Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mobi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mobi. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 grudnia 2012

O "Czytaniu bez limitów", Legimi i chmurach słów kilka

Że Legimi jako pierwsi w Polsce próbowali jeszcze bardziej rozpowszechnić XXI wiek - to wiemy. Że potraktowano ich po polsku właśnie - wiemy także. Na szczęście w miesiąc po spektakularnej klęsce nowoczesnego myślenia Legimi powraca ze swoją usługą “Czytaj bez limitów”. No to kilka słów ode mnie na ten temat, wraz z wyjaśnieniem dlaczego wczoraj gorliwie się zapisałem, a dziś, nawet nie czekając do końca darmowego okresu trwania usługi się wypisałem.


Sam pomysł oceniam za genialny. To właśnie jest przyszłość - chmura. Kto tego nie wie albo nie rozumie, tego - głęboko wierzę - już niebawem czeka wielkie zdziwienie. Póki co wraz z upowszechnieniem się technologii mobilnych (smartfony, tablety, netbooki) praktycznie każdy liczący się gracz na rynku szeroko rozumianych treści do konsumowania dąży ku stworzeniu stabilnej, przyjemnej w użytkowaniu chmury. Czyli takiego specjalnego miejsca gdzieś tam, w internecie, gdzie przechowywane są dobra przeznaczone głównie z myślą o rozrywce. Na Zachodzie, gdzie rządy nie blokują inicjatyw, a nawet je wspomagają, od dawna można oglądać filmy i seriale bezpośrednio z dowolnego urządzenia podłączonego do internetu. W ten sam sposób można słuchać muzyki. Jest to coś na kształt “wypożyczenia” filmu czy albumu na jakiś czas. I w taki sam sposób fani literatury mogą poznawać kolejne książki - zapłaciwszy z góry określony abonament, dzięki któremu w każdej chwili można sobie pobrać na urządzenie nową powieść, komiks, czasopismo. Nie na własność, nie stać się posiadaczem owego pliku - pobieramy go w celu przeczytania. Nie posiadania.

W Polsce mamy raczkującą internetową telewizję (internetowa telewizja to baaaardzo szeroko rozumiany skrót myślowy z mojej strony). Jest TVN Player, ipla i inne tego typu usługi. Część zawartości jest za darmo, część wymaga opłacenia. I tak powinno być - nie rozumiem dążenia wielu użytkowników internetu do posiadania za darmo wszystkiego. Jak coś jest free, to trudno to coś traktować poważnie. Nie płacąc za aplikację i jej zawartość trudno oczekiwać stabilności, stałej poprawy działania programu oraz rzecz jasna nowych filmów, seriali, programów i tak dalej.

Identycznie sprawa wygląda z muzyką. Jest coraz więcej serwisów, które za miesięczny abonament oddają w nasze ręce (i ku uciesze naszych uszu) potężną ilość albumów muzycznych, long play’ów, singli, składanek, koncertówek, a nawet playlist stworzonych przez innych użytkowników, które mogą odpowiadać kształtem także i nam. Tu moim ulubionym przykładem jest Deezer, z którego od wielu miesięcy gorliwie korzystam. Pewnie, że nie znajdę tam wszystkiego, co chciałbym posłuchać. Ale taka aplikacja, która zaspokoi 100% oczekiwań użytkownika NIE POWSTANIE NIGDY, NA ŻADNĄ PLATFORMĘ. Doskonałość bowiem nie jest możliwa do osiągnięcia, mimo wszystko należy ku niej dążyć :-)

Teraz przyszedł czas na książki. Jest całkiem sporo tytułów, które chciałbym przeczytać, ale wcale nie czuję potrzeby ich posiadania, ani w formie fizycznej, ani w formie elektronicznej. Ot chociażby w moim przypadku są to kryminały, thrillery, literatura typu sensacja. Puenta dobra jest zazwyczaj tylko raz. Przeczytać - i owszem, koniecznie, umrę jak tego nie zrobię. Ale posiadać? Na półce będzie tylko zajmować miejsce, w którym może stać coś co przeczytam kilka(naście? dziesiąt?) razy - jakiś Philip K. Dick, może Mario Puzo, pewnie kilka pozycji Stephena Kinga, na pewno parę rzeczy Szczepana Twardocha, jakiś Asimov, Łukjanienko, Card, Robert J. Sawyer czy Mike Resnick. Zatem dobrze byłoby właśnie opłacić swego rodzaju abonament, dzięki któremu będę miał dostęp do takich książek, które wystarczy mi “zaliczyć”, mówiąc brutalnie. Dobrze się bawić podczas czytania, a potem o książce zwyczajnie zapomnieć, iść po kolejną. Każdy z nas zna taki gatunek, który lubi, jednak nie na tyle mocno, by wydawać pieniądze z taką samą chęcią, jak na gatunek inny - ten najważniejszy, ten jedyny, ten, od którego jesteśmy uzależnieni. Gatunek to oczywiście kolejny skrót myślowy, może to być autor, wydawnictwo, tematyka i tak dalej.



Legimi domaga się od nas 19 złotych miesięcznie za dostęp do około dwóch tysięcy książek. Jeśli usługa odniesie sukces, ilość książek w ofercie się zwiększy. Nie od dziś wiadomo, że polscy wydawcy nie należą do tych zorientowanych w temacie. Gdyby im dać wybór, pewnie cofnęliby się do czasów z początku lat dziewięćdziesiątych, gdy nie było praktycznie żadnej kontroli, gdy wydawnictwa powstawały hurtem, każdy mógł takowe założyć, a autorzy często nie dostawali ani grosza za ich dzieła, szczególnie ci z zachodu. Byle wydać, byle zarobić, nie ważne jakiej jakości będzie redakcja, tłumaczenie, papier, ilustracja na okładce, czcionka, marginesy, interlinie... ważna będzie cena. Dlatego właśnie tytułów w Legimi jest tysięcy dwa, nie pięć, jak miało być.

