Po zapoznaniu się z pierwszymi stronami drugiej księgi przygód maga Klavresa i jego znajomych byłem pewien, że pisanie opinii będzie zbędne, że wystarczy ograniczyć się do stwierdzenia, że drugi tom jest równie udany i sympatyczny, jak poprzedni. I pierwsze dwa (z pięciu) opowiadania właśnie takie są. Klavres wciąż w bardzo nietypowy dla fantasy sposób zajmuje się swoimi sprawami, raczej zleca misje, niż bierze w nich udział, dalej nie potrafi znaleźć wspólnego języka z Vereną, czując chyba jednak więcej sympatii do magii i eksperymentowania, niż do uroczej uzdrowicielki obdarzonej sporym temperamentem. Dookoła mamy wciąż ten sam, rozsądny (zbyt rozsądny jak na fantasy, przez co ciekawy) świat, gdzie raz na jakiś czas trafia się samozwańczy Pan Mroku czy Władca Ciemności, a Klavres wciąż próbuje sprzedać różnym poszukiwaczom przygód własnoręcznie zrobione magiczne przedmioty, których jednak nie potrafi dobrze nazwać, z marketingowego punktu widzenia. Kto chciałby walczyć Różowym Niszczycielem...?
Niestety po drugim opowiadaniu pojawia się zgrzyt. Najpierw delikatny, lecz gdy dotrzemy do tekstu czwartego i piątego (będących w sumie kompletem, całością) skaza robi się coraz większa, aż w końcu całkiem przysłania ogólny obraz książki. Jak się bowiem okazuje, autor w tych opowiadaniach przeszedł na znacznie bardziej klasyczną fantasy, wręcz do bólu standardową, gdzie Klavres osobiście bierze udział w wyprawach i zadaniach, tworzy się wręcz drużyna, mająca do wykonania konkretne zadanie.
Pewnie, że dalej można to czytać z przyjemnością - o ile czytelnik nie ma serdecznie dość takich rozwiązań fabularnych. Autor co prawda stara się urozmaicić teksty a to nietypowym stylem pisania, gdzie wpierw poznajmy skutki wyprawy, a potem dopiero przyczyny, to znowu wtrąca do historii postaci znane z wcześniejszych tekstów, nagradzając tych czytelników, którzy przeczytali tom pierwszy i zapamiętali co ważniejszych bohaterów drugoplanowych. Niestety jednak dla mnie taki sposób pisania okazał się nużący, autor sprowadził swoich bohaterów do poziomu, który oferuje 97% powieści fantasy, zabrakło “tego czegoś”, co tak sympatycznie wyróżniało Klavresa i jego ziomków w tomie pierwszym. Trzy ostatnie opowiadania nie różnią się niczym od milionów innych, a że owe trzy teksty to ponad połowa książki, ocena gwałtownie spada, co mówię ze szczerym żalem, bo tom pierwszy był naprawdę udany i zwyczajnie szkoda, że jego potencjał został tak zmarnowany.
Rezydent wieży, księga II. Prószyński i S-ka 2011, 288 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tuchorski Andrzej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tuchorski Andrzej. Pokaż wszystkie posty
sobota, 12 listopada 2011
poniedziałek, 12 września 2011
Andrzej Tuchorski "Rezydent wieży, księga I"
To nie pierwszy raz, gdy do miesięcznika Nowa Fantastyka zostaje dorzucona gratis książka. Ostatnim razem otrzymaliśmy powieść uznanego autora, Poula Andersona, a tym razem padło na Polaka, rozpoczynającego karierę pisarską, znanego z portalu fantastyka.pl Andrzeja Tuchorskiego. Jedna teoria mówi, że dodanie książki debiutanta (no, prawie debiutanta) to pójście na łatwiznę i nie ma sensu się po niej zbyt wiele spodziewać. Druga teoria wprost przeciwnie: dorzucenie książki debiutanta gratis do gazety, którą i tak kilka tysięcy czytelników kupi jest świetnym sposobem na zaistnienie w świecie polskiej fantastyki, w związku z czym książka raczej musi trzymać pewien poziom. Z tą drugą się zgadzam, gdybym pisał to chciałbym być na miejscu autora, zwłaszcza że książka jest całkiem dobra, wręcz na tyle dobra, że zapowiadany na koniec października tom drugi już znajduje się na mojej liście książek, które “chcę przeczytać”.
