niedziela, 30 grudnia 2012

Mari Jungstedt - "Niewypowiedziany"

Troszeczkę narzekałem, przyznaję, przy pierwszej powieści Mari Jungstedt. Konkretnie na sposób przedstawiania ofiar - po pierwsze jako pozbawiony emocji właściwych przy opisywaniu czyjegoś dramatu, a po drugie za szybkie kreowanie ofiar kolejnych; przy pomocy jednego, dwóch akapitów góra. No proszę, jaki zbieg okoliczności - drugi tom ten schemat burzy totalnie. Jest wręcz odwrotnie: tym razem ofiary przedstawione zostały bardzo dokładnie, z odpowiednią dawką uwagi, zaangażowania i ze szczegółowością powodującą, iż czytelnik zdaje się postaci znać - gdy nagle ich brakuje. Tym razem los ofiar jest dramatyczny nie tylko dla ich samych, także dla odbiorcy - wreszcie! Kryminał tym samym zyskuje wiele, emocje obecne są u czytelnika praktycznie od samego początku opowieści.

A ponieważ po chwaleniu należy się ganienie, lekko się publicznie zdziwię nad kontynuowaniem przez autorkę wątku romansu niedoszłej ofiary z tomu poprzedniego oraz dziennikarza. Jako wielbiciel poznawania różnych historii, które mogą przytrafić się każdemu z nas, nie mam pretensji. Jednak dla samego kryminału ów romans oraz postać Emmy nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Jakieś znaczenie ma dziennikarz Johan, ale nie oszukujmy się - łatwo można by się go z książki pozbyć. Dzięki tej parze będziemy mogli spojrzeć w głąb instytucji małżeństwa, poczuć to, co czuje matka, gdy staje się świadoma, że jej czyny będą miały ogromny, niedobry wpływ na dzieci... no i książka jest nieco grubsza. Ale z kryminalną fabułą “Niewypowiedzianego” nie ma nic wspólnego. Dość nietypowy zabieg autorki. Może są jakieś plany dotyczące tych bohaterów na tomy kolejne?

A by znowu troszkę pochwalić i zachęcić fanów (nie tylko) skandynawskich kryminałów do lektury dodam, że Mari Jungstedt w całą tą dramatyczną historię, wywołującą tak wiele różnych emocji u czytelnika wplata umiejętnie całkiem sporo różnych smaczków. Takich szczegółów, by nie powiedzieć: pierdółek, dzięki którym Anders Knutas stał się postacią pełnowymiarową, podobnie jego małżonka, przy której tak się dziwiłem ostatnio (nie ma takich wyrozumiałych żon przecież!:)) oraz pozostałe spotkane tu postaci. Pierwszy tom był jak dla mnie zaledwie zjadliwy, apetytu nie ostrzył, spełnił swoje zadanie, dostarczając rozrywki. Drugi jednak spowodował, że radośnie notuję nazwisko autorki jako jedno z tych, na które trzeba zwracać szczególną uwagę. Obym tylko nie zapeszył :-)

I denna stilla natt
Bellona 2010

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

piątek, 28 grudnia 2012

Lena Oskarsson - "Plac dla dziewczynek"

Kolejny kryminał z Czarnej Serii to książka bardzo ciekawa, bo lekko nietypowa na tle pozostałych, przynajmniej tych, które miałem okazję poznać. Najbliżej "Placowi dla dziewczynek" jest według mnie do powieści Håkana Nessera, bowiem ogromny nacisk został położony na nie tyle samą historię i kryminalną zagadkę, co na występujące tu, bardzo liczne postaci. W poszukiwaniu mordercy bowiem zdaje się uczestniczyć całe miasteczko, a każda z osób szuka własnych motywów zbrodni - nauczeni doświadczeniem wielu lat gapienia się w telewizor mieszkańcy zaczynają szukać w przeszłości ofiar. A często tym samym przeszłości swojej własnej, wszak wszyscy się znają całe życie i niejedno razem przeszli.

Książkę polecam przede wszystkim tym fanom kryminałów/thrillerów, którzy od zagadki morderstw czy wyrafinowania historii zbrodni wolą doskonale skonstruowane postaci i szczegółowo przedstawione tło, nazwijmy je: socjologicznym. Kto z kim, dlaczego z tym, a nie z tamtym, kiedy, kto przed nim, kto po nim - wzajemne zależności między mieszkańcami mają ogromne znaczenie. Dodatkowe opisy pokazujace różne typowe dla niewielkich miasteczek dramaty to tylko wisienka na torcie, swego rodzaju bonus. Ogromna większość książki to właśnie wędrówka po rozdartych rozczarowaniem z życia osobowościach, pokaz różnych obliczy straconych złudzeń, zmarnowanych lat, niespełnionych marzeń i nadziei, która za cholerę nie chce umrzeć i powoduje tyle problemów.

Sama historia też jest bardzo w porządku, jednak zdaję sobie sprawę, że dla niektórych czytelników przedzieranie się przez dziesiątki stron wypełnionych prywatnymi dramatami nie związanymi ze sprawą może być męczące. Kto jednak lubi sobie pooglądać nieco takich typowych, codziennych historii, ten powinien być zadowolony. Ja z pewnością jestem i chętnie przeczytam coś więcej pani Leny Oskarsson. I zupełnie mnie nie obchodzi kim autorka jest tak naprawdę, a cały ten krzyk wokół książki i twierdzenia, jakoby była to jakaś ściema to dość żenująca kwestia - przecież ważniejsze jest, czy powieść jest dobra, a nie kto ją napisał?