Przy okazji: tym większe brawa dla tych wydawnictw, które w “Czytaniu bez limitów” pozostały. Są to między innymi: W.A.B., MUZA, Buchmann, Insignis, Drzewo Babel. 

I tak na przykład od dawna miałem chęć na zaliczenie dwóch powieści Mankella, których cena jako ebooka jest zwyczajnie śmieszna, by nie powiedzieć: nieprzyzwoita. A w “Czytaniu bez limitów” - proszę, jest dostępny zarówno “Powrót nauczyciela tańca”, jak i “Gdy nadejdzie mróz”. Co prawda ten drugi nie chciał mi się ściągnąć, ale “Powrót...” już zacząłem czytać.

Aplikacja Legimi na iPada działa szybko i w miarę poprawnie. Z pewnością nie odstaje od podobnych programów do czytania od konkurencyjnych księgarni - Virtualo, Nexto, Woblink - z tym, że tam książki trzeba kupować osobno. Można tu wybrać jedną z kilku czcionek, bawić się justowaniem, bezpośrednio z programu zwiększać i zmniejszać jasność ekranu. Po obróceniu iPada ekran zostaje podzielony na dwie “kartki”, co jak dla mnie jest rozwiązaniem idealnym - bardzo nie lubię czytać wielgachnych książek. Podział na dwie strony w widoku poziomym jest bardzo udany i znacznie wygodniejszy.

19 złotych za miesiąc to cena skromna. Chyba, że ktoś męczy jedną powieść przez miesiąc czy dłuższy czas. Ale nawet wtedy wejście w usługę jest opłacalne, wszak większość eksiążek kosztuje więcej. A wyobraźmy sobie, że ktoś czyta tak, jak ja - przynajmniej kilka, a czasem i kilkanaście książek miesięcznie. Poważnie się obawiam, że gdyby tylko tacy czytelnicy weszli w usługę, Legimi nie dałoby rady owych książek opłacać... ;-)

Okej, to dlaczego zrezygnowałem, skoro uwielbiam chmury i nie odczuwam ciśnienia na posiadanie fizycznego (lub wirtualnego, w postaci pliku) woluminu na własność? Kurczę, powód jest tylko jeden, za to bardzo poważny. Otóż od ponad dwóch lat rozpieszczam swoje wcale nie takie zdrowe oczy ekranem typu e-papier. I zwyczajnie to, co oferuje iPad (w moim przypadku jest to iPad2) jest na tle BeBooka, Kindle’a czy innego czytnika zbyt słabe, zbyt bolesne dla wzroku, zbyt męczące dla oka, by móc się “Czytaniem bez limitów” cieszyć. Próbowałem, dzielnie walczyłem. Całą dobę. I z wielkim bólem serca, z żalem nad utraconymi lekturami, które miałem na wyciągnięcie ręki, rezygnuję, bo po prostu nie dam rady. Co chwilę mam ochotę zrobić sobie przerwę, co i rusz muszę iPada odłożyć, zająć wzrok czymś mniej wymagającym. Zwyczajnie się nie nadaję, ze swoimi okularami. 

Jedna z konkurencyjnych księgarni już zarobiła, bowiem “Powrót nauczyciela tańca” zakupiłem, mimo katastrofalnej ceny, wszak lekturę należy zakończyć. A ja życzę wszystkim, by nie mieli mojego problemu, by docenili wysiłek Legimi, by im kibicowali, by aplikacje na pozostałe systemu operacyjne, a także na smartfony, nie tylko tablety, powstały jak najszybciej. Bo to jest przyszłość. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. A teraz oddam się marzeniom o "Czytaniu bez limitu" dla czytników z e-papierem...

poniedziałek, 26 listopada 2012

Żegnaj, BeBooku, witaj Kindle!

Dwa i pół roku temu kupiłem sobie pierwszy czytnik wyposażony w epapier. Był to model BeBook One 2010, zwany także BeBookiem Plus. Urządzenie działa sprawnie do dziś i nigdy nie żałowałem obłędnej sumy 1104 złotych, które wtedy musiałem wydać.

Dla maniaka technologii dwa lata to bardzo dużo. Sam jestem zaskoczony, że przez tyle czasu nie zmieniłem urządzenia, których w międzyczasie nie brakowało. Pojawiały się coraz ciekawsze i coraz lepsze, bijące na głowę BeBooka pod względem specyfikacji, szybkości, jakości ekranu. Rynek także mocno się zmienił. W 2010 roku ebooki w Polsce dopiero startowały, księgarnie sprzedawały epuby zabezpieczone przy pomocy nieprzyjemnego mechanizmu Adobe DRM, większość fanów formatu mobi musiała sobie książki sama konwertować. Potem jednak przyszedł wielki boom i dziś nie ma tygodnia, w którym nie kupiłbym choć paru pozycji, dzięki bogatej (i stale się powiększającej) ofercie kilku wybranych księgarń, dobrze zorganizowanym promocjom oraz możliwości pobierania różnych formatów eksiążek za raz wydane pieniądze. Szczególnie ten ostatni element namawiał mnie od dawna na zakup najbardziej znanego, najsłynniejszego czytnika, tego produkcji Amazonu - Kindle.

Piękne jest to, że Kindle piątej generacji w roku 2012 jest pod prawie każdym względem lepszy od BeBooka, a przy tym lekko licząc kosztuje zaledwie połowę jego ceny sprzed dwóch lat. Zresztą jeśli trochę pokombinować można wersję With Special Offers (czyli tę, którą kupiłem) mieć za jeszcze mniejsze pieniądze.