Książka zawiera pięć opowiadań, ukazujących kolejne przygody tytułowego Rezydenta Wieży, młodego czarodzieja o imieniu Klavres. Po kolei dowiadujemy się coraz więcej o nim samym, jego przyjaciołach i świecie, w którym żyją. A jest to świat fantasy, rzecz jasna, i choć pełen smoków, krasnoludów i paradujących dumnie elfów, jest jednocześnie zbudowany na tyle ciekawie i z pomysłem, że swobodnie można czytać, bez uczucia znużenia. Przypomina on Imperium Rzymskie, wiele nazw wzięto z łaciny. Ale poza tym, że mamy tu różne rasy i przedziwne stworzenia, różnicą jest wszechobecna myśl technologiczna. Krok po kroku imperium podąża w kierunku, który zapewnia wszystkim coraz większy dostatek: emancypacja kobiet, wynalezienie druku, rezygnacja z krwawych walk gladiatorów na rzecz stworzenia ligi tego kontaktowego sportu. A obok magia, czary, drużyny, wyprawy po skarby oraz raz na jakiś czas pojawiający się samozwańczy Panowie Ciemności czy inni Władcy Mroku.
Jak więc widać jest to także fantasy lekko humorystyczne, ale nie w stylu Terry’ego Pratchetta, bardziej w stylu Davida Eddingsa. Bohaterom zdarza się oddać życie, problemy i zadania Klavresa to nie bułka z masłem, nie jest to na pewno typowa komedia fantasy. Raczej nieskomplikowana i może nieszczególnie ambitna, ale jednak dobra opowieść tocząca się w stosunkowo ciekawym świecie.
Nie sposób uniknąć skojarzeń z Arivaldem z Wybrzeża Jacka Piekary, którego przygody zostały napisane w dokładnie ten sam sposób - jednocześnie poważnie, z prezentacją świata, a mimo to z humorem. Niejeden pewnie oskarży autora o kopiowanie twórczości starszego kolegi, ja tam czepiać się nie będę - Arivalda czytało się przyjemnie, a pan Piekara nie spieszy się z kontynuacją tematu, ktoś więc musiał zająć jego miejsce w gatunku. Andrzej Tuchorski z pewnością się do tego nadaje.
Rezydent Wieży, Księga I, Prószyński i S-ka 2011, 220 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Książka zawiera pięć opowiadań, ukazujących kolejne przygody tytułowego Rezydenta Wieży, młodego czarodzieja o imieniu Klavres. Po kolei dowiadujemy się coraz więcej o nim samym, jego przyjaciołach i świecie, w którym żyją. A jest to świat fantasy, rzecz jasna, i choć pełen smoków, krasnoludów i paradujących dumnie elfów, jest jednocześnie zbudowany na tyle ciekawie i z pomysłem, że swobodnie można czytać, bez uczucia znużenia. Przypomina on Imperium Rzymskie, wiele nazw wzięto z łaciny. Ale poza tym, że mamy tu różne rasy i przedziwne stworzenia, różnicą jest wszechobecna myśl technologiczna. Krok po kroku imperium podąża w kierunku, który zapewnia wszystkim coraz większy dostatek: emancypacja kobiet, wynalezienie druku, rezygnacja z krwawych walk gladiatorów na rzecz stworzenia ligi tego kontaktowego sportu. A obok magia, czary, drużyny, wyprawy po skarby oraz raz na jakiś czas pojawiający się samozwańczy Panowie Ciemności czy inni Władcy Mroku.
Jak więc widać jest to także fantasy lekko humorystyczne, ale nie w stylu Terry’ego Pratchetta, bardziej w stylu Davida Eddingsa. Bohaterom zdarza się oddać życie, problemy i zadania Klavresa to nie bułka z masłem, nie jest to na pewno typowa komedia fantasy. Raczej nieskomplikowana i może nieszczególnie ambitna, ale jednak dobra opowieść tocząca się w stosunkowo ciekawym świecie.
Nie sposób uniknąć skojarzeń z Arivaldem z Wybrzeża Jacka Piekary, którego przygody zostały napisane w dokładnie ten sam sposób - jednocześnie poważnie, z prezentacją świata, a mimo to z humorem. Niejeden pewnie oskarży autora o kopiowanie twórczości starszego kolegi, ja tam czepiać się nie będę - Arivalda czytało się przyjemnie, a pan Piekara nie spieszy się z kontynuacją tematu, ktoś więc musiał zająć jego miejsce w gatunku. Andrzej Tuchorski z pewnością się do tego nadaje.
Rezydent Wieży, Księga I, Prószyński i S-ka 2011, 220 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytac.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)