Flickornas Torg
Czarna Owca 2012

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

środa, 26 grudnia 2012

Virginia C. Andrews - "Płatki na wietrze"

Zdaje się, że “Kwiaty na poddaszu” wywarły na mnie jednak większe wrażenie, niż sam przypuszczałem. Mimo szczerej chęci sięgnięcia po zaplanowaną na pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia powieść, wróciłem do bohaterów w drugim tomie zatytułowanym “Płatki na wietrze”.

Rzecz rozpoczyna się bezpośrednio po zakończeniu części poprzedniej. Catherine, Chris i Carrie właśnie uciekli i teraz czeka ich życie wśród ludzi - tylko co to będą za ludzie? I jak też zachowywać będzie się rodzeństwo, gdzie każdy w pewien sposób ma zniszczoną psychikę?

Pierwsza połowa książki bardzo mi się podobała, bowiem opisywała dramat takim, jakim był, a styl książki nie rzucał się tak bardzo w oczy. Niestety radość się wkrótce skończyła, a Virginia C. Andrews wróciła do kreowania rozwiązań rodem z powieści gotyckiej, także obok świetnych opisów brutalnego życia (szczególnie w przypadku najmłodszej Carrie) mamy też pokaz absolutnej tępoty ze strony głównej bohaterki i narratorki, która udowadnia, że potrafi być tak głupia, jak piękna.

Jedno trzeba przyznać, zresztą dotyczy to obu części serii: wywołuje ogromne emocje. Niezależnie od tego, czy czytelnik jest fanem takiej specyficznie pojmowanej grozy, czy też wolałby klasyczny dramat, książki wyzwalają potężny ładunek energii w postaci gniewu, wściekłości wręcz. Na szczęście drugi tom, w przeciwieństwie do pierwszego, pozwala na ujście furii i w końcu można odsapnąć. Dzięki tym emocjom oraz faktowi, że mimo wielu zastrzeżeń i tak od książki nie odszedłem aż nie ukończyłem lektury, znowu wypada mi ocenić ją jako bardzo dobrą. A nawet polecić :-)

Petals on the Wind
Świat Książki 2012

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Virginia C. Andrews - "Kwiaty na poddaszu"

Byłem dość mocno zachęcony do lektury tej powieści dzięki wszechobecnym informacjom ogólnym na jej temat: dzieci przetrzymywane gdzieś w ogromnym domu, ukryte, niczym w więzieniu - wydaje się to być świetnym materiałem na doskonały dramat.

Niestety moim pechem były te same informacje, które rzadko kiedy wspominają, że “Kwiaty na poddaszu” to coś w rodzaju powieści gotyckiej, takiej specyficznie pojmowanej grozy, która daje satysfakcję tylko wtedy, gdy czytelnik jest w stanie wsiąknąć w konwencję, dać się przekonać do pewnych uproszczeń, które świetnie budują klimat, ale trzeba po prostu temu klimatowi dać się porwać. Ja oczywiście nie byłem w stanie, chciałem dramatu, nie opowieści o duchach czy też o strasznej babci.

Niezależnie od tego przyznaję, że narracja jest bardzo dobra i od książki trudno jest się oderwać, “pęka” w bardzo szybkim tempie. A że przez większą część czasu zaciskałem zęby z wściekłości nie mogąc zrozumieć jak tak mądre dzieci mogą jednocześnie być tak głupie - to już mój problem. Starając się na obiektywizm przyznam jednak, że jak na przesiąknięty erotyzmem, zakazanym owocem, nie bójmy się użyć mocnych słów: perwersją twór gotycki książka jest niezła :-)

Flowers in the Attic
Świat Książki 2012

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

niedziela, 23 grudnia 2012

Jeffrey Archer - "Za grzechy ojca"

O drugim tomie sagi rodów Barringtonów i Cliftonów mógłbym w zasadzie powtórzyć wszystkie słowa, jakie napisałem o tomie pierwszym, zatytułowanym “Czas pokaże”. Jest to wciąż bardzo typowa dla autora powieść, ktoś złośliwy mógłby nawet dodać, że jest dowodem na poparcie tezy, jakoby Jeffrey Archer pisał wciąż tę samą książkę. Są tu i wspaniałe postaci, niestety jak to u Archera często nieco zbyt wspaniałe, wręcz papierowe, nie brakuje też osób małostkowych, okrutnych, zapatrzonych w siebie, jest także obecny konflikt, który zdaje się być dla autora warunkiem koniecznym, niezbędnym by usiąść z długopisem w ręku.

Tym razem akcja częściowo przenosi się za ocean, do Stanów Zjednoczonych. Naiwność przy opisywaniu kolejnych etapów życia zarówno Harry’ego Cliftona, jak i Emmy Barrington czy jej brata Giles’a jest ogromna - akurat na tyle, by fani prozy Jeffreya Archera poczuli się doskonale w dobrze sobie znanym środowisku. Całość można by określić mianem jednej wielkiej komedii romantycznej, a kolejne losy bohaterów są wynikiem prawie zawsze ich własnej dumy i honoru, takiej typowej właśnie dla romantycznych komedii specyficznie pojmowanej dorosłości i samodzielności.