Za swojego Kindla dałem mniej niż 500 zł, a w cenie jeszcze się zmieściło całkiem znośne etui. Cena po prostu szokująca na tle konkurencji.

Różnice
Podstawową różnicą między Kindlem i BeBookiem jest oczywiście format książek. BeBook potrafił połknąć zarówno epub, jak i mobi oraz kilkanaście innych. W praktyce korzystałem tylko z epub, bowiem średnio mi się podobało bebookowe przedstawienie mobi. Ponadto kilka razy z niewyjaśnionych przyczyn książek mobi nie potrafił doczytać.

W Kindlu oczywiście w grę wchodzi tylko mobi. Z moich doświadczeń wynika, że jest to format o wiele szybszy w ładowaniu, nie musi być także sztucznie pompowany przez dodawanie osobnych czcionek i inne tego typu zabawy, znane z epub. Mobi po prostu działa, czyta się świetnie. A tworzy? Cóż, bawiłem się wieloma programami do robienia plików mobi i krótko powiem: wygodniej jest zrobić epub, a potem dokonać konwersji, chociażby w nieśmiertelnym Calibre.

Drugą wielką różnicą jest typ ekranu. W BeBooku mam szesnaście odcieni szarości na wyświetlaczu typu Vizplex, Kindle daje tyle samo, ale na ekranie typu Pearl. Różnicę rzeczywiście widać położywszy oba urządzenia obok siebie. Nagle okazało się, że na BeBooku czcionki były ciemnoszare na jasnoszarym tle. Na Kindlu widać jakby fonty były czarne na tle białym, co jest oczywiście wygodniejsze.

Poza tym zadziwia prędkość Kindla. Urządzenie można wziąć do ręki po czym bardzo szybko klikać przycisk zmieniania strony, a Kindle w czasie rzeczywistym je zmienia. Jak to zobaczyłem po raz pierwszy doznałem szoku. BeBook musiał każdą kolejną stronę zaczytać, co trwało chwilę. Byłem przyzwyczajony do klikania przycisku zmiany strony już w momencie, gdy zostało mi jeszcze kilka linii tekstu. Zmiana druku następowała po czasie, jaki był mi potrzebny na doczytanie. W Kindlu jest to niemożliwe - gdy kliknę przycisk zmiany strony natychmiast pojawia się kolejna. Szybkość jest zadziwiająca. Znawcą nie jestem, ale nawet nie przypuszczałem, że technologia epapieru może być tak szybka.

Oczywiście ta prędkość nie wynika tylko z dobrych parametrów urządzenia, ale także sprytu Amazonu. Kindle na ekranie Pearl nie musi odświeżać strony co chwilę, jak Vizplex w BeBooku. Tam rzeczywiście było czasem widać pozostałości po poprzednich kartkach, szczególnie na obrazkach. W Kindlu pełne odświeżenie epapieru następuje raz na około pięć zmian strony - a artefaktów nie widać.

Podobieństwa, czyli znowu różnice ;-)
Zarówno BeBook, jak i Kindle posiadają ekrany o tej samej przekątnej (6 cali) i rozdzielczości (600x800 pikseli). Jednak Amazon wydaje się zwracać o wiele większą uwagę na detale i dzięki temu książka wygląda o niebo lepiej na Kindlu. Przede wszystkim mamy więcej możliwości formatowania tekstu. Domyślna wielkość czcionki jest idealna, a sprawne zagęszczenie tekstu oraz dopracowane marginesy powodują, że na jednym ekranie można przeczytać o wiele więcej linii, znaków, niż na BeBooku, wcale przy tym nie wysilając wzroku.

Genialnie został potraktowany w Kindlu problem justowania. Na BeBooku najlepiej czytało się książki justowane do lewej strony. Dzięki temu nie trafialiśmy na linie tekstu, w którym bywały zbyt wielkie dziury wywołane przez nadmuchane spacje. Amazon jednak wymyślił świetny sposób, by tekst był jednocześnie pozbawiony owych dziur, ale i justowany do obu stron, co wygląda według mnie po prostu ładniej.

Otóż Kindle ma ograniczenie długości spacji, odstępu między wyrazami. Jeśli owo ograniczenie miałoby zostać przekroczone, dana linia... przestaje być justowana do obu marginesów, a staje się justowana tylko do lewego. I szczerze mówiąc widok tych kilku wersów justowanych na lewo, wśród ogromnej większości justowanych do obu stron w ogóle nie przeszkadza, a całość jest i tak niezwykle zwarta, przejrzysta i uporządkowana.

Internet
Choć Kindle’a zamówiłem 19 listopada (w piąte urodziny czytnika, zbieg okoliczności), to jeszcze nie uruchomiłem przeglądarki internetowej w moim modelu. Pod pojęciem internet jednak mam na myśli coś zupełnie innego - wysyłanie książek na urządzenie bez kabla. Po rejestracji czytnika w Amazonie dostałem unikalny email w domenie @kindle.com, na który mogę wysyłać maile z załącznikami w postaci książek. Trafiają one bezpośrednio na mój nowy czytnik, wystarczy włączyć połączenie WiFi. Fajne rozwiązanie, precz z kablami! :-)

Kilka księgarni już uruchomiło wysyłkę na Kindle. Wystarczy dodać ich maile do czegoś na kształt “białej listy” na swoim koncie w Amazon.com, by swobodnie, jednym kliknięciem wysyłać zakupione książki bezpośrednio na czytnik. Świetne rozwiązanie - nawet teraz, pisząc te słowa, w chmurze amazonowej (amazońskiej?) już czekają dwie kolejne książki. Niech tylko wezmę czytnik do ręki i zaraz będą gotowe do lektury.

