Trzeci tom Kronik Czarnej Kompanii znowu ukazuje historię w dość ciekawy sposób, tym razem jednak zamiast dwóch niezależnych narratorów mamy troje. Pierwszym oczywiście pozostaje Konował, opowiadający kolejne losy kompanii z własnej perspektywy, w pierwszej osobie. Drugim jest narrator “wszechwiedzący”, przedstawiający kompletnie inną historię, która w dodatku wydarzyła się nieco wcześniej, a trzecim opowiadającym jest tajemniczy ktoś, kto przysyła Konowałowi listy. Pomysł o tyle ciekawy, że mamy do czynienia z trzema odrębnymi opowieściami, które z czasem zaczynają się zazębiać, a dzięki różnej narracji mamy okazję spojrzeć na całość z różnych perspektyw i polubić (lub nie) kolejne postaci.
Według mnie historia tu przedstawiona niestety traci nieco impet, którym uderzała czytelnika w tomach poprzednich. Wynika to jednak z faktu, że od samego początku opowieści wiemy dobrze, że wiele rzeczy się wyjaśni tu ostatecznie, panuje specyficzny klimat końca. Za to Glen Cook daje się poznać z nieco innej strony, ukazując na drugim i trzecim planie całkiem nowe informacje o świecie przedstawionym, a nawet bawi się z filozofa, stawiając swoich bohaterów przed trudnymi wyborami, zmusza ich do rozważań znacznie bardziej skomplikowanych niż tylko wybór rodzaju broni czy sposób kolejnego pojedynku między Jednookim i Goblinem.
Oczywiście autor zadbał o to, by czytelnik, nawet lekko znużony zawiłościami fabularnymi zapragnął dowiedzieć się, co z kompanią działo się potem. Ten motyw wychodzi mu zdecydowanie najlepiej.
The White Rose, Rebis 2002, 310 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Kompania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Kompania. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 6 lutego 2012
sobota, 4 lutego 2012
Glen Cook - Kroniki Czarnej Kompanii, tom 2. "Cień w ukryciu"
Drugi tom przygód Czarnej Kompanii wydaje się być lepszy od pierwszego, myślę jednak, że jest to raczej wrażenie wywołane pewnymi zależnościami, niż fakt. Otóż w drugim tomie kontynuujemy poznawanie losów kompanii, spisywanych przez niejakiego Konowała, a uczucia lekkości lektury i chęć poznawania dalszych przygód spowodowane są przede wszystkim tym, że znamy już mniej lub bardziej główne postaci. Wracamy do nich niczym do starych znajomych, od początku wchodząc w pełni w świat przedstawiony i wydarzenia, które konkretnie odmienią losy kompanii.
W poprzednim tomie dowiedzieliśmy się niejednej ciekawej informacji o świecie, te jednak były podawane skromnie, raz na jakiś czas. Czytelnik musiał je pieczołowicie składać, by zrozumieć wszelkie zależności, w które uwikłała się Czarna Kompania. Teraz grunt jest o wiele mniej kamienisty, o wiele bardziej żyzny - autor fakty dotyczące świata przypomina bez skrępowania, także jatka, jaka się tu dokona jest od samego początku zrozumiała i do przyjęcia.
Dlatego też Glen Cook nieco bardziej skupia się na wykreowanych przez siebie postaciach. A mamy ich tu całą plejadę - wszyscy bohaterowie stawili się na zawołanie autora, jest więc nie tylko Konował i Jednooki, Elmo i Goblin, Milczek i Kapitan - nie zabrakło bowiem i tych najważniejszych, którzy tak tajemniczo zakończyli tom poprzedni. Kto zna “Czarną Kompanię” doskonale się domyśla, w jakim kierunku pójdzie fabuła. Lecz Glen Cook serwuje nam ogromną niespodziankę i gwarantuję, że ów kierunek jest nakreślony w taki sposób, że niejednemu szczęka opadnie z wrażenia, nawet kilka razy.
Ciekawym zabiegiem jest odebranie części narracji Konowałowi. Sporo rozdziałów jest pisanych przez obojętnego, neutralnego dla akcji narratora, z perspektywy trzeciej osoby. W ten sposób poznajemy kilkoro nowych postaci zamieszkujących miejscowość o nazwie Jałowiec, w której rozgrywa się ogromna większość akcji powieści. Autor pokazał, że mimo iż posługuje się prostym, krótkim, nieraz wręcz urywanym, żołnierskim językiem nieobce mu są tajniki ludzkiej psychiki i wspaniale nakreślił postać Marona Szopy, tkwiącego w Jałowcu między młotem a kowadłem, a którego historia już po kilku chwilach staje się bardzo zajmująca.