Pewnie, że czyta się nieźle, przecież to Archer, jeden z lepszych narratorów w Wielkiej Brytanii. Fani pisarza mogą brać w ciemno, natomiast osobom, które jego prozy zamierzają dopiero spróbować szczerze odradzam tę akurat książkę. Nie tylko dlatego, że jest bezpośrednią kontynuacją tomu poprzedniego i bez jego znajomości może być ciężko z lekturą. Odradzam “Za grzechy ojca” z powodu znacznie prostszego: pierwsze spotkanie z Archerem to zdecydowanie powinny być jego o wiele lepsze powieści: “Co do grosza” czy “Kane i Abel”.

The Sins of the Father
Dom Wydawniczy REBIS 2012

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

sobota, 22 grudnia 2012

Piotr Gibowski - "Asymetria. Rosyjska ruletka"

Trudno z pamięci wymienić wszystkich polskich pisarzy, którzy wzięli na warsztat motyw zmiany historii w okresie przed wybuchem drugiej wojny światowej. Temat jest nośny, wielu próbowało swoich sił, z różnym skutkiem. Dołącza do nich Piotr Gibowski, wykorzystując najczęściej spotykany motyw: podróż w przeszłość, wędrówkę w czasie z roku 2011 do 1927. Element, który przenosiny grupy bohaterów wywołał to znany już z różnych niespodziewanych zachowań w fantastycznonaukowym świecie CERN. Zanim jednak ktokolwiek zmruży brwi w niejasnym uczuciem “skąd ja to znam”, pozwolę sobie zapewnić: na tym podobieństwa do licznych innych książek i opowiadań się kończą. Bowiem świat tu pokazany zdecydowanie odstaje od z reguły nieskomplikowanych, często wręcz banalnych rozwiązań, gdzie dzielni Polacy po kątach porozstawiali tak hitlerowców, jak i komunistów. Jest wręcz odwrotnie: poziom skomplikowania opowieści, szczegółowość opisu poszczególnych elementów z tła politycznego, społecznego, gospodarczo-ekonomicznego, wojskowego oraz rzecz jasna historycznego niejednego czytelnika wprawi w zdumienie. Dla niektórych będzie wadą. Dlatego też książkę szczególnie polecam fanom historii, szczególnie tej z okresu międzywojennego - “Asymetria. Rosyjska ruletka” będzie dla nich prawdziwą gratką.

Z początku można odnieść wrażenie, że Autor będzie się poruszał znanymi ścieżkami. Wszak w czasie przenieśli się nie tylko licealiści i ich wychowawcy, ale i żołnierze. Podświadomie czytelnik spodziewa się akcji, mocnej jazdy, takiej w stylu słynnej już powieści Marcina Ciszewskiego “www.1939.com.pl”. Na szczęście książka okazuje się być tworem pomyślanym zupełnie inaczej, choć i akcji nie zabraknie.

“Asymetria. Rosyjska ruletka” w ogromnej mierze jest pokazaniem czytelnikom najważniejszych postaci z tamtych dni. Nie tylko Marszałka Piłsudskiego czy Romana Dmowskiego, ale i Józefa Stalina, Michaiła Tuchaczewskiego, Lwa Trockiego i wielu innych, mających swój udział w wydarzeniach końca lat dwudziestych XX wieku. Sama podróż w czasie oraz fakt posiadania wiedzy o przyszłości wykorzystane są w sposób bardzo rozsądny, oparty na ekonomii i polityce, bez kreowania może i atrakcyjnych wizualnie, ale zazwyczaj prostych rozwiązań jednoznacznych, ekstremalnych. To nie “Jankes na dworze króla Artura”, gdzie świadomość wystąpienia zaćmienia słońca pozwala osiągnąć tak wiele tak niedużym kosztem. Nie, w “Asymetrii” wszystko jest planowane przy pomocy spojrzenia z wielu stron, porażki występują tak samo często, jak sukcesy, a historia nie pozostaje niezmienna - szybko robi się naprawdę alternatywna w stosunku do tej znanej nam (efekt motyla), i trudno oczekiwać by kolejne postaci, przywódcy, politycy, generałowie i inne ważne persony zachowywały się tak, jak pamiętamy z lekcji historii. Duże wrażenie robi tak potężna kreacja, tak szczegółowe pokazanie wielu aspektów, na które stosowanie zasady asymetrii informacji wpływa.

Jednak nagromadzenie tylu postaci powoduje, że często czytelnik może się zagubić. “Asymetria. Rosyjska ruletka” to nie książka na jedno popołudnie; tu trzeba się odrobinę wysilić, wyjść bohaterom naprzeciw. Kto jednak się na to zdecyduje, tego czekają bonusy - liczne i bardzo ciekawe wstawki nie mające żadnego wpływu na fabułę, jednak pokazujące wiele dodatkowych elementów tworzących klimat powieści. Dowiemy się skąd Stalin wiedział tak wiele o swoich towarzyszach, jak często w Polsce bywała prohibicja, co prosty lud myślał o wychodkach i dlaczego tak właściwie zwie się je “sławojkami”. Spotkamy także takie postaci, które niejednego zaskoczą, jak Henryk Kwinto czy Agent J23...

Książka to świetny prezent dla wszystkich fanów historii znanej z pierwszej połowy XX wieku. Ale także czytelnicy interesujący się polityką będą mieli powody do zadowolenia z lektury. “Asymetria” dostarcza mocnych wrażeń także i na tym gruncie, kreując plany, świetnie wytłumaczone, przemyślane, konkretne i logiczne. Także mimo nagromadzenia postaci i tekstu, który odznacza się sporą dynamiką, stale zmieniając nie tylko wątek i bohaterów, ale także i miejsce akcji, chwilami od książki trudno jest się oderwać. Niektóre pomysły z naszych czasów, przeniesione na tamten grunt są tak interesujące, a lektura póki co tak kompletna i logiczna, że autentycznie cieszę się na myśl o kolejnych tomach opowieści. 