Jak na razie...
…jest wspaniale. Biedny BeBook chyba będzie musiał poszukać nowego właściciela. Zwyczajnie nie dorasta Kindlowi do pięt, choć fizycznie jest urządzeniem większym i cięższym :-) Tak dobry sprzęt, za tak (relatywnie) niewielkie pieniądze - wreszcie zrozumiałem dlaczego jedno z ulubionych pytań fanów eliteratury brzmi: “jaki masz czytnik i dlaczego Kindle?”. No właśnie dlatego.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Jetem monopolistą i mam cię w d... czytelniku, czyli jak w Polsce przygotowuje się elektroniczne wersje książek

Około rok minął od uruchomienia w naszym kraju pierwszej POWAŻNEJ (czytaj: z ofertą na 95% czytników na rynku, nie na jedną sztukę) księgarni z literaturą w formie elektronicznej. Na półkach duetu Virtualo.pl/EMPiK.com pojawiło się całkiem sporo wydawnictw, a ich ilość rosła z miesiąca na miesiąc.

Ten wpis jednak nie będzie o tym, co możemy w sklepach zakupić, ale o formie, w jakiej książki są sprzedawane. Jakąś część całego kontentu do formatu elektronicznego epub konwertuje samo Virtualo, co dumnie zaznacza w książkach. Inne pozycje przygotowywane są przez kogoś innego - czy samego oryginalnego wydawcę, czy osoby (firmy) trzecie, tego niestety nie wiem. Wiem natomiast, iż jest ogromna różnica w jakości tych konwersji.

Z początku system prowadzony przez Virtualo mi w ogóle nie przeszkadzał. Ważniejsza była dla mnie sama możliwość zakupienia polskich książek w formacie epub, książek ulubionych wydawców. Także stałem się posiadaczem kilku pozycji, które jednak już od początku robiły złe wrażenie, a dziś, po roku, już na nie patrzeć nie można.

Virtualo stosuje się do wymogów, jakie należy spełnić by jednocześnie móc wykorzystywać zabezpieczenie Adobe DRM, ale i mieć w książce polskie znaki. W telegraficznym skrócie - system Adobe Digital Editions, na którym oparty jest format epub i jego zabezpieczenie nie umożliwia na chwilę obecną wyświetlanie żadnych innych znaków, niż te należące do tzw. alfabetów zachodnich. W przypadku Polski oznacza to, że książki zamiast polskich liter wyświetlają znaki zapytania. Lektura jest oczywiście niemożliwa. Rozwiązaniem problemu jest takie przygotowanie pliku epub, by książka już sama w sobie zawierała pliki fontów, po czym odpowiednie zakodowanie epuba, tak, by do tych właśnie czcionek książka się odwoływała. Dzięki temu mamy polskie znaki diakrytyczne, a z drugiej strony tracimy możliwość samodzielnego zmieniania czcionek na inny krój na większości dostępnych aktualnie czytników książek elektronicznych.

Wydawca ebooków w języku polskim zadbał o wrzucenie odpowiedniej czcionki do każdej przygotowanej przez siebie książki. Co ciekawe zamiast idealnego do lektury kroju Liberation, będąym fontem opartym na licencji GPL (czytaj: za darmo, można używać bez strachu) Virtualo wynalazł przedziwną czcionkę o nazwie Iwona, której krój nie przypomina w żadnym fragmencie typów zazwyczaj stosowanych w druku, do której trzeba się przyzwyczaić.

Znacznie gorszym rozwiązaniem od wyboru czcionki jest jednak system, w jakim książki powstały - bezduszna konwersja średnio dopracowanego tekstu, wyglądająca tak, jakby nikt nie poświęcił ani chwili na jego sprawdzenie czy korektę. Epuby Virtualo wyglądają tak, jakby surowy wynik skanowania książki został zaczytany do aplikacji konwertującej, która następnie “wypluła” gotową do sprzedaży pozycję.

Ebooka powinno się tworzyć zupełnie inaczej. Niezależnie od tego, czy dysponujemy oryginalnym zapisem elektronicznym książki, udostępnionym przez wydawcę wersji papierowej, czy też należy wpierw pozycję zeskanować - plik ten trzeba odpowiednio przygotować do konwersji. Ale zanim do tego dojdziemy, trzeba znać przynajmniej w ogólnym zarysie treść i wygląd oryginalnej książki, by poznać jej styl, ilość tekstu formatowanego w sposób specjalny. Zaliczymy do tego częstotliwość występowania kursyw, pogrubień, szczególnych akapitów, list. Są to także rozdziały i podrozdziały, ilość odstępów, pustych linii czy też gwiazdek oddzielających w tekście kolejne wątki oraz przypisy. Te podstawowe elementy powinny interesować konwertera. Ów człowiek, nim przejdzie do tworzenia pliku wynikowego - epub - powinien przygotować sobie plik wejściowy, obojętnie w jakim formacie lubi. Osobiście sugerowałbym plik html, ale droga wolna, można epub zrobić praktycznie ze wszystkiego, co ma w treści litery i cyfry.

Skan, tudzież elektroniczną wersję pochodząca od wydawcy oryginału należy przerobić z głową, nie bezmyślnie. Zadbać o odstępy i gwiazdki, nie można pozostawić czytelnika w sytuacji, gdy akapit płynnie przechodzi w kolejny, a lektura nagle dotyczy zupełnie innych kwestii. A tak wyglądały książki Virtualo, taką formę otrzymałem po zakupie kilku pozycji należących do polskiej fantastyki. Runa i Fabryka Słów zaufały - bo musiały zaufać - ludziom, którzy nie wiedzą, co robią.