I znowu, już drugi raz, Glen Cook robi to, co w powieściach fantasy jest dla mnie największą zaletą: tak bardzo uzależnia od swoich bohaterów czytelnika, że po zamknięciu “Cienia w ukryciu” istnieje tylko jedna możliwa do uczynienia rzecz: sięgnięcie po tom kolejny, “Białą Różę”, co robię z prawdziwą przyjemnością :-)
Shadows Linger, Rebis 2002, 299 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl
W poprzednim tomie dowiedzieliśmy się niejednej ciekawej informacji o świecie, te jednak były podawane skromnie, raz na jakiś czas. Czytelnik musiał je pieczołowicie składać, by zrozumieć wszelkie zależności, w które uwikłała się Czarna Kompania. Teraz grunt jest o wiele mniej kamienisty, o wiele bardziej żyzny - autor fakty dotyczące świata przypomina bez skrępowania, także jatka, jaka się tu dokona jest od samego początku zrozumiała i do przyjęcia.
Dlatego też Glen Cook nieco bardziej skupia się na wykreowanych przez siebie postaciach. A mamy ich tu całą plejadę - wszyscy bohaterowie stawili się na zawołanie autora, jest więc nie tylko Konował i Jednooki, Elmo i Goblin, Milczek i Kapitan - nie zabrakło bowiem i tych najważniejszych, którzy tak tajemniczo zakończyli tom poprzedni. Kto zna “Czarną Kompanię” doskonale się domyśla, w jakim kierunku pójdzie fabuła. Lecz Glen Cook serwuje nam ogromną niespodziankę i gwarantuję, że ów kierunek jest nakreślony w taki sposób, że niejednemu szczęka opadnie z wrażenia, nawet kilka razy.
Ciekawym zabiegiem jest odebranie części narracji Konowałowi. Sporo rozdziałów jest pisanych przez obojętnego, neutralnego dla akcji narratora, z perspektywy trzeciej osoby. W ten sposób poznajemy kilkoro nowych postaci zamieszkujących miejscowość o nazwie Jałowiec, w której rozgrywa się ogromna większość akcji powieści. Autor pokazał, że mimo iż posługuje się prostym, krótkim, nieraz wręcz urywanym, żołnierskim językiem nieobce mu są tajniki ludzkiej psychiki i wspaniale nakreślił postać Marona Szopy, tkwiącego w Jałowcu między młotem a kowadłem, a którego historia już po kilku chwilach staje się bardzo zajmująca.
I znowu, już drugi raz, Glen Cook robi to, co w powieściach fantasy jest dla mnie największą zaletą: tak bardzo uzależnia od swoich bohaterów czytelnika, że po zamknięciu “Cienia w ukryciu” istnieje tylko jedna możliwa do uczynienia rzecz: sięgnięcie po tom kolejny, “Białą Różę”, co robię z prawdziwą przyjemnością :-)
Shadows Linger, Rebis 2002, 299 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl
czwartek, 2 lutego 2012
Glen Cook - Kroniki Czarnej Kompanii, tom 1. "Czarna Kompania"
Przeglądając przeróżne artykuły dotyczące literatury fantasy, zarówno w prasie drukowanej, jak i w periodykach sieciowych zgodnie można natrafić na pewną tezę: “Pieśń Lodu i Ognia” Martina i “Malazańska Księga Poległych” Eriksona to twory powstałe pod wpływem “Kronik Czarnej Kompanii” Glena Cooka. Pierwszy tom cyklu, “Czarna Kompania”, powstał w roku 1984 i rozpoczął dziesięciotomową serię, która może i lekko się zestarzała, gdy spojrzymy na nią okiem nastolatka z XXI wieku, lecz w połowie lat 80. konkretnie zmieszała gatunek zwany fantasy, wprowadzając nowe, ciekawe rozwiązania.
Czytelnik, który skieruje swe oko na Czarną Kompanię, a zna już przygody znane z Malazańskiej, jest także obyty z rodami Starków, Baratheonów i Lannisterów, w pierwszej chwili może poczuć dość konkretne rozczarowanie. “Czarna Kompania” bowiem w dzisiejszych czasach nie jest lekturą zwalającą z nóg. Trzeba sobie jednak uświadomić czas powstania oraz zmiany, które Cook wprowadził, a potem po prostu dać się porwać narracji Konowała, by z każdą kolejną przeczytaną stroną wiedzieć coraz pewniej i pewniej, że pierwszym, co zrobimy po odłożeniu “Czarnej Kompanii” na półkę, będzie sięgnięcie po “Cień w ukryciu”, tom kolejny.