Zdecydowanie warto sięgnąć po tę pozycję, spróbować się zmierzyć z naprawdę poważnym podejściem do historii, bez dróg na skróty, bez ułatwień. Całość jest dzięki temu nieco trudniejsza w odbiorze, ale i satysfakcja z powieści rośnie wprost proporcjonalnie do jej skomplikowania. Szczerze polecam, ja bawiłem się bardzo dobrze.

Asymetria. Rosyjska ruletka
ASPE TONUS 2012

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl
Strona książki na portalu Fantasta.pl

czwartek, 20 grudnia 2012

Henning Mankell - "Powrót nauczyciela tańca"

“Powrót nauczyciela tańca” to na pierwszy rzut oka bardzo typowy dla Mankella kryminał, od serii z Kurtem Wallanderem różniący się tylko brakiem znanego bohatera. Tu jest nowy, znacznie młodszy - Stefan Lindmann ma dopiero 37 lat i właśnie przeżywa najgorsze dni swojego życia. Dopadł go nowotwór, leczenie ma się zacząć dopiero za parę tygodni, biedak nie wie, co ze sobą zrobić. Dowiaduje się, że jego dawny szef z policji został brutalnie zamordowany. Żeby zabić jakoś czas udaje się na miejsce zbrodni i niejako prywatnie włącza się w lokalne śledztwo.

Każda z książek opowiadających o Wallanderze brała na cel jakieś zjawisko społeczne, jeden główny temat - i obserwując zmagania policji z przestępcą poznawaliśmy przekonania autora. A Mankell przekonania ma dość umiarkowane (choć oczywiście na wszystko patrzy z lewej strony) i nie jest nachalny z ich przekazywaniem. Nie inaczej jest w przypadku tej książki. Tym razem na cal autor obrał sobie zjawisko faszyzmu i neofaszyzmu, stawiając swoich bohaterów w obliczu smutnej prawdy, że nazizm ma się doskonale, i choć póki co jest nieco ukryty, w każdej chwili przy odrobinie sprzyjających okoliczności plugastwo ponownie może wypełznąć i zawładnąć masami.

I tu właśnie mam jedno, ale poważne zastrzeżenie do książki. Bowiem jest to spora cegła, nadmuchana właśnie tym brudnym tematem. Samo śledztwo jak i bohaterowie nie są na tyle skomplikowane i fascynujące, by grubość powieści usprawiedliwiać. A jednak autorowi pokazanie faszyzmu nie wyszło do końca tak, jakbym sobie życzył: nie tłumaczy czytelnikowi genezy istnienia tego zjawiska, nie pokazuje skąd się bierze, dlaczego jest tak atrakcyjne i jak niewiele potrzeba, by nawet zdawałoby się inteligentna osoba wpadła w sidła filozofii nienawiści. Tego mi tu bardzo brakuje, bowiem ograniczenie się do stwierdzenia, że nazizm był, jest i będzie to zdecydowanie za mało jak na możliwości tego pisarza. Zdumienie, a potem smutna akceptacja u policjantów wygląda śmiesznie - każdy z nich jest tak wspaniałą, krystalicznie czystą osobą, że jedyne, co potrafi, to się dziwić skąd w Szwecji tyle ukrytego zła. Nikt natomiast nie tłumaczy skąd się to bierze, i jak tego uniknąć. A niejednemu czytelnikowi takie tłumaczenie dobrze by zrobiło.

Sama historia kryminalna z czasem staje się coraz bardziej naciągana, i w pewnym momencie można odnieść wrażenie, że by wreszcie ruszyć ze śledztwem autor musi się chwytać mało atrakcyjnych rozwiązań, takich jak seria pomyślnych dla policji zbiegów okoliczności. Tak samo pokazanie Lindmanna jako osoby chorej na raka - chciałoby się obejrzeć więcej dramatu, poznać strach, poczuć go, wniknąć w osobowość - po cóż innego ma służyć literatura? Tymczasem odniosłem wrażenie, że nowotwór bohatera jest jedynie wymówką na wytłumaczenie kilku zachowań i czynów, których typowy policjant by się nie dopuścił. Prawdziwego dramatu brak, podobnie spłycone zostało oczekiwanie na leczenie i jego efekt.

Niestety trudno mi uznać “Powrót nauczyciela tańca” za książkę dorównującą nawet tym zaledwie przeciętnym odcinkom serii o Wallanderze. Smutne, że ebook tak “ceniony” przez wydawcę, kosztujący tak potworne pieniądze (średnio 39.90 zł za eksiążkę to rozbój w biały dzień) w zasadzie jedynie dotyka ważnych tematów, lekko muska, nie wnikając głęboko, zostawiając czytelnika z uczuciem niespełnienia. To nie jest ten Mankell, jakiego zapamiętałem.

Danslärarens återkomst
W.A.B. 2011

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

wtorek, 18 grudnia 2012

Robert Graves - "Król Jezus"

Przyznaję się bez bicia, że chciałem spróbować nieco owej kontrowersyjności, którą z reguły reklamuje się książkę Roberta Gravesa “Król Jezus”. Inne spojrzenie na żywot człowieka, który dla wielu stał się bogiem, przyczyną powstania kolejnego odłamu religijnego, z czasem jednego z największych na świecie. Nie tyle zestaw prawd objawionych, co rozpisany na potężną liczbę bohaterów związek przyczynowo-skutkowy. Zupełnie inne podejście do kwestii pochodzenia, podobnie przekonań, przy czym, co ciekawe, wcale nie tak różne podejście do boskości.