Dalej: trzeba także odpowiednio przygotować książkę pod kątem obrazów oraz tekstu zbędnego z punktu widzenia czytelnika. Jeśli mamy obrazki, ilustracje - dlaczego nikt nie wpadł na pomysł by od tekstu oddzielić je sztucznym podziałem strony? Albo lepiej - przypisując ich wyświetlenie do odpowiedniego akapitu, wybranego przez konwertera? Jeśli chodzi natomiast o tekst “zbędny”, to jest to chociażby drukowany w niektórych wydawnictwach na ostatniej stronie formularz zamówienia kolejnych książek. Czyż nie jest oczywistością pominięcie go przy konwersji? Dla Virtualo nie jest - tak właśnie wygląda końcówka książek oryginalnie wydanych przez Runę.

Ktoś może pomyśleć, że przesadzam, że to nieprawda. Otóż niestety, tak właśnie wygląda polska myśl technologiczna, tak pracują ludzie, którzy zajęli się tworzeniem epubów dla potrzeb Virtualo.pl/EMPiK.com. Długo siedziałem cicho, ale z tym koniec - nie trzeba być ani polonistą, ani korektorem, ani redaktorem, ani tym bardziej informatykiem, by przygotować profesjonalnie wyglądającą książkę w formacie epub, która będzie ustępowała papierowemu oryginałowi tylko przez brak zapachu druku. Wystarczy choć odrobinę liznąć tematykę tworzenia eksiążek, by przygotować coś doskonałego, za co z czystym sumieniem można brać pieniądze. Uświadomiły mi to dwa zdarzenia.

Pierwszym z nich był zakup trylogii Millennium Stiega Larssona. Pominąwszy cenę, która, o dziwo, jest wyższa, niż wydania papierowego, książki są doskonałym przykładem profesjonalnego podejścia do tematyki eliteratury. Cóż, brak podpisu “konwersja do formatu epub wykonana przez Virtualo” wiele wyjaśnia... Autorzy tych książek przygotowali pozycje, przy których nie dość, że nie ma się do czego przyczepić, to jeszcze ich jakość fanów eliteratury, lubiących przygotować czasem swojego epuba jest w stanie nauczyć czegoś nowego. Dopiero po ujrzeniu tych książek na czytniku uznałem, że w Polsce naprawdę zaczął się tworzyć rynek ebooków.

Drugim zdarzeniem, które wymusiło na mnie ten tekst był zakup książki Marka Krajewskiego “Śmierć w Breslau”. Specjalnie podaję tytuł, by każdy kto przeczyta te słowa trzymał się od elektronicznej wersji z daleka. Książka bowiem wygląda dokładnie tak, jak wyobrażałem sobie literacko-informatyczny koszmar. Jakby skan powieści, skan krążący w sieci, skan autentycznie żenującej jakości został wykorzystany przy jej tworzeniu. Zaczytany do aplikacji konwertującej, która wypluła potworka, za którego my płacimy. Błąd goni błąd, słowa sklejone z innymi tworzą zupełnie nowe, nieistniejące wyrazy, połowa książki stosuje oddzielanie wątków dużymi, połowa małymi literami, brakuje podziałów stron, przez co czytnik bardzo długo uruchamia pozycję, próbując jak najdokładniej trafić w to miejsce, gdzie lekturę zakończyliśmy... Nikt nie pomyślał o sztucznym podzieleniu tekstu na więcej niż oferowane przez autora trzy rozdziały, co przecież można było osiągnąć bez ingerencji w tekst, można było dokonać podziału tak, by tylko czytnik był jego świadomy... Można było zrobić wiele, nawet jeśli wydawca nie zaoferował swojej wersji książki (co byłoby dziwne tym bardziej, że wydawców powieści jest dwóch).

Jest dla mnie rzeczą niemożliwą pojęcie tak potężnej dawki cynizmu, tumiwisizmu, braku wyobraźni, braku umiejętności, braku znajomości tematu własnej pracy i braku szacunku dla czytelnika-klienta, z jakimi mamy do czynienia obcując z półproduktami, jakie oferuje duet Virtualo.pl/EMPiK.com. Podobnie nie rozumiem stanowiska autorów. Wiem, że w dzisiejszych czasach oni niestety mają najmniej do powiedzenia, rządzi wydawca - ale czy naprawdę wśród ludzi, którzy próbują zarobić pieniądze na literaturze nie ma takich, którzy chociażby z ciekawości obejrzeliby finalny produkt konwersji dokonanej przez tych pseudowydawców?

Czy Andrzeja Pilipiuka, Krzysztofa Kochańskiego, Magdę Parus, Marka Krajewskiego (między innymi ich książki kupiłem) nie denerwuje sytuacja, w której czytelnik decyduje się na zakup eksiążki, choć z sieci może ściągnąć ją z darmo, i otrzymuje produkt gorszy od tego ściągniętego/kradzionego? Czy Fabryka Słów, Runa, W.A.B. lub Znak nie irytuje okaleczenie ich najlepszych książek? I w końcu: czy firmie Virtualo.pl lub EMPiK naprawdę tak trudno znaleźć ludzi, którzy znają się na swojej robocie i nigdy w życiu nie zdecydowaliby się na wypuszczenie takiego bubla? Dlaczego na zachodzie klient w dziewięciu przypadkach na dziesięć otrzymuje produkt udany i pełnoprawny, a u nas wciąż zatrudnia się ludzi, którzy dopiero będą się uczyć, zamiast takich, którzy już od dawna potrafią?