Warto wspomnieć, że to właśnie Glen Cook, jako bodajże pierwszy pisarz zastosował ciekawą zależność u bohaterów fantasy: w szerokim rozumieniu są oni postaciami zdecydowanie negatywnymi, służącymi paskudnym władcom. Jednak każdy z nich z osobna, a często nawet wszyscy razem okazują się być wcale nie takimi potworami, jak o tych z Czarnej Kompanii mówią... Co prawda na weltschmerz czas przyjdzie dopiero w kolejnych odcinkach, lecz już w pierwszym tomie cyklu widać, że bohaterowie - każdy z nich - to konkretne indywidualności. Z tym, że ten fakt czasem trudno zauważyć, bowiem postaci są przede wszystkim żołnierzami, a w kompanii nie ma miejsca na dyskusje i rozważania, przede wszystkim należy wykonywać rozkazy.
Mamy tu zastosowany ten sam zabieg, który potem z ogromnym sukcesem powtórzył Erikson. Nie wiemy nic o świecie przedstawionym, nie znajdziemy żadnego wprowadzenia, prologu, nic. Akcja po prostu prze przed siebie i kolejnych bohaterów poznajemy na bieżąco, podczas rozwiązywania problemów, wikłania się w problemy i uciekania przed nimi. W tym miejscu chciałbym powiedzieć, że warto zagryźć mocniej zęby tym, którym średnio się lektura podoba - obiecuję, że już w chwilę potem nie można się od niej oderwać, a skąpe dzielenie się autora z czytelnikiem informacjami o świecie staje się zaletą. W końcu dowiadujemy się na tyle sporo, by zacząć rozumieć o co chodzi... i książka się kończy. Ot, taki psikus. Nic tylko zazdrościć posiadaczom nowego wydania Rebisu, które w pierwszym tomie zawiera aż trzy pierwsze części Kronik :-)
The Black Company, Rebis 2002, 297 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl
Czytelnik, który skieruje swe oko na Czarną Kompanię, a zna już przygody znane z Malazańskiej, jest także obyty z rodami Starków, Baratheonów i Lannisterów, w pierwszej chwili może poczuć dość konkretne rozczarowanie. “Czarna Kompania” bowiem w dzisiejszych czasach nie jest lekturą zwalającą z nóg. Trzeba sobie jednak uświadomić czas powstania oraz zmiany, które Cook wprowadził, a potem po prostu dać się porwać narracji Konowała, by z każdą kolejną przeczytaną stroną wiedzieć coraz pewniej i pewniej, że pierwszym, co zrobimy po odłożeniu “Czarnej Kompanii” na półkę, będzie sięgnięcie po “Cień w ukryciu”, tom kolejny.
Warto wspomnieć, że to właśnie Glen Cook, jako bodajże pierwszy pisarz zastosował ciekawą zależność u bohaterów fantasy: w szerokim rozumieniu są oni postaciami zdecydowanie negatywnymi, służącymi paskudnym władcom. Jednak każdy z nich z osobna, a często nawet wszyscy razem okazują się być wcale nie takimi potworami, jak o tych z Czarnej Kompanii mówią... Co prawda na weltschmerz czas przyjdzie dopiero w kolejnych odcinkach, lecz już w pierwszym tomie cyklu widać, że bohaterowie - każdy z nich - to konkretne indywidualności. Z tym, że ten fakt czasem trudno zauważyć, bowiem postaci są przede wszystkim żołnierzami, a w kompanii nie ma miejsca na dyskusje i rozważania, przede wszystkim należy wykonywać rozkazy.
Mamy tu zastosowany ten sam zabieg, który potem z ogromnym sukcesem powtórzył Erikson. Nie wiemy nic o świecie przedstawionym, nie znajdziemy żadnego wprowadzenia, prologu, nic. Akcja po prostu prze przed siebie i kolejnych bohaterów poznajemy na bieżąco, podczas rozwiązywania problemów, wikłania się w problemy i uciekania przed nimi. W tym miejscu chciałbym powiedzieć, że warto zagryźć mocniej zęby tym, którym średnio się lektura podoba - obiecuję, że już w chwilę potem nie można się od niej oderwać, a skąpe dzielenie się autora z czytelnikiem informacjami o świecie staje się zaletą. W końcu dowiadujemy się na tyle sporo, by zacząć rozumieć o co chodzi... i książka się kończy. Ot, taki psikus. Nic tylko zazdrościć posiadaczom nowego wydania Rebisu, które w pierwszym tomie zawiera aż trzy pierwsze części Kronik :-)
The Black Company, Rebis 2002, 297 stron
Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)


