Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smith Wilbur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smith Wilbur. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 czerwca 2013

Wilbur Smith - "Pora umierania"

Jest całkiem możliwe, że doświadczam właśnie książkowego kaca. Konkretnie poświęconego prozie Wilbura Smitha. Od kilku ostatnich książek mówiłem sobie, że teraz czas na przerwę, na coś innego. Mimo to zaraz po ukończeniu lektury sięgam po kolejną pozycję tego twórcy, Wilbur Smith jest bowiem bardzo utalentowany jeśli chodzi o zakończenia swoich powieści. Nawet jeśli całość bywała monotonna, to końcówka zazwyczaj robi sporo zamieszania i czytelnik po prostu odczuwa mus poznania dalszej historii wybranych postaci.

Niestety jednak “Pora umierania” zakończy moją przygodę z tym autorem na jakiś czas. Jest to bowiem według mnie dotychczas najbardziej prosta, zwyczajna i na domiar złego ordynarnie nadmuchana zbędnym słowotokiem powieść Smitha, przez którą chwilami naprawdę trudno było mi przebrnąć.

Bohaterem jest Sean Courteney, prawnuk tego słynnego Seana, bohatera zwalającego z nóg debiutu “Gdy poluje lew”. I z przykrością muszę powiedzieć, że postać została dość mocno zmarnowana. Wszyscy, którzy znają poprzednią powieść, w której poznajemy dzieciństwo Seana (“Płomienie gniewu”), będą się spodziewali mocnych wrażeń, bowiem Sean nie jest do końca... jakby to powiedzieć... normalny? Czyny, jakich dopuścił się w dzieciństwie, a które bezpośrednio spowodowały jego wygnanie ze Związku Południowej Afryki (później Republiki) wyraźnie wskazywały, że mentalność tego chłopaka mocno przypomina sposób myślenia socjopaty.

A “Pora umierania” okazuje się powieścią akcji, chwilami niemalże powieścią wojenną, jednak mocno połączoną z gatunkiem o nazwie romans. I wszystko byłoby w zupełnym porządku, gdyby autor podjął nieco większy wysiłek tłumacząc nam dlaczego Sean nagle jest nieco innym człowiekiem. Takie sytuacje się raczej nie zdarzają, by ktoś o zdecydowanie spaczonej psychice nagle stawał się w miarę rozsądnym, a nawet uczuciowym człowiekiem. Mam na myśli, że owszem, wszystko jest możliwe - jednak w książce wyraźnie brakuje uzasadnienia, rozwinięcia. To, co ma do przekazania Wilbur Smith mnie kompletnie nie przekonuje.

Któtko mówiąc: autor wpierw przygotował grunt, wzbudził u mnie wielkie oczekiwania kreując bardzo ciekawą postać. A potem wszystko to zmarnował. Całość wygląda tak, jakby Smith miał gdzieś w szufladzie odłożony romans rozgrywający się na tle wojny, a potem nagle stwierdził, że bohaterem będzie jednak Sean Courteney. Gdyby był nim kto inny, lub gdyby była to osobna historia, nie powiązana z sagą Courteneyów, mielibyśmy niezłe czytadło. Jednak postawienie w roli głównej akurat tej postaci spowodowało u mnie uczucie ogromnego rozczarowania, które nie przeminęło także po odłożeniu książki.

A Time to Die
Amber 1993

sobota, 8 czerwca 2013

Wilbur Smith - "Płomienie gniewu"

Kolejna bardzo długa powieść Wilbura Smitha kontynuuje wątek poświęcony Centaine Courteney de Thiry, jednak skupiając się znacznie bardziej na dalszych losach jej synów oraz ich dzieci. Autor doskonale wie jak opisać relacje między rodzeństwem i jak zaniepokoić czytelnika różnymi zachowaniami dzieci. Od samego początku widać, że wśród czwórki potomków Shasy Courteneya znajdą się czarne owce, jednak Wilbur Smith się postarał, zatem czeka nas i niejedno zaskoczenie.