Jak już wydawca nie potrafi zatrudnić profesjonalistów, woli krewnych i znajomych (bo jakość książek takie rozwiązanie jednoznacznie sugeruje), to niech chociaż napisze przy każdej pozycji nie tylko nazwę oryginalnego wydawcy, ale także tego, który konwertował. Bo ja radośnie i z szacunkiem wychwalałbym wszędzie gdzie się da ludzi odpowiedzialnych za konwersję książek Larssona i kupował ich pozycje w ciemno, tak samo, jak wolałbym już nigdy nie mieć do czynienia z książkami stworzonymi przez tych, którzy sprzedali mi przysłowiową cegłę (by nie powiedzieć gorzej) w postaci “Śmierci w Breslau”. Ja bym im ani ręki, ani nawet lewej nogi nie podał.

czwartek, 15 lipca 2010

Zamiast "Hello, world!" damy recenzję czytnika BeBook Plus

BeBook Plus to lekko ulepszona wersja znanego, dwuletniego już czytnika produkcji Endless Ideas. Słowo Plus przekłada się na zwiększenie potencjału urządzenia pod względem technicznym: urosła ilość pamięci RAM (z 32 do 64 MB), dodano złącza USB 2.0, z oficjalnej specyfikacji wynika także dodanie szybszego procesora (400 Mhz), co przekłada się na szybsze działanie samego czytnika. Kolejną ważną zmianą, jaką oferuje BeBook Plus, jest zwiększenie ilości odcieni szarości ekranu - do 16.

Zawartość zestawu
Czytnik znalazłem już umieszczony we wzmacnianym metalem etui - elementy metalowe (pokryte naturalnie tworzywem nierysującym czytnika) mocno trzymają urządzenie, aby je wyjąć należy się popisać umiejętnością logicznego myślenia, lub przeczytać krótką, obrazkową instrukcję. Sugeruję to zrobić, by nie uszkodzić zabawki.


Wyjąć z futerału BeBooka trzeba, gdyż domyślnie nie ma on włożonej baterii - czynność tę producent zostawił użytkownikowi do samodzielnego wykonania. Bateryjkę o wielkości typowego akumulatorka z telefonu komórkowego należy umieścić w odpowiednim slocie. Piny ułożone zostały tak, że nie ma absolutnie żadnej możliwości pomyłki. Zaślepka z baterii jest nie zatrzaskiwana, lecz zakręcona na stałe przy pomocy śrubki. Na szczęście w zestawie znajduje się niewielki, poręczny śrubokręt (i nawet dwie śrubki zapasowe), przy pomocy którego każdy sobie da radę.

Oprócz tego znajdziemy instrukcję w języku angielskim, zawierającą także odpowiedzi na najczęściej zadawane producentowi pytania. Instrukcja znajduje się także domyślnie w urządzeniu, jako plik PDF o rozmiarach odpowiadających wielkości sześciocalowego ekranu. Jest także zestaw słuchawkowy z klasycznym wejściem mini jack 3.5 mm. O jakości samego zestawu a także brzmieniu muzyki na czytniku nie powiem ani słowa - są dla mnie zbędne, wątpię bym kiedykolwiek ich użył.

Oczywiście w zestawie nie ma czegoś tak abstrakcyjnego, jak ładowarka, jest natomiast klasyczny, typowy kabel USB z wtyczką mini. BeBook wg specyfikacji potrafi wytrzymać 7000 odświeżeń ekranu, a każde podłączenie go do komputera automatycznie doładowuje baterię. Każdy, kto jednak chciałby w podróż zabrać sam czytnik bez komputera, może sobie sprawić wtyczkę do gniazd z wyjściem USB - kosztuje to grosze, a sprawdza się wyśmienicie. Karty SD, podobnie jak w przypadku eClicto, brak. Trzeba wyłożyć dodatkowe pieniądze.

Czytnik leży w rękach (a nawet w jednej) po prostu doskonale. Nie jest zbyt ciężki, dużo natomiast waży pokrowiec. Razem zdecydowanie ważą więcej niż Cybook Gen3 w pokrowcu lub eClicto w podobnej konfiguracji. Tu warto też wspomnieć, iż etui skonstruowane jest tak, że można okładkę zagiąć na pół (patrz: zdjęcie obok), przez co czytnik trzyma się o wiele wygodniej (niczym bez pokrowca) - a przy tym wszystkie brzydkie kwestie, jak ewentualny pot lub brud z dłoni (feee) wciąż zostają na oprawie. Strony zmieniamy przez klikanie klawiszy 9 i 0 (u dołu z prawej, prawą ręką) lub dedykowanymi do tej czynności guzikami z lewej strony (lewą ręką). Także podczas czytania swobodnie można przekładać zabawkę z dłoni do dłoni, dzięki czemu można przybierać do woli swoje ulubione pozycje.

Pierwsze uruchomienie i podłączenie do PC
BeBook Plus z domyślnym firmware uruchamia się w dokładnie dwanaście sekund. Po tym czasie zostaje wyświetlone coś na kształt menu głównego - dość specyficznego zresztą - każdej opcji odpowiada jeden z klawiszy umieszczonych pod ekranem. BeBook nie posiada d-pada znanego z Cybooka Gen3 lub eClicto.

Oczywiście początkowo w czytniku nie ma żadnej książki, prócz wspomnianej instrukcji oraz pliku TXT zawierającego GNU General Public License, czyli dokument, na którym oparte jest oprogramowanie BeBooka, napisane na jądrze Linuksa. Język menu swobodnie można przełączyć na polski, lecz tu jedna uwaga - część tekstu jest wciąż w języku angielskim, zwłaszcza menu wywoływane z poziomu czytanej książki ("Go to page" zamiast "Idź do strony"). Niby nic, ale jednak wywołuje pewien niesmak w sytuacji gdy obsługa języka polskiego miała być jego jedną z głównych zalet.