Wrażenie robi przede wszystkim ogrom tego, co Robert Graves przedstawia - a pokazuje nam bardzo dokładny opis tamtych czasów, które dla Izraelitów były końcem kolejnego tysiąca lat, a dla chrześcijan stały się początkiem nowej ery. Nie jest to jednak opis, jakiego się spodziewałem - bowiem sama książka jest bardzo nietypową powieścią historyczną. Brakuje tu obojętnego narratora, a całość jest zapisem niejakiego Agabusa Dekapolitańczyka, tworzonym w roku 93, czyli kilka pokoleń po śmierci Jezusa. Taki sposób pokazania wydarzeń jest z jednej strony bardzo ciekawy, bowiem autorowi (a także tłumaczowi) udało się wniknąć wgłąb postaci ze starożytności i z przekonaniem o słuszności własnej wiedzy pokazać nam dziesiątki szczegółów składających się na tamte czasy, szczegółów jak najbardziej związanych z Izrealitami, Rzymianami, religiami, ich pochodzeniu, ich genezie, ich właściwościach i wzajemnie przenikających się motywach. Z drugiej jednak strony właśnie owa siła wiary w wiedzę narratora powoduje, że czytelnik nie może ani na chwilę dać porwać się lekturze - należy skrupulatnie skupiać się na zapisie, ważyć każde słowo, by nie zgubić się w gąszczu postaci, przepisów, zwyczajów, które dla ogromnej większości czytelników będą czymś zupełnie nowym - bo niezgodnym z tym, co pamiętamy z lektury Biblii.

I jak się okazuje, w zasadzie właśnie o owych zwyczajach jest “Król Jezus”. Autor pokazuje nam tak wiele odmiennych dróg, którymi Jezus doszedł do miejsca, z którego Go znamy, że bardzo szybko zaczyna pojawiać się pytanie: skąd Robert Graves wziął to, o czym pisze? Ile w powieści jest właśnie powieści, a ile fantazji? Ile jest rzeczywistym zapisem tego, co było, a co przed chrześcijanami ukryto, a ile to zwyczajna wyobraźnia? Niestety autor nie odwołuje się do na tyle satysfakcjonującej ilości dokumentów, by móc bawić się doskonale. Im dalej brnąłem w lekturę, tym bardziej oczywistym dla mnie się stawało, że “Król Jezus” w zasadzie nie jest powieścią kontrowersyjną, jeśli oczywiście przymknąć oko na fanatyków, dla których kontrowersją jest po prostu wszystko, co im się zachce, by było. Jest to przykład swego rodzaju manipulacji, napisany w dodatku w tak ciekawy sposób, że posiadając odrobinę zdrowego rozsądku można ową manipulację dostrzec wcale nie przestając wierzyć w dogmaty wiary chrześcijańskiej czy katolickiej. Jest ukazaniem w jak prosty sposób można nadać różnym wydarzeniom zupełnie inny sens, i z czasem zastanawianie się nad realnością przedstawionych tu wydarzeń staje się zbyteczne. Zupełnie jak w przypadku Biblii - realność nie ma znaczenia, liczy się właściwie tylko to, co czytelnik zechce zauważyć. “Król Jezus” niektórym otworzy oczy, innych utwierdzi w wierze, jeszcze innym - w tym niestety mnie - stanie się lekturą kompletnie obojętną, ciekawą, lecz nie burzącą światopoglądu, nie wpływającą na mentalność ani nie wywołującą szczerej zadumy. Przeczytałem, chwilami z zaciekawieniem, często jednak z uczuciem zmęczenia. Doceniam wysiłek autora, jestem pod wrażeniem dokonań tłumacza, a po odstawieniu książki najprawdopodobniej zwyczajnie o niej zapomnę. Fajerwerków nie było.

King Jesus
Officyna 2012

Strona książki na portalu LubimyCzytać.pl

sobota, 15 grudnia 2012

O "Czytaniu bez limitów", Legimi i chmurach słów kilka

Że Legimi jako pierwsi w Polsce próbowali jeszcze bardziej rozpowszechnić XXI wiek - to wiemy. Że potraktowano ich po polsku właśnie - wiemy także. Na szczęście w miesiąc po spektakularnej klęsce nowoczesnego myślenia Legimi powraca ze swoją usługą “Czytaj bez limitów”. No to kilka słów ode mnie na ten temat, wraz z wyjaśnieniem dlaczego wczoraj gorliwie się zapisałem, a dziś, nawet nie czekając do końca darmowego okresu trwania usługi się wypisałem.


Sam pomysł oceniam za genialny. To właśnie jest przyszłość - chmura. Kto tego nie wie albo nie rozumie, tego - głęboko wierzę - już niebawem czeka wielkie zdziwienie. Póki co wraz z upowszechnieniem się technologii mobilnych (smartfony, tablety, netbooki) praktycznie każdy liczący się gracz na rynku szeroko rozumianych treści do konsumowania dąży ku stworzeniu stabilnej, przyjemnej w użytkowaniu chmury. Czyli takiego specjalnego miejsca gdzieś tam, w internecie, gdzie przechowywane są dobra przeznaczone głównie z myślą o rozrywce. Na Zachodzie, gdzie rządy nie blokują inicjatyw, a nawet je wspomagają, od dawna można oglądać filmy i seriale bezpośrednio z dowolnego urządzenia podłączonego do internetu. W ten sam sposób można słuchać muzyki. Jest to coś na kształt “wypożyczenia” filmu czy albumu na jakiś czas. I w taki sam sposób fani literatury mogą poznawać kolejne książki - zapłaciwszy z góry określony abonament, dzięki któremu w każdej chwili można sobie pobrać na urządzenie nową powieść, komiks, czasopismo. Nie na własność, nie stać się posiadaczem owego pliku - pobieramy go w celu przeczytania. Nie posiadania.

W Polsce mamy raczkującą internetową telewizję (internetowa telewizja to baaaardzo szeroko rozumiany skrót myślowy z mojej strony). Jest TVN Player, ipla i inne tego typu usługi. Część zawartości jest za darmo, część wymaga opłacenia. I tak powinno być - nie rozumiem dążenia wielu użytkowników internetu do posiadania za darmo wszystkiego. Jak coś jest free, to trudno to coś traktować poważnie. Nie płacąc za aplikację i jej zawartość trudno oczekiwać stabilności, stałej poprawy działania programu oraz rzecz jasna nowych filmów, seriali, programów i tak dalej.

Identycznie sprawa wygląda z muzyką. Jest coraz więcej serwisów, które za miesięczny abonament oddają w nasze ręce (i ku uciesze naszych uszu) potężną ilość albumów muzycznych, long play’ów, singli, składanek, koncertówek, a nawet playlist stworzonych przez innych użytkowników, które mogą odpowiadać kształtem także i nam. Tu moim ulubionym przykładem jest Deezer, z którego od wielu miesięcy gorliwie korzystam. Pewnie, że nie znajdę tam wszystkiego, co chciałbym posłuchać. Ale taka aplikacja, która zaspokoi 100% oczekiwań użytkownika NIE POWSTANIE NIGDY, NA ŻADNĄ PLATFORMĘ. Doskonałość bowiem nie jest możliwa do osiągnięcia, mimo wszystko należy ku niej dążyć :-)

Teraz przyszedł czas na książki. Jest całkiem sporo tytułów, które chciałbym przeczytać, ale wcale nie czuję potrzeby ich posiadania, ani w formie fizycznej, ani w formie elektronicznej. Ot chociażby w moim przypadku są to kryminały, thrillery, literatura typu sensacja. Puenta dobra jest zazwyczaj tylko raz. Przeczytać - i owszem, koniecznie, umrę jak tego nie zrobię. Ale posiadać? Na półce będzie tylko zajmować miejsce, w którym może stać coś co przeczytam kilka(naście? dziesiąt?) razy - jakiś Philip K. Dick, może Mario Puzo, pewnie kilka pozycji Stephena Kinga, na pewno parę rzeczy Szczepana Twardocha, jakiś Asimov, Łukjanienko, Card, Robert J. Sawyer czy Mike Resnick. Zatem dobrze byłoby właśnie opłacić swego rodzaju abonament, dzięki któremu będę miał dostęp do takich książek, które wystarczy mi “zaliczyć”, mówiąc brutalnie. Dobrze się bawić podczas czytania, a potem o książce zwyczajnie zapomnieć, iść po kolejną. Każdy z nas zna taki gatunek, który lubi, jednak nie na tyle mocno, by wydawać pieniądze z taką samą chęcią, jak na gatunek inny - ten najważniejszy, ten jedyny, ten, od którego jesteśmy uzależnieni. Gatunek to oczywiście kolejny skrót myślowy, może to być autor, wydawnictwo, tematyka i tak dalej.



Legimi domaga się od nas 19 złotych miesięcznie za dostęp do około dwóch tysięcy książek. Jeśli usługa odniesie sukces, ilość książek w ofercie się zwiększy. Nie od dziś wiadomo, że polscy wydawcy nie należą do tych zorientowanych w temacie. Gdyby im dać wybór, pewnie cofnęliby się do czasów z początku lat dziewięćdziesiątych, gdy nie było praktycznie żadnej kontroli, gdy wydawnictwa powstawały hurtem, każdy mógł takowe założyć, a autorzy często nie dostawali ani grosza za ich dzieła, szczególnie ci z zachodu. Byle wydać, byle zarobić, nie ważne jakiej jakości będzie redakcja, tłumaczenie, papier, ilustracja na okładce, czcionka, marginesy, interlinie... ważna będzie cena. Dlatego właśnie tytułów w Legimi jest tysięcy dwa, nie pięć, jak miało być.

Przy okazji: tym większe brawa dla tych wydawnictw, które w “Czytaniu bez limitów” pozostały. Są to między innymi: W.A.B., MUZA, Buchmann, Insignis, Drzewo Babel. 

I tak na przykład od dawna miałem chęć na zaliczenie dwóch powieści Mankella, których cena jako ebooka jest zwyczajnie śmieszna, by nie powiedzieć: nieprzyzwoita. A w “Czytaniu bez limitów” - proszę, jest dostępny zarówno “Powrót nauczyciela tańca”, jak i “Gdy nadejdzie mróz”. Co prawda ten drugi nie chciał mi się ściągnąć, ale “Powrót...” już zacząłem czytać.

Aplikacja Legimi na iPada działa szybko i w miarę poprawnie. Z pewnością nie odstaje od podobnych programów do czytania od konkurencyjnych księgarni - Virtualo, Nexto, Woblink - z tym, że tam książki trzeba kupować osobno. Można tu wybrać jedną z kilku czcionek, bawić się justowaniem, bezpośrednio z programu zwiększać i zmniejszać jasność ekranu. Po obróceniu iPada ekran zostaje podzielony na dwie “kartki”, co jak dla mnie jest rozwiązaniem idealnym - bardzo nie lubię czytać wielgachnych książek. Podział na dwie strony w widoku poziomym jest bardzo udany i znacznie wygodniejszy.

19 złotych za miesiąc to cena skromna. Chyba, że ktoś męczy jedną powieść przez miesiąc czy dłuższy czas. Ale nawet wtedy wejście w usługę jest opłacalne, wszak większość eksiążek kosztuje więcej. A wyobraźmy sobie, że ktoś czyta tak, jak ja - przynajmniej kilka, a czasem i kilkanaście książek miesięcznie. Poważnie się obawiam, że gdyby tylko tacy czytelnicy weszli w usługę, Legimi nie dałoby rady owych książek opłacać... ;-)

Okej, to dlaczego zrezygnowałem, skoro uwielbiam chmury i nie odczuwam ciśnienia na posiadanie fizycznego (lub wirtualnego, w postaci pliku) woluminu na własność? Kurczę, powód jest tylko jeden, za to bardzo poważny. Otóż od ponad dwóch lat rozpieszczam swoje wcale nie takie zdrowe oczy ekranem typu e-papier. I zwyczajnie to, co oferuje iPad (w moim przypadku jest to iPad2) jest na tle BeBooka, Kindle’a czy innego czytnika zbyt słabe, zbyt bolesne dla wzroku, zbyt męczące dla oka, by móc się “Czytaniem bez limitów” cieszyć. Próbowałem, dzielnie walczyłem. Całą dobę. I z wielkim bólem serca, z żalem nad utraconymi lekturami, które miałem na wyciągnięcie ręki, rezygnuję, bo po prostu nie dam rady. Co chwilę mam ochotę zrobić sobie przerwę, co i rusz muszę iPada odłożyć, zająć wzrok czymś mniej wymagającym. Zwyczajnie się nie nadaję, ze swoimi okularami. 

Jedna z konkurencyjnych księgarni już zarobiła, bowiem “Powrót nauczyciela tańca” zakupiłem, mimo katastrofalnej ceny, wszak lekturę należy zakończyć. A ja życzę wszystkim, by nie mieli mojego problemu, by docenili wysiłek Legimi, by im kibicowali, by aplikacje na pozostałe systemu operacyjne, a także na smartfony, nie tylko tablety, powstały jak najszybciej. Bo to jest przyszłość. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. A teraz oddam się marzeniom o "Czytaniu bez limitu" dla czytników z e-papierem...

piątek, 14 grudnia 2012

Elżbieta Cherezińska "Północna droga IV. Trzy młode pieśni"

“Trzy młode pieśni” to już czwarta książka, która teoretycznie przedstawia te same wydarzenia. Jednak o ile w poprzednich tomach głównym, centralnym bohaterem była zawsze jedna postać (a zarazem narrator), tym razem historia jest pokazana z perspektywy postaci trzech. Kolejnego pokolenia: Bjorna, Gudrun (dzieci Sigrun) i Ragnara (syna Halderd). Nie zabrakło jednak wszystkich pozostałych, których znamy od dawna, choć niektórzy są wspominani bardzo rzadko (jak chociażby Einar).

Mogłoby się wydawać, że książka ma prawo być nudnawa, bowiem jak też może zaskoczyć wydarzeniami, które przecież znamy? Autorka jednak doskonale wie, co robić, by ta sama historia podobała się kolejny już raz. Z drugiej jednak strony podział na trójkę postaci oraz naprawdę krótkie rozdziały, przedstawiające kolejne dni każdej z nich powoduje, że wkrada się do lektury pewien dyskretny chaos - książka jest jednocześnie tak samo wciągająca, jak poprzednie, ale odrobinę trudniej jest się zaangażować, bo nie bardzo wiadomo kogo sobie wybrać na prowodyra. A całej trójki nie sposób traktować z takim samym uczuciem, przynajmniej ja nie potrafiłem.

Na początku powieści duże wrażenie na mnie zrobił fakt, że każdy z bohaterów ma swój unikalny styl i nawet bez odczytania imienia-nazwy rozdziału wiadomo kto teraz jest narratorem. Niestety później tego elementu brakuje, a ponieważ rozdziały są naprawdę krótkie, często musiałem wracać nieco do tyłu, by uzmysłowić sobie kto teraz mówi: Bjorn czy Ragnar. Gudrun z oczywistych powodów była zrozumiała od razu.

Z kolei wielkim plusem jest, jak już wspomniałem, umiejętność pokazania tych samych wydarzeń jeszcze raz, ale bez znużenia. Wręcz przeciwnie, można odczuwać zaskakująco duże zaangażowanie, gdy doskonale wiemy jak dana sytuacja się zakończy, a jednak pokazanie jej z perspektywy młodych mimo wszystko potrafi wywołać wzruszenie i inne ciekawe emocje.

