestety tu zaczął się mój problem - bohaterowie według mnie nie są nawet w połowie tak pełnymi istotami, jak postaci Martina, a wydarzenia, przepełnione magią i stałym kontaktem z przeróżnymi bóstwami po prostu mnie nie zainteresowały... osobiście wolę miecz od magii.
Mimo że akcja mnie nie wciągnęła, ani nie polubiłem bohaterów, jestem dla autora pełen uznania. Niesamowite, że fantasy tak przepełnione bóstwami i czarami może być jednocześnie aż tak poważne. Nie ma prostego podziału na dobro i zło, ani - Boże broń! - drużyny i magicznego artefaktu. Jest magia i miecz, ale jest i powaga. Nie ma patosu - nawet jedna z postaci wypowiada słowa, które mnie zachwyciły: “od patosu chce mi się żygać”. No, to tak jak mi. Podsumowując: choć lektura “Ogrodów Ksieżyca” była mi dość obojętną, nie wykluczam, że w oczekiwaniu na kolejną część “Pieśni Lodu i Ognia”, sięgnę dla zaspokojenia głodu fantasy po Eriksona ponownie. Może za drugim razem dam się ponieść akcji?
Gardens Of The Moon, MAG 2000, 604 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Erikson po lekturze pierwszego tomu “Malazańskiej...” wydaje się być niezwykle konkretnym gościem, który doskonale wie, czego chce i dokąd zmierza. Bohaterów powieści poznajemy w samym środku wojny, i pisarz ani razu nie podejmuje próby naświetlenia sytuacji, wyjaśnienia co i jak - wszystko, co zdarzyło się wcześniej i co doprowadziło do aktualnej sytuacji musimy wyławiać spomiędzy wydarzeń aktualnych. To doskonały sposób na wejście do zupełnie nowego świata, zwłaszcza gdy wiadomo, że opowieść jest potwornie długa i rozbudowana, wszak już jest dziewięć tomów cyklu. Powolne odkrywanie świata przedstawionego może dać ogromną przyjemność.
Nie zgadzam się z opiniami, jakie można wyczytać na niektórych forach internetowych, jakoby lektura była trudna. Nic z tych rzeczy, nawet nie trzeba specjalnie wysilać mózgownicy bo rzecz ogarnąć, po prostu trzeba dać się porwać akcji i bohaterom lub się skupić. Niestety tu zaczął się mój problem - bohaterowie według mnie nie są nawet w połowie tak pełnymi istotami, jak postaci Martina, a wydarzenia, przepełnione magią i stałym kontaktem z przeróżnymi bóstwami po prostu mnie nie zainteresowały... osobiście wolę miecz od magii.
Mimo że akcja mnie nie wciągnęła, ani nie polubiłem bohaterów, jestem dla autora pełen uznania. Niesamowite, że fantasy tak przepełnione bóstwami i czarami może być jednocześnie aż tak poważne. Nie ma prostego podziału na dobro i zło, ani - Boże broń! - drużyny i magicznego artefaktu. Jest magia i miecz, ale jest i powaga. Nie ma patosu - nawet jedna z postaci wypowiada słowa, które mnie zachwyciły: “od patosu chce mi się żygać”. No, to tak jak mi. Podsumowując: choć lektura “Ogrodów Ksieżyca” była mi dość obojętną, nie wykluczam, że w oczekiwaniu na kolejną część “Pieśni Lodu i Ognia”, sięgnę dla zaspokojenia głodu fantasy po Eriksona ponownie. Może za drugim razem dam się ponieść akcji?
Gardens Of The Moon, MAG 2000, 604 strony
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
sobota, 28 maja 2011
Stieg Larsson, Millenium tom 3. "Zamek z piasku, który runął"
Pierwsza część trylogii Millennium najbardziej przypominała thriller, druga kryminał. Żeby zachować równowagę, autor i trzecią umieścił w odrębnym gatunku - tym razem mamy do czynienia z bardzo dobrym political fiction, którego i sam Forsyth by się nie powstydził.
Książka jest bezpośrednią kontynuacją "Dziewczyny, która igrała z ogniem" i na prawie sześciuset stronach ostatecznie rozwiązuje wszystkie wątki i wyjaśnia wszelkie kwestie, nad którymi zastanawiamy się już od części pierwszej. Głównym tematem (wreszcie!) staje się kwestia przeszłości jednej z bohaterek, Lisbeth Salander oraz zbadanie przyczyn, które ją doprowadziły do specyficznego kształtu życia, jakie prowadziła przez ostatnie kilkanaście lat.
Skoro political fiction, to mamy tu spisek, dobry, państwowy spisek służb bezpieczeństwa, lecz na szczęście nie prowadzony w stylu, do jakiego przyzwyczaiły nas amerykańskie filmy z Hollywood. Larsson zdecydował poprowadzić fabułę inteligentniej, nie ograniczając się do samych dziennikarzy i agentów. Na scenę dodatkowo wkracza policja oraz prywatna firma zajmująca się ochroną. Wszyscy śledzą wszystkich, i obserwacja poczynań bohaterów, którzy o całości wiedzą zaledwie ułamek tego, co wie czytelnik, jest prawdziwą przyjemnością. Pod koniec książki możemy poczuć (jednak) amerykański klimat, podczas procesu wyraźnie czuć Grishama.
“Zamek z piasku, który runął” to doskonałe zwieńczenie bardzo dobrej trylogii, a ze względu na tematykę subiektywnie uważam ten tom za najlepszy. Podobno autor miał konspekt i pierwsze dwieście stron kolejnej książki opowiadającej o dalszych losach bohaterów Millennium. Jakaż to szkoda, że przedwczesna śmierć spowodowała, że tak utalentowanego pisarza nie ma już wśród nas i że owych losów nigdy nie poznamy...
Luftslottet som sprängdes, Czarna Owca 2010, 569 stron, wydanie elektroniczne, format: epub
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Książka jest bezpośrednią kontynuacją "Dziewczyny, która igrała z ogniem" i na prawie sześciuset stronach ostatecznie rozwiązuje wszystkie wątki i wyjaśnia wszelkie kwestie, nad którymi zastanawiamy się już od części pierwszej. Głównym tematem (wreszcie!) staje się kwestia przeszłości jednej z bohaterek, Lisbeth Salander oraz zbadanie przyczyn, które ją doprowadziły do specyficznego kształtu życia, jakie prowadziła przez ostatnie kilkanaście lat.
Skoro political fiction, to mamy tu spisek, dobry, państwowy spisek służb bezpieczeństwa, lecz na szczęście nie prowadzony w stylu, do jakiego przyzwyczaiły nas amerykańskie filmy z Hollywood. Larsson zdecydował poprowadzić fabułę inteligentniej, nie ograniczając się do samych dziennikarzy i agentów. Na scenę dodatkowo wkracza policja oraz prywatna firma zajmująca się ochroną. Wszyscy śledzą wszystkich, i obserwacja poczynań bohaterów, którzy o całości wiedzą zaledwie ułamek tego, co wie czytelnik, jest prawdziwą przyjemnością. Pod koniec książki możemy poczuć (jednak) amerykański klimat, podczas procesu wyraźnie czuć Grishama.
“Zamek z piasku, który runął” to doskonałe zwieńczenie bardzo dobrej trylogii, a ze względu na tematykę subiektywnie uważam ten tom za najlepszy. Podobno autor miał konspekt i pierwsze dwieście stron kolejnej książki opowiadającej o dalszych losach bohaterów Millennium. Jakaż to szkoda, że przedwczesna śmierć spowodowała, że tak utalentowanego pisarza nie ma już wśród nas i że owych losów nigdy nie poznamy...
Luftslottet som sprängdes, Czarna Owca 2010, 569 stron, wydanie elektroniczne, format: epub
Strona książki na LubimyCzytac.pl
niedziela, 22 maja 2011
Stieg Larsson, Millenium tom 2. "Dziewczyna, która igrała z ogniem"
W drugim tomie trylogii “Millennium” powracamy do znanych bohaterów - dziennikarza Mikaela Blomkvista i jednej z najciekawszych postaci jakie poznałem w literaturze - Lisbeth Salander. Książka, podobnie jak część poprzednia, poświęca aż jedną trzecią swojej objętości na wprowadzenie, ukazanie wszystkich dodatkowych bohaterów, relacji między nimi, prywatnych poglądów każdej z postaci, aż wreszcie czytelnik co prawda delikatnie zmęczony, ale wie już doskonale kto jest kim. Dopiero wtedy autor zaczyna zagęszczać akcję, wydarzenia gonią jedno drugie, i od lektury po prostu nie można się oderwać.
Książka, co można odgadnąć już po tytule, zajmuje się postacią Lisbeth, to w tej części dowiemy się o jej przeszłości, zostanie wyjaśnione także pojawiające się w jej kontekście od samego początku trylogii tajemnicze wydarzenie, zwane przez Salander “Całym Złem”. Rzecz świetnie napisana, choć z przykrością muszę stwierdzić, że ostateczne wyjaśnienie zagadek można przewidzieć, autorowi tym razem zaskoczyć się mnie nie udało.
Podczas lektury drugiego tomu trylogii zauważyłem też pewną pierdołę, która jednak coraz bardziej dawała o sobie znać, mianowicie faworyzowanie pewnych postaci, o poglądach jak najbardziej zgodnych z poglądami autora. Dziwnym trafem wszyscy bohaterowie o otwartych umysłach, pozbawieni przeróżnych fobii, liberałowie i socjaldemokraci są ludźmi przyzwoitymi, natomiast ci, których światopogląd skierowany jest nieco bardziej na prawo, to przeważnie ograniczeni ludzie, niezbyt inteligentni, wredni, małostkowi, przekonani o własnej wyższości i tępocie innych. Prywatnie mniej lub bardziej podzielam poglądy autora, lecz zależności między zaletami socjaldemokracji i wadami prawicy są ukazane w tak łopatologiczny sposób, że zaczynają lekko irytować, rzeczywistość jest przecież o wiele bardziej skomplikowana.
Książka, w przeciwieństwie do tomu pierwszego nie zamyka przeważającej większości wątków i kończy się w taki sposób, że koniecznie należy sięgnąć po tom trzeci by wreszcie dowiedzieć się jak się cała akcja zakończy. Także lepiej kupić ją od razu z tomem trzecim, lojalnie uprzedzam :-)
Flickan som lekte med elden, Czarna Owca 2010, 534 strony, wydanie elektroniczne, format epub
Strona książka na LubimyCzytac.pl
Książka, co można odgadnąć już po tytule, zajmuje się postacią Lisbeth, to w tej części dowiemy się o jej przeszłości, zostanie wyjaśnione także pojawiające się w jej kontekście od samego początku trylogii tajemnicze wydarzenie, zwane przez Salander “Całym Złem”. Rzecz świetnie napisana, choć z przykrością muszę stwierdzić, że ostateczne wyjaśnienie zagadek można przewidzieć, autorowi tym razem zaskoczyć się mnie nie udało.
Podczas lektury drugiego tomu trylogii zauważyłem też pewną pierdołę, która jednak coraz bardziej dawała o sobie znać, mianowicie faworyzowanie pewnych postaci, o poglądach jak najbardziej zgodnych z poglądami autora. Dziwnym trafem wszyscy bohaterowie o otwartych umysłach, pozbawieni przeróżnych fobii, liberałowie i socjaldemokraci są ludźmi przyzwoitymi, natomiast ci, których światopogląd skierowany jest nieco bardziej na prawo, to przeważnie ograniczeni ludzie, niezbyt inteligentni, wredni, małostkowi, przekonani o własnej wyższości i tępocie innych. Prywatnie mniej lub bardziej podzielam poglądy autora, lecz zależności między zaletami socjaldemokracji i wadami prawicy są ukazane w tak łopatologiczny sposób, że zaczynają lekko irytować, rzeczywistość jest przecież o wiele bardziej skomplikowana.
Książka, w przeciwieństwie do tomu pierwszego nie zamyka przeważającej większości wątków i kończy się w taki sposób, że koniecznie należy sięgnąć po tom trzeci by wreszcie dowiedzieć się jak się cała akcja zakończy. Także lepiej kupić ją od razu z tomem trzecim, lojalnie uprzedzam :-)
Flickan som lekte med elden, Czarna Owca 2010, 534 strony, wydanie elektroniczne, format epub
Strona książka na LubimyCzytac.pl
środa, 18 maja 2011
Stieg Larsson, Millenium tom 1. "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"
“Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” to kolejny przykład książki, której reklamy i liczne pozytywne opinie czytelników zawierają sporo prawdy. Powieść, łącząca w sobie kryminał z thrillerem jest rzeczywiście tak dobra, jak jest przedstawiana.
Najciekawszym elementem fabuły jest droga do celu, który pragnie osiągnąć bohater, dziennikarz posiadający spore udziały w jednym ze szwedzkich czasopism o nazwie “Millenium”. Przez ogromną część powieści ów cel schodzi na dalszy plan, czytelnik może nawet o nim zapomnieć, gdyż po drodze Mikael Blomkvist zostaje uwikłany w niezwykle brutalną historię pewnej bogatej rodziny, w której dawno temu doszło do tajemniczego zniknięcia młodej dziewczyny. Teraz, po prawie czterdziestu latach sprawa powraca, a Blomkvist ma szansę odegrać w jej wyjaśnieniu znaczącą rolę. Dopiero potem powracamy do właściwej sprawy, która w ogóle bohatera ku tej rodzinie skierowała, a lektura tak specyficznego układania wątków jeden na drugim jest doskonała.
Ponadto Larsson posiada umiejętność kreowania autentycznych postaci, które są również wielką siłą książki. O ile sam Mikael może nie jest kreacją wybitną, a po prostu przyzwoitą, o tyle druga bohaterka powieści, niejaka Lisbeth Salander, ze wszystkimi swoimi problemami i jakąś ogromną, brutalną tajemnicą z przeszłości, kładącą się cieniem na wszystkie jej poczynania, jest już postacią kapitalną, wręcz genialną. Podczas lektury często sam nie wiedziałem, która z wielkich zagadek interesuje mnie bardziej: czy historia rodziny Vangerów, czy sprawa, która spowodowała pobyt w więzieniu Blomkvista, czy tajemnicza przeszłość Lisbeth. Im bliżej końca książki, tym bardziej widać, że nie będzie miejsca na wyjaśnienie wszystkiego. I bardzo dobrze, tak dobrzy bohaterowie zasługują na jeszcze dwie powieści o dalszych losach.
---
Należą się osobne dwa słowa elektronicznemu wydaniu książki. W przeciwieństwie do tych kilku z mojej kolekcji, które konwertowało wydawnictwo Virtualo, w tej powieści trudno znaleźć elementy, do których można by się przyczepić. Pewnie, że jest nieco literówek czy sztucznie podzielonych akapitów, jakby ktoś nie dopilnował i przycisnął enter w nieodpowiednim miejscu. Ale mamy tu porządną czcionkę, nie jakieś dziwne wymysły w stylu fontu “Iwona” i bardzo zmyślnie zrobione przypisy, widoczne od razu przy akapicie, którego dotyczą, a nie gdzieś na końcu książki. Ten, kto konwertował “Mężczyzn...” do formatu epub ma u mnie duży browar.
Män som hatar kvinnor, Czarna Owca 2010, 491 stron, wydanie elektroniczne, format: epub
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Najciekawszym elementem fabuły jest droga do celu, który pragnie osiągnąć bohater, dziennikarz posiadający spore udziały w jednym ze szwedzkich czasopism o nazwie “Millenium”. Przez ogromną część powieści ów cel schodzi na dalszy plan, czytelnik może nawet o nim zapomnieć, gdyż po drodze Mikael Blomkvist zostaje uwikłany w niezwykle brutalną historię pewnej bogatej rodziny, w której dawno temu doszło do tajemniczego zniknięcia młodej dziewczyny. Teraz, po prawie czterdziestu latach sprawa powraca, a Blomkvist ma szansę odegrać w jej wyjaśnieniu znaczącą rolę. Dopiero potem powracamy do właściwej sprawy, która w ogóle bohatera ku tej rodzinie skierowała, a lektura tak specyficznego układania wątków jeden na drugim jest doskonała.
Ponadto Larsson posiada umiejętność kreowania autentycznych postaci, które są również wielką siłą książki. O ile sam Mikael może nie jest kreacją wybitną, a po prostu przyzwoitą, o tyle druga bohaterka powieści, niejaka Lisbeth Salander, ze wszystkimi swoimi problemami i jakąś ogromną, brutalną tajemnicą z przeszłości, kładącą się cieniem na wszystkie jej poczynania, jest już postacią kapitalną, wręcz genialną. Podczas lektury często sam nie wiedziałem, która z wielkich zagadek interesuje mnie bardziej: czy historia rodziny Vangerów, czy sprawa, która spowodowała pobyt w więzieniu Blomkvista, czy tajemnicza przeszłość Lisbeth. Im bliżej końca książki, tym bardziej widać, że nie będzie miejsca na wyjaśnienie wszystkiego. I bardzo dobrze, tak dobrzy bohaterowie zasługują na jeszcze dwie powieści o dalszych losach.
---
Należą się osobne dwa słowa elektronicznemu wydaniu książki. W przeciwieństwie do tych kilku z mojej kolekcji, które konwertowało wydawnictwo Virtualo, w tej powieści trudno znaleźć elementy, do których można by się przyczepić. Pewnie, że jest nieco literówek czy sztucznie podzielonych akapitów, jakby ktoś nie dopilnował i przycisnął enter w nieodpowiednim miejscu. Ale mamy tu porządną czcionkę, nie jakieś dziwne wymysły w stylu fontu “Iwona” i bardzo zmyślnie zrobione przypisy, widoczne od razu przy akapicie, którego dotyczą, a nie gdzieś na końcu książki. Ten, kto konwertował “Mężczyzn...” do formatu epub ma u mnie duży browar.
Män som hatar kvinnor, Czarna Owca 2010, 491 stron, wydanie elektroniczne, format: epub
Strona książki na LubimyCzytac.pl
czwartek, 5 maja 2011
George R. R. Martin, Pieśń Lodu i Ognia, tom 4. "Uczta dla wron"
“Uczta dla wron” okazuje się być projektem znacznie większym, niż czytelnik mógłby się z początku spodziewać. Książka mimo swej grubości opowiada tylko połowę zamierzonej przez autora historii. Nie jest to jednak połowa typowa, gdzie w pewnym momencie następuje klasyczne: “ciąg dalszy nastąpi”, sytuacja została rozwiązana w nieco inny, według mnie o wiele ciekawszy sposób. Autor podzielił bohaterów tak, że w “Uczcie dla wron” poznamy losy połowy z nich, natomiast odcinek kolejny opowie o tym, co działo się z pozostałymi postaciami w tym samym czasie i jakie były ich reakcje na wszystkie zwroty akcji.
Po absolutnie doskonałym, najlepszym według mnie (póki co) tomie sagi, “Nawałnica mieczy”, przyszedł czas na chwilę odpoczynku. W “Uczcie dla wron” mamy do czynienia z zupełnie innym klimatem, wszechobecne okrucieństwo gdzieś się przyczaiło, z rzadka dając o sobie znać, natomiast na pierwszy plan wysunęła się polityka i liczne rozgrywki mające miejsce w Królewskiej Przystani. I choć zdaję sobie sprawę, że dla wielu będzie to bluźnierstwem, według mnie przez skupienie się autora na polityce książka znacznie traci na tle poprzedników. Bywa najzwyczajniej w świecie nudnawa, gdy czytelnik jest w stanie przewidzieć dalszy rozwój wydarzeń, obserwując zagrywki ludzi, którzy są o wiele mniej inteligentni, niż się uważają. Dlatego tak bardzo brakuje tu kogoś, kto jest w stanie przyciągnąć uwagę w stu procentach. Nie ma Tyriona, podobnie Jona Snow, Brana i Daenerys. Ich czas dopiero ma nadejść. A o ile można się zaczytywać w losach Jaime’go czy Littlefingera, o tyle podróż Sama, przygody Brienne i polityka w wykonaniu Cersei może znużyć.
Gdy wizja wreszcie nabiera rumieńców, książka się kończy. Na dokładkę mamy kilka słów od autora, którego zamierzeniem było wydanie reszty w roku 2006. Patrzę na kalendarz, nie do wiary, jest połowa 2011... i parę dni temu dopiero świat obiegła informacja o ukończeniu przez Martina książki. Jak tak dalej pójdzie, zdążę się zestarzeć przed wydaniem całości historii...
A Feast for Crows, Zysk i s-ka 2006, tom 1: 512 stron, tom 2: 528 stron
Strona książki na Tom I - Fantasta.pl
Strona książki na Tom II - Fantasta.pl
Strona książki na Tom I - LubimyCzytac.pl
Strona książki na Tom II - LubimyCzytac.pl
Po absolutnie doskonałym, najlepszym według mnie (póki co) tomie sagi, “Nawałnica mieczy”, przyszedł czas na chwilę odpoczynku. W “Uczcie dla wron” mamy do czynienia z zupełnie innym klimatem, wszechobecne okrucieństwo gdzieś się przyczaiło, z rzadka dając o sobie znać, natomiast na pierwszy plan wysunęła się polityka i liczne rozgrywki mające miejsce w Królewskiej Przystani. I choć zdaję sobie sprawę, że dla wielu będzie to bluźnierstwem, według mnie przez skupienie się autora na polityce książka znacznie traci na tle poprzedników. Bywa najzwyczajniej w świecie nudnawa, gdy czytelnik jest w stanie przewidzieć dalszy rozwój wydarzeń, obserwując zagrywki ludzi, którzy są o wiele mniej inteligentni, niż się uważają. Dlatego tak bardzo brakuje tu kogoś, kto jest w stanie przyciągnąć uwagę w stu procentach. Nie ma Tyriona, podobnie Jona Snow, Brana i Daenerys. Ich czas dopiero ma nadejść. A o ile można się zaczytywać w losach Jaime’go czy Littlefingera, o tyle podróż Sama, przygody Brienne i polityka w wykonaniu Cersei może znużyć.Gdy wizja wreszcie nabiera rumieńców, książka się kończy. Na dokładkę mamy kilka słów od autora, którego zamierzeniem było wydanie reszty w roku 2006. Patrzę na kalendarz, nie do wiary, jest połowa 2011... i parę dni temu dopiero świat obiegła informacja o ukończeniu przez Martina książki. Jak tak dalej pójdzie, zdążę się zestarzeć przed wydaniem całości historii...
A Feast for Crows, Zysk i s-ka 2006, tom 1: 512 stron, tom 2: 528 stron
Strona książki na Tom I - Fantasta.pl
Strona książki na Tom II - Fantasta.pl
Strona książki na Tom I - LubimyCzytac.pl
Strona książki na Tom II - LubimyCzytac.pl
sobota, 23 kwietnia 2011
George R. R. Martin, Pieśń Lodu i Ognia, tom 3. "Nawałnica mieczy"
Choć szybko dołączyłem do fanów Pieśni Lodu i Ognia, dopiero w trakcie lektury trzeciego tomu saga zawładnęła mną całkowicie. “Nawałnica mieczy” według mnie bije na głowę obie poprzednie części - bohaterów znamy już doskonale, więc niby wiemy czego po kim można się spodziewać... a tu niespodzianka za niespodzianką.Będzie nam dana możliwość poznania prawdziwego oblicza jednej z moich ulubionych postaci, Jaime Lannistera, który - jak często się to zdarza w prozie Martina - wcale nie jest do końca takim, jakim widzą go inni, czytelnik, a nawet on sam. Nie inaczej wygląda sprawa jego brata, Tyriona - ta historia jest ciekawa od samego początku tomu pierwszego, ale teraz staje się wręcz porywającą. Podobnie przedstawiają się losy Daenerys, która osiąga naprawdę wiele za morzem, póki co z dala od bliższych nam konfliktów, lecz tkwiąca pośrodku swoich własnych, nie mniej istotnych i sprawnie ukazanych.
W “Nawałnicy mieczy” widać też znacznie wyraźniej kolejną umiejętność autora, który kluczy w czasie, pomiędzy wydarzeniami, wciąż zmieniając głównego bohatera z każdym rozdziałem. Teraz jednakże często poznajemy kolejne losy wcześniej, niż same postaci, którym rozdziały są poświęcone, innym znowu razem kolejne części toczą się w tym samym momencie, ale przekazywane są z punktu widzenia dwóch osobnych uczestników tych samych wydarzeń. Taki system prowadzenia akcji tworzy niezwykły klimat.
Tym, co spowodowało że uważam tom trzeci za (póki co) najlepszy, jest niebywałe okrucieństwo, przez które autor każe przechodzić swoim bohaterom. Od dawna wiemy, że Martin jasno stawia sprawę: najważniejsza jest władza i pieniądze, zdrada jest obecna wciąż, ufać nie można nikomu. Ale losy kilku z postaci, które poznamy w “Nawałnicy mieczy” są tak nasączone okrucieństwem naznaczonym cynizmem, że nawet w najtwardszych kamiennych sercach książka wywoła niezapomniane wrażenie, konkretnie wrażenie pustki, bezcelowości istnienia, świadomości śmierci. Cierpienie bohaterów bardzo często staje się cierpieniem czytelnika. Tak okrutnego, ale jednocześnie realistycznego fantasy nie miałem jeszcze okazji czytać, w trzecim tomie autor udowodnił, że jest lepszy od uważanej przeze mnie do niedawna za najciekawszą autorki - Robin Hobb.
Książka jest tak dobra, że szczerze mówiąc nie przeszkadzała mi nawet magia, której w tym tomie jest coraz więcej, i coraz bardziej też czary (czy jak to nazwiemy) mają wpływ na wydarzenia i rozwiązania niektórych sytuacji. Smutkiem napawa mnie myśl, że pozostał już tylko tom czwarty, a resztę autor dopiero tworzy... czekanie na kolejne, dawno zapowiedziane trzy tomy będzie prawdopodobnie straszną mordęgą.
A Storm of Swords, Zysk i s-ka 2002, 2007, tom 1: 608 stron, tom 2: 574 strony
Strona książki na Tom I - Fantasta.pl
Strona książki na Tom II - Fantasta.pl
Strona książki na Tom I - LubimyCzytac.pl
Strona książki na Tom II - LubimyCzytac.pl
piątek, 15 kwietnia 2011
George R. R. Martin, Pieśń Lodu i Ognia, tom 2. "Starcie królów"
Drugi tom „Pieśni Lodu i Ognia” od początku do końca jest tak samo dobry, jak część pierwsza. Ale to dość oczywiste, skoro obserwujemy dalsze dzieje tych samych bohaterów, a właśnie postaci są największym atutem prozy Martina. Bądźmy szczerzy – fabuła jako taka nie wyróżnia się niczym na tle tysięcy innych książek fantasy. No, dobra, jest jedna wyróżniająca kwestia: autor, ku mojej wielkiej radości, stroni od magii. Choć szeroko pojęte czary w świecie przedstawionym istnieją, mamy z nimi do czynienia stosunkowo rzadko, tak rzadko, że nawet bohaterowie w większości w magię nie wierzą.
„Starcie królów”, tak samo jak „Gra o tron”, to jedna, niebywale długa i rozbudowana opowieść, która kontynuuje historię poprzednika, a przy końcu zostawia nas w środku akcji, zmuszając do sięgnięcia po kolejny tom. Niestety książka nie rozwiązuje najważniejszych wątków, a historia toczy się na zasadzie tworzenia przed postaciami kolejnych przygód/przeszkód, z jakimi muszą się zmierzyć. Momentami taki system prowadzenia akcji może być lekko męczący – człowiekowi ręce opadają gdy co chwilę okazuje się, że żadne plany się nie spełniają, że ledwo co poradzili sobie z jednym zagrożeniem, nadciąga tuzin kolejnych. Na szczęście w tym miejscu najlepiej widać sens budowania kolejnych rozdziałów w oparciu o jedną osobę. Odchodząc od postaci na chwilę i przenosząc się w inne miejsce krainy nie odczuwamy tak bardzo zmęczenia wywołanego trudnościami, na jakie bohaterowie co rusz natrafiają.
Drugi tom „Pieśni Lodu i Ognia” jest znacznie bardziej brutalny od poprzednika, nie tylko w warstwie fabularnej – opisy bitew, gwałtu i okrucieństwa są bardzo plastyczne, zmienił się nawet sam język powieści, mamy tu całkiem sporo wulgaryzmów. Nie zabrakło kilku nowych postaci na scenie, a o paru nam już znanych dowiemy się zaskakujących rzeczy, które jednakże zawsze są zgodne z pewną prawdą, którą autor przekazuje na kartach sagi: i wśród honorowych rycerzy znajdziemy świnie, tak jak wśród rzezimieszków trafimy na dobrego człowieka. Krótko mówiąc – świat niestety nie jest biało-czarny, ale składa się z miliardów odcieni szarości.
A Clash of Kings, Zysk i s-ka 2000, 926 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
„Starcie królów”, tak samo jak „Gra o tron”, to jedna, niebywale długa i rozbudowana opowieść, która kontynuuje historię poprzednika, a przy końcu zostawia nas w środku akcji, zmuszając do sięgnięcia po kolejny tom. Niestety książka nie rozwiązuje najważniejszych wątków, a historia toczy się na zasadzie tworzenia przed postaciami kolejnych przygód/przeszkód, z jakimi muszą się zmierzyć. Momentami taki system prowadzenia akcji może być lekko męczący – człowiekowi ręce opadają gdy co chwilę okazuje się, że żadne plany się nie spełniają, że ledwo co poradzili sobie z jednym zagrożeniem, nadciąga tuzin kolejnych. Na szczęście w tym miejscu najlepiej widać sens budowania kolejnych rozdziałów w oparciu o jedną osobę. Odchodząc od postaci na chwilę i przenosząc się w inne miejsce krainy nie odczuwamy tak bardzo zmęczenia wywołanego trudnościami, na jakie bohaterowie co rusz natrafiają.
Drugi tom „Pieśni Lodu i Ognia” jest znacznie bardziej brutalny od poprzednika, nie tylko w warstwie fabularnej – opisy bitew, gwałtu i okrucieństwa są bardzo plastyczne, zmienił się nawet sam język powieści, mamy tu całkiem sporo wulgaryzmów. Nie zabrakło kilku nowych postaci na scenie, a o paru nam już znanych dowiemy się zaskakujących rzeczy, które jednakże zawsze są zgodne z pewną prawdą, którą autor przekazuje na kartach sagi: i wśród honorowych rycerzy znajdziemy świnie, tak jak wśród rzezimieszków trafimy na dobrego człowieka. Krótko mówiąc – świat niestety nie jest biało-czarny, ale składa się z miliardów odcieni szarości.
A Clash of Kings, Zysk i s-ka 2000, 926 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
poniedziałek, 4 kwietnia 2011
George R. R. Martin, Pieśń Lodu i Ognia, tom 1. "Gra o tron"
Szczerze mówiąc, od dłuższego czasu nie miałem przyjemności czytać nic fantasy. Gatunek mnie znudził, miałem wrażenie, jakby każda książka była taka sama, jak poprzednie. Ostatnią autorką, której powieści fantasy do mnie trafiły, była Robin Hobb, a dwa pierwsze tomy Skrytobójcy uważam za jedne z najlepszych książek w gatunku.
Oczywiście od dawna byłem świadom istnienia pisarza takiego jak George R. R. Martin i jego najsłynniejszej sagi, “Pieśń Lodu i Ognia”. Nie wierzyłem jednakże w opisy i recenzje, traktujące “Grę o tron” jak jedno z największych dzieł dla fanów fantasy, znacznie przewyższające pozostałe setki książek. Przecież blurby drukowane na tylnych okładkach o każdej nowej pozycji mówią w ten sposób... Pewnie by tak zostało jeszcze przez długi czas, gdyby nie fakt, iż niebawem będziemy mieli okazję zobaczyć serial, przygotowany przez HBO, z Seanem Beanem w roli głównej. A ponieważ uważam, że oglądanie produkcji kinowych czy telewizyjnych, zbudowanych na podstawie książek nie ma sensu, bez uprzedniej znajomości tychże, sięgnąłem po tom pierwszy sagi.
Nie powiem, że powieść zwaliła mnie z nóg. Mogę za to z czystym sumieniem powiedzieć, że jest to książka bardzo dobra, a treść w niej zawarta z pewnością dorównuje pierwszym tomom Skrytobójcy Robin Hobb.
Od pierwszych stron opowieści widać wyraźnie, że będzie to historia niebywale długa, rozbudowana, posiadająca co prawda stosunkowo niewiele wątków, lecz zaprezentowane one są na przykładzie potężnej liczby bohaterów. I właśnie owe postaci są największym atutem prozy Martina. Nie ma tu bohaterów papierowych, przypadkowych, stworzonych “dla sztuki”. Każdy jest osobowością, nieraz bardzo skomplikowaną. Wielu z nich czekają mocne przeżycia, starsi muszą stawić czoła zmieniającemu się światu, wielkiej polityce, władzy. Młodsi natomiast zmuszeni będą dorosnąć, zostawić dzieciństwo za sobą.
Wielkim plusem książki jest system tworzenia kolejnych rozdziałów. Każdy z nich nazwany jest od jednego z bohaterów, z perspektywy którego oglądamy wydarzenia, a wszystkie one zmierzają ku ostatecznej konkluzji - wielkiej wojnie, która zmieni świat.
Kolejnym plusem, przynajmniej dla mnie, jest znaczne ograniczenie magii oraz brak dziwnych ras, charakterystycznych dla fantasy. Magia co prawda istnieje, lecz jest jej tak niewiele na tych prawie ośmiuset stronach, i jest na tyle tajemnicza i nieobecna w codziennym życiu bohaterów, że w ogóle mi nie przeszkadzała. A zamiast tworzyć nowe rasy, Martin umieścił akcję w dwóch różniących się krainach: Zachodnie Krainy to dość klasyczne średniowiecze, z kolei potomkowie poprzedniego, szalonego króla próbują swoich sił za morzem, w krainie pełnej wojowników o specyficznych zwyczajach, przypominających nieco nomadów. I to w zupełności wystarczy, po co komu elfy czy krasnoludy?
Jedyna rzecz, która niektórym czytelnikom może przeszkadzać w lekturze, to fakt, iż powieść mimo prawie ośmiuset stron nie zamyka żadnego ważnego wątku. Koniecznym jest natychmiastowe sięgnięcie po następne tomy, których póki co mamy trzy, lecz w pięciu książkach. A ponieważ autor planuje kolejne trzy, które są dopiero w trakcie powstawania, na zakończenie historii przyjdzie nam jeszcze długo poczekać.
A Game of Thrones, Zysk i s-ka 2003, 776 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Oczywiście od dawna byłem świadom istnienia pisarza takiego jak George R. R. Martin i jego najsłynniejszej sagi, “Pieśń Lodu i Ognia”. Nie wierzyłem jednakże w opisy i recenzje, traktujące “Grę o tron” jak jedno z największych dzieł dla fanów fantasy, znacznie przewyższające pozostałe setki książek. Przecież blurby drukowane na tylnych okładkach o każdej nowej pozycji mówią w ten sposób... Pewnie by tak zostało jeszcze przez długi czas, gdyby nie fakt, iż niebawem będziemy mieli okazję zobaczyć serial, przygotowany przez HBO, z Seanem Beanem w roli głównej. A ponieważ uważam, że oglądanie produkcji kinowych czy telewizyjnych, zbudowanych na podstawie książek nie ma sensu, bez uprzedniej znajomości tychże, sięgnąłem po tom pierwszy sagi.
Nie powiem, że powieść zwaliła mnie z nóg. Mogę za to z czystym sumieniem powiedzieć, że jest to książka bardzo dobra, a treść w niej zawarta z pewnością dorównuje pierwszym tomom Skrytobójcy Robin Hobb.
Od pierwszych stron opowieści widać wyraźnie, że będzie to historia niebywale długa, rozbudowana, posiadająca co prawda stosunkowo niewiele wątków, lecz zaprezentowane one są na przykładzie potężnej liczby bohaterów. I właśnie owe postaci są największym atutem prozy Martina. Nie ma tu bohaterów papierowych, przypadkowych, stworzonych “dla sztuki”. Każdy jest osobowością, nieraz bardzo skomplikowaną. Wielu z nich czekają mocne przeżycia, starsi muszą stawić czoła zmieniającemu się światu, wielkiej polityce, władzy. Młodsi natomiast zmuszeni będą dorosnąć, zostawić dzieciństwo za sobą.
Wielkim plusem książki jest system tworzenia kolejnych rozdziałów. Każdy z nich nazwany jest od jednego z bohaterów, z perspektywy którego oglądamy wydarzenia, a wszystkie one zmierzają ku ostatecznej konkluzji - wielkiej wojnie, która zmieni świat.
Kolejnym plusem, przynajmniej dla mnie, jest znaczne ograniczenie magii oraz brak dziwnych ras, charakterystycznych dla fantasy. Magia co prawda istnieje, lecz jest jej tak niewiele na tych prawie ośmiuset stronach, i jest na tyle tajemnicza i nieobecna w codziennym życiu bohaterów, że w ogóle mi nie przeszkadzała. A zamiast tworzyć nowe rasy, Martin umieścił akcję w dwóch różniących się krainach: Zachodnie Krainy to dość klasyczne średniowiecze, z kolei potomkowie poprzedniego, szalonego króla próbują swoich sił za morzem, w krainie pełnej wojowników o specyficznych zwyczajach, przypominających nieco nomadów. I to w zupełności wystarczy, po co komu elfy czy krasnoludy?
Jedyna rzecz, która niektórym czytelnikom może przeszkadzać w lekturze, to fakt, iż powieść mimo prawie ośmiuset stron nie zamyka żadnego ważnego wątku. Koniecznym jest natychmiastowe sięgnięcie po następne tomy, których póki co mamy trzy, lecz w pięciu książkach. A ponieważ autor planuje kolejne trzy, które są dopiero w trakcie powstawania, na zakończenie historii przyjdzie nam jeszcze długo poczekać.
A Game of Thrones, Zysk i s-ka 2003, 776 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)