Czytnik bez problemu instaluje się w systemie operacyjnym komputera, jakiegokolwiek akurat używamy. Dedykowanego oprogramowania nie posiada. W pamięci urządzenia znajdują się foldery o dokładnie takich nazwach, jakie pozycje odnaleźliśmy w menu BeBooka. Aby wgrać coś od siebie, można sobie po prostu stworzyć folder, klasycznie, jak na dysku lub pendrive. Jest on widoczny natychmiast po odłączeniu kabla od komputera.

Pamiętam, jak niemile zaskoczony byłem widząc Cybooka Gen3, który po podłączeniu kabla... nie potrafił odczytywać książek! Po prostu się na luzie ładował, pozbawiając czytelnika dostępu do zawartych w nim treści. BeBook, podobnie jak eClicto, takiej wady nie posiada: po podłączeniu kabelka uprzejmie pyta, czy chcemy wymieniać się danymi między czytnikiem i PC - wówczas tracimy dostęp do danych. Ale jest i druga opcja, czyli samo ładowanie, z równoczesnym dostępem do wszystkich zgromadzonych książek.

Inną metodą wgrywania książek jest wykorzystanie programu Calibre, który błyskawicznie wykrywa BeBooka (jako model Hanlin V5) i pozwala na bezpośrednie kopiowanie zawartości, tworząc samodzielnie foldery po nazwach autorów naszej biblioteki. Calibre wykrywa także kartę pamięci i tu mała ciekawostka: często kartę wyświetla jako czytnik, a czytnik jako kartę - informują o tym specjalne ikony w programie. Trzeba zwracać uwagę na pojemność tychże urządzeń przy kopiowaniu książek, by wgrać swoje zasoby w odpowiednie miejsce.


Obsługiwane formaty
Według specyfikacji czytnik obsługuje potężną liczbę formatów, z najpopularniejszymi na czele: ePub, mobi, RTF, DOC, HTML, TXT, FB2, LIT, PDF, JPG, GIF, BMP, DJVU. I owszem, po sprawdzeniu tychże typów jedno jest pewne: działają. Lecz ponieważ nie ma urządzeń doskonałych, sam fakt działania nie oznacza jeszcze, że jest to działanie komfortowe. Prawdopodobnie wielbicieli któregoś konkretnego formatu czeka zabawa z konwertowaniem, przymierzaniem, wielokrotnym przerabianiem pliku w poszukiwaniu jak najlepszej jakości. Na tę chwilę bez problemu działa TXT i MOBI - z pełną obsługą polskich znaków. W przypadku tego drugiego nie ma najmniejszego znaczenia czy przygotowany został przy pomocy Calibre, czy Mobipocket Creator - oba wyglądają świetnie, ten z Creatora tylko odrobinę lepiej (pamięta o każdym enterze, tworzony w Calibre puste entery oddzielające akapity czasem omija). Podobnie rewelacyjnie wygląda FB2 - wystarczy po prostu wrzucić i czytać.

Nieco gorzej jest w przypadku RTF, DOC, ePub i HTML. Tu wiele zależy od samego formatowania tekstu - wiadomo, że jeśli RTF ściągnięty gdzieś z netu ma formatowanie np. na język portugalski, BeBook nie wyświetli polskich znaków. Mała, prosta do naprawienia rzecz, ale trzeba o niej pamiętać. Gorzej, gdy nasz RTF jest przygotowany niechlujnie i nieprofesjonalnie - zawiera np. różne rodzaje myślników odpowiadających za dialogi (długie i krótkie) - wówczas niektóre z nich zamieniają się w ukośniki. Podobnie jest w przypadku DOC, tylko... gorzej. Pliki nie chcą zachować nawet poprawnego justowania, przez co ekran już na starcie wygląda paskudnie, mamy jeden wielki bałagan. Człowiek spodziewa się, że gdy nie ma justowania do obu stron, to czytnik nie będzie próbował dzielić wyrazów, bo i po co? Ale BeBook w DOC dzieli, w dodatku byle jak. DOC raczej odradzam, jak już używać formatu z edytora tekstowego, to najlepiej RTF. Niestety ODT z OpenOffice'a BeBook nie widzi.

W przypadku HTML wiele zależy od programu, którym ów HTML tworzymy. Można np. eksportować do HTML bezpośrednio z edytora tekstu, np. OpenOffice. Jeśli tekst był przygotowany w porządku, to i plik wyjściowy wygląda ok. Sytuacja podobna jak w przypadku RTF. Jeśli chodzi o LIT, to tu albo Calibre mi spłatał psikusa, albo to szersza wada - niestety nie wiem do końca. Przygotowałem książkę, wczytałem, zachwyciłem się niewielką czcionką, jak w ePub (MOBI ma tylko trzy rozmiary czcionki, są ok, ale ja wolałbym nieco mniejsze)... ale okazało się, że książka ma tylko dwie(!) strony, w tym druga pusta...? Rzecz wymaga głębszego zbadania.

No i ePub, format, na który decyduje się najwięcej wydawców. Choć w specyfikacji urządzenia język polski jest wymieniony, to niestety ePub nie działa jak powinien. Nie ma polskich znaków, zastąpione są przez znaki zapytania, po czym można wnioskować, iż zawinił tu DRM stosowany przez Adobe, nie wiedzący, iż na świecie są także inne zestawy znaków, niż tylko WESTERN. Są na to sposoby: można dołożyć czcionki w osobnym folderze, można dorzucić czcionki do samego pliku książki (na forum krąży książka przygotowana w ten sposób, w BeBooku wygląda bardzo przyzwoicie). Można wreszcie zmienić oprogramowanie w BeBooku, skorzystać z projektu openinkpot. Także ePub ostatecznie będzie działał, lecz nie działa od razu - co według mnie powinno być jasno powiedziane przed zakupem urządzenia. Ten sam plik, który lekko czytam w Calibre i Stanzy na iPodzie Touch nie odtwarza się poprawnie na dedykowanym czytniku...