Co mi się nie podobało? Dwie rzeczy: po pierwsze musiałem włożyć nieco wysiłku, by nie zauważać coraz liczniejszych elementów typu fantasy. Często trzeba było mocno mrużyć oczy, by sobie tłumaczyć pewne zachowania i wydarzenia logicznie, szczególnie mówię tu o opisach berserkerów, kreowaniu watahy młodych wojowników. Dałem radę, nie traktując wszystkiego dosłownie. Jednak w poprzednich tomach mieliśmy do czynienia z powieścią historyczną, co mnie wprawiało w zachwyt. Teraz Autorka jakby zbliża się ku fantasy, co dla mnie jest wielką wadą, sporym uproszczeniem, trochę psuje to klimat poprzednich tomów, które na tle części czwartej wydają się być jeszcze bardziej genialnymi.

Druga sprawa niefajna to oczywiście moment zakończenia lektury. Moment piękny, moment wzniosły, pełen dramatu, braku odpowiedzi na liczne pytania, moment zostawiający czytelnika w tym charakterystycznym stanie zawieszenia, rozmyślania o bohaterach, ich życiu i losach. Moment zwyczajnie okrutny, jak okrutnym jest ukończenie lektury każdej bardzo dobrej powieści :-). Dałbym naprawdę dużo, by powstał jeszcze jeden tom, bo mimo pewnych krytycznych uwag, na jakie sobie pozwoliłem, za bardzo zżyłem się z bohaterami, by teraz ich tak po prostu zostawić. Chciałbym jeszcze.

Północna droga. Trzy młode pieśni
Zysk i S-ka 2012

Strona książki na LubimyCzytać.pl

czwartek, 6 grudnia 2012

Andrzej Pilipiuk - "Aparatus"

“Aparatus” to kolejny zbiorek opowiadań Andrzeja Pilipiuka. Dodajmy od razu, że opowiadań “bezjakubowych”, co sugerować może niektórym, że pisanych z zupełnie innym podejściem. W ogromnej mierze tak jest, to fakt, jednak i tutaj humor rodem od egzorcysty-bimbrownika się czasem odzywa (“Staw”). Na szczęście rzadko. Piszę na szczęście, bowiem fanem Jakuba nie jestem, przecież nie jest to obowiązek.

Znowu pooglądamy tu sporo poglądów autora, nie zabraknie charakterystycznego podejścia do historii alternatywnej, podawanego w specyficzny sposób, którego coraz częściej nie potrafię traktować poważnie, a szkoda. Takich “szkód” jest więcej - kilka tekstów z doktorem Skórzewskim albo totalnie nie dorównuje słynnemu “2586 kroków”, albo ja zdążyłem dorosnąć i zauważam coraz więcej zbyt prostych, by nie powiedzieć: prostackich rozwiązań fabularnych.

Sytuację próbuje ratować nowy bohater (nowy przynajmniej dla mnie) - Robert Storm, próbujący w tytułowym “Aparatusie” stworzyć jakość, którą po odpowiednio mocnym zmrużeniu oczu można przyrównać do tej znanej ze wspaniałego “Samolotu do dalekiego kraju”. A to opowiadanie pana Andrzeja bardzo lubię i które sobie zawsze stawiam za wzór. Niestety już drugi tekst z Robertem sprowadził mnie na ziemię, oferując taki sam schemat i rozwiązania, do jakich pisarz nas przyzwyczaił.

Myślę, że ze zbiorów “2586 kroków” i “Czerwona gorączka” można zbudować jeden, całkiem dobry zbiorek. Ale z “Aparatusa” do niego nie nadawałoby się żadne opowiadanie - zupełnie inny, niestety niższy poziom.

Aparatus
Fabryka Słów 2011

Strona książki na Fantasta.pl
Strona książki na LubimyCzytać.pl

wtorek, 4 grudnia 2012

Håkan Nesser - "Punkt Borkmanna"

Druga wydana w Polsce książka o przygodach inspektora Van Veeterna jest bardzo podobna do poprzedniej - “Nieszczelnej sieci”. Z jednej strony jest to, co u Nessera tak lubię: dość depresyjny klimat, bardzo częste uczucie bezcelowości nie tylko pracy w policji, ale także w ogóle istnienia oraz całkiem sporo interesujących, pełnych zniechęcenia, ale jednocześnie zaangażowanych (ktoś w końcu musi robić, by inni mogli się opierniczać) dialogów. Z drugiej strony - są i elementy bardzo przeszkadzające.

Problemem jest pokazana tu historia. Jak na XXI wiek jest dość prosta, jednak myślę, że w 1994 roku, gdy powieść się ukazała, sposób jej przedstawienia był wystarczający. I jak to u Nessera sam kryminał nie jest treścią główną opowieści, jest kilka mocno rozbudowanych wątków. Tu przede wszystkim oglądamy kolegę Van Veeterena coraz mocniej zaangażowanego z lokalną policjantką.

Wadą książki jest znowu sam komisarz. Bardzo by się chciało wiedzieć dlaczego jest taki, jaki jest, co spowodowało u niego ten typ podejścia do życia. Wiemy, że jego syn siedzi w więzieniu. W tej książce nawet się z nim spotkał, ale czytelnik już tego nie oglądał. Brakuje informacji o Van Veeterenie, który jest postacią ciekawą wśród nieco mniej interesujących. Na szczęście na tle innych pisarzy Nesser i tak się wyróżnia, zatem uprzedzając, że do tetralogii o inspektorze Barbarottim powieści daleko donoszę, że “Punkt Borkmanna” daje się czytać całkiem znośnie.

Tytuł oryginału: Borkmanns punkt
Wydawnictwo: Czarna Owca

Strona książki na LubimyCzytać.pl