Książka porusza wiele spraw i rozbija się na wiele wątków. Niestety tu podział jest bardzo nierówny; często na pierwszy plan wychodzą postaci mające marginalne znaczenie. Myślę, że autor poprzez nagromadzenie bohaterów chciał jeszcze dobitniej pokazać mechanizm apartheidu, jednak uważam, że ograniczenie ilości postaci czarnoskórych mieszkańców państwa wyszłoby powieści na dobre. Bowiem to panująca rasa biała jest o wiele bardziej interesująca, czarni przedstawieni są jako masa, którą łatwo sterować, jak to przy rewolucji. Trudno oczekiwać, że może być inaczej. Zupełnie inaczej jest w przypadku białych, obojętnie czy Burów, czy z pochodzenia Anglików - obie nacje powoli przekształcają się w naród Afrykanerów. Świetnie pokazana jest propaganda - wszyscy wiemy czym apartheid był, jednoznacznie kojarzymy ten system jako coś złego, plugawego. Wilbur Smith jednak udowadnia, że apartheid miał mocne postawy, nie wziął się po prostu z czystego rasizmu i nazizmu. Rzecz jasna systemu owego autor nie usprawiedliwia i nie próbuje pokazać, że był czymś dobrym. Po prostu mówi o tym mądrze, przedstawia racjonalne podstawy, motywy powstania apartheidu. Nie stroni jednak też od opisów brutalnego, podzielonego świata i doskonale sobie zdaje sprawę, że system nie potrwa długo, że musi upaść. Faktycznie upadł w kilka lat po wydaniu tej książki.

“Płomienie gniewu” z pewnością bardziej podobały mi się od poprzednika, choć i tu jest kilka elementów, które lekturę psują. Na pierwszy plan wysuwa się tu małżonka Shasy - Tara Courteney. Osobiście nie jestem w stanie uwierzyć, że jest możliwe istnienie osób tak przerażająco naiwnych. Owszem, gdzieś na boku, z dala od “światowego życia” pewnie tacy żyją. Jednak żona ministra? Wykształcona kobieta, świadoma (zdawałoby się) otoczenia? Myśląca? Nie, jej naiwności nie kupuję, psuła mi zabawę.

Saga rodu Courteneyów trwa. I choć dalsze losy Shasy wydają się być przesądzone, to jego dzieci, każdy spośród czwórki, to osobowości. O ile wiem, to przynajmniej jedna z licznych powieści Wilbura Smitha mówi o ich dalszych przygodach, z pewnością trafi w moje ręce.

Rage
Albatros 2010

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Wilbur Smith - "Prawo miecza"

Czyn, którego dopuściła się Centaine w związku ze swoim drugim dzieckiem spowodował, że zamiast tym bardziej oczekiwać na dalszy ciąg miałem kłopoty z utrzymaniem uwagi przy lekturze “Prawa miecza”. Nie kupuję tego, nie jestem w stanie przyjąć do wiadomości takiego rozwiązania swoich spraw, jakie zastosowała młoda Francuzka. I to jest pierwszy powód, przez który lektura powieści trwała bardzo długo.

Drugim powodem jest coś znacznie gorszego: fabuła tej książki jest tak kompletnie przewidywalna, że chyba mogła by wygrać jakiś konkurs na najmniej zaskakującą powieść. Zarówno losy Lothara i Manfreda, jak i Centaine z Shasą są tak oczywiste jak słynny mem z Nicholasem Cagem. Przebrnięcie przez tak wiele stron chwilami jest wręcz mordęgą.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Wilbur Smith poszedł na łatwiznę. Ciekawe postaci, które strach zmarnować na zmarnowanie właśnie idą (Lothar), Centaine w swoich czynach wydaje mi się mało autentyczna, z kolei młode pokolenie, Manfred i Shasa, mimo że świetnie przedstawione to jednak popełniają te same błędy i doświadczają takich samych nauczek od życia jak milion innych młodych bohaterów przed nimi. Uważam, że pisarza, który stworzył genialną postać Seana Courteneya stać na więcej.

“Prawo miecza” nie zaoferowało mi dobrych postaci, ani ciekawej fabuły. Najśmieszniejsze jednak jest to, że mimo to powieść odcisnęła mocne piętno. To już nie pierwszy raz, “Brama Chaki” też chwilami była monotonna, lecz nadrobiła to genialną końcówką. Podobnie “Prawo miecza”: obserwacja tła społeczno-politycznego daje ogromną radość, wyraźnie widać skąd wziął się apartheid. Wędrówka Shasy i Manfreda do Niemiec na olimpiadę, spojrzenie na Burów tak chętnie wpatrujących się w Hitlera oraz ostateczne zdobycie władzy przez narodowców - wspaniale przedstawione. I wreszcie końcówka książki - Centaine i Manfred, czyli Wilburowi Smithowi udało się mnie zaskoczyć po raz pierwszy podczas lektury tej pozycji. A zaskoczenie było tak istotne, że mimo planów sięgnięcia po dzieło innego pisarza i tak prawie natychmiast po zakończeniu “Prawa miecza” rzuciłem się na “Płomienie gniewu”.

Power of the Sword
Amber 1993

czwartek, 23 maja 2013

Wilbur Smith - "Płonący brzeg"

Wilbur Smith swoją sagę o rodzie Courteneyów konstruował w bardzo ciekawy sposób. Pierwsze dwa tomy stanowiły całość, “Brama Chaki” natomiast niejako “zamykała” wątek Seana Courteneya. Rozgrywała się wiele lat później, a między wierszami dowiedzieliśmy się także wielu informacji o pozostałych postaciach, między innymi o Michaelu Courteneyu. Stąd też “Płonący brzeg” z początku czyta się dość dziwnie, bo doskonale wiemy, co Michaela czeka. Napięcie jest bardzo duże, czytelnik obawia się tego momentu, w którym... kto czytał “Bramę...” ten wie. 

“Płonący brzeg”, mimo że opowiada także o Seanie, Ruth i Dirku Courteneyu, tak naprawdę rozpoczyna zupełnie nową historię. Bohaterką jest Centaine, siedemnastoletnia Francuzka, narzeczona Michaela. Będziemy świadkami jej podróży do Afryki, która chwilami będzie przypominać losy Robinsona Cruzoe. Zatopiony przez Niemców okręt, rozbitkowie, poznanie dwójki buszmenów i nabranie ogromnego szacunku dla siły przyrody - Wilbur Smith doskonale wie jak opowiadać, by kompletnie wsiąknąć w historię. Sposoby na przeżycie tych jednych z pierwszych ludzi na świecie są tak samo pomysłowe, jak okropne, często okrutne. Jednak robią ogromne wrażenie.

Oczywiście nie zabrakło tu także dramatów nieco bardziej typowych, ze szczególnym uwzględnieniem tragicznej miłości. Jednak po zakończeniu lektury, choć była ona zdecydowanie satysfakcjonująca, znowu mam to samo uczucie, co przy “Bramie Chaki”. Jakby autor stał się niewolnikiem swojego bohatera - nieważne ile poświęcił na dopracowanie postaci Centaine, i jak pięknie by nie opisywał Afryki, tak wciąż brakuje osobowości Seana Courteneya, tego pierwszego, najważniejszego bohatera, który powodował, że od “Gdy poluje lew” i “Odgłosu gromu” zwyczajnie nie można było się oderwać.

Poza tym nie potrafiłem przełknąć lekkich niedociągnięć. W książce sporo miejsca poświęconego zostało Garry’emu Courteneyowi, który jak doskonale pamiętamy jest postacią słabą, daleką od ideału swojego brata Seana. Garry mi nie pasuje, po tym wszystkim, co zrobił w przeszłości teraz nagle jest dobrym, pokornym człowiekiem? A co z jego problemem alkoholowym? Zniknął? Rozpłynął się w powietrzu? Garry mnie irytuje, bo takie cudowne ozdrowienia i gigantyczne zmiany z postaci słabej na silną, złej na dobrą świetnie wyglądają w Biblii, ale w powieści znacznie gorzej, powieść zwyczajnie psują, trudno bowiem w nie uwierzyć. Stąd też mój entuzjazm dla sagi delikatnie się zmniejszył, odrobinę opadł. Cóż, zobaczymy jak będzie dalej, co do powiedzenia będzie miało potomstwo Centaine.

The Burning Shore
Albatros 2008

poniedziałek, 20 maja 2013

Wilbur Smith - "Brama Chaki"

“Brama Chaki” (znana także jako “Upadek wróbla”) rozgrywa się wiele lat po wydarzeniach znanych z “Gdy poluje lew” i “Odgłosu gromu”, bo dobija aż do lat dwudziestych zeszłego stulecia. Mamy tu także wielką zmianę: główną postacią nie jest już Sean Courteney, teraz już ponad sześćdziesięcioletni polityk, milioner, a także generał biorący udział w walkach podczas pierwszej wojny światowej. Bohaterem książki jednak jest Mark Anders, także pochodzący z południa gorącego kontynentu, również walczący po stronie Ententy. Mark z Seanem poznają się jeszcze w okopach, i jest oczywiste, że moment, gdy zwiążą swoje losy prędzej czy później nadejdzie.

Jak na dobrą powieść przystało, mamy tu przedstawiony potężny konflikt. Mark po powrocie do swojego kraju nie ma się gdzie podziać; okazuje się, że jego stary dziadek nie żyje, a przed śmiercią zdążył sprzedać ziemię pewnej ogromnej firmie. Na czele tejże firmy stoi niejaki Dirk Courteney, i każdy, kto zna “Odgłos gromu” już wie, że nie będzie lekko.

Książka mocno się różni od poprzedników, a różnica ta wynika z odmiennych osobowości jakie mają bohaterowie. Mark w niewielkim stopniu przypomina Seana - jest człowiekiem nieśmiałym, wychowanym surowo, nie zna życia, nie zna miłości, nie wie nic o kobietach. Potrafi jedno: doskonale strzelać z dalekich odległości, jest świetnym snajperem, wspaniale także wykonuje rozkazy. Powieść oczywiście jest interesująca i porusza ciekawe tematy, jednak wyraźnie brakuje tu tej wspaniałej charyzmy, jaką dysponował bohater poprzednich książek.

Wilbur Smith oprócz pokazania ludzkich dramatów poruszył tu także ciekawe tematy społeczno-polityczne. Lata po zakończeniu pierwszej wojny światowej to przede wszystkim nastroje rewolucyjne. Wiele krajów chciało iść za przykładem Rosji i pozbyć się kapitalistycznych wyzyskiwaczy, nie inaczej było na południu Afryki. Opisana tu rewolucja jest krwawa i przerażająca, ponadto wyraźnie wskazuje drogę, jaką później podąży kraj zwany RPA. Niestety.

Drugą nie mniej interesującą kwestią jest sprawa szeroko rozumianej przyrody. W opisach dzikiej Afryki i zwierząt ją zamieszkujących Wilbur Smith przechodzi samego siebie. Można po prostu odlecieć podczas lektury, zmieniająca się Afryka jest przepiękna, i coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę, że należy zawalczyć o zachowanie jej urody. Sean, który w młodości należał do tych, którzy zwierzynie i przyrodzie wyrządzili wiele zła, teraz angażuje się z ratowanie pięknego świata. A Mark dzielnie dotrzymuje mu kroku.

Nie zabrakło tu i miłości. Jednak w “Bramie Chaki” miłość pokazana przez Wilbura Smitha jest okrutna. I tu kryje się największa siła książki: nawet jeśli chwilami miałem uczucie lekkiego znużenia, tęskniłem za mocarnym bohaterem, to ostatnie strony powieści nagrodziły wszystkie moje dyskretne ziewnięcia. Od bardzo dawna nie byłem świadkiem takiego okrucieństwa, jakie zostało pokazane w tej książce. Brutalny świat brutalnych ludzi, samo życie, potworna zbrodnia, przerażająca nienawiść... Słowo daję, że kończąc lekturę byłem kompletnie roztrzęsiony, a znam takich, którzy odkładając “Bramę Chaki” wpadli w histerię. I by nie było wątpliwości dodam, że takie właśnie książki uważam za idealne. Takie, które po prostu pozostawiają czytelnika w szoku.

A Sparrow Falls
Amber 1993

wtorek, 14 maja 2013

Wilbur Smith - "Odgłos gromu"

Załóżmy, że potrafię się zmusić do wysiłku, którego efektem będzie maksimum obiektywizmu z mojej strony. To raczej niemożliwe, ale załóżmy, że się udało. Wtedy podstawową myślą, jaka towarzyszyła by mi podczas lektury ciągu dalszego genialnej powieści powinna brzmieć mniej więcej tak: nie powinno się tomowi drugiemu wystawiać maksymalnych ocen, albowiem autor zgarnął już chwałę i szacunek przy tomie pierwszym. A teraz zwyczajnie kontynuuje doskonałą historię, wykorzystuje swoich własnych bohaterów, wykorzystuje naszą ku nim skłonność.

Z drugiej jednak strony sposób, w jaki nagle urwała się akcja powieści “Gdy poluje lew” wyraźnie daje do zrozumienia, że “Odgłos gromu” to nie tyle drugi tom sagi, co raczej druga część tomu pierwszego. Tym razem z wciąż zakończeniem otwartym, jednak pozostawiającym wrażenie większej spójności, przynajmniej część wątków została domknięta.

“Odgłos gromu” wciąż opowiada historię Seana Courteneya, tym razem jednak nie rozciąga się na ponad dwadzieścia lat życia bohatera, ale na lat około siedem. Nasz bohater powraca do Natalu, w rodzinne strony, kupuje farmę obok tej należącej niegdyś do jego ojca, a teraz do brata Garricka i w typowy dla siebie sposób zaczyna prowadzić interesy. Bez wahania, odważnie, z wyobraźnią. Rzecz jasna nie każdemu się nowe towarzystwo podoba, od brata począwszy, na pewnym bankierze z ambicjami skończywszy.

Jednak nim autor w całości zajmie się opisem niełatwych wyzwań, jakie przynoszą kolejne dni w Południowej Afryce, czytelnikowi będzie dane poznać dramat wojny. Ponieważ Sean uważa się z pochodzenia za Anglika, dołącza do wojsk brytyjskich. Przeciwko sobie ma Burów, a jednym z generałów jest jego szwagier Jan Paulus Leroux. To jednak nie jest najgorsze - znacznie gorszym jest fakt, że jednym z dowódców brytyjskiej kampanii jest brat Seana - Garry.

Wojna pokazana jest bardzo dosadnie, bez oszczędzania zmysłów czytelnika. Można poczuć swąd palonych ciał, odór potwornych chorób, a także uświadomić sobie, że to właśnie podczas wojen burskich zadebiutowały obozy koncentracyjne. Mało kto wie, że nim to słowo nabrało tak jednoznacznego charakteru obozy oprócz Hiszpanów na Kubie tworzyli właśnie Brytyjczycy w Afryce Południowej.

Oprócz historii w “Odgłosie gromu” wciąż jest dużo miejsca poświęconego na ludzkie dramaty. Sean powróciwszy w rodzinne strony naturalnie spotyka swojego pierworodnego, który już jest osiemnastoletnim młodzieńcem, a Sean dopiero teraz dowiaduje się jego imienia. Drugi syn, Dirk, nie jest łatwym dzieckiem i widać wyraźnie, że szykuje się tragedia, że przyszłość tego człowieka jest bardzo niepewna. Wreszcie mamy ciągnięty od prawie dwóch dekad konflikt z bratem, stale podsycany przez małżonkę Garricka.

Od książki - znowu - nie można się oderwać. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że “Odgłos gromu” nieco się od “Gdy poluje lew” różni. Lektura jest spokojniejsza, a wynika to z faktu, że Sean jest już mężczyzną czterdziestoletnim, w znacznym stopniu świadomym swoich zalet i wad, choć wciąż potrafi być gniewny, znacznie rzadziej bywa arogancki, co było tak charakterystyczne w czasach jego młodości. To wciąż wspaniała historia, która wciąga od samego początku i trzyma mocno aż do ostatniego zdania. Choć miałem plany co będę czytał w następnej kolejności, nic one nie znaczą, bo jedyne, co mnie w tej chwili interesuje, to dalszy ciąg losów bohaterów.

The Sound of Thunder
Albatros 2007

poniedziałek, 13 maja 2013

Wilbur Smith - "Gdy poluje lew"

“Gdy poluje lew” to pierwsza powieść Wilbura Smitha, napisana w roku 1964. Książka okazała się takim sukcesem, że autor dołączył do tych szczęśliwców, którzy mogli rzucić pracę i rozpocząć pisanie na pełen etat. Sukcesowi nie sposób się dziwić, bowiem “Gdy poluje lew” porywa czytelnika od pierwszego zdania, a po ukończeniu pasjonującej lektury możliwa jest tylko jedna czynność: sięgnąć po powieść kolejną, “Odgłos gromu”. Zwłaszcza, że na dobrą sprawę debiut Wilbura Smitha nie ma zakończenia, można powieść uważać za tom pierwszy większej całości.

Akcja rozgrywa się pod koniec XIX wieku na terenach dzisiejszej Republiki Południowej Afryki. Wówczas teren ten był zupełnie inaczej podzielony politycznie, a sfery wpływów dzielili pomiędzy sobie po równo Brytyjczycy i potomkowie osadników holenderskich - Burowie. Co ciekawe, chwilami głośno było także o tubylcach, zawsze pomijanych, uważanych za istoty nieznaczące. Niecałe sto lat wcześniej Zulu Czaka dokonał zjednoczenia licznych plemion murzyńskich, a jego chwała w opowieściach trwa do dziś. Nim rozpoczęły się wojny burskie między białymi, bohaterowie książki musieli walczyć z uzbrojonymi w dzidy Zulusami.

Choć z początku wydaje się, że bohaterem powieści będzie cała rodzina Courteneyów, w rzeczywistości główną postacią jest Sean, jeden z synów. Początek książki to jego dzieciństwo, opisane wspaniale, bardzo realistycznie, już po chwili można zupełnie zapomnieć o świecie i poczuć się jak w Afryce, w stojącym powietrzu, stanowczo zbyt wysokiej temperaturze, gdzie życie choć bywa trudne, jest jednak wspaniałe, nawet mimo licznych chorób i zagrożeń w otoczeniu.

“Gdy poluje lew” to pokaz prawdziwego męstwa, jednak nie w rozumieniu: honor, uczciwość, ale: twardość, hardość, pewność siebie. Sean Courteney dzięki swojemu postępowaniu złamie niejedno serce, dokona czynów, których z pewnością powinien się wstydzić, ale także przyciągnie tłumy, które pójdą za nim. Urodzony, by dowodzić, naturalny lider, który potrafi podejmować błyskawiczne decyzje, ale także jest w stanie stracić głowę dla kobiety, czasem pozwala, by wściekłość zastąpiła mu zdrowy rozum, a nieraz mimo oczywistych przykrych konsekwencji i tak uprze się i postawi na swoim... bo tak. To prawdziwy mężczyzna, który idzie przez życie niczym lew, ale trzeba pamiętać, że gdy poluje lew, pojawi się niejeden szakal w oczekiwaniu na resztki z lwiej uczty. A szakale to złośliwe bestie.

Jest to bohater, który od razu zajmuje specjalne miejsce w sercu czytelnika. Dołącza do grona jego ulubionych literackich postaci, a także postaw jakie reprezentują. Nie ma w literaturze wspanialszych i bardziej autentycznych bohaterów od tych, którzy popełniają błędy. A przy tym Wilbur Smith dba o to, by historia była zajmująca i wcale nie taka oczywista, co często się przytrafia pisarzom, gdy próbują pisać o ludzkich błędach właśnie. Autor snuje opowieść tak, że stale doznajemy tego cudownego uczucia zaskoczenia, szczęka opada, spoza książki wydajemy z siebie okrzyki zdumienia, oburzenia, czasem nie da się powstrzymać śmiechu. Przy powieści “Gdy poluje lew” praktycznie wszyscy domownicy wiedzą, co czytamy, prędzej czy później każdy zapyta, co też robi na czytelniku tak ogromne wrażenie.

Przy tym powieść jest nie tylko historią człowieka, ale także historią Republiki Południowej Afryki. To właśnie wtedy, w tamtych czasach zostały postawione fundamenty tego państwa, kraju, który przez tyle lat trwał w polityce rasizmu. Jak to jest możliwe, że niewielka mniejszość białych kompletnie zawładnęła sporej wielkości krajem, podporządkowała sobie czarną ludność i rządziła tyle lat? “Gdy poluje lew” zaczyna odpowiadać na to pytanie, lecz widać, że odpowiedź będzie długa i wymagała od nas zapoznania się z większą ilością książek. Na całe szczęście powieść rozpoczyna sagę, która na tę chwilę liczy sobie trzynaście tomów. Na samą myśl o ich poznaniu ogarnia mnie radocha.

Dawno nie czytałem tak dobrej powieści, z tak świetną narracją, wspaniałymi bohaterami, a przy tym powieści poważnej. Chwilami całość kojarzyła mi się nieco z prozą Jeffreya Archera, jednak Wilbur Smith jest o tyle lepszy, że nie puszcza do czytelnika oka. Tu dramat jest jak najbardziej prawdziwy, napięcie wynika z opisu sytuacji, a nie zagrywek literackich, w końcu bohaterowie są niezwykle realistyczni, a nie papierowi z jasnym podziałem na postaci dobre i sprawiedliwe oraz złe i z natury głupie. I tylko zastanawiam się jak to jest możliwe, że znając to nazwisko od tak wielu lat dopiero teraz prozę Wilbura Smitha poznaję? Czemu nie sięgnąłem po jego książki wcześniej? Jak wielu jest takich Wilburów Smith przede mną? Kurde, mam nadzieję, że setki :-)

When The Lion Feeds
Albatros 2012