Pliki graficzne wyglądają przepięknie, śmiem twierdzić, że to właśnie tu najbardziej widoczne jest zwiększenie ilości odcieni. Dorzucam do tekstu zdjęcie Steve'a Jobsa wyświetlone na BeBooku. Zaskakująco dobra jakość.

Komfort czytania
Osobiście uważam, że docelowym formatem czytników książek może być wszystko, nawet PDF - pod warunkiem, że jest odpowiednio przygotowany, tzn. dopasowany do ekranu 6". Producent chwali się, że BeBook potrafi powiększyć PDF do dziewięciu razy! Urządzenie inteligentnie powiększa nie całą kartkę, ale sam tekst, ale robi to kolejnymi wersami. Powiększa cały wers, robi odstęp, potem kolejny wers. Można tak czytać podręczniki i instrukcje, opisy i tutoriale, jednak beletrystykę? Chyba tylko masochiści dadzą radę.

Prawdziwy komfort osiągniemy wrzucając książki w wyżej wymienionych, poprawnie się wyświetlających formatach. Najlepiej oczywiście wyglądają MOBI, FB2 i ePub (z zaznaczeniem, że zrobiliśmy coś, co pozwala na osiągnięcie polskich czcionek).

E-papier nie nazywa się tak bez powodu. Ekran naprawdę wygląda jak strona z książki, i tak też należy BeBooka traktować. Nie poczytamy, gdy zabraknie dobrego światła, chyba że ze szkodą dla wzroku. Tu nie ma żadnego własnego podświetlenia, trzeba je zdobyć z zewnątrz. Przy dobrym miejscu przeznaczonym do czytania, dobrze oświetlonym, szybko przestaniemy zauważać różnicę między e-papierem a prawdziwą książką. A raczej zaczniemy zauważać różnice, ale tylko pozytywne: np. BeBooka trzyma się bardzo wygodnie, można go bez problemu obsłużyć jedną ręką, w każdej chwili odłożyć bez zapamiętywania strony czy szukania zakładki - urządzenie wszak nie zgaśnie samo z siebie, będzie trwało z wyświetloną aktualnie stroną tak długo, jak długo będzie trzeba.

Oczywiście BeBook pozwala na robienie zakładek w każdym czytanym tekście. W pełni obsługuje spisy treści - jeśli nasze książki takowe posiadają, rzecz jasna. No i naprawdę szybko wczytuje kolejne strony. Robi to oczywiście z charakterystycznym przyciemnieniem ekranu na ułamek sekundy, ale tak działa e-papier, w ten sposób pozbywa się poprzedniego i nadaje kartce nowy druk. Przewracanie strony trwa mniej niż sekundę.

Podsumowanie
W ciągu półtora tygodnia zabawy wciąż miałem jedną (z czterech) kreskę na wskaźniku baterii. Jednak nie ograniczałem sie jedynie do przewracania stron, trudno zliczyć ile razy BeBook był włączany/wyłączany, wgrywane były kolejne książki, porównywane ich różne formaty, zmieniane czcionki oraz przeprowadzane różnorakie tego typu zabawy. Należy przy tym pamiętać, iż bateria sama w sobie pełną pojemność osiągnie gdzieś dopiero po czwartym, piątym ładowaniu, dlatego wydaje mi się, iż nawet jeśli reklamowane 7000 odświeżeń okaże się przesadą, to niewielką.


Czytnik zapakowany był przyzwoicie, oblepiony ostrzeżeniami o delikatnej zawartości itp. Razem z czytnikiem faktura, na niej także gwarancja (rok). Kupiłem w sklepie w czytio.pl, sklepie chwalącym się pierwszeństwem we wprowadzeniu tego czytnika w naszym kraju. Cena: 1079 zł, kurier dodatkowe 25 zł. Zamówione w niedzielę, we wtorek w okolicach południa czytnik już był w domu.

Czy jestem zadowolony? Oczywiście, że tak, przynajmniej odkąd zmusiłem go do używania niestandardowych czcionek, przez co moje ePuby mają polskie ogonki - a przy tej operacji nie ma wiele pracy, można zmusić program Calibre by robił to automatycznie. Powstaje jednak pytanie, jak będzie się spisywał w czasach, gdy będziemy mogli kupić książkę w sklepie? I zabezpieczenie owej książki nie pozwoli na edycję jej pliku, a tym samym zdobycie polskich liter? Wówczas BeBook w stanie takim, jakim go otrzymujemy może nie być najlepszym wyborem dla polskiego czytelnika, chyba że zdecydujemy się wgrać system openinkpot albo sam Adobe zorientuje się, ale w ten ostatni scenariusz kompletnie nie wierzę.

Opublikowane 22 kwietnia 2010.
Tekst dostępny także na portalu eksiazki.org

----------

...i na tym recenzja się kończyła. Ale dziś jestem już mądrzejszy i zdecydowanie muszę sprostować pewne twierdzenie, którego w tekście się dopuściłem: niestety BeBook Plus, zwany także BeBookiem 2010 nie obsługuje na dzień obecny projektu openinkpot. Zdarzyło mi się parę dni temu zaktualizować oprogramowanie w czytniku do najnowszej wersji i podczas przygotowań do tegoż działania ostatecznie przekonałem się, że na razie na openinkpota nie ma szans. Ewentualnych zainteresowanych odsyłam do znanego forum poświęconego czytnikom i eksiążkom: